Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Zawsze bała się tych mebli. Znała je od lat, ale wciąż nie mogła się oswoić. Jako mała dziewczynka była przekonana, iż w wielkiej, szafie gdańskiej, która stała w pokoju, mieszka duch. Że ciężkie, rzeźbione drzwi któregoś wieczoru, gdy będzie tu sama, otworzą się ze skrzypnięciem i ze środka wyskoczy postać w białej szacie, rzuci się na nią i pożre w mgnieniu oka.

Szkoda, że tak się nie stało – pomyślała. Ach, ile bólu zostałoby jej oszczędzone, ile łez, nocy nieprzespanych…

Wstała z otomany i powoli, jakby każdy krok sprawiał jej ból, podeszła do okna. Wyjrzała na ulicę. Niewiele się zmieniło od chwili, gdy wyglądała przez nie ostatni raz. Czyli pięć minut temu. Może chwilę więcej, nie patrzyła na zegar. Te same kumoszki plotkowały na rogu ulic, bo widać jeszcze nie dotknęły wszystkich tematów i wszystkich znajomych, a jeszcze ktoś poczuje się dotknięty. Ten sam żebrak po przekątnej, z puszką wypełnioną fenigami, którą potrząsał od czasu do czasu. Te same dzieci bawiące się w corso, że też im się to nie znudzi…

Jednak zaszła jedna zmiana: przed domem nie było już karety konsula.

– I chwała Bogu… – szepnęła.

Znów usiadła na otomanie, podciągnęła kolana pod brodę. Palce prawej dłoni zacisnęły się na białej, obszytej koronką chusteczce. Jeszcze suchej, w odróżnieniu od kilku innych, z których każda różniła się kolorem koronki. O ton, dla wielu ludzi nie do odróżnienia, ale jednak. Wszystkie leżały na podłodze. Ale to tylko kwestia czasu.

Kiedyś bała się nocy. Teraz z utęsknieniem na nią czekała, z prostego powodu: wówczas udawało jej się nie myśleć, lubo niebezpieczeństwo stanowiły jeszcze sny. Wolała jednak tamten świat niż ten, który ją otaczał, namacalny. Jeszcze niedawno najbliższy sercu, dziś obrzydły. Była pewna, że doszła do ściany. Albo na skraj przepaści. Nigdy nie czuła się tak samotna, mimo że wciąż miała matkę i ojca. Były chwile, że usiłowała znaleźć ukojenie w modlitwie, ale po kilku słowach zaledwie nie potrafiła sobie przypomnieć dalszego jej ciągu.

– Ratunku… – jęknęła cicho.

Na stoliczku obok stały krople walerianowe i filiżanka z wystudzoną herbatą, na podłodze zaś leżała gazeta. Ktoś, kto chciałby ją przeczytać, miałby jednak spory z tym problem, bowiem egzemplarz był zwinięty w rulon tak cienki, że nie wiadomo, czy przy rozkładaniu gazeta nie uległaby zniszczeniu. A jeśli już udałoby się rozprostować, to petit mógłby się okazać niemożliwy do rozczytania. I pomyśleć, że taki smutny los szanowanemu, czytanemu przez dziesiątki tysięcy ludzi w tym mieście i okolicach periodykowi zafundowało jedno, niewielkie, bo i niezbyt drogie ogłoszenie. Ogłoszenie o zaręczynach.

Nie, to się nie może wydarzyć! – pomyślała z rozpaczą, a wtedy łzy znów zaczęły płynąć jej z oczu.

Tym razem jednak dziewczynie udało się szybko je osuszyć. I pomyśleć, że dwa lata temu, gdy na tamten świat przeniosła się babcia Gertruda, ona nie uroniła ani jednej łzy. Nawet wtedy, gdy widziała ją po raz ostatni, leżącą na marach z różańcem i gromnicą w dłoniach o woskowej skórze, otoczoną wianuszkiem modlących się krewnych. Nic, ani jednej kropli!

Ciekawe, jak to jest tak leżeć i nic nie czuć? – pomyślała, ale szybko odgoniła tę myśl.

Po chwili wstała znów, ale tym razem bardziej szparko. I nie ruszyła jak wcześniej w stronę okna, ale w przeciwnym kierunku. Tam gdzie stała komoda. Jej się jakoś nigdy nie bała, choć może powinna, bo w przeciwieństwie do szafy nie trzymano w niej ubrań, ale coś, przed czym normalny człowiek winien w pewnych okolicznościach odczuwać strach.

W jednej z szuflad znajdowały się bańki, które zawsze stawiało się na plecach, gdy ktoś w rodzinie się przeziębił. W niższej zaś – bandaże, wata i flaszeczki z płynami, którymi przemywało się rany, a wtedy bardzo szczypało. Najwyższa z szuflad w komodzie, ta, której ze względu na to, co w niej przechowywano, nie powinno dosięgnąć małe dziecko, otworzyła się z rumorem. Na dnie zabrzęczał metal…

8

Jeszcze nigdy tak się nie czuł, podając bilet na pociąg do kontroli. A przecież przemierzył tym popularnym środkiem transportu tysiące kilometrów, nie tylko w Priwislinskim Kraju, ale i w większej części Europy. A jednak Stanisław Berg poczuł niepokój, choć przecież wiele razy podawał się za kogoś innego, oszukiwał, a nawet się przebierał! Za Żyda, księdza czy… kobietę. Wszystko po to, aby osiągnąć cel. Wykonać zadanie, które stawiał przed nim klient.

– Dziękuję. – Konduktor oddał bilet i zwrócił się z galanterią do pasażerów siedzących po drugiej stronie: – Proszę bilety do kontroli.

Stach, zanim umieścił bilet na powrót w wewnętrznej kieszeni, jeszcze raz przeczytał nazwę miejscowości. Deutsch Eylau. W Prusach. To tam miał się udać Johann Stiebe, szantażysta zastrzelony w ruinach fabryki przez starego Grossa. Bo nie powiedział nic o młodym? Niechcący? Z nerwów? To już ważne nie było. Grunt, że zimny trup. Kto za to odpowie, jeszcze nie wiadomo. Stach czuł jednak, że znajduje się w odpowiednim miejscu.

– Deutsch Eylau – powtórzył tym razem na głos, ale cicho, bardzo cicho.

Ta sama nazwa wyryta była na łyżce znalezionej przy zamordowanym. Jednak zamiast Stiebego do wagonu, zresztą stało się to w ostatniej chwili, bo skład już ruszał z miejsca, wsiadł, czy może raczej wskoczył Berg. Oczywiście, traf chciał, a traf chciał zawsze, że na peronie Dworca Fabrycznego spotkał znajomą osobę. Był to podpułkownik Konczałowski, kolega z pułku Riepina i jego przyjaciel. Lubili się z Bergiem i nieładnie było tak po prostu minąć go, nie zamieniwszy nawet zdania.

Palę za sobą wszystkie mosty – pomyślał detektyw.

Wciąż trudno mu było uwierzyć w to, co się dzieje. Pociąg warszawski się rozpędzał, on zaś spoglądał w okno na znikające kominy, czerwone mury fabryk, wieże łódzkich kościołów, zborów i cerkwi. Czy będzie tak, jak obiecał Szmulowi, i wróci kiedykolwiek do tego miasta?

Zawsze się mówiło, że nieszczęścia chodzą parami. Tego dnia na Stanisława Berga rzuciło się całe ich stado. Czy były to sprawy, które za jakiś czas mogły, ot, tak po prostu przyschnąć? Czy major Puszkin wypuściłby go z rąk, gdyby wiedział, że ciąży na nim o wiele więcej oskarżeń niż to o przywłaszczenie sobie pieniędzy grubego Fromma. Detektyw nie był tego taki pewien.

– Jestem Kropotkin, kupiec drugiej gildii – przedstawił się siedzący po drugiej stronie zażywny jegomość lat około czterdziestu pięciu.

Mówiąc to, nie patrzył na Stacha, ten zaś wykorzystał ten fakt i nie podjął rozmowy. Na szczęście wyręczyli go pozostali pasażerowie, a była to rodzina składająca się z kobiety, mężczyzny i chłopczyka lat około dziesięciu, odzianego w marynarskie ubranko.

– Kochankiewiczowie – przedstawił familię mężczyzna. – Jedziemy do Siedlec.

Stach starał się nie słuchać. Jego myśli szybko poszybowały w stronę przeciwną do kierunku jazdy.

Johann Stiebe musiał być pewny swego, skoro kupił bilet na pierwszą klasę. Do tego wysłał list z bezczelnym żądaniem, a na spotkanie przybył sam, w dodatku bez broni, przez co łatwo dał się ująć ludziom Grossa. Dziwne to było, a już na pewno nie miało nic wspólnego z działaniami rasowych szantażystów i porywaczy. A może to okazja uczyniła złodzieja? Tego właśnie miał się zamiar dowiedzieć Berg, zmierzając na północ. Mimo tego, że wypowiedział służbę Grossowi.

Nie, nie miał zamiaru dalej wysługiwać się przedsiębiorcy. Mimo gróźb. Choć to właśnie jemu mógł zawdzięczać uwolnienie Karoliny Stein, swojej ukochanej.

Wiosną 1894 roku Karolina, która była z przekonania emancypantką, do tego ostatnimi czasy coraz bardziej radykalną, a wręcz wojującą, wyjechała do Paryża, by spotkać się z takimi jak ona. No i tam wdała się w awanturę. Niestety, jej efektem była śmierć jakiegoś człowieka na Polach Elizejskich. W wyniku koszmarnego zbiegu wielu okoliczności, czegoś bardzo podobnego do tego, co Stach przeżył dzisiaj, panna Stein trafiła do więzienia. Groził jej wysoki wyrok. Berg nie wiedział, co robić. Odchodził od zmysłów!

Wtedy na drodze Berga pojawił się Johann Wolfgang Gross. Obiecał pomoc. I dotrzymał słowa: Karolina odzyskała wolność. Ale Stach nie odzyskał Karoliny. Wiedział, że w drodze do Łodzi Stein zatrzymała się w Berlinie, tam ją bowiem zostawił człowiek działający z polecenia Grossa. Nie chciała słyszeć o powrocie. Berg znów szalał z rozpaczy. Niestety, a może na szczęście nie dane mu było zupełnie się w niej zatracić, gdyż zaczęła się praca dla nowego pana. Praca, choć pewnie trafniej by było nazwać ją służbą. Psią służbą.

– Siedlce, tak, znam. Piękne miasto! – zachwycał się Kropotkin, kupiec drugiej gildii.

Riepin służył kiedyś w Siedlcach – przypomniał sobie Stach.

Wspomnienie nieżyjącego przyjaciela i mentora, jak i utraconej miłości sprawiły, że nagła rzewność chwyciła go za gardło. Na szczęście zdołał się opanować, aby nie wybuchnąć płaczem, stary chłop. Westchnął tylko głęboko.

– A pan, jeśli wolno zapytać, dokąd zmierza? – zaatakował go Rosjanin, któremu chyba znudziła się już rozmowa z rodziną Kochankiewiczów, a może było odwrotnie. – Jestem Kropotkin, kupiec drugiej gildii.

– Schmidt – przedstawił się Stach.

W jego tajemniczym kuferku, który został mu szczęśliwie dostarczony przez niezawodnego Szmula, znajdował się między innymi fałszywy paszport na to właśnie nazwisko. Jak również trzy inne. Nie licząc paszportu pana Stiebego. Do tego niezawodny Colt Navy z 1850 roku i kilka innych drobiazgów zgromadzonych tam na wypadek nagłej potrzeby opuszczenia domu. Nigdy wcześniej kuferek nie był wykorzystywany. W końcu jednak nadszedł ten dzień.

– Jadę do Warszawy – dodał Stach.

– Ja też! – ucieszył się gaduła i aż zatarł z tego powodu dłonie. – W jakim hotelu ma szanowny pan zamiar się zatrzymać?

 

– „Pod Różą” – strzelił detektyw, nie miał bowiem bladego pojęcia, czy takie miejsce w dawnej stolicy w ogóle istnieje.

– Dobry wybór! – ocenił Kropotkin. – Ja preferuję „D’Europe” na Krakowskim Przedmieściu. Wyśmienita kuchnia!

Może jednak powinienem przesiąść się do drugiej klasy – przeszło przez myśl Bergowi.

Wtedy z nieoczekiwaną odsieczą przybył mu synek Kochankiewiczów. Chłopczyk nagle wydał z siebie kilka niepokojących dźwięków, następnie pobladł i wybałuszył oczy. Jego klatka piersiowa zaczęła się kurczyć.

– Co się dzieje? Józiu, co z tobą?! – zareagowała na to matka.

Stach myślał, że w odpowiedzi dziecko zwomituje. Na szczęście tak się nie stało. Rodzice, a także kupiec drugiej gildii skupili swoją uwagę na chorym. I chociaż chłopiec wydobrzał w ciągu kwadransa, nie było już innego tematu do samej Warszawy.

9

Znalazłszy się w niegdysiejszej dumnej stolicy nieistniejącego dziś państwa, Stanisław Berg zasięgnął informacji co do dalszej podróży. Na Dworcu Wiedeńskim, dokąd dotarł pociąg z Łodzi, dowiedział się, że podróż na północ będzie mógł kontynuować Drogą Żelazną Nadwiślańską, ale z dworca usytuowanego mniej więcej w połowie drogi łączącej warszawską Cytadelę z cmentarzami powązkowskimi. I że do odjazdu pociągu została mu nieco ponad dwie godziny.

Stach szybko złapał więc fiakra w Alejach Jerozolimskich i kazał się wieźć na rzeczony dworzec. Czuł pragnienie, ale bał się, że nie zdąży dotrzeć na stację o czasie, a wtedy bilet przepadnie. Nie to, że nie stać go było, aby kupić nowy. Po prostu gnało go, jak za starych czasów, gdy w Londynie zdobywał szlify prywatnego detektywa, co skończyło się uzyskaniem licencji. Miał zamiar znaleźć się jak najszybciej w miejscu, w którym, czuł to, leży klucz do rozwiązania zagadki zaginięcia studenta architektury Nicolasa Grossa. Chciał pomóc byłemu już pryncypałowi. Mimo wszystko. Nie jako jego gończy pies, ale jako prywatny detektyw z licencją numer sto trzydzieści pięć.

– Jesteśmy na miejscu – z zamyślenia wyrwał go głos warszawskiego dorożkarza.

W istocie, stali przed parterowym, drewnianym budynkiem ze spadzistym, zdobionym dachem. Nie byli jedyni, drynd ustawiła się spora kolejka, ale dorożkarz widać uznał za stosowne, aby już powiadomić pasażera o końcu podróży.

– Doskonale. – Stanisław Berg sięgnął po kuferek, zapłacił fiakrowi za kurs i zeskoczył na ziemię.

Dworzec Główny Drogi Żelaznej Nadwiślańskiej, jak sto podobnych mu miejsc na całym kontynencie, kipiał. Na kakofonię dźwięków pracowicie składały się nawoływania ludzi ogarniętych gorączką zbliżającej się podróży. Stach nie mógł się oprzeć wrażeniu, że udzielała się im ona bez względu na stan społeczny podróżnych i co za tym idzie klasy, którą będą jechać. Do tego dodać należy przekleństwa tragarzy, skrzypienie ich wózków, rumor zdejmowanych zeń bagaży. Płacz dzieci i przekomarzanie się portierów. Gdzieś dalej sapała lokomotywa, dzwoniły koła ostukiwane gorliwie przez kolejarza, trzaskały drzwi wagonów.

Berg miał zamiar udać się do poczekalni klasy pierwszej. Już widział srogie oblicze strzegącego wejścia do niej portiera, mimo którego przebiegali w obie strony młodziutcy posługacze, kiedy skonstatował, że ma jeszcze ponad dwa kwadranse. Dlatego skierował kroki do bufetu, gdzie poprosił o filiżankę herbaty.

– I może jeszcze bułkę z masłem – dorzucił po chwili.

Już pochylił się nad stolikiem, by przystąpić do konsumpcji, gdy zorientował się, że ktoś się do niego zbliża. Znał dość dobrze dworce kolei żelaznych, bowiem podróżował po wszystkich trzech zaborach, wiedział więc, że to częstokroć miejsca, gdzie zbierają się wszelkiego rodzaju włóczędzy i powsinogi. Jedna policja radziła sobie z nimi lepiej, inna gorzej. Bywało, że ten i ów prosił dobrze wyglądającego podróżnego o drobny datek, choć nie brakowało też wypadków, kiedy to w filiżance z herbatą, nawet bardzo jeszcze gorącą, lądował… brudny palec łazęgi. Tak ochrzczonego napitku nikt już do ust nie brał, to oczywiste!

Lewa ręka Stacha szybko zanurkowała w kieszeni surduta.

– Celuję w twoje jaja – mruknął, nie podnosząc wzroku na intruza; ten zaś zatrzymał się dwa kroki przed stolikiem i zapytał:

– Nie poznaje mnie pan?

Tak jeszcze żaden nie zaczynał – zdziwił się Berg.

– Jeszcze nie próbowałem – odrzekł, wciąż nie podnosząc wzroku.

Podniósł za to do ust filiżankę i pociągnął łyk herbaty. Była w sam raz gorąca. Nie, nie darowałby tej straty. Bułeczki też nie, choć zanim po nią sięgnął, spojrzał na tamtego; zwyciężyła bowiem ciekawość.

Stał przed nim mężczyzna w średnim wieku, w miarę starannie ubrany, choć wystarczyło dłużej zatrzymać na nim wzrok, aby dostrzec liczne mankamenty. Przede wszystkim mężczyzna był bez krawata ani niczego, co nosiło się pod szyją pod tą szerokością geograficzną. Czystość kołnierzyka także pozostawiała wiele do życzenia, podobnie jak gładkość policzków. Fryzjer i praczka z pewnością mieliby przy tym panu jakiś grosz do zarobienia; inna sprawa, że groszem pewnie nie śmierdział. Na szczęście nie śmierdział w ogóle.

– Znamy się, szanowny panie? – zapytał grzecznie Stach, twarzy tamtego, ogolonej czy też nie, nie potrafił sobie jednak przypomnieć.

– Tak. Pan się nazywa Berg, prawda? – zapytał tamten śmiało.

– Być może…

– Jestem Józef Antonowicz. Sklep z konfekcją na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Bardzo dawno pana u nas nie było. Ze dwa lata…

Odgłos głośnego klaśnięcia zwrócił uwagę kilkorga gości, a przede wszystkim pani stojącej za szynkwasem. Mógł bowiem oznaczać, że ktoś z klientów usiłuje złowić muchę. Ale to tylko jeden z nich plasnął się otwartą dłonią w czoło. Gest ten oznaczał zwykle „Ach, tak, jakże mogłem zapomnieć!”. W tym wypadku był też karą za to uchybienie.

– Bardzo, bardzo pana przepraszam. – Berg zerwał się z miejsca i już potrząsał prawicą sympatycznego subiekta, który zawsze doradzał mu w kwestii ubioru, gdy tylko Stach bawił w Warszawie, wyszukiwał ładne dodatki, a nawet zlecał bezpłatne krawieckie poprawki na miejscu. I, co chyba najważniejsze, tak jak obsługiwał Berga, tak samo obsługiwał samego… Bolesława Prusa! – Nie poznałem pana, to niewybaczalne – usprawiedliwiał się Stach.

– Jak mówię, dawno pana u nas nie było – rzekł Antonowicz. – Poza tym ja już tam nie pracuję.

– Jak to? Co się stało?!

– Straciłem miejsce w sklepie, dwa miesiące będą, jak to się stało. Zmienił się właściciel, nastały inne zwyczaje. To długa historia, szkoda gadać. – Machnął ręką.

Stanisław Berg bez pytania zamówił jeszcze jedną herbatę i taką samą bułkę, a gdy zamówienie zostało zrealizowane, pan Józef zaczął jeść i pić. A kiedy się już pokrzepił, także mówić:

– A wie pan, panie Stachu, że niedawno o panu myślałem?

– Naprawdę?

– Jeden z moich stałych klientów, to znaczy byłych klientów, ale kontaktujemy się także i teraz. No więc ten mój znajomy, a nazywa się on Kazimierz Prószyński, miał ostatnio bardzo niemiłą przygodę.

– Jaką przygodę? – zapytał Stach, dyskretnie spojrzawszy na zegar wiszący na ścianie bufetu; do odjazdu pociągu było jeszcze trochę czasu, mógł więc sobie pozwolić na chwilę pogawędki, tym bardziej że człowieka tego naprawdę lubił i bardzo źle się czuł z tym, że go nie rozpoznał.

– Otóż ten mój znajomy – ciągnął były subiekt – studiuje na politechnice w belgijskim Liege. Przede wszystkim jednak jest wynalazcą. Genialnym wynalazcą! Skonstruował, uważa pan, pleograf.

– Co to takiego? – Berg aż głową potrząsnął.

– Aparat fotograficzny, ale taki, który rejestruje ruch. Coś w rodzaju żywej fotografii, coś niebywałego. Sam byłem świadkiem, jak Kazimierz kręcił któregoś dnia w Alejach Ujazdowskich. Mało tego! Ów pleograf potrafi ten ruch odtwarzać. Wystarczy światło i biała, gładka powierzchnia. Na przykład prześcieradło albo obrus. Sam widziałem, nie zmyślam. – Mężczyzna uderzył się w piersi.

– Coś nieprawdopodobnego.

Ale sekundę później Józef Antonowicz rozłożył szeroko ręce.

– Niestety, kilka dni temu ktoś włamał się do jego mieszkania i ukradł walizkę z aparatem. Policja nie potrafiła mu pomóc, zresztą pan wie, jacy oni są. W Warszawie jest chyba podobnie jak w Łodzi. Najlepiej to samemu przyprowadzić im złodzieja do cyrkułu. Wtedy pomyślałem o panu, mimo że od dawna nie mieliśmy kontaktu. Znalazł pan pewnie inny sklep, gdzie można kupić ciekawe i ładne rzeczy. Nieważne… Nie wiedziałem tylko jednego: mianowicie, czy jeszcze się pan tym zajmuje.

– Zajmuję się i bardzo chętnie pomogę, panie Józefie. – Berg wstał z krzesełka. – Niestety, będę mógł to zrobić dopiero po powrocie.

– Dużo pracy? – zapytał ze smutkiem były subiekt; wyglądał na naprawdę zawiedzionego.

– Jak zawsze. Do widzenia panu. Obiecuję, że się odezwę zaraz po powrocie.

– W takim razie życzę bezpiecznej podróży, panie Berg! – zawołał za detektywem Antonowicz, po czym sięgnął po niedokończoną przez niego bułeczkę.

Stanisław Berg szybkim krokiem ruszył na peron, gdzie pociąg stał już gotowy do odjazdu. Parowóz sapał, kolejarze pokrzykiwali, a mający jechać pociągiem podróżni coraz bardziej zagłębiali się w swoim szaleństwie.

– Zapraszam czcigodnego pana. – Konduktor zasalutował z uśmiechem do lekko przekrzywionego daszka czapki.

Aż czcigodnego? – zdziwił się Stach i po raz pierwszy od chwili, gdy rano zobaczył na Piotrkowskiej pierwsze prace nad torowiskiem tramwajowym, zachciało mu się śmiać; nie chciał być jednak obcesowy.

– Dzień dobry – rzucił niegłośno, wsiadając, jak wcześniej, do wagonu klasy pierwszej; tutaj na szczęście nie było już takiej gorączki i zamieszania jak przy wagonach klas niższych.

W każdym z przedziałów siedziało już po kilka osób. Stach konsekwentnie omijał te, gdzie znajdowały się małe dzieci. Nie miał nic przeciwko nim, nawet po dzisiejszej podróży z Łodzi i problemach żołądkowych małego Józia Kochankiewicza. Ale czekała go nocna podróż, a na miejsce chciał dotrzeć w miarę wypoczęty.

Po wtóre nie chciał podróżować w towarzystwie osób, co do których zachodziło podejrzenie, że ledwo pociąg ruszy, zaczną mleć ozorem. Dlatego gdy widział, że przedziale siedzą same kobiety, parł dalej. Albo, co gorsza, jeść. Tak, to było niewykluczone nawet w klasie pierwszej. Nieraz już był świadkiem scen, gdy ktoś odziany w najdroższe wełny angielskie czy jedwabie nagle wyciągał z kuferka pętko dobrze naczosnkowanej kiełbasy i dalej pogryzać na zdrowie.

Tylko jak rozpoznać takiego delikwenta? – zastanawiał się gorączkowo.

Wreszcie zatrzymał się przy drzwiach przedziału, w którym siedział samotny pasażer. Wystarczyło jedno spojrzenie i Stach już wiedział, że to tutaj chce siedzieć. Pasażerem tym był bowiem osobnik w czerwonym fezie. Turek. Było więc prawdopodobne, że nie będzie ani gadał jak najęty, bo być może po prostu nie zna języka miejscowych, ani nie zacznie jeść kiełbasy.

No i nikt inny nie będzie chciał się dosiąść do nas – zauważył Berg.

– Dobry wieczór – ukłonił się, otworzywszy drzwi przedziału. – Można?

Pasażer w fezie skinął głową, witając się, a może też udzielając odpowiedzi i jednocześnie przyzwolenia. Pewne było, że Berg przerwał mu modlitwę, w jego dłoni dopiero teraz dostrzegł bowiem tespih, muzułmański różaniec. Palce tamtego przesuwały paciorki, a usta pod czarnym jak smoła wąsem poruszały się. Mężczyzna ubrany był na bliskowschodnią modlę: w długą, zapinaną pod szyję, jasną szatę, na nogach miał buty z zadartymi noskami. Na półce nad jego głową umieszczonych było kilka inkrustowanych podróżnych kuferków.

Berg również położył na półce swój bagaż, zdjął kapelusz, oparł laskę o ścianę przedziału i zajął miejsce na kanapie naprzeciwko. Pięć minut później rozległ się przeciągły gwizd i pociąg ruszył z miejsca.

Wtedy Turek jakby ocknął się z letargu.

– O, już jedziemy? – zapytał piękną angielszczyzną, spoglądając za okno; wyglądał na nieco przestraszonego, a przynajmniej zaskoczonego.

– I to jak punktualnie – ocenił, również w języku Szekspira, Stanisław Berg.

Egzotyczny przybysz uśmiechnął się do współpasażera.

– O, jest pan Anglikiem? – zapytał.

– Polakiem. Nazywam się Stanisław Berg.

– Mesut Çetin – przedstawił się tamten, już bez „o”.

Turek sprawił na nim sympatyczne wrażenie. Zapowiadała się długa podróż, a do nocy pozostało jeszcze kilka godzin, które warto by było jakoś spożytkować. Na przykład na rozmowę czy, jak słyszał wiele razy, od matki, ojca, a także od Riepina, poszerzenie horyzontów.

 

– Jest pan kupcem, panie Çetin? – zapytał.

– Można tak powiedzieć – zgodził się pan Mesut, po czym wskazał nad siebie. – W moich bagażach nie znajdzie pan jednak ani orientalnych przypraw, ani kindżałów, ani niczego, z czego słyną moi bracia. Mam tam jedynie parę rzeczy osobistych.

Czyżby uciekinier jak ja? – pomyślał Stach.

– Jadę do Prus. Tam chcę osiąść na stałe – powiedział Mesut Çetin, co jeszcze bardziej zaciekawiło Polaka.

– Dlaczego akurat tam? – zapytał.

– Powiedzmy, że znudziły mi się śródziemnomorskie upały.

Zaśmiali się obaj. W tej samej chwili pociąg wjechał na żelazny most na Narwi.