Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40  28 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

15

Liczne bagaże Henryka Wierzbowskiego zostały odesłane z dworca prosto do portu, a ich właściciel zaprosił towarzysza podróży na spacer ulicami Gdańska. Miasto, a Stanisław Berg był tu po raz pierwszy, od pierwszych chwil przypadło mu do gustu. Zawsze lubił gwar i wielki ruch. Przekupki na uliczkach mówiły po niemiecku, polsku, a także szeleszcząco-łykowatą mieszaniną tych dwóch języków, czyli po kaszubsku. Spotykało się tu marynarzy i kupców z całej Europy. Na rogach uliczek czekały na nich dziewczynki, z którymi za kilka marek można było spędzić miło czas.

Niespiesznym krokiem przyjaciele przemierzyli Langstrasse i zatrzymali się przy fontannie z rzeźbą Neptuna.

– Masz jakiś pomysł, co robić dalej? – zapytał hrabia, przyglądając się wróblom kąpiącym się w wodzie.

– Pytasz o śledztwo? – zapytał lekko Berg, choć dobrze wiedział, o co chodzi hrabiemu. – Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Miasto duże, końca nitki nie widać. Młody Gross mógł tu przyjechać i zrobić wszystko.

– A co byś zrobił na jego miejscu? – Henryk podniósł lewą brew.

– Co?

– Pierwszy koncept, szybko. Pal!

– Poszedł się napić – odpowiedział zgodnie z życzeniem przyjaciela Berg.

– I tak mi mów!

Niespełna pięć minut później siedzieli w tawernie przy Hundegasse, uliczce równoległej do Długiego Targu, kilka kroków ledwie od Bramy Zielonej, za którą toczyła wody Motława. Berg zamówił piwo, upewniwszy się jednak, zresztą dwa razy, że jest miejscowe.

– Prosto z browaru Langfur – uściślił marker, stawiając na stole wysokie kufle.

Tawerna, mimo że było dopiero wczesne popołudnie, pełna była klientów. Różnego autoramentu: od siedzących w czapkach i bez kołnierzyków robotników portowych, po panów w tużurkach i krawatach. Przy jednym ze stolików siedziało kilku przystojnych wąsaczy w mundurach kirasjerów, tudzież marynarze Kaiserliche Marine. I jak w każdym lokalu tak knuto w ciszy, jak i weselono się na całe gardło.

Stach po raz kolejny potoczył wzrokiem po sali. Zauważył to Wierzbowski.

– Wciąż go szukasz, co?

– Tak. Choć tak naprawdę widziałem go jeden czy dwa razy w życiu. Gdybym miał chociaż jego fotografię! Nie zdążyłem o tym pomyśleć, to wszystko stało się tak nagle…

– Nie musisz tego robić.

– Owszem. Ale chcę. Chcę się w ten sposób uwolnić od Grossów.

– Myślisz, że czcigodny Johann Wolfgang da ci wtedy spokój?

– Myślę, że nie.

Nad stolikiem marynarzy gruchnęła salwa śmiechu. Chwilę później, jakby w odpowiedzi, podobna rozległa się tam, gdzie siedzieli robotnicy portowi. W pewnej chwili przy stoliku Berga i Wierzbowskiego ktoś się zatrzymał. Przyjaciele, pochłonięci rozmową, z początku myśleli, że to kelner. Kiedy jednak Stach podniósł wzrok, ujrzał przed sobą dwie twarze. Jedna należała do stojącego obok stolika mężczyzny, druga zaś do młodego chłopaka na niewielkiej fotografii, którą tamten trzymał w dłoni. Chłopak miał jasne gęste włosy i takiegoż koloru wąsik.

– Widzieli panowie może tego człowieka? – zapytał nieznajomy łamaną niemczyzną.

– Nie przeszkadzaj pan! – fuknął Wierzbowski po polsku.

Natręt nie posłuchał. Ale też się nie obraził. Przeciwnie: wykrzywił twarz w uśmiechu.

– Polacy, chwała Bogu – stęknął.

– Miło poznać, ale zmykaj już pan – ton głosu Wierzbowskiego był nieco tylko przyjemniejszy. – Nie znamy tego człowieka.

– Skąd pan to ma? – zapytał Stach, który od chwili pojawienia się natręta nie odrywał wzroku od fotografii.

– Od tamtych panów. Pomagam im. Jestem spod Skierniewic…

Stach już nie słyszał, co mówi chłop. Jego uwagę bez reszty pochłonęli ci, których tamten wskazał. Siedzieli tyłem, ale poznałby ich wszędzie. Tak, widział tylko ich plecy, ale dałby głowę, że jeden z nich ma znamię koloru i wielkości śliwki na lewym policzku!

– Wychodzimy. – Szarpnął za ramię Wierzbowskiego.

– Ale dlaczego? Co się stało? – dopytywał zdezorientowany hrabia.

– Ten człowiek na fotografii.

– Co z nim?

– Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć. Bo to nie kto inny jak właśnie Nicolas Gross. A do Gdańska dotarli ludzie, którzy go szukają. To oznacza, że mój trop jest właściwy. Problem polega na tym, że prawdopodobnie szukają również mnie. A przynajmniej nie pogniewaliby się, gdybym przypadkiem wpadł im w ręce.

Udało im się opuścić salę, nie zwracając niczyjej uwagi. Oczywiście wcześniej uregulowali rachunek. Ale po chwili Henryk Wierzbowski wrócił do tawerny. Nie było go krócej niż pół minuty, choć Bergowi wydawało się, że mijają całe kwadranse.

Dotarli na brzeg Motławy.

– I co, pewnie teraz odpuścisz? – Wierzbowski spojrzał z uwagą na przyjaciela.

– Dlaczego miałbym?

– Skoro ludzie Grossa już tu są, skoro wpadli na ten sam trop, co ty…

Detektyw zdecydowanie pokręcił głową.

– To sprawa honoru. Muszę po prostu odnaleźć Nicolasa.

– Mam nadzieję, że nie po to, by go… porwać?

– Jak hrabia coś powie, to już powie.

Wierzbowski westchnął, po czym sięgnął w zanadrze i z tajemniczą miną wyjął fotografię człowieka, którego imię właśnie przywołano.

– Zdaje się, tego ci właśnie brakowało, żeby pchnąć śledztwo do przodu – rzekł.

Stach szybko schował zdjęcie do kieszeni.

– Ile jeszcze czasu masz do wyjścia z portu? – zapytał przyjaciela.

– Zaraz się dowiemy.

Poszli nabrzeżem w kierunku wschodnim. Kilkadziesiąt kroków za Żurawiem stał statek, na którego pokładzie Wierzbowski po raz kolejny miał zamiar uciec przed samym sobą. Właśnie trwał załadunek. Hrabia znów przeprosił towarzysza i wszedł na trap. Tym razem jednak nie było go odrobinę dłużej. Gdy wrócił, minę miał nietęgą.

– Nie dowieźli jeszcze jakichś towarów, więc na razie nigdzie nie płynę – ogłosił. – Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy poszli coś zjeść.

– Tak, póki co to mi wychodzi najlepiej – skwitował gorzko detektyw.

– I wypić – dodał hrabia.

Chyba zaczynam popadać w dypsomanię – uświadomił sobie Berg.

Tym razem wybrali lokal nad samą Motławą. Skusił ich tam zapach smażonych ryb, ale także wielki szyld przedstawiający wspaniały galeon. Miejsce to nazywało się „Pod Kaprem”.

– Mój cioteczny prapradziad był kaprem króla Kazimierza Jagiellończyka – nie omieszkał się pochwalić Henryk, gdy wchodzili do tawerny.

– Już to słyszałem – skłamał Berg.

Ciekawe, co by powiedział, gdybyśmy wybrali mijaną wcześniej tawernę „Pod Jeleniem” – zaśmiał się w duchu detektyw.

Jeszcze zanim usiedli, na przystawkę zamówili śledzia w śmietanie. Potem przyszła pora na ciężką artylerię, jak to pięknie ujął pan hrabia. Stanisław Berg miał też okazję spróbować po raz pierwszy słynnej Goldwasser, czyli produkowanej w mieście nad Motławą wódki z drobinami złota. Nie skrzywił się, toteż hrabia Wierzbowski uznał to za przyzwolenie i zamówił całą butelkę tego niezwykłego trunku.

Jedząc, pijąc i gawędząc, zupełnie utracili poczucie czasu. I choć wydawało się to trudne, detektyw zapomniał również o gnębiących go kłopotach. W którymś momencie zachciało mu się jednak zapalić cygaro.

– Dam głowę, że widziałem po drodze jakąś trafikę. – Wstał i lekkim skosem ruszył ku drzwiom.

– Tylko wracaj szybko – rzucił za nim Henryk, który rozlewał do kieliszków następną kolejkę „złotej wody”. – Najlepiej z głową.

Wyszedłszy na nabrzeże Motławy, stwierdził, że jest już wieczór. Wciągnął do płuc potężny haust przesyconego solą powietrza. Zrobił kilka kroków w kierunku Żurawia, ale zaraz musiał się zatrzymać. Kamienice zawirowały mu przed oczami. Chwycił się ściany.

Już miał iść dalej, kiedy nagle coś miękkiego spadło mu na głowę, otuliło ją szczelnie, co w jednym, jedynym chyba przypadku nie było, niestety, doznaniem przyjemnym. Chciał krzyczeć, ale nie był w stanie. A potem, nie pierwszy to raz i nie drugi, ech, co za życie, ogarnęła go ciemność. Na ułamek sekundy przed utratą świadomości przypomniał sobie, że niepotrzebnie wychodził, by kupić cygara. Przecież, do ciężkiej i niespodziewanej, miał je przy sobie, w kieszeni! Dostał pudełko przed wyjazdem od młodego Finck von Finckensteina…

16

Za nic nie mógł zrozumieć, co do niego mówi. To była chyba ta szeleszcząco-łykowata mowa, którą słyszał wcześniej na uliczkach Gdańska. Język kaszubski. Za to od razu poznał kobietę, która słowa te wypowiadała. Teresa Lehmann, kuzynka Helmuta Giesego, kupca galanteryjnego z Allenstein, jeśli dobrze zapamiętał. Jak mówiła przy pożegnaniu na stacji, spotkali się – i to niespodziewanie szybko!

Wyciągnął do niej rękę. Uczyniła to samo. Wtedy dostrzegł, że na jej skórze, gdzieś w połowie drogi między łokciem z nadgarstkiem, coś się srebrzy. Po chwili plamka się powiększyła i cała skóra na ręce dziewczyny zaczęła porastać… rybią łuską! Wtedy się odwróciła, ale zamiast jej kształtnej szyi, ujrzał przed sobą wielki rybi ogon, który zaczął go chlastać po policzkach. Z początku lekko, potem coraz mocniej…

– Obudź się, człowieku!

Stanisław Berg otworzył oczy, parsknął. Czyjaś ręka, która pewnie chciała uderzyć go w policzek jeszcze raz, tylko musnęła nos. Pochylało się nad nim kilku.

– Co się dzieje? Gdzie… gdzie ja jestem?! – wysapał.

– W piekle, przyjacielu – powiedział ktoś.

– Na samym dnie – mruknął inny.

Usiadł. Przypomniał sobie, co się stało. Z początku myślał, że dorwali go ludzie starego Grossa. Ale to nie byli oni. Tyle samo zajęła mu ocena sytuacji. Znajdował się w jakimś niskim, niezbyt dużym pomieszczeniu. Więzieniu, a może tylko piwnicy. Mrok rozpraszało kilka elektrycznych, zakurzonych lamp pod sufitem. Pomieszczenie było pełne mężczyzn: wysokich, niskich, grubych, chudych, łysych i o bujnym owłosieniu. Siedzieli pod ścianami albo stali i jak gdyby nigdy nic rozmawiali w większych lub mniejszych grupkach.

 

Wspólny mianownik? Niedługo się nad tym zastanawiał. Wszyscy osobnicy byli młodzi albo w średnim wieku. I jeszcze jedno, co wyjaśniało chyba wszystko: całe pomieszczenie przesycone było oparami trawionego alkoholu i tytoniowym dymem. Ktoś się śmiał, mimo że raczej nie powinno być mu do śmiechu, inny mówił zbyt głośno, z charakterystycznym dyszkantem. Wreszcie z któregoś kąta dobiegł odgłos, jaki wydaje z siebie ktoś, kto rzyga.

– Wypuśćcie nas stąd! – Jeden z więźniów zaczął walić pięściami w drzwi, szybko go jednak odciągnęli, uciszyli ci, co wiedzieli lepiej, bo może nie był to ich pierwszy raz.

Trafiłem do piekła birbantów – nazwał to miejsce w myślach Berg, na głos zaś zapytał jednego z tych, którzy go ocucili:

– Jak się stąd wydostać?

– Wystarczy poczekać – odparł mężczyzna, starszy chyba od Berga, o smutnej, pociągłej twarzy, ubrany w dziwną koszulę z żabotem.

Miał rację. Nie minęło pięć minut, gdy drzwi otworzyły się ze złowróżbnym zgrzytem i do środka wszedł czy raczej wkroczył ogromnego wzrostu, brodaty mężczyzna. Ubrany był tylko w spodnie i skórzaną kamizelkę wprost na gołym, owłosionym ciele. Dzięki temu przynajmniej nie trzeba było się domyślać, jaką siłą człowiek ów dysponuje i czym może grozić podskakiwanie. Mimo że nie miał przy sobie żadnej broni, nie licząc krótkiego noża przy pasie, potrzebnego bardziej do jedzenia czy przycinania lin niźli do walki.

– Ty, ty… Ty. – Wskazywał na kolejnych więźniów, idąc powoli przez celę, a osadzeni w jej mężczyźni rozchodzili się na boki jak pewnie rozstępowało się Morze Czerwone przed Mojżeszem; kogo jednak miał dostrzec, dostrzegł. – I jeszcze ty. – Ogromny jak kańczug palec wskazujący wycelowany został w Berga.

– Nie przypominam sobie, abyśmy przechodzili na „ty” – rzekł detektyw.

Ktoś na to psyknął, ktoś jęknął, na trwogę, a może wyprzedzając nieszczęście, które za chwilę się wydarzy. Sam wielkolud jednak tylko spojrzał na faworyta, po czym rzekł, starannie cedząc słowa:

– Jaśnie wielmożny pan pozwoli, że pójdziemy. Zapraszam do wyjścia, służka uniżony. Tędy.

Na takie dictum Stach tylko gębę rozdziawił. Na chwilę, ale jednak. Kim był ten człowiek i o co w tym wszystkim chodziło? Chęć dowiedzenia się tego szybko wyparła strach.

W sumie było ich ośmiu. Szli jeden za drugim wąskim, oświetlonym podobnie jak cela korytarzykiem. Szanse na ucieczkę mizerne, na czele bowiem kroczył ów wielkolud-selekcjoner, pochód zaś zamykał osobnik może niezbyt wielkich gabarytów, za to uzbrojony we flintę. Korytarz doprowadził ich do drzwi, za którymi znajdowała się klitka z przytwierdzonymi do ścian drewnianymi ławkami i metalowymi, rdzewiejącymi hakami. I jak do tej pory Stach był niemalże przekonany, że nic złego mu się nie przytrafi, tak po chwili poczuł zimny dreszcz na całym ciele.

– Rozbierać się od pasa w górę – zaordynował olbrzym, po czym ponad głowami mężczyzn zwrócił się do Berga: – Pan hrabia będzie łaskaw również odwiesić garderobę. – Wskazał miękkim gestem ma hak.

– Nie jestem hrabią. Hrabia powinien być na moim miejscu – mruknął detektyw, odpinając pierwszy guzik.

– Tak czy inaczej, czekamy.

Rychło uczyniono zadość poleceniu i prośbie wielkoluda: cała ósemka stała naga od pasa w górę. Dopiero teraz widać było, że większość z nich trzęsie się jak galareta, choć w pomieszczeniu zimno nie było. Wtedy nadzorcy wyszli z pomieszczenia. Nikt z nieszczęśników nie zdążył jednak nic powiedzieć; nagle pod ich stopami drgnęła podłoga i… zaczęła się usuwać w dół, zostawiając na górze ławki, haki z ubraniami oraz drzwi. Wszyscy w napięciu patrzyli na to, co się dzieje.

– Zabiją nas – jęknął któryś i zaczął się modlić: – Zabiją nas wszystkich. Poderżną gardła! Unser Father

– Zamknij się! – szybko zgasił go inny głos.

W tym samym momencie winda się zatrzymała z lekkim szarpnięciem, a jedna ze ścian rozsunęła na boki. I mimo że nie usłyszeli nic, żadnych krzyków, nawoływań, śmiechów, przekleństw ani miarowego dzwonienia, nikt się nie ruszył, aby opuścić windę. Ale i o tym pomyślano, ta bowiem nagle zaczęła się… kurczyć. Ściana przeciwległa do tej, która się rozsunęła, zmierzała z cichym chrobotem w ich stronę, wypychając po prostu mężczyzn z klitki!

Izaak Kon by tego nie wymyślił – Stanisław Berg zdziwił się sam sobie, że w chwili narastającego przerażenia myśli o zaprzyjaźnionym wynalazcy. Ale czyż nie słyszał wiele razy, że u kresu życia przelatuje nam ono przed oczami?

Oto znaleźli się w okrągłym pomieszczeniu o przekątnej liczącej kroków dziesięć, może dwanaście, czymś w rodzaju areny. Nad nimi, na dwóch piętrach galerii, nie było jednak nikogo.

– O co tu chodzi? – mruknął któryś.

– Zabiją nas… – jęknął ten sam defetysta, ale już dużo ciszej.

Jakby w odpowiedzi po chwili na niższej galerii areny pojawił się niepozorny mężczyzna ubrany w granatowy surdut. Za nim stanął znajomy wielkolud i osobnik z flintą, teraz wycelowaną w dół.

– Witam panów na pokładzie szkunera Czerwona Ostryga! – zawołał z wigorem. – Jestem kapitan Pringsheim i już cieszę się na widowisko, które za chwilę obejrzę. Jako że po ostatnim rejsie na Czarny Ląd zaraza mocno zdziesiątkowała załogę mojej ukochanej Czerwonej Ostrygi, zmuszony jestem uzupełnić braki. Krótko mówiąc, potrzebuję siedmiu nowych marynarzy. Mam nadzieję, że panowie rozwiążecie to między sobą.

– To znaczy? – zapytał któryś z nieszczęśników. – Jak mamy to zrobić?

– Pozostawiam to waszemu wyborowi. Nie potrzebuję zabijaków, tylko, jak powiedziałem, karnych marynarzy. Nie trzeba znać się na morskim rzemiośle. Nauczymy. A zatem temu z was, który najdłużej utrzyma się na nogach, pozwolę zejść na ląd.

Zakrawało to na ponury żart. Ale jakoś nikt się z niego nie zaśmiał. Ani nie zaprotestował. Stało się jasne, że nie wszystkie kobiety tej nocy albo poranka doczekają się powrotu mężów po libacji w tawernach Gdańska.

W jednej chwili niedawni współtowarzysze niedoli stali się zaciekłymi wrogami.

– Sześciu zawsze sobie radę da – powiedział jakiś łysy typ, cofając się powoli na szeroko rozstawionych nogach. – Czytałem w dzieciństwie taką bajkę braci Grimm. A ty?

– Ja nie znam – burknął posiadacz bródki w szpic. – Co ma do tego bajka?! Poza tym jest na ośmiu. Naucz się liczyć, łazęgo!

Ledwo to powiedział, jego tułów nagle się zgiął, a twarz zderzyła się z kolanem kogoś, kto stał obok. Chwilę potem mężczyzna leżał na deskach, wijąc się z bólu, a z jego rozbitego nosa lała się krew.

– I już nie jest nas ośmiu – skwitował miłośnik strasznych, ale i wielce pouczających powieści pióra braci Wilhelma i Jakuba. – I nie nazywaj mnie łazęgą. Jestem buchalterem.

Od tej chwili wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie. Niewielka arena wypełniła się krzykiem, charczeniem silniejszych, jękami i błagalnymi prośbami słabszych, którzy jeszcze przed chwilą mieli się za herosów, odgłosem bitego mięsa i kości uderzających o podłogę.

– Pan hrabia wybaczy, ale muszę wracać do żony – wycedził przez zęby szpakowaty grubas.

– Pewnie podobna do ciebie, dlatego z całego serca współczuję – rzucił Stach prowokująco.

Na efekt nie trzeba było czekać.

– Odszczekasz to! – Grubas rzucił się z pięściami i zwierzęcym rykiem na Berga. Nie wiedział jednak, bo niby skąd miał to wiedzieć, że wyglądający na słabeusza elegant już dawno posiadł był cenną umiejętność walki o nazwie hagana azmit.

Jak sam Stach lubił tłumaczyć przyjaciołom, nauczył się jej od jednego Żyda, który na jednym miejscu długo usiedzieć nie potrafił. Na czym polegała jej reguły? Mówiąc w skrócie, na… ich braku. Ważna była skuteczność i umiejętność przewidywania, jak zachowa się przeciwnik. Potem uderzało się jak najsilniej – pięścią, ale i łokciem, nogą, w tym też kolanem – w krocze, grdykę czy splot słoneczny.

Mein Gott! – krzyknął grubas, chwytając się oburącz za rodzinne klejnoty, bo to właśnie miejsce wydało się Stachowi w tej chwili najlepsze, by je kopnąć czubkiem trzewika.

I tak dalej. Kolejny, który w rzekomym arystokracie widział cherlaka, ryknął wniebogłosy, gdy ten wsadził mu do oka kciuk. Zresztą jego własny. Inny odskoczył, chcąc oszczędzić drugi piszczel, ale zaraz otrzymał cios od innego gracza, w wyniku czego runął jak długi na deski.

Stanisław Berg działał jak maszyna. Sapał niczym ta wielka, parowa, fabryczna, a jednocześnie był dokładny niczym zegarmistrz. Czuł bowiem, że sił nie wystarczy mu już zbyt długo. Dlatego w pewnym momencie wycofał się pod ścianę. Dysząc ciężko, obserwował spode łba, jak dwóch ostatnich gladiatorów siłuje się na środku areny. Pozostałych pięciu przyszłych marynarzy Czerwonej Ostrygi leżało już na ziemi.

Uniósł głowę, aby sprawdzić, czy kapitan Pringsheim i jego ludzie wciąż są tam, gdzie byli, nim zaczęło się to pożałowania godne, choć może i zabawne przedstawienie. Wtedy zakręciło mu się w głowie i pociemniało w oczach. Zupełnie tak samo jak na chwilę przed utratą przytomności, przez co dał się zawlec na tę przeklętą krypę jak chłystek ostatni.

– Nie mogę upaść – jęknął, kurczowo chwytając się ściany.

W tym samym momencie rozległ się huk wystrzału.

Księga druga

Rozbitek

1

Pędząca Fleischbankenstrasse czarna lśniąca berlina zaczęła wchodzić w zakręt. Stangret w policyjnym mundurze, który, miast siedzieć jak inni jemu podobni na koźle, stał na wyprostowanych, szeroko rozstawionych nogach, nie miał jednak zamiaru zwolnić. Przeciwnie – podniósł bat, smagnął nim dwa końskie zady, które już się mydlić zaczynały, i zawołał:

– Dalej! Ho! Ho! Dalej!

Buda berliny wychyliła się niebezpiecznie. Tu i ówdzie spod kół gruchoczących brukowe kamienie sypnęły się iskry. Kilku przechodniów w ostatniej chwili zdołało schronić się pod ścianami kamienic.

– Żeby cię piekło pochłonęło! – Jeden z nich, elegancki starszy pan, który zatrzymał się na najwyższym stopniu schodów rzeźbionego portalu kamienicy pod trzydziestym piątym, wygrażał laseczką wariatowi. Ten jednak nie mógł go już usłyszeć ani tym bardziej zobaczyć, berlina minęła bowiem budynek ratusza i zmierzała w stronę Mostu Kotlarzy. A piekło to, jakbyście jeden z drugim nie wiedzieli, odwiedzał codziennie. I teraz też najpewniej do niego zmierzał…

Podobne myśli co u przechodniów rodziły się także w głowach pasażerów podróżujących powozem.

– Kiedyś go zabiję – warknął jeden z nich, trzymający się kurczowo oburącz krawędzi ławki, co jednak nie przeszkadzało mu w paleniu cygara, dostojnym, a jakże!

– Na wszystko przyjdzie pora, drogi przyjacielu – mruknął drugi z mężczyzn, młodszy, niepalący w tej chwili; on z kolei starał się wygrać z przeciążeniami, przyciskając do boku drzwi ręką, którą przełożył malowniczo przez otwarte okienko.

Obaj mieli podobne wąsy, a na głowach identyczne meloniki. Obaj też, czego już nie było widać, kryli pod marynarkami rewolwery w skórzanych kaburach. I w głębi ducha cieszyli się, że akurat tego dnia wsiedli do berliny szalonego stangreta. Dzięki temu bowiem szybciej mogli dotrzeć na miejsce. Nie byle jakie, bo miejsce przestępstwa.

Pojazd zaczął zwalniać. Usłyszeli dzwonienie. Jeden z pasażerów, ten przy oknie, wyjrzał na zewnątrz.

– Musimy przepuścić tramwaj – poinformował współpasażera. – Ale już dojeżdżamy.

– Całe szczęście.

Upragnione „prrrrr” usłyszeli po kilku chwilach. Rzuciło nimi na boki, ale szczęściem powóz w nic nie uderzył ani nikogo nie zmiótł. Koła już się nie kręciły, choć konie jeszcze przez dłuższą chwilę stukały kopytami o bruk.

Pasażerowie wysiedli. Starszy zamaszystym ruchem sięgnął po zegarek z dewizką.

– Dochodzi siódma, czyli jechaliśmy niecały kwadrans – podsumował. – Nieźle!

Szaleniec na koźle skinął głową z zadowoleniem, mimo że obaj pasażerowie wyglądali jak dzieci, które przed chwilą, półprzytomne i mokre, zdjęto z karuzelu. Palacz rzucił do rynsztoka cygaro, młodszy natomiast zapiął marynarkę i ogarnął spojrzeniem imponujący neorenesansowy budynek, przed którym stali.

– Wiesz, że jeszcze tutaj nie byłem? – rzekł do towarzysza, lekko, jak na wakacyjnej eskapadzie. – Mam oczywiście na myśli wnętrze giełdy.

– Nie dla nas takie miejsca – mruknął bez uśmiechu tamten.

 

– To prawda. Ale posesyjka niczego sobie, nie uważasz? Pamiętam bardzo dobrze, jak ją budowali. Dwadzieścia lat temu.

– Byłeś już aby wtedy na świecie?

– Miałem dwanaście lat. Przychodziliśmy tu z ojcem, żeby popatrzeć. Sam architekt przyjeżdżał z Bremy, by nadzorować prace. Nazywał się, jeśli dobrze pamiętam, Müller. Heinrich Müller.

– A mi się te rzeźby na dachu podobają. – Starszy kciukiem przesunął melonik ku tyłowi głowy. – Nigdy nie jestem pewien, czy to kamienne postacie, czy może ci, którzy tu robią, pomylili się w rachunkach. Utopili nie swoje marki i chcą teraz skoczyć za nimi do rzeki…

Nie było jednak czasu na wspominki ani tym bardziej na żarty, choć w tym, co powiedział starszy z przybyszy, coś było. W gmachu giełdy czekały na nich bowiem dwa trupy, oni zaś byli policjantami z prezydium policji, których chlebem powszednim, choć brzmieć to mogło co najmniej niefortunnie, były zabójstwa.

Rychło znaleźli się przy bocznych drzwiach budynku. Przy takich sprawach jak ta, która na nich czekała, rzadko bowiem korzystało się z głównego wejścia. Oczekiwał ich stójkowy, wąsacz z wielkim brzuchem, podzielonym na pół białym pasem z dyndającą szablą. Wyprężył się i dotknął palcami prawej dłoni daszka czapki.

– Wachtmeister Hoffman melduje… – zaczął, ale kroczący przodem miłośnik cygar zgasił go ruchem dłoni, bo i nie było czasu także na parady.

– Prowadź! – rzucił.

Grubas szybko otworzył ciężkie drzwi. Puścił przodem starszych stopniem, choć i tak po chwili musiał ich wyprzedzić, aby należycie wypełniać rolę cicero. Znaleźli się w niewielkiej sionce. Następnie zeszli po schodach i ruszyli wąskim, dość niskim, ale dobrze oświetlonym i dobrze utrzymanym korytarzem. Jedyne, co mogło w tym miejscu przeszkadzać, to woń stęchlizny, którą powodowała bezpośrednia bliskość rzeki Pregel. Szli w całkowitym milczeniu.

Starszy z policjantów nazywał się Herbert Mischke. Polizeisekretär Mischke w policji pracował od lat ponad piętnastu. Słynął z tego, że miał wyjątkowy węch: wyczuwał kłamców. Kiepsko było za to z trzymaniem nerwów na wodzy, bo gdy jeden z drugim podejrzany szedł w zaparte, potrafił użyć bardziej przekonujących argumentów niźli prośby, groźby czy paragrafy. A rękę miał ciężką. Kilka razy napytał sobie z tego powodu biedy, został zawieszony w obowiązkach służbowych. Policja w takim mieście nie mogła sobie jednak pozwolić na zbyt długie pozostawanie pana Mischkego na przymusowym urlopie.

Drugim z mężczyzn, przed którymi kilka chwil wcześniej prężył się Hoffman, był polizeikomissar Ludwig Schatzki. Z pochodzenia Polak, w ciągu zaledwie dekady dosłużył się oficerskiego stopnia. O nim z kolei szeptano, że potrafi wydobyć zeznania nawet od… umarłych. Nieraz widziano, jak nisko pochylał się nad trupem – a to nie zdarzało się nawet najtwardszym – i słuchał. A przecie lekarz już dawno akt zgonu wypisał. Kto wie, czy właśnie nie dzięki temu Schatzki miał na koncie wiele rozwiązanych zagadek kryminalnych.

– Pan opowie w paru słowach, jak było – Schatzki, który nie zamierzał tracić czasu, przerwał ciszę.

– Znalazł ich nocny stróż, którego zaniepokoiły jakieś hałasy – zaczął Hoffman, odchyliwszy nieco głowę na bok, tak jak to czyni dowódca kroczący na czele oddziału. – To było gdzieś o czwartej nad ranem. Wpół do piątej może. Zszedł do piwnic, zobaczył ciała. A kiedy mu się odechciało rzygać, wrócił na górę, znalazł telefon i powiadomił prezydium.

Jeszcze jeden zakręt i oto na końcu korytarza, przed drzwiami z zatartym już mocno napisem MAGAZYN ujrzeli kolejnego policjanta. Tak samo jak Hoffman przybrał postawę zasadniczą, zasalutował, po czym bez zbędnych słów, tylko na nich bowiem czekali, nacisnął klamkę.

– Dzień dobry – przywitał się Ludwig Schatzki, przekroczywszy próg pomieszczenia, choć wiedział doskonale, że nikt mu nie odpowie.

Mischke z kolei uśmiechnął się pod wąsem, mimo że bardziej wypadało chyba uronić łzę, może uczynić znak krzyża, wreszcie ręce spleść przed sobą.

– Za tamtym biurkiem. – Wachtmeister wskazał ręką kierunek.

Obaj specjaliści od morderstw doskonale wiedzieli, że będą się musieli tam udać sami. Nie tylko dlatego, że zwykły stójkowy może nie wytrzymać widoku trupów, dużej ilości krwi, być może nawet narządów wewnętrznych nie tam, gdzie być powinny. Chodziło przede wszystkim o to, aby nie zacierać śladów. W takich przypadkach liczyło się przecie wszystko: od odcisku podeszwy na podłodze po włos osobnika, który zadał śmiertelne ciosy.

W istocie, dwa męskie ciała znajdowały się za biurkiem, które nikomu już nie było potrzebne, więc wylądowało w magazynie. Dzisiaj spełniło swoją być może ostatnią powinność, służąc za parawan dla okropności. Czegoś takiego bowiem ani Schatzki, ani Mischke nie widzieli.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?