Wiersze

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Kamil Baczyński

Wiersze

Wybór

Warszawa 2015

Spis treści

Magia

Legenda

Ballada o rzece

Z psem

Przypowieść

Młot

Starość

Krzyż

Z szopką

Rycerz

W żalu najczystszym

Historia

Wizerunek

Ojczyzna

* * * [Nie wstydź się tych przelotów...]

U niebios rozkwitających

* * * [Ty jesteś moje imię...]

Promienie

Pragnienia

Wyroki

[Śnieg jak wieko żelazne...]

Świętość

[Dokąd to jeszcze?]

Narzeczona

Wina

Polacy

[Nie stój u ciemnych świata wód...]

Ziemia

Wróble

Co jest we mnie

Obozy

Deszcze

Lodowisko

[Ziemia jak ognia słup...]

[Oddycha miasto ciemne długimi wiekami...]

Warszawa

[Byłeś jak wielkie, stare drzewo...]

Wiatr

O wolność

Do przyjaciela

Ciemna miłość

Dzieło dla rąk

Zwycięzcy

Dwie miłości

[Niebo złote ci otworzę...]

Róża świata

Śpiew do snu

Pokolenie [Wiatr drzewa spienia...]

Mazowsze

Rodzicom

Cień z obozu

Do Matki Boskiej

Wybór

Spojrzenie

Z głową na karabinie

Ballada morska

Sen [Sen supły płaskie...]

Poległym

Wiersz o cierpieniu

Piosenka śnieżna żołnierza

[Tych miłości, które z nami...]

[Gdy broń dymiącą z dłoni wyjmę...]

Ballada o trzech królach

Elegia o... [chłopcu polskim]

Modlitwa do Bogurodzicy

[Których nam nikt nie wynagrodzi...]

[Nie to, co mi się śniło...]

Westchnienie

Święto umarłych

Oddech wiosenny

Bajka

Z lasu

[Gdy za powietrza zasłoną...]

Magia

Dym układa się w gryfy, postaci i konie

nad rozlewanym ogniem, a on czesząc grzywy

żółtych płomieni, woła: – Przez gwiazdy zielone

zaklinam cię demonie, Aharbalu, przybądź.

Wtedy przez pustą ramę portretu wychodzi

duch ogromny szeleszcząc od niebieskich iskier

i staje u pułapu jak wstrzymany pocisk

naprężonych obłoków i unosi wszystkie

zebrane dymy w sobie. Wtedy on zbielały,

porywany przez ciszę, trojony przez cienie

– Aharbalu – zaklina – przez ten dym stężały;

– Aharbalu – zaklina – przynieś jej wspomnienie.

Więc w suchym trzasku iskier rośnie łuk różowy

piersi wygiętych twardo, ust rozwartych koncha,

podłużne liście powiek. Wtedy z jego głowy

odrzuconej w odległość wypływają oczy

jakby łzy, w których widać odwrócony obraz

coraz mniejszy; i płacze: – o siostro niedobra –

A już ona jak kamień rozpuszcza się w nocy.

Legenda

Wydęte karawele o żaglach z czerwonych motyli

pachnące cynamonem, pieprzem i imbirem

upływają po morzach mosiężnych, a w tyle

delfiny ciągną jak antyczne liry.

Jacyż na rufach zdobywcy

odlani z płynnego złota,

w pieśniach wysmukłych jak skrzypce,

z puszystym wejrzeniem kota.

A zawsze tak samo daleko

dzwonią na widnokręgu

maleńkie archipelagi,

które dosięgnąć ręką.

Tam w wyspach małych jak uśmiech,

przez dżungle tygrysiej trawy

wędrują złote strusie

i szyldkretowe żyrafy.

W różowym hamaku wybrzeża

koń purpurowy gna,

a z dziupli zagląda w pejzaż

maleńki induski strach.

Kto ten krajobraz zbudował

na wiotkim cieniu zamyśleń,

nad trąbką wiatru wydymał

policzki wezbrane jak wiśnie?

Oto zwrotniki płonące

jak złoto – czerwone piekło.

Maleńkie archipelagi

zawsze tak samo daleko.

Strzelały race gwiazd

w przestrzeń wydętą i ślepą,

spadały księżyce na płask

do dna stopionego w srebro.

Śpiewały ryby skrzydlate

pieśni przejrzyste i szklane,

kiedy w wyblakłe rano

okręt upływał nad światem.

Oto legenda marzeń,

drżących ptaków ze snów.

Nocą to – tylko żeglarze

płyną na dziwny łów:

Patrzeć, patrzeć na niebo smutku,

nad ciemne drzewo historii –

tam białe trupy zdobywców,

herosów zastygłych w Orion.

Tam tylko w hamaku plaży

dziewczynki z miedzi kołyszą

 

pieśni zgubionych żeglarzy

zarosłych czasem i ciszą.

Ballada o rzece

Rzeka pachnie jak ryba,

ryba jest liściem deszczu

oderwanym od białej gałęzi szelestu,

od zbuntowanych okrętów chmur.

A wyginane rybitwy

złożone do wiotkiej modlitwy

ciągną niebem błyszczący jak brzeszczot,

omotujący ciasno sznur.

Rzeka się w niebie odbija,

Czy niebo rzekę wymija

tocząc kuliste chmury na drugi brzeg?

Brzeg odległy o bulgot.

Stoisz w słońcu wykuta,

wijesz z muszli zielonej

piosnkę na cztery nuty.

Stoisz w łusce i płoniesz

w ciszy martwej jak smutek

tylko bieli się po niej

piosnka na cztery nuty.

Dokąd idę? po płaskim lustrze

czy po niebie głową w dół?

Rozcinają się sny upalne

nożem fali ostro na pół.

Dokąd idę? Czy brzeg się zbliżył,

czy opadłem w obłok wyżej,

czy w ślimaczy po oczach ciągnący się muł?

Stoisz w niebie, na brzegu, czy w lustrze?

Słońce zewsząd zapala się w łusce,

płynę w lejach – szklisty wodnik.

Rzeka pachnie jak ryba,

w porcie prąd się urywa,

płynę wodą, piorunem, czy błyskiem pochodni

trup o oczach jak obłok zastygły.

Z psem

We dwu przyjacielu, przez las,

po jasnych pętlach dróg,

poprzez polany biegnące na płask,

we dwu przyjacielu, we dwu.

Masz twarz obrosłą, masz twarz jak ogień

jeleni natchnionych przez grom.

Pędzą przed nami zdumione drogi

z obłoków, z liści, z wszystkich stron.

Las to także jest dno

pod powierzchnią zamkniętą wiatru.

Bije burz magnetycznych batóg,

gdy w muzykę płyniemy i światło

jak dziecinny, grający bąk.

Gdzie ta droga przystaje? – powiedz.

Rwą drewniane koniki w śmierć,

biją mokre po deszczu ramiona świerkowe

w twoją wzniesioną jak trawa sierść,

w moją płonącą gwiazdami głowę

i w nasz nieludzki rytm jak wiersz.

We dwu przyjacielu, we dwu

w uroczysku brzęczących godzin

wytropimy zielony cud

drugich narodzin.

Przez ten płomień roztartych mchów,

poprzez kiście drgających nut

kwitnie zwierząt rogaty oset.

Coraz dalej przyjacielu, we dwu

zatrzymamy na krawędzi snu

drętwiejące nogi bose.

Powrócimy przyjacielu, we dwu

zamyśleni tak głęboko w smutek tamtych nut –

w ten najwyższy z zielonych tonów,

że spóźnimy się o wszystkie pory roku

na zmącony życia wodopój

jak na wieczerzę do domu.

Przypowieść

Pan Bóg uśmiechnął się i wtedy powstała ziemia

podobna do jabłka złotego i do zwierciadła przemian.

Po niej powoli się sączą zwierząt dojrzałe krople

wstępując z wód w powietrza, drgające srebrem, stopnie.

A śpiew najcichszego z ptaków zamienia się w miękki obłok

i wtedy powstają chmury do ziemi i gwiazd podobne.

Więc knieje do mórz przychodzą i kładą włosy na wodę

i wtedy fale się barwią na kolor dojrzałej jagody.

Światło przenika do ziemi, a ziemia blask przygarnia,

bory wrastają w powietrze, powietrze od lasów czarne.

Zwierzęta wnikają w korę, a kora porasta życie

i niewidzialne w przestrzeni wiruje ziemi odbicie.

Wtedy są wszystkie kolory, każdy od innych różny,

które są wszystkie te same pod szklaną kopułą próżni.

I zafrasował się Bóg, że sam swych dzieł nie ogarnie,

więc cisza złożyła się w fałdy, a światło stało się czarne

i z ciężkich kowadeł gór rosły łodygi ogniste,

a gromy w wysiłku kuły zmarszczone w groźnym namyśle,

aż się wykrzesał z kuźni pod niebo od huku białe

z chmur i ziemi ulany – człowiek ciemny i mały.

Teraz uśmiechnął się Bóg i we śnie znużony oniemiał

i do dziś błądzi wśród grozy człowiek ciemny jak ziemia.

Młot

Matce

Czuję Twój młot przejrzysty – Panie,

kiedy mnie kruszy z nocy w noc

i wiem: gdy skruszy – zmartwychwstanie

niebieski klon.

Jesteś jak mistrz – rzemieślnik, który

wykuwa tam, gdzie widzi formy

i zetnie tam, gdzie głaz oporny,

a żywy wzniesie w górę.

I widzę kościół wszechstworzenia: –

gotycki łuk po łuku wznosisz

w powietrzu kując kształty przemian

i słup wielości.

Widzę dojrzałe już i pełne

ptaki i drzewa syte dłuta,

a ja – czy jestem w nieśmiertelność

ból i pokuta?

A ja, czy zawsze niedojrzały,

abym ja – ognia pełen dzban

tak pod twym młotem stał się trwały

jak zasklepienie niebem ran?

I pada młot Twój ostateczny,

aż ciało stanie ziemi-puch.

A ja – czym taki posąg-duch,

że mi przez ból – być posąg wieczny?

Starość

Otom szary od pyłu tylu wieków,

a zawsze na osiodłanej chmurze.

To sny te miasta wołające: człowieku,

to rzeczywistość, kiedy oczy zmrużę.

Otom tak w drodze długiej zmalał,

że sam ledwo widzę swoją postać.

Tylko dudnią echa jaskiniowej chwały.

Śmierć mi wszystkie drogi zarosła.

I coraz mniejszy jestem – jak gwoździk,

ostatni gwoździk – mówią – do własnej trumny.

Trzeba aż tyle nocy płakać z głupoty

i teraz dopiero – mówią – rozumny?

Krzyż

Za tych – co batem ścięte liście,

za tych – co ptaki z wosku lane,

tych – co im krew znużeniem tryśnie

i tych – co wbici cieniem w ścianę

i za zwierzęta konające,

którym powoli oczy bledną –

– chciałbyś odrzucić Bogu – życie,

umrzeć raz drugi jak Zbawiciel.

Ale zawarty tobie upływ

krwi i związane ręce w supły,

bo ty nie twórczym niepokojem,

a tylko – że się patrzeć boisz.

Z szopką

Górą białe konie przeszły,

trop dymiący w kłębach stanął.

W gwiazdach płonąc cicho trzeszczy

wigilijne siano.

Spoza gór, czy sponad ziemi

anioł biały? kruchy mróz?

starcy w niebo nachyleni?

Anioł biały szopkę niósł.

*

Zamknąć tak – to ironicznie –

w daszek gwiazdom pobielany

płomień wieków i człowieka

w tekturowe cztery ściany.

Zamknąć tak – to z odległości –

w dwie figurki – czarną, białą

rozdeptanych epok kości

i spalone żądzą ciało.

*

W naprężone kusze burz

anioł biały szopkę niósł.

*

A figurki w męce gasnąc

coraz słabły, zanikały

w napowietrzną gwiazdy jasność,

tekturowo – popielały.

Śmiał się anioł pół uśmiechem

z ich uporu, a nie grzechu,

że tak jedni, choć ich stu.

*

Anioł biały szopkę niósł.

*

Aż na grudzie stopą lekką,

stanął niby mgłą i skałą

i koślawe, głodem ścięte

ujrzał w grudę wbite – ciało,

żeber czarnych łuki spięte,

poskręcane rydle rąk,

brzuch jak bęben życia wzdęty,

brzuch zsiniały, brzuch jak tłok.

I zawrócił. W nieba plusk

poczerniałą szopkę niósł.

Rycerz

W noc zjeżoną kwiatami martwego powietrza

nie nasłuchuj, nie jadą rycerze

w zbrojach blasku, w kaskach na wietrze

rozwiewających kity płomieni, a miecze

obronie słabych tylko w pochwach rdzawych,

albo zalane płaszczyznami śniegu,

albo jak gwiazdy pogubione w biegu.

Witaj, a nie płacz mi. Ja zawsze senny,

w nocy skrojony na kształt owych dawnych

idę w pochodach, w cieniach jak sam ciemnych

i nigdy znaleziony, nigdy wiarą sławny,

a tylko ręce wspieram o ten słup z przestrzeni.

Gram. Jestem rycerz – Boga zamyślenie.

Ach, lądy jak pióropusz dymu – ogień wzbija.

Mijam morza błyszczące jak świetliste ryby.

Gwiazdy spadają w ciszę, psy przed domem wyją

i złote deszcze iskier – jak żuki o szyby.

I czegóż ja dostanę, czegóż pragnę jeszcze

zamarzły w lodem martwą, niebieskawą przestrzeń?

A szukają i złota i chleba szukają,

choć jak krety korzeni, które w słońcu rosną

kwiatami, czy rudawą o zachodzie sosną.

I zawsze kopiąc tak – nad ziemię nie dostają,

i podkopując tak – są złej planety jękiem

pod tym pułapem, co jest światła dźwiękiem.

Ja wierząc tak w umarłych żywym obcowanie

i poznając – do krzywdy przykładam miecz rdzawy,

który jest krzywdzie miłość-rozpoznanie

i jest jak pod stopami szatana kłos trawy.

A choć znam płomień zaklęć jak piorun wśród ciszy

nie zawołam – w mórz szumie nikt go nie usłyszy.

I tak przez ciało czekam, choć ognia potopy

niby wojsk krwawych skrzydła ciągną czarnym stropem.

I jestem. Czym ja jestem? – wierzący przez małość

rycerz gór zapomnianych – w zmartwychwstałe ciało.

W żalu najczystszym

O dziecko smutne, o ty zagubiony

w żalu najczystszym za wrót niedomknięciem,

którędy by duch przewiał natchnionym cyklonem

i wiarę święcił.

Ty gdzie odjeżdżasz, coś aniołów widział

w ludziach znużonych, co szli nad strumieniem

i już odbicia ich ujrzałeś światłem,

gdy były cieniem.

Gdzie chciałeś wyczuć pod dłonią kształt lawy,

która by w gemmy zastygała zwycięstw?

czy gdzie się bunt nie z ognia, a z małości stawał

i z pieśni – wyciem?

Czy gdzie się wolność stawała skuwaniem

w imię powstałych, którzy kładli nowe

kajdany, a znużeni nad wiarą czuwaniem

spadli jak głowy.

Czyś ty nie widział, że w słabości wokół

nikt nie dopatrzył do końca przeznaczeń

i że za mały, by stanąć na cokół,

wojownik płacze?

A wiesz, że mędrców i magów spełnienia

to niebo było czynione przez człeka,

by trwał dla celu, szedł jak idzie – cieniem,

czekał jak czeka.

I wiesz co miłość, jeśli tylko sobie?

Co znaczy przemoc, jeśli tylko zemstą,

za krzywdy, których nie wydrze i spowiedź,

aż staną klęską.

O dziecko smutne, ty niedopełnione

człowiekiem jakby niespełnione życiem.

Cóż to rzeźbienie jeśli tylko w marmur,

marmuru ryciem?

Cóż ty pod snami jak pod palcem czułym

znajdziesz, gdyś człowiek przez ciało i ruchy,

kiedy cię smutkiem w kamieniu wykuły

najczystsze duchy.

Nie płacz i pojmij prawo, które mija,

i pojmij sen, a tając pojmowanie uczyń

żywy grom w głazie jak ręka niczyja

co żyjąc uczy.

Historia

Arkebuzy dymiące jeszcze widzę,

jakby to wczoraj u głowic lont spłonął

i kanonier jeszcze rękę trzymał,

gdzie dziś wyrasta liść zielony.

W błękicie powietrza jeszcze te miejsca puste,

gdzie brak dłoni i rapierów śpiewu,

gdzie teraz dzbany wrzące jak usta

pełne, kipiące od gniewu.

 

Ach pułki kolorowe, kity u czaka,

pożegnania wiotkie jak motyl świtu

i rzęs trzepot, śpiew ptaka,

pożegnalnego ptaka w ogrodzie.

Nie to że marzyć, bo marzyć krew

to krew ta sama z pod kit, czy hełmu.

Czas tylko tak warczy jak lew

przeciągając obłoków wełną.

Płacz matko, kochanko przebacz,

bo nie anioł, nie anioł prowadzi.

Wy te same drżące u nieba,

wy te same róże sadzić jak głos

na grobach przyjdziecie i dłonią

odgarniecie wspomnienia i liście jak włos

siwiejący na płytach płaskich.

Idą, idą pochody, dokąd idą,

które prowadzi jak wygnańców łaski

ląd krążący po niebie. A może

niebo po lądzie dmące piaskiem

tak kształt ich zasypuje. Jak noże

giną w chleb pogrążone – tak oni

zwolna spływają, piach ich pokrywa.

Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni.

Wizerunek

Stać nieruchomy u gruzów,

tak usta zaciskać skrzepłe

i oczu otworzyć, ni zamknąć,

gdy szyby drgające ciepła

płyną mijając czas.

Stać jak pomnik, jak lew,

który w kamieniu zamknięty

ramiona przybite snem

na niebie prostuje na próżno.

I pył osiada zwolna

jak futro szare powietrza

nawet powiekom nakłada

kaptury czarnych kwiatów.

Stoisz u okna. Za oknem

armaty dudniąc jadą

i w śmierci otwartym okiem

mierzysz jak będą głębokie

otchłanie w dół.

Jak sięgnąć – step wypalony.

Trawy sczerniałe mówią

o tych pochodach i mówią,

że w tryskającym powietrzu

jest wypukłość i głębia

i lot przywiązany gołębia

i wolny jaskółek lot.

Wiesz, że cię tak postawiono,

aby już szły bez końca

przez ciebie czarne pochody

spalonych jak węgiel ciał.

I wiesz i po głosie umiesz

twarze spalone zrozumieć

choć ani ust, ani oczu,

ni ciała spocznienia nocą,

ani rozprysły dom.

Takim różańcem, gdzie głowy

są paciorkami modlitw,

a krzyżem – krzyże nad grobem

głazem, czekaniem się modlisz

nad dniem nieostatnim snu.

I wtedy zieleń poczyna

w małych pręcikach traw.

Widzisz jak mrówcze ziarna

sypią grobowiec, czy dom.

O! wtedy jesteś znów człowiek

po śmierć zaprzedany snom,

po śmierć pod kopułą powiek

wznoszący na gruzach dom.

Ojczyzna

O miasta w dole tam, gdzie pułap dymu leży,

o rzeki w dole tam, o wsi jak białe stogi,

gdzie maszyn ruch i gdzie ociera złote rogi

w odbiciu szybkich rzek zielony jeleń chmur.

Obłoki górą płyną, obłoki są jednakie

jak ścigający korab, albo odbicie fal,

które mijają sen i są jak ludziom ptaki

nad ogień i nad stal.

I w moim kraju one jak indziej niosą szept

i w moim kraju one jakby przez obcą dłoń

niesione tworzą obraz, który samotny rzeźbiarz

układa mimo huku, albo pogłosu trąb.

A w dole jest Ojczyzna – to co się nie nazywa,

to co jest przypomnieniem najdalszych, cichych lat,

i to co w oku łza, przez którą widać świat

i to co w sercu sen i nawałnice rąk.

O dajcie, dajcie ręce – niech w drżeniu poznam sen

co wzrastał i aniołem pozostał pod powieką.

Ojczyzna moja tam, tam jest i tak daleka

jak jest podana dłoń człowieka dla człowieka.

Ojczyzna moja tam, gdzie zboża niosą wiatr,

i gdzie zielony krąg zamyka pierścień Tatr,

i gdzie jak posąg złoty morze wygina łuk

i człowiek, gdy z człowieka przemawia żywy Bóg.

Ojczyzna moja tam jak łańcuch martwych ciał

i leży na niej głaz, z pod niego zieleń tryska.

O ziemio, tyś jest obraz ciosany z krwawych skał,

ty jesteś duchom grób i duchom jak kołyska.

Kto ciałem, temu kat obcina głowy taran,

kto duchem, temu kat nie zetnie głów płomienia,

bo gdzie się kończy zbrodnia, tam się zaczyna kara

i tam zaczyna niebo, gdzie się kończy ziemia.

* * * [Nie wstydź się tych przelotów...]

Nie wstydź się tych przelotów

pełnych płomieni białych,

tych dźwięków a niestałych

takich jak w burzy złoto.

One na drzew dotyku,

co stropu sięgać zda się,

są w cichym majestacie

Bogu – muzyką.

I obleczone w pióra,

czy w przezroczysty niebyt

każde są drogą w chmurach,

albo po niebie,

nazywaniem snów wrzących,

napełnieniem pachnącym

i krwią w powszednim chlebie.

Nie wstydź się cnoty. Ona

choć jej nadali ciało

zbrodni – toć jej za mało

czeka nienapełniona

jak dzban – to kształt jej nadaj

niech będzie czynom – waga.

Nie wstydź się wiary w sobie;

ona nie snów głupotą,

ale jak we krwi złoto

i krzew na grobie

wzrasta na tym co płyta,

co gniecie – nierozbita.

Wie wstydź się miłowania,

tworzenia, dorastania;

w żelaznej żądzy twojej

ona jest płomień nieba,

co sztabę tak rozgrzewa,

że kując niepokojem

przemienisz w wieżę pragnień,

do której czyn się nagnie.

Otoś mały, a taki

sam sobie jesteś rodzic,

że z głazu nawet – ptakiem

i anioł nawet w głodzie.

Jeno lotom nie wzbraniaj,

ogniom jeno daj imię –

czas cię wtedy nie minie

możności przerastania,

naczynie miłowania,

tonie w Bogu stawania,

człowieku.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?