Genesis II. Miłość

Tekst
Z serii: Eel #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Genesis II. Miłość
Genesis II
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,99  11,99 
Genesis II
Genesis II
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
9,99  7,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Bonk

GENESIS II

– EEL –

MIŁOŚĆ

CZĘŚĆ III

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

Konwersja wydania elektronicznego: e-bookowo

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7859-836-7

Wydawnictwo: self-publishing

Wszelkie prawa zastrzeżone

e-wydanie pierwsze 2017

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Tekst na podstawie opowiadania Krzysztofa Bonka

ze zbioru R!P!G!: Genesis 2

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

I. ONA

Wiele rzeczy zwiastowało nadchodzącą zagładę. Na niebie pojawiły się ostrzegawcze znaki. Oświeceni prorocy kroczyli między ludźmi, przestrzegając przed zbliżającym się końcem. Lecz nasz świat pogrążony był w zachwycie nad nową technologią umożliwiającą podbój kosmosu. Przepełnieni nadzieją wyglądaliśmy tam niekończących się możliwości, nie zniszczenia. I wtedy z galaktycznego uniwersum wyłoniło się coś, co zostało nazwane Czarną Gwiazdą i obróciło wszystko w ruinę. Pojawiło się dosłownie znikąd, przysłaniając sobą słońce, wielkością znacznie przewyższające naszą rodzimą planetę. Wypuściło z siebie tysiące gigantycznych rur, które z impetem runęły na ziemską skorupę. Zasysały z niej wszystko, co napotkały na drodze, także głęboko penetrowały wnętrze Ziemi. Woda niemal zniknęła z oceanów. Tropikalne lasy przestały istnieć. Na powierzchni planety ziały olbrzymie kratery po wyrwanych z jej wnętrza złożach minerałów. Ludzkość w tym całym chaosie dogorywała. Mieniąca się wyższą rasą, potraktowana została jak insekt. Robak, którego po prostu można rozdeptać, gdy staje na drodze. Pozostała na planecie zgwałconej, wyjałowionej, konającej w bólu i niezdolnej do odrodzenia. Nie był to jednak koniec ziszczającego się koszmaru. Choć Czarna Gwiazda jakimś cudem zniknęła, razem z nią przybyli kosmiczni padlinożercy. Rasy, o których istnieniu człowiek nie miał pojęcia, a które na Ziemi raczyły się resztkami po pańskiej uczcie i same zaczęły walczyć ze sobą o to, co jeszcze pozostało.

W tym całym piekle byłem i ja. Ten, który w przeddzień zagłady miał wzlecieć do gwiazd na swoją pierwszą misję. Ile to już minęło? Czas. W tym świecie nikt już nie mierzył czasu. Cywilizacja upadła, a wraz z nią upadało człowieczeństwo. Liczyło się tylko znaleźć trochę pożywienia, źródło stęchłej wody, leki na promieniowanie i broń, przede wszystkim broń. Po to, aby przeżyć jeszcze jeden dzień tej apokalipsy.

I wtedy pojawiła się Ona… I na przekór wszystkiemu, wszystko się odmieniło…

*

Na przedmieściach Vancouver na zewnątrz zrujnowanego centrum handlowego doszło do serii silnych eksplozji.

– Nadlecieli!

– Kto? pijawy!?

– To modliszki! Cały rój! Chyba starli się z szarymi! Wynosimy się stąd, natychmiast!

Dwójka mężczyzn i kobieta puścili się pędem przez halę pomiędzy poprzewracanymi regałami w dziale sportowym. Najszybsze z nich dopadło do drzwi na zaplecze, otworzyło je, a wtedy chlusnęła z nich zielona breja. Mężczyzna, który pociągnął za klamkę, nawet nie zdążył krzyknąć – jego ciało w jednej chwili zaczęło się rozpuszczać.

– Nie! – wrzasnęła kobieta. Drugi z mężczyzn szarpnął ją silnie i pobiegli dalej, tym razem w kierunku wybitych okien ściany budynku.

Przeskoczyli na parking pełen samochodowych wraków, gdzie trwała wymiana ognia. Nagle tuż obok nich doszło do potężnego wybuchu. Mężczyzna padł bezwładnie na ziemię i stracił przytomność.

Gdy się ocknął był już wieczór, a wokół panowała cisza. Potwornie bolała go głowa. W miejscu, gdzie wcześniej spoczywał, zasychała mała kałuża krwi. Rozejrzał się naokoło. Dostrzegł zwłoki towarzyszącej mu kobiety. Kolejnej osoby, która nie przetrwała przy nim nawet miesiąca, podobnie jak jej chłopak zaatakowany w hali.

Mężczyzna znowu pozostał sam – zdążył przywyknąć. Przeszukał ciało i zabrał trochę przydatnych rzeczy. Umieścił je w kieszeniach wysłużonego, czarnego płaszcza, który miał na sobie. Wstał i ruszył w kierunku zachodzącego słońca. Szedł, ponieważ w jednym miejscu, szczególnie takim jak to, lepiej było nie zatrzymywać się zbyt długo.

Po niedługim czasie usłyszał ciche rzężenie. Pochylił się i przylgnął do samochodowego wraku, po czym ostrożnie wyjrzał ponad bagażnikiem. O betonową ścianę zrujnowanego domu opierała się ranna kobieta. Miała na sobie niespotykany skafander, w którym na wysokości piersi ziała wypalona dziura.

Mężczyzna wstał i wolnym krokiem udał się ku nieznajomej. Skoro w okolicy niedawno rozegrała się bitwa, nie spodziewał się pułapki. Mimo to zapobiegawczo położył rękę na kolbie schowanego za paskiem pistoletu.

– Pomóż mi… – odezwała się słabym głosem kobieta, kiedy zatrzymał się koło niej. – Pomóż…

Przykucnął i podejrzliwie wpatrywał się w ranę na kobiecej piersi. Sączyła się z niej niebiesko-czerwona wydzielina. Skrzywił się na ten widok.

– Co to jest? – zapytał, wskazując na ciecz.

– Krew…

Nic nie odpowiedział. Przeniósł spojrzenie na błękitne oczy kobiety i raptem doznał świdrującego bólu wewnątrz czaszki. Czuł, jak nagle wzrosło w niej ciśnienie, aż piszczało mu w uszach. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że nie może się poruszyć. Odniósł wrażenie, że ktoś przejmuje nad jego ciałem kontrolę. Z całych sił skoncentrował się na swoim umyśle i znalazł lukę tym czymś, co próbowało nim zawładnąć. Potrząsną głową, wyciągnął pistolet i kolbą uderzył kobietę w twarz. Przystawił jej lufę między oczy i położył palec na spuście.

– Lue… – wyszeptała kobieta, której wzrok z lodowatego stał się pełny smutku i rezygnacji. – Tak się nazywałam, Lue…

– Roe… – przedstawił się ochryple mężczyzna. – Nie rób tego więcej. – Zdjął palec ze spustu, a drugą ręką pokazał na swoją głowę.

– Nie zrobię…

– Czym jesteś? – Przykuł uwagę do podejrzanej wydzieliny sączącej się z kobiecej piersi.

– Hybrydą.

– Jaśniej.

– Nie ma czasu na wyjaśnienia – odparła. – Teren przejęli ci, których nazywacie modliszkami. W każdej chwili może nastąpić bombardowanie z orbity.

– Możesz iść? – Mężczyzna pokazał lufą pistoletu na ranę kobiety.

– Nie sama…

– Pomogę ci.

Kiedy stanęli na nogach Lue odezwała się:

– Niedaleko stąd jest mój statek. Poprowadzę tam i odlecimy stąd.

– Dokąd?

– Byle dalej od piekła, jakie się tu niebawem rozpęta. – Spojrzała w ciemniejące niebo. To samo zrobił Roe. Westchnął głęboko na myśl o gwiazdach.

Po drodze przyglądał się nieufnie wspartej na jego ramieniu kobiecie. Głęboka rana na wysokości serca powinna sprawić, że nawet z jego pomocą Lue nie zdołałaby się utrzymać na nogach. Ona natomiast nie dość, że szła to jeszcze przyspieszała kroku. Niewątpliwie więc nie była zwykłą istotą ludzką. Jednak poza jej dwubarwną krwią, ściekającą obficie po skafandrze, z zewnątrz przypominała po prostu młodą kobietę. Szczupłą, średniego wzrostu, ze spiętymi w kucyk prostymi włosami. Jej drobna twarz z wysokim czołem, wąskim nosem i delikatnym podbródkiem wzbudzała zaufanie.

Roe pomyślał, że niewinny wygląd kobiety mógł łatwo uśpić czujność. Dlatego pomny, że w jakiś niewyjaśniony sposób postać ta niemal zawładnęła jego umysłem, tym bardziej miał na nią baczną uwagę.

Wkrótce znaleźli się na wyjałowionym placu, stanowiącym niegdyś część wesołego miasteczka. Lue wyjęła z kieszeni kombinezonu przyrząd w kształcie breloczka i nacisnęła kilka przycisków. Zniknęło pole maskujące i w cieniu zniszczonego, diabelskiego młyna, parze ukazał się dużych rozmiarów latający spodek. Otworzył się w nim właz, z którego wysunęła się rampa. Roe pomógł kobiecie na niej usiąść i odstąpił krok do tyłu.

– Na mnie już czas… – oznajmił obojętnie.

– Rozumiem… i dziękuję… – Kobieta popatrzyła na niego, jakby z wdzięcznością. Jednak zaraz jej twarz przybrała surowy wyraz. Odwróciła się i rzuciła oschle przez ramię – żegnaj.

Roe uśmiechnął się krzywo.

Wtem niebo rozjaśniła zielonkawa łuna i ku ziemi zaczęły spadać dziesiątki fluorescencyjnych świateł.

Lue spojrzała do góry.

– To atak z orbity! – krzyknęła, po czym przeniosła wzrok na stojącego samotnie mężczyznę. Naraz szarpnęła go gwałtownie ku sobie. Nie stawiał oporu. Oboje znaleźli się wewnątrz statku. Kobieta już o własnych siłach dotarła do kokpitu sterowniczego i po chwili latający spodek wystrzelił z ogromną prędkością ku niebu. Pod nim, na ziemi, doszło do szeregu silnych eksplozji, gdzie gęsty brunatny dym zmieszał się z jaskrawo zielonymi jęzorami ognia.

Tymczasem Roe zorientował się, że cała struktura kosmicznego statku była przeźroczysta. Obracając się wokół własnej osi mężczyzna posiadał widoczność w promieniu trzystu sześćdziesięciu stopni. Ponadto w kokpicie nie zauważył żadnych ekranów czy przycisków. Na fotelu, gdzie zasiadła kobieta, założyła jedynie obszerne gogle i za ich sprawą manewrowała pojazdem.

Gdy znaleźli się na orbicie, w okolicach księżyca doszło do gigantycznego wybuchu.

– Co to było…? – wyszeptał wstrząśnięty widokiem Roe.

– Mój statek matka – odpowiedziała obojętnie Lue.

– To chyba źle…

– Tu nic nie jest dobre i już nigdy nie będzie.

– Zdaje się, że nie jesteś tu od wczoraj?

 

– Zagłady światów, to mój dzień, jak co dzień, jak mawiają ludzie.

– A na ile ty jesteś człowiekiem? – Roe spojrzał krytycznie na kobietę.

– Mamy towarzystwo. – Lue pokazała kciukiem za siebie. Mężczyzna zauważył lecącą z tyłu eskadrę statków.

– Co robimy? – zapytał nerwowo.

– Uciekamy. Jesteśmy na statku badawczym. Nie mamy na wyposażeniu żadnej broni.

– Dokąd chcesz odlecieć? – Roe z coraz większym napięciem obserwował zbliżającą się grupę wrogich myśliwców.

– Udamy się w miejsce stworzone przez progenezę zagłady. Czarna Gwiazda, tak ją nazywaliście. My określaliśmy ją mianem Pożeracza Światów. Potrafił on stworzyć osobliwość, przez którą przemieszczał się do kolejnych układów. Utrzymuje się ona pewien czas po otwarciu. Z niej udamy się tam, gdzie jest bezpiecznie.

– Bezpiecznie dla kogo?

Kobieta nie odpowiedziała i rozpoczęła serię gwałtownych uników statkiem. Obserwując przemykające wokół latającego spodka niebieskie światła, efekty wystrzałów, Roe rzucił pospiesznie:

– Jak daleko jest ta osobliwość?!

– Właśnie w nią wlatujemy.

W tym momencie jeden z wrogi pocisków dosięgnął celu. Latającym spodkiem gwałtownie wstrząsnęło. Zgasły w nim światła i rozległ się przeraźliwy pisk. Oszołomiony Roe upadł na podłogę i zatkał sobie uszy. Naraz cała przestrzeń wypełniła się przeraźliwie jaskrawym światłem, a mężczyzna doznał uczucia, jakby zjeżdżał windą ze szczytu wieżowca. Następnie w przeciągu sekundy wszystko się uspokoiło. Oświetlenie powróciło do naturalnego stanu, a statek spokojnie dryfował w kosmicznej przestrzeni. Roe rozejrzał się naokoło. Nigdzie nie dostrzegł śladu pościgu.

– Przeskoczyliśmy – oznajmiła Lue.

– Czyli udało się…?

– Niezupełnie.

– Co masz na myśli?

– To nie jest nasza galaktyka – wyjaśniła kobieta.

– Rozumiem, że to zła wiadomość…?

– Mam gorszą.

– Strzelaj.

– Nie mogę namierzyć drogi powrotnej.

II. PRZESTRZEŃ

Lue cały czas siedziała z powagą w obszernych goglach, skrywających górną połowę jej twarzy. Roe stał koło niej, opierając się ręką o fotel kobiety. Drugą ręką co raz przeczesywał swoje byla jak ostrzyżone, kasztanowe włosy średniej długości. To znów drapał się po kilkudniowym niezbyt gęstym zaroście. Te nadmiarowe ruchy pozwalały mu odreagować nadmiar wrażeń. Bo chociaż w życiu naprawdę wiele już przeszedł i był świadkiem wielu niezwykłości, to podróż przez galaktykę latającym spodkiem wespół z ludzką hybrydą nawet na nim robił niemałe wrażenie.

*

– Ciągle nic? – zagadnął w pewnym momencie, wpatrując się w mijaną przez spodek planetę o karmazynowej barwie.

– To bez sensu. Skanery niczego nie wychwytują. Niczego tu nie ma – odparła bez wiary Lue.

– Żadnych drzwi, przez które można by wrócić do domu?

– Żadnych.

– Więc poszukajmy następnego.

– Domu…?

Roe, jakby pytania Lue nie usłyszał. Naraz odżyły w nim bolesne wspomnienia. Oczyma wyobraźni zobaczył obrazy: miejsce, gdzie się wychował – przedmieścia Vancouver, zamieszkiwaną tam przez jego rodzinę ruderę. Potem spalający wszystko ogień i widok jego gorejącej matki wynoszącej na rękach z płomieni jego siostrę. Inne obrazy z przeszłości, powiązane z jego późniejszym domem, także rozdzierały mu serce.

– Domu? Mamy poszukać domu? – Do rzeczywistości przywrócił Roe pretensjonalny głos Lue.

– Tak, powinniśmy poszukać planety do zamieszkania – odparł zdecydowanie, gdy zdusił w sobie bolesne wspomnienia.

– Po co nam dom? Miejsce do zamieszkania? – dopytywała Lue.

– Nie wyjaśniłaś mi jeszcze, kim jesteś. Ale każda istota ma w sobie wolę przetrwania. Mimo wszystko.

Kobieta podniosła na moment gogle. Spojrzała z uwagą na swego rozmówcę i twierdząco pokiwała głową.

– Lecimy zatem do kolejnego układu – rzekła. Ten posiada tylko jedną planetę, którą spalają promienie słońca.

– Spalają… – powtórzył w zadumie Roe. Potrzasnął głową i postarał się zmienić temat. – Więc czym, kim jesteś? – zapytał. – Jeszcze mi tego nie wyjaśniłaś.

– Mówiłam ci już. Hybrydą.

– Obawiam się, że spędzimy ze sobą sporo nadchodzącego czasu. Może nie masz w naturze bycia zbyt wylewną, doceniam to. Jednak osobiście wolę wiedzieć, z kim dzielę pokład – nie ustępował Roe.

Lue odpowiedziała pozbawionym emocji głosem:

– W ziemskiej kulturze dość popularny jest wątek uprowadzeń przez obcych, zgadza się?

– Rządy nigdy tego oficjalnie nie potwierdziły, ale… tak.

– Obcy przybywali na twoją planetę, aby badać jej zasoby i pozyskiwać materiał genetyczny. Interesowali się przede wszystkim ludźmi.

– Czemu?

– Ponieważ łatwo uczynić z was inteligentne narzędzia, których w odpowiednim czasie można użyć do zbierania tego, co pozostawił po sobie Pożeracz Światów.

– Chcesz powiedzieć, że odwiedziny obcych miały związek z tym czymś, co zniszczyło Ziemię? – zainteresował się Roe.

– Tak. Życie w opuszczonej przez nas galaktyce zamiera. Nikt nie wie, co obecnie stało się z Pożeraczem. Ale aż do tej pory przemieszczał się z systemu do systemu. Zbierał wodę, biomasę i rudy metali. Najczęściej w ogóle rozrywał planety na strzępy, aby dostać się do płynnego rdzenia. Jeżeli jednak nie naruszył jądra i tak pozostawiał za sobą tylko zgliszcza. Na wyjałowionych planetach życie odchodziło nieuchronnie w niebyt. Ekosystemy przestawały istnieć, zanikały atmosfery. Ale tuż po porzuceniu zdewastowanej planety była ona łakomym kąskiem dla tych, których światy także zostały zniszczone, a którzy poruszali się za Pożeraczem w gwiezdnych flotyllach. Są nimi między innymi ci, których zwiecie szarymi. To oni stworzyli mnie na bazie ludzkiego DNA.

– Duże głowy i oczy, patykowate kończyny…

– Tak. Dawno temu ich świat także został unicestwiony. Od tamtego czasu podróżują za Pożeraczem. Badali wytwarzane przez niego osobliwości, dzięki którym przemierza przestrzeń i sami nauczyli się je wytwarzać. Lecz samodzielna kreacja osobliwości, aby dokonać za jej pośrednictwem przeskoku choć jednym statkiem, wymaga olbrzymiej energii. Dlatego odwiedzani byliście regularnie, ale na małą skalę. Ponadto szarzy potrafią prześledzić prawdopodobny kurs Pożeracza. Wiedzieli, że do was przybędzie. Stworzyli więc ludzkie hybrydy, aby po zagładzie zebrały z planety wszystko, co na niej pozostało, a co uważali za cenne. Osobliwość wytworzona przez Pożeracza jest potężna i utrzymuje się długo, a to daje duże możliwości.

– I nakręca skalę zagrożenia…

– Masz na myśli eksplozję obok Księżyca? W grze o przetrwanie poświęca się pionki bez żalu.

– Też stałbym się poświęconym pionkiem, gdyby udało ci się zawładnąć moim umysłem?

– Owszem. – Lue wzruszyła ramionami.

– A jednak pomogłaś mi.

– To był impuls. W większości jestem człowiekiem. To chyba widać.

– Więc czemu teraz służysz szarym, nie ludziom?

– Gdybyście wykonali szybszy skok cywilizacyjny i stworzyli silne gwiezdne floty, zanim wasz świat został zniszczony, zapewne dołączylibyście do padlinożerców. Nie zdążyliście i ten gatunek czeka rychłe unicestwienie.

– Twierdzisz więc, że jesteś w większości człowiekiem. Ale nie utożsamiasz się z ludźmi.

– Tak właśnie jest.

– Więc kim jesteś?

– Tak jak powiedziałeś. Jestem istotą, która po prostu chce przetrwać.

*

Roe wpatrywał się w niezmierzoną przestrzeń nieznanych mu gwiezdnych konstelacji. Choć zapewne żaden człowiek nigdy nie dotarł tak dalece od macierzystej planety, a jego własny gatunek znajdował się na skraju wymarcia, odczuwał dziwny spokój. W tym niesamowitym miejscu, kosmosie, o którego podboju marzył jako dorastający chłopak, niemal zapomniał o piekle ostatnich miesięcy. Zostawił je tak daleko za sobą. Tak daleko, że wydawało się wręcz nierzeczywiste, jak zły sen.

Usiadł ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i przeniósł wzrok na Lue. Pomyślał, że była równie niezwykła jak gwiazdy i równie zimna jak kosmiczna pustka pomiędzy nimi. Lecz to, że ta kobieta traktowała go przedmiotowo bynajmniej mu nie wadziło, wręcz przeciwnie. W świecie, gdzie dziecko w łonie matki nie mogło doczekać szczęśliwych narodzin, za to grzebanie bliskich osób stało się codziennością, postawa pełna dystansu była ze wszech miar właściwa. Choć w przypadku Lue podejrzewał, że miał do czynienia z czymś więcej niż tylko przywdzianą okolicznościowo maską obojętności. Ta istota nie okazywała emocji, jakby ich niemal nigdy nie doświadczała, jakby ich zwyczajnie nie znała.

*

– Skoro jesteś hybrydą, to… jakim zmianom zostałaś poddana? – zagadnął Roe.

Kobieta na wszystkie pytania odpowiadała z równą swobodą. I choć sama nie inicjowała dyskusji, wydawała się także niczego nie skrywać.

– Przede wszystkim poddano mnie takim udoskonaleniom, abym była jak najbardziej użyteczna – rzekła. – Fizycznie nie odczuwam zmęczenia, prawie nie potrzebuję snu. Moje tkanki są odporniejsze i szybko się regenerują. – Wskazała na zasklepioną ranę na piersi. – Posiadam wyostrzone zmysły, w tym pewne zdolności telepatyczne.

– Czemu służą te ostatnie?

– Łatwiejszemu porozumiewaniu się z szarymi. Taki posiadają sposób komunikacji.

– Więc zrobili z ciebie nadczłowieka.

– W pewnym sensie.

– Gratuluję ulepszeń. Tego, co ci dali. – Roe popatrzył na swoje ciało, które po ostatnich ciężkich przejściach, fizycznie znajdowało w kiepskim stanie.

– Inne rzeczy zostały mi odebrane – powiedziała po chwili Lue.

– Na przykład?

– Spójrz na moje biodra.

– Są wąskie… – oznajmił z zadumą mężczyzna.

– Nie ma potrzeby, aby były szersze.

– Chcesz powiedzieć, że…

– Nie mogę mieć dzieci – odparła Lue. Roe zaś i tym razem w jej głosie nie odnalazł śladu emocji: pretensji, gniewu, czy gorzkich wyrzutów, dosłownie niczego. Ona kontynuowała: – Tam, skąd pochodzę, wkraczamy w świat z pojemników, będąc w pełni dojrzałymi istotami. W naszej społeczności nie ma żadnych dzieci.

– Więc czemu w ogóle przypominasz kobietę? Czemu ma to służyć? – Roe spoglądał na sylwetkę rozmówczyni, której w żadnym razie nie mógł odmówić kobiecości.

– Posiadam płeć. Wszystkie drugo i trzeciorzędne cechy płciowe. Prawie kompletny układ hormonalny. Ma to na celu zarówno fizyczną i psychiczną równowagę. Im mniej dokonuje się radykalnych modyfikacji w pierwotnym organizmie tym jest stabilniejszy i łatwiejszy w produkcji – wyjaśniła.

– Inteligentne narzędzia…

– Ludzi mieli konie, woły i osły. Szarzy mają nas.

– A jaki los was czeka, gdy zbieranie resztek z Ziemi dobiegnie końca?

– Nadajemy się do każdej misji na planetach typu ziemskiego. Możemy także pracować we flotylli szarych na ich statkach. Posiadamy szeroki zakres zastosowań.

– A jak prezentuje się wasza społeczność we flotylli?

– Nie chcę o tym mówić. – Głos Lue zadrżał po raz pierwszy.

– Nie ma sprawy, skoro to zbyt osobiste… A zdradzisz mi – ciągnął zaskoczony reakcją Lue mężczyzna, zmieniając temat – jakie mamy na statku zapasy żywności? Od wczoraj nic nie jadłem…

Kobieta wyjęła z kieszeni buteleczkę z białymi pastylkami i rzuciła ją Roe.

– Co to jest? – zaintrygował się.

– Prowiant na najbliższe lata.

– Chyba żartujesz?!

– To zmieni twój metabolizm.

– Jakim cudem…?

– Kojarzysz ruch bretarianizmu ze swojej planety?

Roe podrapał się w zadumie po głowie i rzekł:

– Chodzi ci o ludzi z dwudziestego pierwszego wieku, którzy twierdzili, że nie potrzebują do życia pożywienia, ani płynów… Przypisywali to chyba jakimś duchowym mocom…

– To jednostki, na których szarzy eksperymentowali bardziej ekonomiczne formy metaboliczne. Z sukcesem.

– Jak to konkretnie działa? – obracając w palcach niewinnie wyglądającą pastylkę, Roe przyglądał się jej z podejrzliwością.

– Metoda zasadza się na produkcji białek z dwutlenku węgla i azotu. Podstawowa energia czerpana jest z rozkładu cząstek tlenku węgla.

– Nigdy nie byłam za dobry z biologii. – Mężczyzna nieśmiało powąchał pastylkę.

– Ja pracowałam głównie w laboratorium. Zresztą ten statek w zasadzie nim jest. Całe zaplecze poza kokpitem.

– W porządku… – Roe zdecydował się połknąć podarowany mu substytut pożywienia.

 

– Smacznego – oświadczyła Lue. Wyraz jej twarzy pozostał niewzruszony.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?