Ameno I

Tekst
Z serii: Ameno #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ameno I
Ameno I
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,99  11,99 
Ameno I
Audio
Ameno I
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Bonk

Ameno I

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-8166-013-6

Wydawnictwo: self-publishing

e-wydanie pierwsze 2019

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

I. NADIA
Szpital Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego w Kairze
Trzecie piętro – poziom terapii eksperymentalnych
Pacjentka Nadia Ibrahim

*

W niewielkim pomieszczeniu szpitalnym, gdzie stało tylko jedno łóżko, spoczywała młoda kobieta, właściwie jeszcze dziewczyna. Była niemal całkowicie sparaliżowana, a jej ciało coraz szybciej transformowało w coś przypominającego z wizerunku egipską mumię. Pacjentka nie miała na sobie nawet bielizny, aby obcy materiał nie jątrzył powstających na ciele ropiejących ran. Cała powierzchnia dziewczęcej skóry pękała i ulegała złuszczeniu, przywodząc na myśl wyglądem chropowatą korę drewna, z której odkruszały się drobne gałązki i obumarłe liście. Pomiędzy rozłażącymi się płatami tkanki łącznej sączyła dająca przykry zapach wydzielina, stanowiąca wysięk skażonego osocza. Organy wewnętrzne zamierały i postępowała w nich powszechna martwica. Oddech pacjentki podtrzymywano za pomocą respiratora, a ciśnienie krwi, mimo podawania silnych medykamentów, nieustannie spadało. Nieregularny rytm serca sugerował silną arytmię. Zaburzeniu uległy również zmysły dziewczyny. Doświadczała świata jedynie przez zamazany obraz prawego oka i docierały do niej nie do końca wyraźne dźwięki.

Tuż koło szpitalnego łóżka stanęła pielęgniarka i poprawiła na niskiej, białej szafce koptyjski krzyż, aby zwrócić go przodem ku leżącej dziewczynie. Krzyż mienił się kiczowatym, złotym kolorem z kawałkiem czerwono-niebieskiego plastiku w centrum, który miał imitować drogocenny klejnot. Z kolei przybyła kobieta nosiła na sobie biały, pielęgniarski fartuch i do kompletu czarne, zakonne nakrycie głowy. Jej twarz znaczyły surowe, arabskie rysy. Ta postać tradycyjnie zachowywała tu obojętną postawę oraz milczała. Można było odnieść wrażenie, że dogorywającą pacjentkę traktowała niczym rzecz – usychający kwiat, sama zaś była tu pomocnikiem ogrodnika. Obecnie, po sprawdzeniu parametrów życiowych dziewczyny, czekała.

– Przepraszam za spóźnienie, ale miałem dziś prawdziwe urwanie głowy na poziomie pierwszym. Najmocniej przepraszam…

– Znowu ognisko eboli…? – zapytała leniwie pielęgniarka.

– Tak i ponownie nad Nilem – potwierdził w pośpiechu, wchodzący szybkim krokiem do sali lekarz. Niski, otyły i śniady mężczyzna, brunet w średnim wieku. Chwycił on ze stolika kartę pacjentki i spoglądając na dziewczynę na łóżku, zszokowany dodał: – Na Boga Jedynego… kto… co to jest…?

– Cóż… Nazywamy ją na oddziale Połykaczką Grzechów – odparła obojętnie pielęgniarka.

– Połykaczką… – powtórzył bezwiednie lekarz, starając się oswoić z nowym, odstręczającym widokiem.

– Zgadza się – potwierdziła kobieta. – Ochrzciliśmy ją tak, ponieważ spoglądając na nią, człowiek naraz uświadamia sobie miałkość własnej cielesnej powłoki i skruszony, niczym sam święty, zwraca się ku prawdziwej wierze. – Pielęgniarka przeniosła wzrok na krzyż stojący na szafce i z grymasem niezadowolenia na twarzy dorzuciła: – Poza tym ta szkaradnica wygląda tak, jakby sama połknęła wszystkie, najcięższe grzechy świata…

– Oczywiście… – przytaknął od niechcenia lekarz, który wyszedł już z pierwszego szoku i odjął sobie od ust oraz nosa odruchowo skierowaną tam dłoń. Następnie z pewną pretensją zapytał:

– A gdzie jest doktor Ali? To dla niego się tutaj tak spieszyłem, zaniedbując własny oddział…

– Nasz ordynator z samego rana poleciał na sympozjum do Kuala Lumpur. Nie będzie go co najmniej tydzień – oświadczyła pielęgniarka.

– Tydzień… – mruknął pod nosem lekarz. Wziął głębszy oddech, przetarł palcami ciemne brwi i ostatecznie tracąc niedawną werwę, zmęczonym głosem oznajmił: – Nie przejmę tej pacjentki nawet na jeden dzień. Nie jestem od… takich przypadków. To znaczy właściwie jakich…? – zastanowił się na głos. – Co się tej… osobie, stało? – Spojrzał na dziewczynę na łóżku, jak na trędowatą. Pielęgniarka niespiesznie odpowiedziała:

– To jakaś przybłęda ze wschodu z fałszywymi papierami. Załapała się, jako zwykła kopaczka do wykopalisk pod Sfinksem. I zdaje się, wykopała tam z innymi coś, czego nie należało ruszać z tej ziemi…

– To znaczy…? – dopytał z rezerwą lekarz.

– Nie wiem dokładnie. Teren wokół wykopalisk został zamknięty przez wojsko, więc nie wiadomo, co tak naprawdę zostało tam odkryte. – Pielęgniarka wzruszyła ramionami i ciągnęła dalej: – Za to wszystkich kopaczy spod Sfinksa dokładnie ścięło z nóg. Biedaków porozwozili do szpitali w całym Kairze, ale ci marli z dnia na dzień, jak muchy, mimo że nie znaleziono w ich ciałach żadnych śladów infekcji czy napromieniowania. Poszła wręcz plotka o klątwie… – wtrąciła ściszonym głosem siostra zakonna i jakby w tajemnicy dodała: – Chyba tylko Połykaczka jeszcze żyje. O ile można nazwać to życiem. Wydaje się, jakby kurczowo wzbraniała się przed śmiercią, a przecież po niej ma prawo dostąpić czegoś wspaniałego, prawda? – Kobieta z nabożną czcią objęła dłonią koptyjski krzyż na stoliku.

Lekarz tylko pokiwał bez wyrazu głową. Raz jeszcze wbił wzrok w kartę pacjentki i czytając, zapytał:

– Nasz szacowny ordynator… Po co ją tutaj ściągnął, tę Połykaczkę i czego on właściwie ode mnie oczekuje? Przecież ta dziewczyna to wrak człowieka i praktycznie już trup…

– Szacowny doktor Ali przed wyjazdem przekazał mi, cytuję; „że byłby niezwykle rad z utrzymania przy życiu i sumiennego podlewania jego usychającego kwiatuszka”, tak nazwał Połykaczkę. Podobno pragnie przeprowadzić na niej te swoje eksperymentalne terapie z komórkami macierzystymi. Zaznaczył też, że w celu utrzymania obiektu przy życiu, jego kwiatuszek możemy dowolnie, ponownie cytuję; „przystrzyc”…

– Przystrzyc… Rozumiem… – Lekarz pokręcił z dezaprobatą głową, podszedł do aparatury medycznej i dłuższy czas analizował aktualne wykresy. Aż w końcu, po widocznej walce z samym sobą, zdecydowanym głosem przemówił: – Niech będzie. Skoro ta osoba jest pod specjalną kuratelą doktora Ali, to zrobię, co w mojej mocy, aby ocalić ją do powrotu naszego ordynatora.

– I tak wszystko jest w rękach Boga… – oznajmiła rezolutnie pielęgniarka, wznosząc wzrok do góry.

– Oczywiście – zbył obojętnie te słowa lekarz i z siłą w głosie dodał: – Spróbujemy jednak trochę nakierować boskie poczynania na doraźne ocalenie tej istoty. Dlatego każ na moje polecenie natychmiast przygotować salę operacyjną na poziomie czwartym i wezwij zespoły F5 oraz F6.

– Oba? – zdziwiła się pielęgniarka.

– Tak – nie pozostawił wątpliwości lekarz. – Pacjentka jest już w połowie trupem i dusi się własnym, trupim jadem. Dlatego amputujemy jej kończyny najwyżej, jak się da, a do tego wytniemy nieprzydatne już organy, jak woreczek żółciowy, macicę, śledzionę, czy słabszą, prawą nerkę. Następnie do powrotu ordynatora wprowadzimy ją w stan śpiączki farmakologicznej. To wszystko, co możemy zrobić i zrobimy to. – Po tym oświadczeniu mężczyzna na moment zastygł sztywno i wskazując na dziewczynę, ściszonym głosem zwrócił się do pielęgniarki: – Czy… czy ona jest w stanie wegetatywnym, czy jest nieprzytomna…?

– Nie wiem… – Siostra zakonna kolejny już raz wzruszyła ramionami. – W każdym razie zauważyłam, że jej parametry życiowe nie spadają poniżej krytycznej granicy, jeżeli włączam jej stale program w telewizji z udziałem tego kosmicznego bohatera, kapitana Henena.

– Tego… astronautę…?

– No tak. Sama lubię go oglądać, a jako boża służka dzielę się tą atrakcją z Połykaczką. To w końcu dobry uczynek, łaska pańska, tak się dzielić, prawda?

– Prawda…

– Właśnie. A kiedy jest relacja na żywo z kosmosu z kapitanem, to i ciśnienie się naszej Połykaczce czasem podnosi, aż niemal rozkwita. No powiedzmy… Ale… o akurat zaczynają nadawać! – Naraz podekscytowana pielęgniarka zajęła miejsce bliżej łóżka, gdzie przed twarzą pacjentki ustawiony był włączony monitor służący do odbierania programów telewizyjnych. Także i lekarz spoglądał na rozpoczynającą się transmisję, zajmując miejsce z drugiej strony posłania. Ponadto kątem oka sam zauważył, że ciśnienie leżącej na łóżku dziewczyny rzeczywiście drgnęło nieco do góry.

II. HENEN
Orbita okołoziemska
Pokład międzynarodowego statku badawczo-ekspedycyjnego Ozyrys II.

*

– Salut moja ty kosmiczna braci! Na stanowiska!

– Jawoll!

– Da! Urrra!

– Henen! Ty przodem i pamiętaj, nie zasłaniaj tym razem kamery, cały świat na nas patrzy!

Jasne i… włączam transmisję… – mruknął sam do siebie, ale jedynie w myślach wywołany mężczyzna. W końcu był już w pełnym skafandrze i wolał oszczędzać tlen. Następnie spojrzał z otwartego włazu statku kosmicznego na bezkresną, gwiezdną dal. Upajał się tą chwilą, wrażeniem, z którym niczego innego nie można było porównać.

Jednocześnie już transmitował podziwianą przez siebie wizję do milionów odbiorców na Ziemi. Stanowiło to jeden z warunków prywatnych sponsorów, pokrywających częściowo koszty misji w kosmosie. Inny warunek postawiono taki, że w celach reklamowych sam Henen miał poddać się kreacji na wielkiego, kosmicznego bohatera. Dlatego zawsze ruszał do akcji przodem. Zaś ludzie na planecie mogli podziwiać go nie tylko w czasie samych misji. Jego imieniem sygnowano sportowe marki samochodów, męską garderobę, sprzęt wyłącznie dla twardzieli, jak narzędzia, także ogrodnicze. Ponadto dumna sylwetka kapitana dominowała choćby na pudełkach popularnych sojowych płatków śniadaniowych dla dzieci i całej masie innych reklamowanych przez niego produktów.

 

– Henen! Nie marnuj tlenu! – Mężczyzna usłyszał naraz z głośników w hełmie ponaglenie, skąd inąd słuszne. Uniósł więc przed siebie zaciśniętą dłoń, tak, aby jego pięść znalazła się w kadrze na tle rozgwieżdżonego nieba, po czym przytwierdzony za linę do Ozyrysa II, dał potężnego susa w kosmiczną próżnię. Dla zwielokrotnienia wizualnego efektu wirował wokół własnej osi, żeby obraz z umieszczonych na nim miniaturowych kamer również szybko się zmieniał. Potęgowało to wrażenie dynamicznej akcji w kosmosie, szczególnie gdy w tle co raz pojawiała się i ginęła Matula Ziemia. To zawsze wzbudzało dodatkowe zachwyty wśród telewidzów. Lecz teraz, po tych tanich popisach, Henen skoncentrował uwagę głównie już tylko na powodzeniu samej misji.

Chwycił mocno za linę, do której był przytwierdzony i odzyskał pewną kontrolę nad dryfowaniem w próżni. A zaraz ostrożnie złapał kontakt stopami z potężną asteroidą, o bardzo nietypowym kształcie piramidy, a pędzącą, nie inaczej, tylko wprost na planetę Ziemię. Było to już kolejne złowrogie ciało niebieskie, które w ostatnim czasie zamierzało potraktować ludzkość niczym pradawne dinozaury. A kto miał temu zapobiec? Oczywiście nieprzejednany bohater Ziemian walczący dzielnie z kosmicznymi kamieniami! Tak na marginesie znudzony już nieco życiem, ale bynajmniej nie kosmosem, kapitan Henen.

Po udanym abordażu na asteroidę, na której powierzchni z trudem utrzymywał się z powodu prawie zerowej grawitacji, uczynił on zachęcający ruch ręką do pozostałych członków ekipy. Była ich w sumie czwórka. Zgodnie z obowiązującym parytetem płci dwóch mężczyzn i dwie kobiety; Rosjanin, Francuzka, Niemka oraz on – międzynarodowy bohater. Pod nimi natomiast znajdował się kawał kosmicznego gruzu, który musieli skierować w inną stronę kosmosu, ale nie tylko to. Mieli też za zadanie pobrać próbki tego kosmicznego draństwa i między innymi to właśnie dlatego asteroida nie została na dzień dobry potraktowana atomówką, a w to miejsce rozgrywało się prawdziwe, międzygwiezdne show.

Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, kiedy NASA, wtedy jeszcze dyskretnie, zlokalizowała pierwszą asteroidę mającą duże prawdopodobieństwo kolizji z Ziemią i postanowiła wysłać na nią misję badawczą. Okazało się wówczas, że na tym miniaturowym ciele niebieskim zagnieżdżone jest najprawdziwsze w świecie życie. Co prawda zamrożone i w formie jednokomórkowych bakterii, ale jednak. Informacja ta przeciekła niebawem do mediów i od tego czasu rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo. Dotacje dla kosmicznych agencji, w tym wpływy od prywatnych sponsorów, poszybowały w górę, podobnie jak kolejne wystrzeliwane ku niebu statki. Lecz te, ku wielkiemu rozczarowaniu sponsorów, niestety nie odnalazły innych przykładów kosmicznej flory czy fauny. Niespodziewany przełom nastąpił, dopiero gdy Europejska Agencja Kosmiczna dostrzegła za pomocą teleskopów całe roje gwiezdnego gruzu zmierzającego wprost ku ziemi. I w tym momencie cała ta kosmiczna sprawa przybrała zupełnie inny wymiar. Wkrótce bowiem okazało się, że jedynie asteroidy atakujące, jak z premedytacją, błękitną planetę zawierały obce DNA, zupełne jakby ktoś świadomie pragnął zainfekować nimi Ziemię. Aczkolwiek nie był to koniec niespodzianek. Na niektórych takich skałach odnaleziono już nie jedno, a wielokomórkowe twory obcego pochodzenia. Natomiast na ostatniej misji wielki kapitan Henen rozdeptał na asteroidzie najprawdziwszego w świecie kosmicznego robala. Czego oczywiście nie omieszkał skrzętnie sfilmować. I wtedy świat już totalnie oszalał.

Zaś teraz? Kapitan korzystał z całego tego kosmicznego zamieszania i jakby to powiedzieć piekł wiele ognisk na jednej asteroidzie. Zatem wraz ze swoją grupą nagrywał film dla sponsorów, zmieniał trajektorię kosmicznej skały i równocześnie poszukiwał następnych gatunków obcych form życia.

W tym celu, obok czwórki astronautów, wylądowały na niewielkim ciele niebieskim wystrzelone z Ozyrysa II skrzynie ze specjalistycznym sprzętem. Były to zdalne mechanizmy do odwiertów. Zasysały one do pojemników materiał z asteroidy, a w wyżłobionych tunelach umieszczały silniki, które odpalone, miały za cel przesunąć kawałek kosmicznej skały, by w konsekwencji ominęła ona Ziemię. Natomiast ekipa Henena stała na straży całego tego procesu, by go bezpośrednio kontrolować i zapobiegać ewentualnym komplikacjom.

Jak do tej pory wszystko szło zgodnie z planem. A na potwierdzenie w pewnym momencie kapitan usłyszał z mikrofonu w hełmie budujące słowa Rosjanina:

– Zgodnie z analizą spektralną skała jest wystarczająco miękka, wszystko idzie bez zarzutu, Henen, wgryzamy się po całości!

W odpowiedzi kapitan uniósł ku mężczyźnie kciuk do góry, oczywiście tak, aby wyprostowany palec był widoczny na wizji. Zaciśnięte pięści, uniesione kciuku. Tak właśnie miało to wyglądać i kreować jednoznaczny przekaz na Ziemię – kapitan Henen znowu wygrywa z obcymi, kupcie zatem dzieciakom więcej tuczącej, lukrowanej karmy z płatków sojowych z jego dumną podobizną!

Lecz naraz kapitana coś zaniepokoiło. Z odwiertów dokonywanych przez maszyny na asteroidzie zaczęła się bowiem wydobywać bliżej nieokreślona czarna i płynna substancja, przyjmująca w próżni kształt licznych, miniaturowych kropel. Te jednak nie dryfowały bezładnie w pozbawionej atmosfery przestrzeni, a kierowały się w podejrzanie zorganizowany sposób wprost ku astronautom.

Niezidentyfikowana ciecz pierwszą oblepiła Francuzkę. Coraz bardziej zaniepokojony Henen obserwował, jak nieszczęsna żabojadka próbowała energicznie zetrzeć z siebie smolistą substancję. W efekcie jej kombinezon został gwałtownie rozerwany i to raczej nie tylko pod wpływem siły kobiety. Zaś to coś czarnego wlewało się dalej do ubioru kosmonautki, a zaraz także i w nią samą, ponieważ czarnym kroplom w przestrzeni zaczęły towarzyszyć czerwone, uwalniane z otwartego krwiobiegu Francuzki.

W tym momencie już z całkiem zdruzgotany Henen popatrzył na pozostałą dwójkę kompanów unurzanych w czerwono-czarnej posoce. Oni, w analogiczny sposób, co ich towarzyszka, również dogorywali na asteroidzie.

Sam poczuł na plecach własnego kombinezonu uciążliwe gniecenie i nieprzyjemne wrażenie przewiercania. Aż ochronna powłoka i jego skafandra została rozerwana, po czym odniósł paskudne uczucie, że tajemniczy kosmiczny intruz z łatwością przeniknął przez powierzchnię skóry i gwałtownie penetrował wnętrze jego samego.

Henen padł na kolana. Obraz zawirował mu przed oczyma, a w ciele odczuł piekielny ból. Najsilniejszy w czaszce, jakby narastające gwałtownie ciśnienie, przez które odnosił wrażenie, że zaraz dosłownie eksploduje mu mózg.

*

Lekarz i pielęgniarka z zapartym tchem wpatrywali się w monitor przed twarzą pacjentki. Widoczny był tam zarys gwiezdnego nieba, asteroidy oraz ludzi w skafandrach osnuwanych przez coś przywodzącego na myśl wylaną w próżnię ropę naftową przemieszaną z krwią. Do tego dochodził opętańczy wrzask, wylewający się z głośników Henena, a pochodzący od jego kompanów i transmitowany do odbiorców na Ziemi. Aż naraz obraz z hełmu kapitana zalała dokładnie czerwona ciecz.

Z tą chwilą lekarz i pielęgniarka wręcz podskoczyli w miejscu, a aparatura elektroniczna w szpitalnym pomieszczeniu zaczęła wydawać z siebie piskliwy, alarmowy dźwięk.

– To zapaść! – krzyknął jak wyrwany z hipnotycznego transu lekarz. Przez moment przymierzał się do reanimacji pacjentki, ale zamiast tego skierował gniewnie wypowiedziane słowa do pielęgniarki: – Pomóż mi! – Kobieta jednak wciąż wpatrywała się z rozdziawioną szczęką w czerwony ekran. – Tracimy ją! – ponaglał mężczyzna.

III. TAKASHI I SAKURA
Ośrodek rewitalizacji i terapii alternatywnych na wyspie Kiusiu.

*

Zapadał już zmierzch. Ekskluzywny, czarny śmigłowiec z parą leciwych vipów na pokładzie zawisł nad lądowiskiem mieszczącym się na dachu budynku w kształcie trapezu, czyli ściętej piramidy. Wiał dość silny wiatr zacinający dodatkowo deszczem, co wprawiało powietrzny środek transportu w stan lekkiego chybotania. Zaraz jednak pilot udanie skierował helikopter ku twardej nawierzchni z namalowanymi na biało pasami nawigacyjnymi.

Odsunięte zostały boczne drzwi i z wnętrza śmigłowca z wolna wysunęła się mechaniczna rampa, która niebawem dotknęła dachu budynku. Po wystawionym podeście zeszła para młodych mężczyzn, Azjatów, w nienagannie skrojonych, czarnych garniturach. Stanęli po przeciwległych stronach rampy i rozłożyli okazałych rozmiarów ciemne parasole. Po chwili pod osłonami przed deszczem pojawił się pierwszy wolno jadący wózek inwalidzki, na którym zasiadała studwudziestoletnia kobieta, Japonka, pani Sakura. Za nią, na analogicznym środku transportu, poruszał się jej leciwy rówieśnik pan Takashi, również rodowity przedstawiciel kraju kwitnącej wiśni. Na koniec wyszła z helikoptera jeszcze jedna para ubranych w ciemne garnitury ochroniarzy.

Ten niewielki kondukt przemieszczał się w półmroku spowodowanym późną porą dnia oraz ciężkimi, deszczowymi chmurami na niebie. Aż przybysze dotarli do kolistego włazu na dachu. Był to zarazem element windy, która drgnęła i wraz z pasażerami zaczęła się opuszczać. A w miarę, jak zjeżdżała coraz niżej, u góry nasuwała się płyta, uzupełniająca brakujący obecnie element dachu. Jednocześnie koliste, wewnętrzne ściany budynku uległy rozjarzeniu jasnym światłem.

Kiedy platforma stanęła dokładnie w środkowej części kompleksu, rozsunięte zostały na boki drzwi i przybyszom ukazała się sporych rozmiarów hala. Po obu stronach wrót ukłoniły się nisko dwa szpalery ubranych w białe kitle pracowników palcówki, w sumie kilkanaście osób pozostających w pochylonych pozach. Dalej, w tle pomieszczenia, widoczna była przezroczysta piramida okazałych rozmiarów mocno przenicowana elektronicznym sprzętem. Do jej wnętrza uczynił zapraszający gest jeden z kłaniających się, ubranych w biały kitel mężczyzn.

Ciągle nie padło ani jedno słowa, a pani Sakura oraz pan Takashi wjechali na wózkach przez prostokątne przejście do piramidalnej budowli. Czwórka ich ochroniarzy pozostała na zewnątrz. Do środka natomiast weszła para pracowników i pomogła leciwym vipom przyjąć pozycję leżącą w skrzyni przypominającej wyglądem sarkofag.

Zanim prostokątny pojemnik został zakryty pokrywą, starsi kobieta oraz mężczyzna spojrzeli sobie głęboko w zapadnięte oczy otoczone płatami pomarszczonej, obwisłej skóry. Następnie można było odnieść wrażenie, że ich przeorane głębokimi zmarszczkami twarze ozdobił smutny, niczym pożegnalny uśmiech.

Wiedzieli bowiem, na co się pisali i jakie istniało ryzyko, aby w obecnej tu maszynerii spróbować przedłużyć swe życie. Proponowana im eksperymentalna terapia nie została dostatecznie przetestowana, a co za tym szło, nie należała do bezpiecznych. Jednak pani Sakura i pan Takashi nie mieli już czasu. Po wielokrotnym przeszczepie narządów wewnętrznych, regularnych transfuzjach młodej krwi i nieudanych próbach ingerencji genetycznych nie pozostało im zbyt szerokie pole manewru. Dlatego łapali się desperacko każdej możliwości, żeby odwrócić wydawało się nieuchronny proces rozpadu ich dogorywających ze starości ciał.

Tymczasem sarkofag z pacjentami w środku został szalenie zamknięty i podłączony do aparatury elektronicznej zespolonej z piramidą. Sam pojemnik był tak naprawdę zaawansowaną komorą bio-rewitalizacyjną. W jego wnętrzu para vipów miała przejść w stan hibernacji i odbyć proces intensywnej krioterapii. Organiczne tkanki poddane pod kontrolą ekstremalnie niskim temperaturom zgodnie z założeniami terapii powinny wyzwolić w sobie mechanizmy samonaprawy i doprowadzić do samoregeneracji organizmów. Z kolei sama sceneria, gdzie odbywał się zabieg, nie miała stanowić bynajmniej jedynie kiczowatej otoczki. Odpowiedni wystrój nawiązywał do popularnych w wielu kręgach naukowych teorii o unikalnych właściwościach zastosowania w przestrzeni zasad tak zwane świętej geometrii. Stąd cały zabieg odbywał się wewnątrz piramidy.

Niebawem właściwa procedura została w pełni uruchomiona i powierzchnia kryształowego ostrosłupa rozjarzyła się białym światłem. Po dłuższym czasie jasność zdobiąca piramidalne ściany uległa zmianie w blady błękit, a potem przeszła w intensywny lazur. W ten sposób manifestacja kolejnych barw na zewnątrz odnosiła się do systematycznego obniżana temperatury w sarkofagu, a także potwierdzała prawidłowy przebieg zainicjowanego procesu.

W całej hali ciągle trwała permanentna cisza i każdy z kilkunastu naukowców bez reszty pogrążony był w śledzeniu wykresów uruchomionej aparatury. Aż w pewnym momencie, przez kryształowe powłoki piramidy, obecnie granatowe, przebiegł żółty rozbłysk. Z tą chwilą wśród pracowników ośrodka zapanowało niezdrowe pobudzenie. Naraz światła mignęły na pomarańczowo, a wraz z tą sygnalizacją obsługujące elektronikę osoby zaczęły zdradzać coraz silniejsze objawy zdenerwowania i pospiesznie szeptać do siebie nawzajem.

 

Z kolei para ochroniarzy w czarnych garniturach przy drzwiach piramidy poprawiła dłońmi w czarnych rękawiczkach pistolety umiejscowione w kaburach przy pasach. Druga para przybyłych z vipami elegancko ubranych mężczyzn stojących przy windzie, do kompletu pogładziła opuszkami palców rękojeści swych katan.

Te dyskretne ruchy przedstawicieli jakuzy nie pozostały niezauważone i były aż nazbyt wymowne. Dlatego wraz z rozjarzeniem się kryształowej budowli na czerwono w szeregach naukowców zapanowała już prawdziwa niczym nieskrywana panika. Lecz nadchodzącej katastrofy nic już nie mogło powstrzymać. Cały proces wymknął się spod kontroli i nagle sarkofag wewnątrz piramidy eksplodował fioletowymi jęzorami ognia.