Trzeci brzeg Styksu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzeci brzeg Styksu
Trzeci brzeg Styksu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Trzeci brzeg Styksu
Audio
Trzeci brzeg Styksu
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Beśka

Trzeci brzeg Styksu

Saga

Trzeci brzeg StyksuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2012, 2020 Krzysztof Beśka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594485

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Łódź zasypiała.

Jednostajny pomruk tramwajów, podmiejskich pociągów, ostatnich fabryk, wreszcie ludzkich szeptów, modlitw i złorzeczeń – przed chwilą jeszcze wyraźny, niczym buczenie natrętnego owada – nagle zaczął się rwać, jakby muzykowi, który dął w ustnik instrumentu, zabrakło powietrza. Jeszcze raz czy dwa jęknie rozpaczliwie i zarzęzi, uderzając w wyższe tony, co podobne będzie wołaniu o ratunek lub – przeciwnie – szybszy koniec, by wreszcie zamilknąć zupełnie. Kto wie, czy nie na zawsze...

Po chwili rozdarła się syrena; modulowany, raz cichnący, to znów głośniejszy dźwięk nie wzywał jednak ludzi na zasłużony spoczynek; dobiegał od pojazdu z niebieskim światłem na dachu, bo gdzieś, to pewne, znów górą było zło. Takich syren w głębokich wąwozach ulic rozlegnie się tej nocy jeszcze kilka, może kilkanaście, choć miasto dalej, nieporuszone, a może już martwe, pogrążać się będzie w mroku i ciszy.

Żadna siła nie powstrzyma łuszczącego się tynku elewacji starych kamienic, kruszejących murów zapomnianych tkalni i browarów, rdzewiejących bram niegdysiejszych pałaców i willi ani tym bardziej ręki z nożem czy kastetem, opadającej w bezlitosnym ciosie, w ciemnym zaułku między Wschodnią a Włókienniczą. Krew ludzka zmiesza się z deszczem i wodą kapiącą z dachów, w którą w czas odwilży przemienił się śnieg, z oddanym świeżo moczem i sosem z kebabów – jak na ironię, łagodnym...

– A pan to chyba przyjezdny, co? Po oczach poznaję. – Sprzedawca w małym sklepiku spożywczym na rogu ulic, oddzielonym od świata witryną z potężną kratą, kasował po kolei wszystkie produkty z koszyka; czytnik pojękiwał miarowo, a mężczyzna (może nawet sam właściciel przybytku, kawał chłopa – spokojnie dałby sobie radę w pojedynkę, broniąc swojej własności!) wciąż obserwował jedynego w tej chwili klienta. – Ale nie z Warszawy – ocenił po chwili, szeleszcząc plastikową reklamówką. – Mam rację?

– Skąd pan wie? – zapytałem, siląc się na uśmiech i swobodny ton, a nie było to wcale łatwym zadaniem.

– Za inteligentnie pan wyglądasz – zabrzmiała diagnoza. – Bo oni w tej Warszawie, proszę pana, w sejmie, w rządzie, telewizji, to chyba zupełnie zapomnieli, że niedaleko leży takie miasto Łódź. Dwie godzinki jazdy, a jakby koniec świata. Wyspa ludożerców! I równie duże, nie żadna tam pipidówka. Tam przypominają sobie o nas dopiero wtedy, gdy coś się dzieje złego. Bo mój znajomy to mówi, że u nas, jak w soczewce, ogniskuje się całe zło tego kraju. I nie ma racji?

W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami, szukając gorączkowo oparcia dla wzroku. I znalazłem: na regale z alkoholami, wypełnionym po brzegi. Sprzedawca zaś ciągnął dalej, z coraz większym zapałem, a może i złością, która widać wreszcie znalazła ujście:

– Nie ma racji? Nie ma?! Sam pan powiedz. Jak odstrzelić łeb politykowi, to tylko w Łodzi. Dzieci zapeklować w beczkach albo podusić jak koty na złość swojej ślubnej – proszę bardzo! Dobić chorego zastrzykiem, zamiast go ratować, żeby zakład pogrzebowy miał zarobek – oczywiście, zapraszamy do nas! Nie, ludzie tak szybko nie zapominają. Zapytaj pan, kogo chcesz...

– Ile płacę?

– A ten mój znajomy, proszę pana, to mówi jeszcze, że cała Polska swoim kształtem przypomina jedną wielką dupę. A jeśli tak, to nasze miasto jest dziurą w tej dupie. Dwadzieścia trzy pięćdziesiąt poproszę. Możliwie jak najdrobniej, jeśli pan byłby tak uprzejmy.

Zapłaciłem, pożegnałem się cicho i wyszedłem. Ulicą przejechał miejski autobus, rozpryskując na boki fontanny brudnej mazi. Rozejrzałem się dookoła, chcąc zorientować się, którędy mogę wrócić do domu. To znaczy nie do mojego domu, tylko... Ale może po kolei.

Pociąg przyjeżdżał na stację Łódź Fabryczna o szesnastej dwanaście. Rozklekotane wagony kolejki podmiejskiej udawały pospieszny, ruina udawała dworzec (lada dzień miano go zamknąć), a ja udawałem, że jestem spokojny. Że wiadomość, która dotarła do mnie poprzedniego wieczora, to jednak jakieś nieporozumienie. I z pewnością na miejscu spotkam kogoś bardziej kompetentnego, kogoś, jak to mówią, bardziej w temacie, kto zajmie się pochówkiem zmarłej przedwczoraj dalekiej ciotki, a także, jeżeli nie przede wszystkim, pozostawionym przez nią mieszkaniem...

Adres, który zapisałem na kartce, niewiele mi mówił. Znałem miasto słabo, jeżeli nie źle, choć i to nie skłoniło mnie do wzięcia spod dworca taksówki. Przypomniałem sobie bowiem zasłyszaną gdzieś kiedyś prawdę o Łodzi, że wszystkie drogi prowadzą do ulicy Piotrkowskiej. Poza tym dzień był jeszcze w miarę jasny, choć bez słońca, którego dawno nie widziano na niebie pod tą szerokością geograficzną, jak to często bywa na przełomie zimy i wiosny.

Szybko, bo w ciągu niespełna pół godziny, i bez większych problemów, odnalazłem właściwą kamienicę, choć decyzji „wejść czy jednak sobie darować”, nie potrafiłem podjąć przez dobrych kilka minut. Stojący samotnie trzypiętrowy dom przy ulicy Tadeusza Kościuszki, równoległej do wspomnianej Piotrkowskiej, był z pewnością przed laty pięknym okazem secesyjnej architektury. Dzisiaj, podobnie jak większość wiekowych kamienic w tym mieście, straszył brudną elewacją, tu i ówdzie odłażącym tynkiem, poobtłukiwanymi ornamentami, w większości drewnianymi, starymi oknami, wreszcie ciemną czeluścią bramy, która, mogłem iść o zakład, musiała cuchnąć kocimi odchodami i stęchlizną...

– Pan może od pani Leokadii? – usłyszałem za plecami drżący, kobiecy głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem starszą panią w szarym, wytartym płaszczu. Kobieta dźwigała w obu rękach ciężkie siaty wypełnione sprawunkami.

Czy ja mam to wypisane na twarzy? – zapytałem sam siebie w duchu.

– Tak, to ja. Dzień dobry pani – przywitałem się grzecznie, a następnie przedstawiłem nazwiskiem, choć równie dobrze mogłem podać obojętnie jakie; ciotka nazywała się bowiem inaczej niż ja i moja rodzina.

– Jestem sąsiadką – powiedziała moja rozmówczyni, po czym wskazała ruchem brody ciemną bramę. – Niech pan wejdzie. Czekamy od rana...

Weszliśmy do środka. W bramie nie śmierdziało; przegrałbym zakład. U stóp schodów zaoferowałem się, że poniosę siatki, ale kobieta nie chciała pomocy. Klatkę schodową oświetlało słabe, żółte światło, ale mimo to mogłem stwierdzić, że schody są dokładnie zamiecione, a na bladozielonych ścianach nikt nie wymalował ani nie wydrapał żadnych napisów. Na pierwszym piętrze, zaraz za progiem swojego mieszkania, sąsiadka zostawiła zakupy, a zabrała pęk kluczy. Mimo że przed chwilą kobieta użyła liczby mnogiej, wciąż była sama.

Wspięliśmy się w milczeniu na najwyższe piętro kamienicy. Starsza pani otworzyła drzwi mieszkania ciotki nieboszczki i wpuściła mnie do środka. Wszedłem z mocno bijącym sercem.

– Ciało jest w kostnicy szpitala Kopernika przy Pabianickiej, jakby pan chciał ją zobaczyć – powiedziała ściszonym głosem, a ja aż się wzdrygnąłem. – Sąsiedzi, starym zwyczajem, zrobili już zbiórkę pieniędzy na wieniec.

– Tak. Dziękuję – bąknąłem tylko, rozglądając się z coraz większą ciekawością.

– Jakby pan czegoś potrzebował, wie pan, gdzie mnie szukać.

I cicho zamknęła za sobą drzwi. Zostałem sam. Pomyślałem wtedy, że może wypadałoby zdjąć buty, ale tego nie zrobiłem. W kilku krokach pokonałem przedpokój, po czym znalazłem się w dużym pokoju, na którego końcu szarzało dwuskrzydłe, wysokie okno, zakończone łukowato.

Mieszkanie sprawiało wrażenie, jakby ktoś opuścił je w pośpiechu i za chwilę miał zamiar wrócić. Na stoliku przykrytym owalną koronkową serwetą stała szklanka z niedopitą herbatą, obok leżały jakieś gazety. Sprawdziłem: był to dziennik sprzed trzech dni wraz z dodatkami. Ludzie, którzy do mnie zadzwonili, jako przyczynę śmierci cioci Leokadii podali mi zawał serca. A może jednak był to wylew. Na szczęście nikt jak na razie nie egzaminował mnie pod tym kątem.

Pogotowie musiało ją zabrać z domu, a potem to już pewnie poszło szybko. Ile mogła mieć lat? Nawet tego nie wiem... – rozważałem w myślach, wciąż rozglądając się z ciekawością dziecka, które znalazło się w zupełnie obcym mieszkaniu.

Były to wnętrza typowe dla starszych ludzi: meble modne w latach sześćdziesiątych, zakupione z pewnością w dekadzie następnej, na ścianie oklejonej pożókłą tapetą kilka świętych obrazków, czarno-białe, podretuszowane zdjęcia jakichś ludzi, których nie znałem, choć może powinienem. Sporo roślin doniczkowych, które pewnie trzeba będzie zaraz podlać. Sweter w nijakim kolorze przewieszony przez poręcz krzesła. Czarne pantofle na niskich, startych ukośnie obcasach. Wyraźnie wyczuwalna, znajoma skądinąd i niezbyt miła woń starości...

– Co ja mam, do cholery, z tym wszystkim teraz zrobić? – zadałem sobie pytanie, ale nawet to, że zrobiłem to na głos, drapiąc się przy tym bez skrępowania po głowie, nie przybliżyło mnie ani trochę do odpowiedzi; chyba nawet było zupełnie odwrotnie.

 

Pokoje były dwa: przez salon wchodziło się do sypialni, niemal w jednej trzeciej zajętej przez ogromną, ciemną, trzydrzwiową szafę, do której, póki co, nie miałem zamiaru zaglądać. Przez niedomknięte drzwi łazienki dochodził jednostajny szum uszkodzonej spłuczki. Kuchnia była całkiem spora, widna, choć wyposażona podobnie jak reszta lokum. Całe mieszkanie zaś, co było charakterystyczne dla stylu secesyjnego, było bardzo wysokie. To wszystko.

Wróciłem do dużego pokoju. Na niskiej szafce stał telewizor, na oko dwudziestoletni, kolorowy. Może działał. Nacisnąłem czerwony przycisk, nie zadawszy sobie nawet trudu odszukania pilota. Po chwili z głośników dobiegł nosowy głos prezentera prowadzącego wiadomości, co można było potwierdzić kilka chwil później, kiedy pojawił się obraz.

Nagle poczułem się głodny. Niestety, w lodówce znalazłem tylko kawałek spleśniałego żołtego sera, napoczęty słoik dżemu z jagód, trzy jaja. Czyżbym więc jednak pomylił się w obliczeniach i ciotka leżała w szpitalu o wiele dłużej? Trzeba będzie o to zapytać sąsiadkę...

Wyszedłem w poszukiwaniu sklepu. Na dworze było już ciemno, ale szybko udało mi się zrobić niezbędne zakupy. Po niespełna dwudziestu minutach byłem z powrotem, bogatszy o spostrzeżenia sprzedawcy na temat jego miasta. Ja chyba jeszcze nie zdążyłem wyrobić sobie zdania, a nawet gdyby tak było, nie spieszyłbym się z jego ujawnianiem komukolwiek.

Szum wody gotującej się w czajniku w połączeniu z dźwiękiem dochodzącym z głośnika telewizora tchnął w to miejsce nieco życia. Kiedy zalałem wrzątkiem jedną z ostatnich saszetek ekspresowej herbaty, rozpocząłem poszukiwania cukru.

W chwili gdy otworzyłem pierwszą z brzegu górną szafkę, jakiś podłużny kształt wysunął się z jej wnętrza. W ostatniej chwili udało mi się pochwycić to coś, co okazało się pudełkiem po czekoladkach Baker's z blachy pociemniałej ze starości, choć nie pokrytej w żadnym miejscu rdzą. Wieczko lekko odchyliło się, ukazując zawartość wnętrza.

Pudełko było wypełnione wycinkami z gazet. Nie musiałem szukać daty pod winietą, aby stwierdzić, że gazety są stare. Nawet bardzo stare. Zdjęcia przedstawiały mężczyzn w cylindrach i melonikach, kobiety z parasolkami, tu i ówdzie w tle pojawiał się jakiś powóz czy dorożka.

– „Tajemnica napadów na banki rozwiązana”. „Łódź odetchnęła z ulgą”. „Kim jest bohater?” – zacząłem czytać na głos kolejne tytuły wycinków, niewiele jednak z tego rozumiejąc.

Prócz pożółkłych fotografii w pudełku znajdował się też pociemniały ze starości brulion. Miał niewiele stron, za to chroniły go sztywne okładki. Otworzyłem na chybił trafił. Pismo było łatwe do odczytania; autor używał pióra. Przez chwilę walczyłem jeszcze z wątpliwościami, czy wypada mi zaglądać do czyichś, jakby nie było, prywatnych notatek. Wreszcie zacząłem czytać, znów na głos:

– „Wróciwszy do Łodzi, zaczął wcielać w życie swój szaleńczy plan. Prace rozpoczął dużo wcześniej, prawdopodobnie z zupełnie innych pobudek. Miał zamiar spekulować wodą, trzymać w szachu tak fabrykantów, jak i zwykłych ludzi. Na budowę nie wydał ani jednego rubla, nie płacił też pracującym dla niego robotnikom...”

Przerwałem. Z zewnątrz nie dochodził żaden, najcichszy nawet dźwięk. Miasto spało, może już nawet snem wiecznym. Para unosiła się znad powierzchni stygnącej herbaty pionową, wąską smużką, niczym dym z fabrycznego komina w bezwietrzny dzień...

Prolog, w którym pojawia się cień
1

Tego wieczora słońce zachodzące nad Retkinią i Brusem przypominało wielką, pulsującą kulę ognia. Taki ogień w parę chwil potrafi strawić kolejną upadającą fabrykę, a wraz z nią i ludzkie marzenie o potędze, władzy, a może nawet, kto wie, szczęściu. Wciąż jednak było to tylko słońce – trochę jeszcze zimowe, trochę już wiosenne.

Dzień kończył się też jak zwykle, jak dobiegł kresu wczoraj i najpewniej odejdzie w niebyt jutro: głosem setek fabrycznych świstawek, odgwizdujących zgodnie koniec dniówki, tupotem, a raczej chlupotem tysięcy par lichych robotniczych drapoków na pokrytym błotem bruku wąskich ulic, które w mieście tym przecinały się bez końca, tworząc swoistą szachownicę; wreszcie szmerem prowadzonych półgłosem rozmów, tu i ówdzie głośniejszych wyrzekań na los, który odczarować trudno, właściwie to chyba nie sposób, a może i nie warto.

– Idziesz, Franek, do famuły, czy z nami na piwo? – pytał robotnik robotnika, pracownik farbiarni tego, co cały dzień, od bladego świtu, spędzał przy ładowaniu bel bawełny na ogromne platformy, zwane z niemiecka rolwagami.

– Nie. Nie mogę – brzmiała odpowiedź cicha, wręcz ledwo słyszalna.

– Dajcie żesz spokój chłopinie. Widzicie, że majster mu tak plecy obił, że ledwo idzie.

– Może jutro. Może... Przecież lubię piwo...

No i ogniowi na koniec dnia, temu prawdziwemu, niszczycielskiemu, też nikt by się nie zdziwił. Choć pożary w mieście Łodzi, za które zgodnie winiono zawsze przypadek, mrugając przy tym znacząco okiem, wybuchały zazwyczaj ciemną nocą...

W pałacu Neumannów, secesyjnej, trzypiętrowej budowli zajmującej od niespełna roku działkę przy ulicy Długiej 30, od wczesnego popołudnia, właściwie już od obiadu trwało żywe poruszenie. Każdy, kto w ostatnich godzinach spojrzałby na Annę Karolinę Neumann, najstarszą córkę Friedricha, znanego w całym mieście i poza jego granicami właściciela sześciu fabryk włókienniczych, i jego żony Gudrun, stwierdziłby bez wahania, że ma do czynienia z gorączką, a przez to być może z grypą lub jakąś inną groźną chorobą. Kto wie, czy nie tropikalną.

Nikt z domowników nie załamywał jednak rąk, nie wzywał lekarza, choć ten z pewnością przybyłby do pałacu w kilka chwil. Wiedzieli bowiem zarówno Friedrich, jak i jego Gudrun, jak na kochających, choć bardzo zajętych na co dzień rodziców przystało, że za stan ich córki odpowiada nie żadna choroba, a coś zupełnie innego.

– Bal! Idę na bal, Mutti – powtarzała bez końca jasnowłosa, ładna dziewczyna wszystkim naokoło, nie tylko matce.

– Jesteś piękna – odpowiadała jej na to Gudrun Neumann, która, choć nie chciała tego po sobie poznać, denerwowała się równie bardzo jak jej córka, a może i bardziej.

– Mój pierwszy w życiu bal...

Próżno było tłumaczyć małej, że to nie bal, wszak trwał post poprzedzający święta Wielkiej Nocy, a jedynie przedstawienie w Theater-Varieté przy Konstantynowskiej. Ale niech i będzie bal!

Ledwo więc służba wyniosła zastawę po obiedzie, na pokoje wtargnęli zgodzeni specjalnie na tę okoliczność fryzjerzy, modystki na czele z zażywną krawcową o czerwonej, szerokiej twarzy sprzedawczyni wędlin. Wspierało ją pół tuzina pomagierek, na które pokrzykiwała bez końca, choć niezbyt głośno, bo wnętrza pałacowe, nie tak dawno przecież urządzone, budziły we wszystkich nie lada respekt.

– Proszę tutaj, ja, tu będzie dobrze – komenderowała osobiście frau Gudrun, za pomocą złożonego japońskiego wachlarza odprawiwszy wszystkie pokojówki, służące i kamerdynerów, żeby jej się pod nogami nie plątali.

Zaczynała się bowiem gra o stawkę największą: o pozycję Neumannów w światku towarzyskim Łodzi – to raz. I o taką samą pozycję, ale w świecie wielkich fortun, gdyż wydanie córki za mąż należało wciąż i będzie należeć zawsze do najważniejszych interesów – to dwa. Na przedstawieniu w Theater-Varieté miały się bowiem pojawić wszystkie liczące się rodziny łódzkie ze swoimi córkami i synami.

– Ta suknia jest stanowczo za długa – powiedziała zażywna krawcowa, przypatrując się krytycznie przepięknej, różowej, marszczonej gęsto sukni z najprawdziwszego jedwabiu, którą przed chwilą włożyła na siebie Anna Karolina i teraz stała w niej na stole niczym porcelanowa lalka, niemal bez ruchu, jak miała przykazane.

– Jak to za długa? Jak to za długa? – Gudrun Neumann zamrugała nerwowo oczami.

– Będzie się plątała – zaczęła wyjaśniać mistrzyni nożyc, choć jeszcze bez użycia rąk, a gestykulować potrafiła i lubiła. – Ręczę dobrodziejce. Mimo obcasików.

– Mimo obcasików – powtórzyła jak echo żona fabrykanta, by zaraz zapytać: – I co?

– Trzeba skrócić, ale niewiele. Skrócić trzeba.

– Ale ile to potrwa? – zaniepokoiła się gospodyni, spoglądając to na rzeźbiony bogato zegar z kukułką, wiszący na jednej ze ścian, to na przerażoną, pobladłą twarzyczkę córki. – Żeby zdążyć, musimy wyjechać za trzy godziny. Za dwie. Zwei Stunde!

– Kole godzina, może mniej – uspokoiła ją kobieta, ujmując się pod boki. – Nawet się pani dobrodziejka nie obejrzysz, jak córę będzie można do ślubu prowadzić...

W tym samym czasie, kiedy Annę Karolinę przygotowywano z mozołem do jej pierwszego w życiu towarzyskiego wyjścia, dwa piętra wyżej jej młodszy, bo ledwie sześcioletni brat imieniem Johann siedział w pojedynkę na parapecie jednego z pałacowych okien i znudzonym wzrokiem patrzył przez okno. Pokrywające powierzchnię szyby liszaje, powstałe po spadłym wczoraj wieczorem deszczu pomieszanym ze śniegiem, dalece utrudniały obserwację.

Ciemniejąca coraz szybciej wschodnia strona nieba, na którą wychodziły okna dzięcięcego pokoiku małego Hansika, bo tak często zwracali się do niego domownicy, coraz bardziej przerażała chłopca. Latarnie uliczne jeszcze się nie paliły, a kominy fabryk, a było ich widać stąd co najmniej kilkanaście, przypominały mu żywe istoty. Żywe, ale gotowe pozbawić tego życia innych. Ludzi, dzieci, jak on. Chwilami był pewny, iż walcowaty, strzelisty kształt porusza się, przybliża coraz bardziej. I zaraz podejdzie pod okna ich pałacu, stłucze szyby w oknach i zabierze go ze sobą. Albo wessie do środka!

Na szczęście i tym razem wybawił go od złego głos bony, Frau Gertrudy, która pojawiła się w jego pokoju nie wiadomo kiedy, cicho niczym duch; jej malec się nie bał.

– Hansiku, kolacja!

Zjadł bez grymaszenia, choć w pojedynkę, co było dość nietypowe w domu, gdzie każdy posiłek był swoistą celebrą: do pokoju jadalnego, drugiego w pałacu pod względem wielkości po reprezentacyjnym, urządzonym z prawdziwym przepychem salonie, schodzili się wszyscy domownicy, służba przynosiła wiktuały, rozmawiano, czasem nawet śmiano się, gdy ojciec był w dobrym humorze, bo jakiś geszeft mu się udał.

Danke – powiedział cicho, zeskakując szybko z krzesła.

Obsługujący go stary kamerdyner imieniem Hermann skinął na to głową i poniewczasie, za to niemal bezszelestnie odsunął ciężki mebel. Wysokie ściany na spółkę z sufitem odbiły tupot małych nóżek na drewnianej podłodze. Odprowadzający wzrokiem malca Hermann jeszcze nie wiedział, jak bardzo jeszcze zatęskni za tym dźwiękiem i widokiem...

Kilka chwil później Hansik Neumann był z powrotem na górze, w swoim dzięcięcym pokoju. Próbował bawić się ołowianymi żołnierzykami, ale wkrótce go to znudziło. Na to, by dosiąść swojego ukochanego drewnianego konia na biegunach, stojącego w kącie pokoju, był, jak sam oceniał, już za duży. Popatrzył też na półkę z książkami, ale szybko odwrócił wzrok. Nic nie było w stanie skupić na dłużej jego uwagi. W dodatku, mimo że godzina była już wieczorna, wcale nie chciało mu się spać.

Na szczęście znów z opresji wybawiła chłopca bona, która zarządziła wieczorną kąpiel. A Neumann-junior bardzo lubił się kąpać: baraszkował w głębokiej wannie wypełnionej wodą z pianą, głośno przy tym krzycząc. Zazwyczaj chwilę przed wyjściem z wanny ogarniała go senność. Tak było i tym razem. Ubrany w białą piżamkę i niesiony na rękach do pokoju, myślał o swojej siostrze i o rodzicach. Inkrustowany sufit przesuwał się przed oczami, ozdoby traciły swe ostre kontury, aż w końcu obraz zastąpiła ciemność zupełna.

Kiedy się obudził, stwierdził, że jest we własnym łóżeczku. Było mu zimno i to chyba właśnie chłód był winny przebudzenia. Hansik przewrócił się na drugi bok, przykrył kołdrą po sam nos: widział teraz krzyż, który tworzyła futryna jedynego okna w jego pokoju. Cisza.

Zegar gdzieś za drzwiami, w głębi pałacu, uderzył wiele razy; Hans próbował liczyć, ale szybko się w tym pogubił. Ciężkie story, którymi zwykle zasłanianio okno, tym razem, najprawdopodobniej przez zapomnienie, nie były zasunięte, dzięki czemu płonące trzy piętra niżej gazowe latarnie uliczne rzucały świetlne refleksy na ściany pokoju. Chłopiec przez długą chwilę przypatrywał się im, a jego dziecięca wyobraźnia przyspieszała coraz bardziej.

Kiedy na powrót zaczęła go ogarniać senność, coś nagle stuknęło.

Chłopciec wstrzymał oddech. Dźwięk nie powtórzył się, a i mały nie był pewien, czy rozległ się naprawdę, czy tylko mu się to przyśniło.

 

– Kto tam? – zapytał niegłośno, podnoszą lekko głowę z małej, obszytej koronkami poduszki. – Ktoś tam jest?

Nikt mu jednak nie odpowiedział na pytanie. Wtedy mały Johann Neumann znów, chcąc nie chcąc, zaczął rozmyślać o fabrycznych kominach, które lada chwila ożyją i przyjdą do niego, by, mimo protestów, płaczów i krzyków malca, wessać go bez litości przez swoje okopcone dymem, bezdenne paszcze.

W tej samej chwili jakiś podłużny kształt położył się cieniem na jasnych prostokątach okna, niczym ukośna belka prawosławnego krzyża...