Nowy podarunek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4


W przeddzień swojej wymarzonej wigilii Marta obudziła się późno. Musiała biegać po domu, by zdążyć się przygotować do pracy. Bank, w którym była zatrudniona, otwierano jak w zwykłe dni, a przed świętami placówka zawsze przeżywała szczególne oblężenie.

Wstawała sama. Dzieci miały już ferie świąteczne, a mąż też spał w najlepsze.

Pewnie ma urlop – pomyślała i nie poświęciła tej kwestii więcej czasu. Nie wiedziała, w jaki sposób Krzysztof zamierza spędzić wolne przedpołudnie. Na razie leżał owinięty kołdrą, odwrócony twarzą do ściany, jakby i teraz chciał się jak najdokładniej odgrodzić od swojej żony.

Ten widok nie przygnębił jednak Marty tak bardzo jak zwykle. Czuła, że znalazła wyjście z sytuacji, i była w trochę lepszym nastroju. Pod powiekami wciąż przewijały jej się piękne obrazy, które w nocy układała we własną kompozycję. Kolorowe światła, roześmiani ludzie, pyszne jedzenie, kochająca się rodzina. Prawdziwe Boże Narodzenie.

Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu obudziła się z mocnym przekonaniem, że jej prośba, wypowiedziana w nocy na balkonie, zostanie wysłuchana, że dotarła gdzieś daleko do czujnych uszu właściwej osoby i teraz wystarczy tylko poczekać na efekty. Wigilia będzie piękna. Obfita, radosna i pyszna.

No właśnie. Jej praktyczny umysł bankowca zatrzymał się na chwilę na tym przyziemnym aspekcie. Taką imprezę trzeba było dobrze zorganizować, a czasu nie pozostało zbyt wiele. Nadzieja, że siły wyższe upieką za nią ciasta, posprzątają mieszkanie i ugotują barszcz, była jednak zbyt mała.

Marta szybko się umyła, zagarnęła wszystkie włosy w wysoki kucyk i dopięła granatową marynarkę służbowego kostiumu. Zawiązała pod szyją chusteczkę z logo banku i pobiegła do kuchni. Zostało jeszcze kilka minut do wyjścia. Wyrwała wielką kartkę z notatnika. Sprawnie podzieliła na trzy części. Dla męża, córki i syna. W odpowiednie rubryczki wpisała mnóstwo zadań. Kupno tych produktów, które wydawały się oczywiste, w szczegółach do uzupełnienia później, mycie okien, generalne sprzątanie wszystkich pomieszczeń, zakup choinki i uzupełnienie ozdób, odnalezienie płyty z kolędami. Resztę obowiązków przeznaczyła dla siebie.

Zostawiła listę na stole, w centralnym jego miejscu, tak by mieć pewność, że na pewno nie zostanie ona przeoczona. Przez moment zastanowiła się, czy nie powinna napisać kilku słów wyjaśnienia, dodać jakiegoś ciepłego zakończenia, ale szybko się poddała. Czasu nie było już wcale, a ona zupełnie nie miała talentu literackiego. Nie była też przyzwyczajona do czułych wyznań. Od momentu, kiedy dzieci podrosły i przestały być słodkimi bobasami, które można całować bez końca, nie miała ani jednej okazji, by poćwiczyć tę trudną dla niej umiejętność.

Zostawiła kartkę i wybiegła z mieszkania. Musiała się spieszyć. O spóźnieniu do pracy nie było nawet mowy. Czekało ją dzisiaj osiem godzin liczenia cudzych pieniędzy, a następnie firmowa wigilia, przedsmak właściwych świąt, a tak naprawdę ich substytut. Tak przynajmniej było do tej pory. Bo to, co każdego roku przeżywała w swoim domu, trudno było nazwać świętowaniem.

Tym razem będzie inaczej – postanowiła, zdecydowanym gestem przekręcając kluczyk w stacyjce. Spojrzała w przednią szybę samochodu, mocno podnosząc głowę do góry. Wzięła głęboki oddech.

Bez walki się nie poddam – pomyślała.

To postanowienie mogło dziwić. W końcu święta to nie ring bokserski. Ale kiedy ma się takiego przeciwnika jak matka Krzysztofa, pojedynkiem jest każdy dzień.

***

Kilka godzin później Marta siedziała na brzegu krzesła przy pustym jeszcze stole i patrzyła na wijącą się zakolami kolejkę do szefa. Składanie wigilijnych życzeń na firmowych kolacjach to okazja do zacieśnienia więzów, nawiązania bliższych znajomości i oczywiście zaprezentowania się szefowi od jak najlepszej strony. Wielu chciało skorzystać z tej szansy. Pracownicy pocili się, przeszukując rozpaczliwie swoje zasoby poprawnej polszczyzny koniecznej do tworzenia eleganckich życzeń. Szef miał łatwiej, dziękował tylko krótko i uśmiechał się. Potem następowało tradycyjne łamanie się opłatkiem i kurtuazyjny pocałunek.

Marta wpatrywała się czujnie w każdą kobietę podchodzącą do szefa, liczyła sekundy, w ciągu których dyrektor patrzył jej w oczy, kalkulowała siłę uścisku i sprawdzała, czy jego usta dotknęły policzka koleżanek z pracy. Najczęściej odbywało się to klasycznie. Jedno cmoknięcie, drugie i trzecie. W gwarze licznych osób składających sobie życzenia ginęły zwięzłe wypowiedzi dyrektora. Ale Marta odczytywała je z ruchu ust. Chłonęła te słowa, jakby kierowane były specjalnie do niej.

Zazdrościła każdej koleżance najmniejszego nawet uścisku dłoni, ale sama nie ustawiła się w kolejce. Kosztowało ją to sporo wysiłku, uznała jednak, że sprawa warta jest poświęcenia. Marzył jej się taki mały prezent na święta, które miały być w tym roku wyjątkowe. Nic nieznacząca scenka. Szef kończy składanie życzeń, po czym zwraca uwagę, że przecież jeszcze z nią nie połamał się opłatkiem. Podchodzi, całuje ją jak wszystkich, a ona zamyka oczy na ułamek sekundy, wdycha zapach jego ciała, żeby potem przez całe święta wracać do tej chwili. Ładować baterie, by mieć siłę stawić czoła rzeczywistości.

Czas mijał. Niektórzy siadali już przy stole, a panie sprzątaczki, awansowane tego dnia na stanowisko kelnerek, rozpoczęły nalewanie barszczu. Zapach dobrze przyprawionej zupy sprawił, że składanie życzeń nabrało tempa. Wszyscy byli bardzo głodni po długim dniu pracy. Po chwili na środku sali został tylko dyrektor i trzy ostatnie osoby, speszone nagłą ciszą, jaka zapadła w pomieszczeniu.

Teraz. – Marta wpatrywała się stęsknionym wzrokiem w Rafała Górskiego, czterdziestoletniego zadbanego mężczyznę, piastującego od pięciu lat stanowisko szefa krakowskiego oddziału banku o międzynarodowej renomie. Rafał był energiczny, wesoły, miał głowę pełną pomysłów. Uosabiał wszystko, co ceniła w mężczyznach. Dobrze się z nim pracowało. Poczuła do niego słabość właściwie od pierwszej minuty rozmowy, kiedy przyjmował ją do pracy, a kolejne miesiące tylko pogłębiały to nieodwzajemnione, nigdy niewypowiedziane, głęboko skrywane beznadziejne uczucie.

Dyrektor skończył przyjmowanie życzeń i usiadł z wyraźną ulgą przy stole. Marta przestała oddychać. Jeszcze była szansa. Mógł przecież w każdej chwili wstać i podejść do niej. Ale mężczyzna przyjął z wdzięcznością dwie chochle barszczu, po czym życząc wszystkim smacznego, dał sygnał do rozpoczęcia poczęstunku. Przez chwilę zapanowała cisza. Pracownicy posilali się w milczeniu. Stukały cicho sztućce, na stole pojawiły się półmiski z rybą i sałatki. Marta opuściła głowę. Łzy przykrości zapiekły ją pod powiekami, zagryzła usta, ale opanowała się szybko. Miała sporą wprawę w ukrywaniu prawdziwych uczuć.

– Jedz – ponagliła ją siedząca obok kasjerka, Sylwia. Szczęśliwa mężatka i matka dwójki dzieci. – Im szybciej skończymy, tym prędzej pójdziemy do domu.

Sylwia zawsze spieszyła się do swojej rodziny. Koleżanki z pracy zazdrościły jej miłego męża i grzecznych, wesołych dzieci. Zwłaszcza kiedy opowiadała o pięknych świętach w swoim domu.

Marta od lat była ciekawa, jak koleżanka to robi, że wszystko tak gładko jej się układa. Małżeństwo, macierzyństwo. Może to jest podobnie jak w przypadku realizacji lokaty wysokoprocentowej, że sprawa wymaga znajomości odpowiednich procedur? – zastanawiała się wielokrotnie.

Przez chwilę miała ochotę zapytać, ale jak zwykle szybko zrezygnowała. Pospiesznie zanurzyła łyżkę w barszczu, który wyjątkowo jej dzisiaj nie smakował, a następnie włożyła do ust pierożka z grzybami oraz kapustą. Podniosła głowę i uśmiechnęła się.

Najważniejsze to nie zwracać na siebie uwagi – brzmiała jedna z jej podstawowych zasad życiowych. Przede wszystkim nie odzywać się zbyt często. Rozmowa niesie bowiem ryzyko, że się nie zapanuje nad głosem i niewłaściwe słowo wydostanie się nieopatrznie, by zdradzić jedną z tajemnic.

Wielu.

Przełknęła z trudem pierwszy kęs smażonej ryby, potem kolejny. Oddech wrócił do normy. Rozmowy wokół przybrały na sile, pojawiły się pierwsze dowcipy. Smaczny obiad i perspektywa kilku wolnych dni poprawiły wszystkim humor.

Jej szef Rafał jadł, rozmawiał, śmiał się i z całą pewnością nawet nie zauważył, że jedna z kasjerek nie podeszła do niego, by złożyć życzenia. Była tylko jedną z wielu. Małą mrówką w korporacyjnym mrowisku.

Marta rozejrzała się wokół. Nie znała sytuacji domowej wszystkich zgromadzonych przy stole pracowników, ale sprawiali oni wrażenie, jakby cieszyli się, że jutro zasiądą z bliskimi przy wigilijnym stole. Jej szef też wyglądał na zadowolonego. Żywo uczestniczył w rozmowach, śmiał się i jak zwykle celnie komentował padające słowa.

Serce Marty ścisnęło się tęsknotą tak mocną, że musiała wstać i wyjść na chwilę z pomieszczenia. Już nawet nie chodziło o tego konkretnego mężczyznę, który i tak przecież znajdował się poza zasięgiem jej możliwości, ale o kogokolwiek, kto wypełniłby pustkę w jej życiu. W gruncie rzeczy nie tęskniła za swoim szefem, ale po prostu za miłością.

Krzysztof pokazał jej na krótko, jak może być pięknie, ale potem wszystko zabrał. A ona nie umiała być sama. Należała do tych kobiet, które spełniają się w życiu rodzinnym. Kariera zawodowa niespecjalnie ją pociągała. Gdzieś w głębi serca pragnęła być jak teściowa. Mieć piękny dom i piec smaczne ciasta. Wychowywać dzieci i przytulać się każdej nocy do kochającego męża. Takie proste marzenia, a jednak niemożliwe do zrealizowania.

Stanęła przy oknie. Było jej duszno i gorąco. Otarła z czoła kropelki potu. Szeroki korytarz był zupełnie pusty. Za oknami szalała śnieżyca i zapowiadały się pierwsze od lat białe święta. Kiedyś, dawno temu, lubiła Boże Narodzenie. Ale już zapomniała, jakie to uczucie. Teraz nie znosiła siadania przy stole z mężem, z którym nie mogła się porozumieć, z dziećmi sprawiającymi coraz więcej kłopotów i – co najgorsze – z nielubianą ponad wszystko teściową.

 

W każdym, ale to absolutnie każdym, wypowiadanym przez mamę Krzysztofa zdaniu mieściła się ukryta szpila wycelowana w Martę. Komplementy zawierały podteksty, zwykłe słowa pełne były ukrytych aluzji, a spojrzenia i miny – jawnie krytyczne.

Na samą myśl o wspólnej kolacji wigilijnej czuła, jak po jej plecach pełznie zimny dreszcz.

Po co w ogóle komuś są potrzebne te cholerne święta? – pomyślała ze złością. – Tylko obżarstwo, wydatki i stres.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni wypłaciła mnóstwo pożyczek niefrasobliwym klientom zanurzonym po same uszy w bożonarodzeniowej atmosferze. Każdy się cieszył, otrzymując pieniądze, nikt nie myślał o mroźnym, ponurym styczniu, kiedy trzeba będzie zwrócić dług.

Wiatr uderzył w okno. Płatki śniegu zawirowały, osiadły na rosnących przy chodniku drzewach, po czym znów się zerwały, jakby nie mogły się zdecydować, gdzie ostatecznie powinny się znaleźć.

Marta przymknęła oczy. Wróciło nagłe wspomnienie. Błyszcząca światełkami choinka, ciepły piec, pachnący makowiec i koślawo zdobione pierniczki, dzieło jej własnych rąk. Miała wtedy może siedem lat, rodzice wciąż jeszcze byli razem. Ostatnie wspólne święta. Nigdy już później takich nie przeżyła.

Spojrzała na przymknięte drzwi sali konferencyjnej. Gwar podniesionych głosów niósł się po pustym korytarzu. Zabawa rozkręcała się w najlepsze.

Marta znów pomyślała o swoim szefie. Jego dziewczyna była prawdziwą szczęściarą. Trudno sobie nawet wyobrazić, jakie to uczucie wracać do domu, w którym czeka na ciebie ktoś, na kim ci zależy. Warto byłoby oddać długie, puste miesiące swojego życia za jeden taki prawdziwie szczęśliwy dzień.

Drzwi sali konferencyjnej troszkę się uchyliły i na korytarz wyślizgnęła się Sylwia.

– Co ty tu robisz tak długo? – zapytała. – Szef właśnie przechodzi do najważniejszego punktu, czyli opowiadania o premiach na koniec roku – uśmiechnęła się.

– Źle się czuję – odpowiedziała Marta zgodnie z prawdą. Nastrój miała fatalny, bolała ją głowa i było jej słabo.

– To jedź do domu. – Sylwia miała jedno lekarstwo na wszystkie problemy. – Ja się też za chwilę zmywam po angielsku. Szef niczego nie zauważy. Już zaczęli wznosić toasty. Za godzinę nikt już nie będzie kojarzył, kto został do końca.

Marta tylko westchnęła.

– Dobrze – powiedziała. – Wrócę tylko po moje rzeczy i możemy wychodzić.

Poszły do sali razem i pozbierały swoje torebki. Już się kierowały w stronę drzwi, gdy podbiegła do nich Kaja. Długowłosa pracownica działu obsługi podmiotów gospodarczych. Kiedy ktoś chciał określić jej wygląd, najczęściej używał słowa „apetyczna”. Miała pełne policzki z miłymi dołeczkami, krągły biust i biodra oraz ładnie wykrojone usta, które wciąż układały się w uśmiech.

– Hej, dziewczyny, gdzie się tak szybko zmywacie? – zawołała. – Tak wam się spieszy do mężów? – dodała, a w jej ustach zabrzmiało to mocno dwuznacznie.

Marta uśmiechnęła się dokładnie tak samo jak stojąca obok Sylwia i nikt nie domyśliłby się, jak bardzo te słowa dalekie są od jej rzeczywistości.

– Poczekajcie. – Kaja złapała je obie za ramiona. – Mam do was szybkie pytanie. Możecie mi pożyczyć parę groszy na święta?

Sylwia tylko wzniosła oczu ku niebu, jakby chciała sprawdzić, dlaczego nie grzmi wobec tego skandalu.

– Kobieto – odpowiedziała szybko. – Studiowałaś ekonomię, a ciągle toniesz w długach. Dobrze wiesz, że masz już przekroczone wszelkie limity.

Kaja tylko oblizała pulchne usta, na których został jeszcze ślad po słodkim lukrze z makowca.

– Daj spokój – odparła spokojnie. – Wszystko przecież spłacę. Nie martw się na zapas, tylko zrób dobry uczynek i pomóż koleżance.

– A dokładnie jak wiele tych groszy potrzebujesz? – zapytała Sylwia nauczona doświadczeniem, bo Kaja miała dość oryginalne pojęcie kilku groszy.

– Jakiś tysiączek złotych… – Kaja zawiesiła głos, jakby się zastanawiała, czy jednak nie podbić stawki.

– O rany, wiedziałam! – zawołała Sylwia. – Po co ci tyle pieniędzy? Będziesz po świętach żałować i zastanawiać się miesiącami, jak to oddać i z czego.

– Spłacę we właściwym czasie. – Spokój Kai był niewzruszony. – Jak każdy kredyt. Pieniądze zawsze jakoś się znajdują – dodała. – No, nie bądźcie takie zasadnicze, zgódźcie się po prostu. To nie jest bardzo skomplikowane – uśmiechnęła się znowu. – Wystarczy kiwnąć głową lub powiedzieć „tak”.

– Ja naprawdę nie mam – szybko odparła Marta. – Sama się zastanawiam, skąd wziąć na organizację wigilii.

– Rozumiem cię – powiedziała Kaja – bo mam dokładnie ten sam problem. A Daniel chce zaprosić rodziców. Jesteście moją ostatnią szansą.

Stanęła przed nimi, złożyła błagalnie dłonie i zamrugała komicznie.

– No dobrze – złamała się Sylwia. – Pożyczę ci. Ale proszę cię, nie pakuj się w większe kłopoty.

– Dziękuję ci, kochana. – Kaja już nie słuchała. Rzuciła się koleżance na szyję i ucałowała serdecznie w oba policzki. – Masz mój numer konta? – upewniła się.

– Mam. Już ci przecież przelewałam pieniądze – odparła Sylwia. Przez chwilę szukała właściwych słów, żeby nawrócić koleżankę na słuszną drogę ekonomicznej wstrzemięźliwości, ale szybko dała spokój. Wszystko, co wiedziała na ten temat, powtarzała już setki razy. Jak do tej pory zawsze bez skutku.

– Życzę ci najpiękniejszych świąt – mówiła Kaja. – Pamiętaj, że dobro zawsze wraca.

– W porządku, dziękuję. – Sylwia broniła się przed gwałtownymi czułościami. – Muszę już naprawdę pędzić do domu. Mam tam tysiące rzeczy do zrobienia.

– To jeszcze raz: wesołych, radosnych, cieplutkich świąt wam życzę. – Kaja zakręciła się na pięcie i pobiegła z powrotem w stronę stołu.

– Pa, kochana – zawołała Sylwia na pożegnanie. – Odpocznij.

Teraz już bez przeszkód obie z Martą wyszły z budynku i szybko pożegnały się na zimnym parkingu, chowając twarze przed porywistym wiatrem i dużymi płatkami śniegu, które osadzały się na policzkach, powiekach i we wszelkich innych miejscach.

Może to nie jest taki głupi pomysł, żeby pożyczyć pieniądze na święta? – pomyślała Marta, wspominając słowa beztroskiej Kai. – W końcu raz się żyje. Człowiek jest wiecznie rozsądny i co z tego ma?

Tylko raz w życiu wzięła kredyt. Na dobrych warunkach i oczywiście nie we frankach szwajcarskich. Na to była we właściwym czasie zbyt ostrożna. Ale choć oprocentowanie wynegocjowała korzystne, a kwota pożyczki była niezbyt wielka, i tak wydawało się, że spłata ciągnie się bez końca. Oboje z mężem byli rozsądni. Prowadzili zbilansowany budżet i zapisywali wszystkie wydatki. Nie pozwalali sobie na szaleństwa i charakteryzowała ich odporność na konsumpcyjne pokusy.

Co z tego mieli?

Czteropokojowe wynajęte mieszkanie, z trudem gromadzone oszczędności wciąż zbyt małe, by kupić coś na własność, i życie szare jak stara ścierka do naczyń. Oszczędzali na własne mieszkanie i to był ich główny cel. Ale jak długo można się motywować do działań tylko tym jednym marzeniem?

Tak się zapętlili w pracy, obowiązkach, przeliczeniach, że już się nawzajem nie poznawali. Czas płynął, oboje się zmienili i któregoś dnia Marta obudziła się ze świadomością, że obok niej śpi Obcy Człowiek, o którym w gruncie rzeczy niewiele wie.

Spróbuję to zmienić – postanowiła. – Postawię wszystko na jedną kartę. Zorganizuję najpiękniejsze święta, jakie tylko można sobie wymarzyć. Wreszcie porozmawiamy. Dzieci też odetchną rodzinną atmosferą i może wróci poczucie bliskości, kiedyś tak oczywiste.

Święta lepsze niż u teściowej – ta myśl została zdławiona, zanim zdążyła się wydostać, ale było w niej sporo prawdy, co Marta uświadomiła sobie z przykrością. Eleonora wywierała stanowczo zbyt wielki wpływ na jej życie. Marta miała wrażenie, że duch mamy Krzysztofa unosi jej się nad głową i obserwuje każdy krok, a następnie poddaje wnikliwej krytyce.

Kuląc się z zimna, wyciągnęła z torebki portfel. W najgłębszej kieszonce zupełnie nieużywana leżała karta kredytowa. Wzięła ją dawno temu, żeby podnieść koleżance statystyki promocyjne, ale nigdy z niej nie korzystała. Na to była zbyt rozsądna. Karty kredytowe są dobre tylko dla ludzi bardzo bogatych, którzy wiedzą, jak zarabiać na kolejnych pożyczkach. Zwyczajnego człowieka wpędzają tylko w spiralę zadłużenia, dając złudne poczucie dostatku, za które trzeba później płacić bardzo wysoką cenę.

Ale uśmiechnięta Kaja zdawała się przeczyć tej oczywistej prawdzie i Marta poczuła nieodpartą pokusę, by spróbować jej patentu na szczęście. Spojrzała na trzymaną w dłoni kartę. Ta mała plastykowa zabawka otwierała drzwi do tak wielu możliwości.

Marta szybkim krokiem skierowała się w stronę swojego samochodu. Mały volkswagen stojący od rana w mroźnej zawiei wymagał solidnego odśnieżania. Walczyła z przymarzniętą warstwą lodu na przedniej szybie, a w myślach układała listę zakupów. Droższe niż zwykle prezenty, piękne ozdoby, dobre jedzenie. A przede wszystkim zero teściowych. To był jej nowy doskonały plan na wymarzone święta.

Kiedy skończyła odśnieżać auto, nie czuła czerwonych z zimna palców. Wsiadła do samochodu i ruszyła w stronę tego miejsca, bez którego żadne szanujące się święto nie może się w dzisiejszych czasach obejść, czyli do galerii handlowej.

Tym razem żadnego polowania na przeceny, szukania okazji – postanowiła. – Pełen luz i wolność, jaką szaremu człowiekowi daje karta kredytowa ze sporym limitem.

Ledwo znalazła wolne miejsce parkingowe. Długo jeździła wśród innych sfrustrowanych kierowców, zanim zdołała wepchnąć się cudem w wąską szczelinę pomiędzy luksusową toyotą a szerokim słupem. Starając się, by jej samochód nie nawiązał z jednym ani z drugim bliższego kontaktu, zaparkowała z trudem i poluzowała zaciśnięty szczelnie szalik. Zrobiło jej się gorąco. Czuła, że już jest bardzo zmęczona, choć zakupy jeszcze się nie rozpoczęły.

***

Eleonora podniosła się z klęczek i mocno oparła o blat kuchenny. W okolicach serca coś ją mocno zakłuło, a przed oczami pojawiły się ciemne plamy. Stała tak przez chwilę, starając się opanować uczucie nagłej paniki na myśl, co by się stało, gdyby teraz zasłabła. Telefon stał daleko, w pustym domu nie było nikogo.

Otworzyła oczy i drżącymi dłońmi nalała do szklanki zimnej wody. Wypiła kilkoma szybkimi łykami, a potem przemyła twarz. Serce wciąż kłuło, ale ciemne płatki zniknęły. Odetchnęła głęboko.

– Będzie dobrze – powiedziała cicho.

Pochyliła się jeszcze raz i wyciągnęła z pieca ostatnią blachę pierniczków. Wysypała ciastka na drewnianą tacę i usiadła. Wszystko było gotowe. Dziesiątki uszek z grzybami, barszcz wigilijny na własnoręcznie zrobionym kwasie buraczanym, makowiec, sernik, ciasto miodowe i mnóstwo pierniczków. Wigilia mogłaby się odbyć choćby zaraz. Trzeba było tylko upiec rybę i doprawić sałatkę, ale to drobiazg.

Eleonora westchnęła i spojrzała na swoją choinkę. Wysoka aż pod sufit, ubrana we wszystkie latami gromadzone ozdoby, prezentowała się naprawdę okazale. Podobnie jak stół nakryty śnieżnobiałym obrusem z haftem richelieu i pięknym stroikiem. Dom był idealnie czysty. Wszystko gotowe. Brakowało tylko rodziny. Eleonora spojrzała w stronę szuflady, w której leżała kartka świąteczna od jej córki. Choć głęboko schowana, zdawała się wołać donośnym głosem:

„Nie przyjedziemy na święta! Pozdrowienia i krótka rozmowa telefoniczna w wigilijny wieczór to wszystko, na co możesz liczyć”.

Serce ścisnęło się mocno, tak że Eleonora znów nie mogła złapać tchu.

To mogą być mimo wszystko piękne święta – pomyślała, przykładając z całej siły dłoń do piersi. – Do szczęścia wystarczyłby przyjazd Krzysztofa z dziećmi na tych kilka wyjątkowych dni, ale Marta zapewne na to nie pozwoli – zakończyła smutną konkluzją. – A nawet jeśli pozwoli – dodała po chwili. – To przybędzie z nimi i jej obecność wszystko zepsuje. Skwaszona mina szybko zburzy miły nastrój, a niewypowiedziane pretensje i żale zaczną się unosić nad stołem niczym smog nad miastem. Tak samo męczące i toksyczne.

Na samą myśl o synowej, o tym niemożliwym do rozwiązania konflikcie, Eleonora wstała i ruszyła na poddasze w celu znalezienia jakiegoś pilnego zajęcia. Musiała coś robić, zająć choć na chwilę serce i głowę, inaczej zmartwienie przygniotłoby ją do ziemi tak mocno, że już nigdy by się nie podniosła.

 

Weszła na strych i zaczęła robić generalne porządki w zbieranych przez pokolenia rzeczach. Serce kłuło ją coraz wyraźniej.