Świąteczny sekret

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zosia zatrzymała się na chwilę.

– Rany! – powiedziała. – Zapamiętałam to miejsce jako bardzo piękne. A tu jest tak dziwnie. Nawet gór nie widać.

– Mgła – odparł. – A poza tym widać przecież. – Odwrócił ją w prawą stronę, gdzie rzeczywiście na tle nieba rysowała się lekko zamglona sylwetka gór, a potem sprawdził coś w nawigacji. – Nie jest dobrze – powiedział. – Z tego, co mi tutaj melduje Google, czeka nas dobra godzina marszu. Nie wiedziałaś o tym?

– Nie zastanawiałam się. Myślałam, że skoro to ta sama miejscowość, to już potem będzie prosto z górki, jak to się mówi.

– No raczej pod górkę. – Jasiek spojrzał na stromą drogę prowadzącą od niewielkiego miejscowego dworca autobusowego.

– Może poszukam jakiejś taksówki? – zaproponował.

– Nie – odparła. – Trzeba sobie radzić. Szkoda pieniędzy, a ja muszę się przyzwyczajać do tego, że teraz będę żyć inaczej.

– No to komu w drogę, temu buty. Idziemy. – Jasiek wziął jej torbę i zaczął energicznie maszerować.

Musiała szybko ruszyć za nim, żeby mu dotrzymać kroku. Rozmawiali o szkole, o świętach. Jasiek opowiadał o licznych kuzynach i ich planach. Dwaj z nich też byli maturzystami, ale mieli to szczęście w życiu, że po pierwsze, wiedzieli, czego chcą, a po drugie, rodzice chętnie popierali ich plany. Nic dziwnego: jeden wybierał się na informatykę, a drugi na prawo. Bardzo tradycyjne kierunki niezwykle życzliwie traktowane przez wszystkich ojców oraz matki tego świata. Jasiek miał gorzej. Pilot to jednak trochę niecodzienny zawód, a poza tym jego mama panicznie bała się latania.

– Skąd mi się takie geny wzięły? – zastanawiał się nieraz.

Zosia uśmiechała się i ściskała jego dłoń, żeby dodać mu nieco otuchy, a także trochę się ogrzać. Okazało się, że jej kurtka, która całkiem dobrze radziła sobie w miejskiej zimie, tutaj kompletnie się nie sprawdzała. Dziewczyna czuła się, jakby niczego nie miała na sobie. Cienki materiał zupełnie nie chronił przed porywistymi podmuchami. A buty też niespecjalnie zdawały egzamin. Ślizgała się po stromej drodze. Gdyby nie silna dłoń Jaśka pewnie upadłaby niejeden raz.

Kiedy dotarli na miejsce, była tak szczęśliwa jak jeszcze nigdy w życiu.

– To tutaj – powiedział Jasiek, wpatrując się to w nawigację, to w drewniany dom stojący na wysokim fundamencie.

Stał tuż pod lasem, bokiem przylegając do zielonej ściany. Miał duże okna z białymi okiennicami i ciemnobrązowe ściany z długich desek. Z tyłu wielki ganek wychodzący na sad gęsto porośnięty dużymi drzewami, z przodu otoczony niewielkim ogródkiem, teraz w stanie uśpienia. Dookoła niego ciągnęły się pola. W mroku majaczyły się jakieś budynki gospodarcze.

Zosia sama nie wiedziała, czy jej się tutaj podoba, czy też nie.

– Cóż – powiedziała. – Szczerze powiedziawszy, nieco inaczej to sobie wyobrażałam.

Robiło się coraz ciemniej i prawie zupełnie już nie było widać gór. Trochę powyżej błyskały światła w oknach innego starego domu. Po drugiej stronie drogi stał dość przyzwoity, znacznie nowszy dom, a poniżej w szczerym polu ktoś wybudował przepiękną willę otoczoną kutym ogrodzeniem ze wspaniałym ogrodem pełnym pięknych kompozycji iglaków. Nowe przeplatało się tutaj ze starym, wieś zmieniała się.

Zosia nie miała już siły zastanawiać się nad słusznością swojej decyzji. Tak przemarzła, że było jej już w zasadzie wszystko jedno. Chciała wejść do środka i się ogrzać. Zgrabiałymi z zimna dłońmi wyciągnęła z plecaka klucz, po czym uroczyście otworzyła drzwi. Weszli razem do przestronnej sieni.

– O tak – powiedziała. – To pamiętam.

Rozejrzała się wokół. Drewniane komody stały pod ścianami w tych samych miejscach, co przed laty. W środku znajdowały się konfitury i kompoty. Tak przynajmniej było kiedyś. Dokładnie naprzeciwko wejścia znajdowały się drzwi prowadzące do sadu i warzywnika. Wciąż tam były. Po prawej stronie przechodziło się do dużej kuchni, a po lewej do dwóch pokoi. W suficie znajdowała się specjalna klapa prowadząca na strych, a w podłodze taka sama z wejściem do piwnicy. Wszędzie tam pełno było tajemnic, Zosia zawsze tak uważała.

Szybko weszła do kuchni. Ale jeśli liczyli, że się ogrzeją, spotkało ich rozczarowanie. W domu panował przeraźliwy ziąb. Wydawało się, że wręcz dokładnie taki sam jak na zewnątrz. Na samym środku w kuchni pysznił się wprawdzie wspaniały kaflowy piec, ale lodowaty. Ze starych okien wiało.

Zosia zapaliła światło i choć to nie pomogło w kwestii ciepła, to jednak sprawiło, że natychmiast zrobiło się przytulniej. Drewniane kredensy, sporych rozmiarów stół, staroświeckie łóżko z ogromną pierzyną zdawały się witać bardzo serdecznie nową mieszkankę. Wiedziała, że kiedyś nad tym łóżkiem wisiało zdjęcie dziadków z ich ślubu, trochę śmieszne. Przedstawiało mężczyznę z sumiastymi wąsami i młodą dziewczynę, która Zosi wydawała się zupełnie niepodobna do babci. Teraz ten obraz zniknął, podobnie jak wiele innych rzeczy.

Zosia rozejrzała się wokół i uświadomiła sobie, że ktoś przygotował dom na przybycie nowego właściciela. Było bardzo czysto, wszystkie rzeczy osobiste babci zniknęły. Tylko kubki, talerze i garnki znajdowały się na swoich miejscach. Podobnie jak zapasy w spiżarni. Zosia zajrzała do malutkiej łazienki. Z niej też zniknęły wszystkie kosmetyki, puste półeczki błyszczały wypolerowane.

– Idę szukać drewna – powiedział Jasiek. – Trzeba tu napalić, bo zamarzniemy. – Ruszył w drugą stronę i otworzył drzwi prowadzące do pokoju. – Rany! – powiedział, a ona pobiegła, żeby zobaczyć, co go tak zaskoczyło.

Ale to tylko pokój babci tak go zdumiał. Znajdowały się tam dwa wielkie łóżka z obfitymi pierzynami, pokrytymi haftowaną pościelą. Tam też był kredens, ale inny, błyszczący, politurowany, z którego babcia kiedyś była bardzo dumna. Pod ścianą stała też skrzynia. Zosia wiedziała, że babcia nigdy nie pozwoliła jej wyrzucić, ponieważ była to ta sama skrzynia, w której przywiozła do męża swoje wiano.

– Ja cię nie mogę! – powiedział Jasiek. – Czuję się, jakbym był na wycieczce w skansenie. Serio ona tutaj mieszkała w dzisiejszych czasach i niczego nie zmieniła? Nie wyrzuciła tych rzeczy? To niewiarygodne, nigdy nie spotkałem człowieka, który nie byłby w życiu w Ikei. To mój pierwszy raz, czuję się niesamowicie.

Zosia roześmiała się, po czym zatarła dłonie i podskoczyła, żeby się trochę ogrzać.

– O tak – powiedziała. – Babcia była wielką tradycjonalistką. Zawsze mówiła, że tylko dzięki temu żyła tak długo, że trzymała się świętego spokoju i stawiała w życiu na to, co sprawdzone. I trzeba jej przyznać, że doczekała godziwego wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat. Do samego końca samodzielna i sprawna.

W tym momencie poczuła ogromne wyrzuty sumienia, że nie przyjechała na pogrzeb. Dała się namówić matce. A przecież miała prawie dziewiętnaście lat, powinna była sama podejmować decyzje.

– Przepraszam cię, babciu – wyszeptała.

– Co ty mówisz? – Jasiek odwrócił się w jej stronę.

– Wiem, gdzie jest drzewo – odparła. Nie chciała teraz zwierzać się ze smutnych doświadczeń. Było na to za zimno.

Wrócili do kuchni. Stamtąd prowadziły drzwi: jedne do łazienki, a drugie do spiżarki połączonej z tak zwanym schowkiem. Tam właśnie zawsze znajdowało się drzewo do pieca, a także kosz napełniony węglem na bieżące potrzeby. Resztę składowano w szopie na podwórku.

Okazało się, że nic się nie zmieniło, drewno leżało przygotowane, podobnie jak węgiel. Na wierzchu ktoś położył nawet małe patyczki na rozpałkę oraz zapałki. Jakby wiedział, że ten, kto się tutaj pojawi, może nie do końca będzie umiał się od razu odnaleźć.

– O ja cię nie mogę! – zawołał znowu Jasiek.

– Coś ty tam znalazł? – Zosia wzięła na ręce kilka polan drzewa i weszła znowu do kuchni.

– Patrz – powiedział. – List.

Rzeczywiście za szybą kredensu znajdowała się koperta, a na niej napisane było dużymi literami „Zosia”.

– Kurka wodna! – powiedział Jasiek. – Czy twoja babcia wiedziała, jak zakończy się spór o spadek? Przecież zapisała ten dom wszystkim. Dlaczego więc zaadresowała ten list tylko do ciebie?

– To się zaraz okaże – powiedziała Zosia. – Może chciała mi dać do zrozumienia, że wszystkich wita serdecznie, a tylko mnie nie? – zapytała.

– Nie wierzę – odparł. – Ale otwórz. Nie zamierzam udawać, że wcale mnie to nie interesuje ani wychodzić taktownie do innego pomieszczenia. Okropnie jestem ciekawy, co napisała. Czytaj.

Zosia pospiesznie rozerwała kopertę. Na podłogę wysypały się pieniądze, równo poukładane stuzłotowe banknoty.

– Ale ja mam dzisiaj dobry dzień – powiedziała. – Kasa płynie wszelkimi możliwymi źródłami. Jeszcze nigdy w życiu mi się coś takiego nie zdarzyło.

Jasiek schylił się i zaczął dokładnie zbierać. Zosia tymczasem czytała. Chłopak miał rację. Babcia wszystko dobrze przewidziała. Przywitała ją w domu i podziękowała za to, że wnuczka chce się nim opiekować. Napisała, że przekazuje jej na początek niewielką kwotę pieniędzy, by ta przetrwała pierwsze trudne chwile.

Kochana wnuczko – napisała. – Liczyłam na to, że przyjmiesz ten dom, chociaż jesteś jeszcze bardzo młoda. Ale to nie szkodzi. Jeszcze nie tak dawno dziewczyny w twoim wieku zakładały rodziny i prowadziły gospodarstwo. Nie namawiam cię jednak do tego. Ciesz się młodością i podejmuj swoje decyzje powoli. Nie bój się jednak. Bądź odważna. Zostawiam Ci wszystkie moje oszczędności. Nie ma tego dużo, ale na początek Ci się przyda. Ten dom to dobre miejsce. Sporo tu było miłości. Wychowało się dużo dzieci, często rozlegał się śmiech. I choć miałam wiele różnych kłopotów, głównie dostarczanych przez Twojego tatę, to jednak zdecydowanie więcej było w moim życiu szczęśliwych dni. Mieszka się tu prosto, ale to wcale nie oznacza, że gorzej. Wiem, że dom otuli Cię od pierwszych chwil swoją życzliwością. Opiekuj się nim dobrze. Kocham cię, babcia.

 

Zosia znów poczuła ogromne wyrzuty sumienia, że pozwoliła się wkręcić w rodzinne rozgrywki, jakby była bezwolną kukiełką, pozbawioną własnego rozumu. Dała sobie wmówić, że skoro ma niespełna dziewiętnaście lat, to jeszcze nic nie może, ale to nie była prawda. Decyzję podjęła mama, ale odpowiedzialność spadła na nią. Już czuła ten ciężar.

– Daj to drewno! – powiedziała stanowczo, ocierając szybko łzy wzruszenia.

Jasiek właśnie udawał, że wie, jak zapalić w piecu. Wrzucił wszystkie grube polana dość ciasno, a potem próbował podpalić je zapałką.

– Czekaj – powiedziała. – Włącz jakiegoś YouTube’a i zobaczymy, jak to się robi. Bo coś mi kołacze w mózgu, że jednak nie tak.

Przeszukali sieć. Na szczęście internet mobilny dobrze tutaj działał. Szybko włączyli odpowiedni filmik. A potem ułożyli małe drewienka, dodali papieru, rozpalili i dołożyli większe. Kiedy drzewo już mocno się paliło, można było dopiero dorzucić węgla.

Szybko się z tym uwinęli i oboje z fascynacją wpatrywali się w mały płomień, który udało im się rozniecić. Ciepła to na razie nie dawało żadnego, ale cieszyło oczy. Na szczęście, żeby zaparzyć sobie herbatę, wystarczył czajnik elektryczny. Prąd, ku radości Zosi, był w domu, podobnie jak woda. Opłukała czajnik zdumiona faktem, że nie jest on wcale stary, tylko szklany i nowoczesny. Kiedy woda się gotowała, widać ją było przez przezroczyste ścianki. Babcia wiedziała najwyraźniej, że gotowanie w plastiku jest niezdrowe.

– Coraz bardziej fascynuje mnie ta kobieta – powiedziała Zosia. – Żałuję, że nie mogłam jej bliżej poznać.

– Może teraz to się stanie? – powiedział Jasiek. – W końcu będziesz chodzić po jej śladach. Dowiesz się, jak żyła, co mówią o niej ludzie i co po sobie zostawiła.

– Mądrze prawisz – odparła. – Kurczę – powiedziała. – Nie mamy tu żadnego jedzenia. Dlaczego żadne z nas nie pomyślało, żeby na dole zrobić zakupy? Jest już ciemno, zimno. Nie zamierzam teraz zasuwać godzinę na nogach i potem znowu wracać.

– No, przepraszam cię. – Jasiek potarł się po brodzie. – Ja też nie pomyślałem. Mam tylko trochę picia z drogi. Człowiek jest tak przyzwyczajony, że wyskoczy z domu i minutę dalej jest sklep, na dodatek czynny do późnych godzin, że już dawno zapomniał, co to znaczy robić zapasy.

– O widzisz! – zerwała się Zosia. – Znów mądrze powiedziałeś. Zapasy! – zawołała i pobiegła do spiżarni.

Nie rozczarowała się. Były tam ziemniaki, marchewka, buraki, ryż, kasza, a także kiełbaski w słoiku, ogórki, cukinia marynowana, papryka, bakłażany, patisony, cebulki marynowane. Niewiarygodne bogactwo smaków i kolorów.

– Pyszności. A słodkie? – upomniał się Jasiek, zabawnie strzygąc uszami.

– To nie tutaj – powiedziała. – Na to jest zupełnie inna skrytka.

Zosia przebiegła przez kuchnię i wpadła do szerokiej sieni. Wiedziała, że skarby są w komodach stojących pod ścianami. Otwarła skrzypiące drzwiczki i zobaczyła rząd błyszczących słoików. W środku były konfitury, kompoty, owoce w cukrze i zatopione w miodzie orzechy.

– Pychota, zrobimy sobie prawdziwą królewską kolację – powiedziała z radością. – Babcia zadbała o wszystko.

– To dawaj – powiedział Jasiek. – Za dwie godziny mam autobus powrotny. Tak właściwie za chwilę muszę już iść. A żołądek mi się ściska na widok tych smakołyków.

Powyciągali szybko słoiki i talerze. W spiżarni Zosia znalazła nawet bochenek chleba. Zawinięty był w lniane płótno, upieczony już dość dawno, ale wciąż był świeży i nadawał się do spożycia.

– W życiu nie jadłam takiej kolacji – powiedziała Zosia i oblizała łyżkę.

Otworzyli słoik z mieloną kiełbaską babci roboty i posmarowali nią wielką pajdę chleba. Potem wyciągnęli ogórki kiszone, marynowane cebulki i grzybki. Objedli się tym do granic. A jednak nie mogli przestać. Odkroili jeszcze kolejną pajdę i posmarowali ją pysznymi borówkowymi konfiturami. Jasiek jeszcze wyjadał jeżynowe palcem, bo nie mógł się powstrzymać.

– Niewiarygodne – powiedział. – Jakie to wszystko pyszne! – Zajadał, aż mu się wielkie uszy trzęsły, choć przecież przyzwyczajony był do smacznego jedzenia, bo w jego domu niczego nie brakowało.

– Zapakuję ci – powiedziała Zosia i wyciągnęła trzy słoiczki, po czym włożyła mu je do plecaka. – Wiem, że musisz już ruszać w drogę. Boję się, żebyś się nie spóźnił. Chciałabym, żebyś mnie tutaj częściej odwiedzał, a do tego potrzebujemy życzliwości twojej mamy. Nie możemy zawieść jej już za pierwszym razem.

– Wiem – odparł. Oboje wciąż byli w kurtkach. Jeszcze nie odważyli się rozebrać. Dopiero teraz z pieca zaczynało roznosić się powoli delikatne ciepło. – Serio chcesz tu zostać? – zapytał. – Jesteś pewna? Wiesz, że mam drugi bilet?

– Tak – odpowiedziała, choć głos jej nieco zadrżał, być może z zimna. – Naprawdę tego chcę.

Jasiek pocałował ją w czoło, uściskał, a potem pospiesznie ruszył w drogę. Było już zupełnie ciemno, świecił sobie latarką z telefonu. Obawiał się, że padnie mu bateria, zanim dojdzie. Nie przewidział, że tak długo i tak intensywnie będzie musiał jej używać.

Popatrzyła za nim chwilę, zanim nie zniknął w mroku, a potem szybko weszła do środka. Na zewnątrz panowało niewiarygodne zimno. Zamknęła drzwi na klucz, po czym weszła z powrotem do kuchni. Podeszła do pieca i przytuliła się do niego. Był na razie ledwo letni, ale już dawał sporo przyjemności.

Spojrzała na stół zabałaganiony zjedzonym w pośpiechu posiłkiem. Poczuła się ogromnie zmęczona, ale jednocześnie było jej dobrze, cicho i błogo. Rzeczywiście ten dom miał coś w sobie, można tu odzyskać spokój ducha. Przeciwności losu wcale nie zniknęły, ale Zosia rozumiała, co babcia miała na myśli. Kłopoty nie omijały tej rodziny, tak jak żadnej innej, ale są takie miejsca i takie sposoby życia, które pomagają lepiej sobie z nimi radzić.

Może właśnie na tym polega cały sekret? Nie na uciekaniu przed trudnościami życia, bo człowiek się tylko zmacha i zadyszy, a i tak nie umknie, lecz takim przygotowaniu, że można stawić im czoła, bo jest się silnym i mądrym.

Zosia stała przy tym piecu długo. Nie myślała już o niczym. Nie zastanawiała się, jak sobie poradzi. I czy podjęła słuszną decyzję. Odpoczywała. Ciepło zaczęło się rozchodzić po całej kuchni. Dorzuciła jeszcze drewien do pieca. Gdy ogień na dobre się rozpalił, ostrożnie dołożyła także czarne węgielki. Nie wiedziała, jak dużo może nasypać naraz, żeby nie zdusić ognia. Potrzebowała przecież ogrzewania przez całą noc, a niczego innego nie zauważyła. Zastanowiła się, gdzie będzie spać.

Przeszła do sieni. Tam też powietrze powoli się rozgrzewało. A potem skierowała się do pokojów. Pierwszy był nieco chłodniejszy, ale już z przyjemniejszą temperaturą, natomiast w ostatnim panował spory chłód. Wróciła do kuchni, postanowiła spać tutaj. Zosia nie dziwiła się, że babcia miała tutaj łóżko. To było serce tego domu i panowała tutaj szczególna atmosfera. Nie bez znaczenia pozostawał też fakt, że nie czuło się tu zimna.

Zdjęła wreszcie kurtkę, powiesiła ją krześle, a potem posprzątała wszystkie rzeczy ze stołu. Nie martwiła się już tak bardzo o to, jak sobie poradzi finansowo. Właściwie to wystarczyło jej kupować tylko chleb i ryż. Pożywienia starczyłoby aż do wiosny. Babcia o to zadbała. A jeszcze przecież miała zapasy w piwnicy i na strychu. Jutro pewnie znajdą się nowe skarby. Woda płynęła ze studni za darmo, szopa wypełniona została drewnem. Zosia uświadomiła sobie, że z opłat zostanie jej tylko prąd i internet.

Nie jest tak źle – pomyślała.

Pierwsze naprawdę poważne zmartwienie przyjdzie dopiero jesienią, kiedy to ona będzie musiała zadbać o zapasy na kolejną zimę.

Ale do tego czasu jednak sporo może się wydarzyć – pomyślała optymistycznie.

Umyła się, przebrała w piżamę i skoczyła pod chłodną nieco kołdrę. Szybko się jednak rozgrzała. Puch utulił ją miękko i łagodnie. Wokół panowała upragniona cisza. Pierwszy raz nie słyszała przed zaśnięciem ani ponurych prognoz mamy, ani kłótni sąsiadów. Za oknem nie szumiały samochody, lecz drzewa. Było pięknie, choć bardzo ciemno.

Ale Zosia nie zdążyła się wystraszyć. Zasnęła od razu.

***

Obudziło ją zimno. W piecu wygasło, a chłód znowu zaczął dominować w starym domu. Pod kołdrą jednak wciąż było bardzo przyjemnie. Wystarczyło nie wystawiać nawet czubka nosa i dalej się wylegiwać. Zosia wiedziała jednak, że im później wstanie i dołoży ognia do pieca, tym dłużej będzie musiała czekać, aż dom się znowu nagrzeje.

Nie ma lekko – pomyślała. – Zresztą i tak jest już południe.

Spała wyjątkowo mocno. Zaskoczona była, że tak bezproblemowo udało jej się zasnąć w nowym miejscu. Nie leżała tak jak w domu, wpatrując się w cienie wędrujące po ścianach i zastanawiając, co stuka za oknem. I czy przypadkiem nie chodzi po niej jakiś pająk. Tu było inaczej.

Wystawiła nogę i już zadrżała od zimna. Pożałowała, że kurtkę powiesiła tak daleko i nie ma żadnego swetra, którym mogłaby się otulić. Szybko dopadła ciepłego ubrania, narzuciła na piżamę, wskoczyła w swoje zimowe buty, po czym otwarła piecyk. Na samym spodzie znajdował się tylko popiół. Wciąż jeszcze ciepły, ale niemający dostatecznej ilości mocy, by ogrzać cały dom. Plątało jej się gdzieś w głębi świadomości, że popiół trzeba wybierać.

Ale do czego? – zastanowiła się.

Pod piecem stało dziwne metalowe jakby wiadro albo pojemnik, ale wrzuciła do niego drewno. To był chyba błąd. Szybko powyciągała polana i włożyła do stojącego obok drewnianego koszyka. Następnie łopatką wybrała popiół, kichając przy tym niemiłosiernie, a także brudząc sobie kurtkę, piżamę, włosy, twarz i ręce. Obsypała też solidnie podłogę oraz białe płytki pieca.

Nieźle jak na pierwszy raz – pomyślała. – Jak to się robi, żeby nie wybrudzić całej kuchni? – zastanowiła się. – Jakiś sposób musi być, sądząc po porządku, jaki zostawiła tutaj babcia. Ale dzisiaj go chyba nie znajdę.

Na razie było jej zimno i chciała jak najprędzej napalić. Włożyła szybko polana drewna, małe kawałki na rozpałkę i tym razem zupełnie sprawnie zapaliła w piecu. Zamknęła drzwiczki, otrzepała dłonie, wzbijając znów w powietrze tumany pyłu, i uśmiechnęła się z satysfakcją. Potem wyjrzała za okno. Było ciemno i nie umiała określić, która jest godzina. Spojrzała na zegarek. Piąta trzydzieści.

– O rany! – pomyślała. – Jak wcześnie.

Nigdy o takiej porze nie wstawała. Dziś po raz pierwszy w życiu miała szansę zobaczyć wschodzące słońce, które dziś obudziło się później niż ona. W ciszy tego magicznego momentu, kiedy świat budzi się do życia. Ciepła kołdra pociągała ją kusząco, ale Zosia już tam nie wróciła. Podeszła bliżej okna i przez chwilę podziwiała piękny widok.

A potem ruszyła do staroświeckiej łazienki. Marzyła oczywiście o tym, żeby wskoczyć pod prysznic i umyć się z tych popiołów, które oblepiały jej twarz, ręce i włosy. Było na to jednak za zimno. Jeśli chciało się mieć ciepłą wodę, należało napalić wcześniej. Kto nie był dostatecznie przezorny, musiał się zadowolić lodowatą cieczą. A to prawdziwe wyzwanie. Nie dość, że Zosia drżała w walce z chłodem, to jeszcze zimna woda wcale nie rozpuszczała popiołu, tylko rozmazywała go po ciele.

Nałożyła sporo mydła, które oczywiście dostało jej się do oczu i umyła się tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu. Był w tym jeden plus, obudziła się na dobre. To trzeba przyznać lodowatej wodzie. Miała swoją moc. Dodawała energii i rześkości.

Zosia włączyła czajnik i przygotowała sobie pyszne śniadanie, położyła na je talerzyku i usiadła przy oknie. Spojrzała w dal, robiło się coraz jaśniej. Widać było ciągnący się w dół sad, pola i sąsiednie domy.

U sąsiada w kuchni też paliło się już światło. Zapewne wstał. Może też łapał energię poranka. Pewnie nie. Zapewne wyrzucał gnój albo robił inne właściwe gospodarzom nieromantyczne rzeczy. Zosia jadła powoli kanapkę i próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz w swoim życiu miała szansę na takie spokojne śniadanie. W zwykłe dni spieszyła się do szkoły. Spała tak długo, jak tylko mogła, potem pospiesznie przegryzała parę kęsów i gnała na lekcje. W wolne dni też nie było lepiej. Chowała się przed mamą albo jadła, wysłuchując jej przepełnionych rozgoryczeniem i smutkiem słów.

To, co wydarzyło się teraz, miało swoją magię. Oparła głowę o framugę okna, objęła dłońmi kubek z herbatą i patrzyła sobie, jak wstaje słońce. Pomyślała, że to będzie dzisiaj dobry dzień.

– Dziękuję – powiedziała i przepełniła ją ogromna wdzięczność za to, że miała szansę spędzić tutaj noc, że to mogło być jej własne miejsce na ziemi.

 

***

Zaraz potem usłyszała pukanie do drzwi, energiczne i mocne, jakby ktoś miał do tego miejsca większe niż ona prawa i stanowczo domagał się wejścia. Wystraszyła się ogromnie, omal nie upuściła kubka. Była tu sama, wszystko mogło się zdarzyć. Jakiś złodziej na przykład pomyślał sobie, że może nie wiadomo co cennego ukrywa. Miejscowy bandyta mógł przyjść ją zamordować dla samej przyjemności, żeby mieć bogatsze CV o jedną napaść. Wiejskie rozrabiaki mogły po prostu zrobić jej kawał. Nagle opowieści mamy o różnych zagrożeniach przypomniały jej się wszystkie naraz.

Podeszła bliżej. Przez szybkę zobaczyła stojącą po drugiej stronie staruszkę. Odetchnęła z ulgą. Jeżeli człowiek nie jest Królewną Śnieżką, nie ma potrzeby obawiać się takich osób. Otworzyła więc.

– Co ty tu robisz?! – usłyszała natychmiast agresywny głos. – Jesteś złodziejką? Stara Jabłońska umarła. Jej wnuczki z bożej łaski nawet nie przyjechały na pogrzeb. Nikt nie ma prawa tutaj być. Gospodarstwo zmarnieje, a dom pójdzie w ruinę. Takie życie, jak się dzieci źle wychowało.

Zosia została popchnięta tymi słowami aż pod ścianę. Nigdy nie umiała się bronić przed słowną agresją.

– Gadaj, kim jesteś?! – zawołała kobieta. Była mała i chuda, mimo tego znajdowało się w niej tyle energii, że niezwykle trudno było jej się przeciwstawić.

– Jestem wnuczką babci Anny – powiedziała Zosia drżącym z emocji głosem. – Mieszkam tutaj.

– Jak to mieszkasz?! Ty?! – Kobieta spojrzała na nią z taką pogardą, że Zosia uświadomiła sobie znowu, jak bardzo szalony i bezsensowny był to pomysł. Rzeczywiście nie wyglądała na kogoś, kto mógłby ogarnąć dom i gospodarstwo. Nie pasowała w ogóle do tego miejsca.

– Niczego tu nie ruszaj – nakazała jej kobieta stanowczo. – Przyjadą starsze córki, prawowite właścicielki, to niech mają wszystko tak, jak należy.

– Czy mogę pani jakoś pomóc? – Zosia zdobyła się na odwagę i lekko przesunęła w stronę kobiety, mając nadzieję, że zmusi ją do wycofania.

– Słucham? Co to za głupie pytanie? – odparła. – Ja sobie ze wszystkim świetnie radzę. I wciąż żyję – dodała.

A potem obróciła się na pięcie i wyszła.

– Tobie jednak radzę szybko stąd wyjechać! – zawołała jeszcze w progu. – Życie na wsi wcale nie jest takie, jak się miastowym wydaje. Nikt cię tutaj nie polubi, tak jak nikt nie lubił twojej babci – dodała i trzasnęła drzwiami.

Zosia miała wrażenie, że zaraz usiądzie na podłodze, tak bardzo zrobiło jej się słabo i przykro.

– Jak to nikt nie lubił mojej babci? – zdumiała się.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?