Nowy podarunekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2


Kaja Orawska śmiała się serdecznie, zwijając się na kanapie.

– Czapkę mu popraw! – zawołała.

Jej chłopak, Daniel, zgodnie z wytycznymi, które otrzymał dzisiaj rano, ubrał choinkę, traktując zadanie po męsku dosłownie. Założył na smukłe drzewko swoją szeroką marynarkę oraz bokserki w mikołaje, zeszłoroczny prezent świąteczny. Zawiązał choince krawat i założył na bakier czerwoną czapkę z pomponem.

– Czemu się śmiejesz? – zapytał. – To najbardziej oryginalna choinka w całej okolicy. Zapewniam cię, że nikt takiej nie ma. Po co marnować czas na szukanie w piwnicy starych pudeł z bombkami, skoro można go poświęcić na ciekawsze czynności?

Położył się obok niej i pocałował w ciepłe usta, wobec czego nie zdołała odpowiedzieć, że pudła z ozdobami są nowiutkie i zawierają drogie, ręcznie zdobione bańki, na które wydała rok temu majątek, a zaciągnięty na to konto kredyt spłaca do tej pory.

– I tak w tym pokoju to ty jesteś najpiękniejsza – mówił Daniel, oderwawszy się na chwilę od ust dziewczyny. – Choinka nie ma szans, szkoda jej robić złudne nadzieje – wyszeptał jej do ucha, dmuchając jednocześnie ciepłym oddechem. – Niczego więcej mi nie potrzeba. Żadnych prezentów. Tylko ciebie.

Kaja uśmiechnęła się. W jej pełnych policzkach zrobiły się dołeczki, ale w głębi serca trochę się zmartwiła.

– Naprawdę tego chcesz? – powiedziała, rozciągając swoje troszkę zbyt krągłe, ale za to bardzo apetyczne ciało. Daniel zapatrzył się i na chwilę stracił wątek.

– Jedzenie sam przygotuję – powiedział nieuważnie, całując ją znowu.

Kaja skrzywiła się lekko. Ten plan na święta już zupełnie jej się nie spodobał. Jakieś zwyczajne jedzenie, bo Daniel nie był mistrzem kulinarnym, brak gustownych dekoracji i jeszcze do tego wszystkiego miała się obejść bez prezentów?

– Zastanawiam się, czy to dobry pomysł – powiedziała.

– Dlaczego? – Daniel wstał na chwilę i usiadł obok niej. – Przecież może być miło bez tej całej sztucznej otoczki.

– Nie wiesz, o czym mówisz. – Kaja nagle spoważniała. – Ja takie święta miałam przez całe dzieciństwo. Nie było choinki, bo mieszkanie za ciasne. Poza tym wszystko zgodnie z zasadą: byle taniej. Szaro, smutno i nędznie.

– Mówiłaś mi o tym – westchnął mężczyzna. – Rozumiem, że teraz chciałabyś żyć inaczej, ale twoi rodzice też pewnie mieli nielekko.

– Mieli dokładnie to, co chcieli – surowo powiedziała Kaja. – Oboje nie pracowali. Najpierw dlatego, że stracili etaty w tym samym zakładzie. Potem nie umieli szukać, a na końcu po prostu się przyzwyczaili. Do pobierania zasiłków, oglądania telewizji całymi dniami.

– Rozumiem cię – powiedział Daniel, ale Kaja mu nie wierzyła. Zresztą wcale jej na tym szczególnie nie zależało. Spotykała się z mężczyznami w innych celach niż wzajemne zrozumienie. Lubiła ich, jeśli potrafili sprawić, że dobrze się bawiła. Byli też pomocni w dopinaniu miesięcznego budżetu, co mocno ją drażniło, ale póki co nie zdołała zdobyć pełnej samodzielności. Brała więc, co życie niosło. Zakochiwała się z łatwością i równie szybko zapominała, kiedy związek się kończył.

Dam sobie radę – pomyślała optymistycznie i przytuliła się mocniej do swojego chłopaka, moszcząc sobie w jego ramionach wygodne miejsce. – Może sobie mówić, co chce, a ja i tak zrobię wszystko po swojemu – postanowiła.

– Będzie pięknie – powiedziała na głos i natychmiast poczuła, jak Daniel znieruchomiał i spiął się.

– Obiecaj, że tego znowu nie zrobisz – poprosił z naciskiem i podniósł się na łokciu, by spojrzeć jej w oczy.

– Dobrze, dobrze – odpowiedziała natychmiast, bo nie miała wątpliwości, że prawidłowo odczytał jej zamiary.

– Przyrzeknij – powiedział zupełnie poważnie.

Podniosła dwa palce w górę.

– Przyrzekam – odparła i roześmiała się, żeby rozładować trochę atmosferę. – O nic się nie martw. Niedługo święta, trzy dni wolnego i będziemy tylko we dwoje.

Daniel milczał. To jej się nie podobało. Była zmęczona po pracy i nie miała ochoty na zasadnicze rozmowy.

– Jeszcze tylko jutro ta nieszczęsna wigilia służbowa i wolne… – kusiła umiejętnie. – Będziemy sami. Tylko ty i ja.

Oraz góra jedzenia – dodała w myślach. – Piękna choinka, mnóstwo prezentów…

– Też się cieszę – Daniel przerwał dopieszczanie tej miłej wizji – ale proszę cię, żebyś pamiętała o naszej sytuacji finansowej.

Wciąż był spięty i Kaja trochę się zdenerwowała. Wstała gwałtownie z kanapy.

– Zaparzę pysznej herbatki – powiedziała.

Weszła do kuchni. Zjadła dwa czekoladowe pierniczki, które pozostały z otwartej rano paczki, i humor trochę jej się poprawił. Wysypała na talerzyk zawartość drugiej torebki ciastek, a znajomy zapach czekolady i korzennych przypraw sprawił, że poczuła się trochę lepiej. Rozdrażnienie minęło. Na wszelki wypadek wyciągnęła jeszcze z lodówki porcję makowca. Pochodził z najlepszej cukierni w mieście, a zakupiła go na wigilijną kolację. Postanowiła jednak zjeść go już dzisiaj, a na święta zamówić kolejny.

„Co masz zjeść jutro, zjedz dzisiaj, co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro” – ta optymistyczna maksyma wisiała u niej w kuchni nad stołem. Oryginalne ludowe porzekadło radziło wprawdzie coś zupełnie odwrotnego, ale ta wersja podobała się Kai o wiele bardziej.

Przez krótki moment pomyślała, że przecież nie ma pieniędzy na kolejne już ciasto, ale szybko zdławiła tę myśl. Nie po to studiowała pięć lat i pracowała całymi dniami, żeby teraz wszystkiego sobie odmawiać. Poza tym Daniel nie będzie przecież żałował tych paru groszy na wigilijny poczęstunek.

Zabrała talerzyk i odwróciła się w stronę kanapy, na której wciąż leżał jej chłopak. Uśmiechnęła się zalotnie i zgasiła światło. Daniel też potrzebował czegoś, by się oderwać od zbyt przyziemnych myśli, a ciastka na niego nie działały. Kaja położyła się obok i przytuliła z całej siły. To był dobry pomysł. Daniel natychmiast porzucił rozważania o tanich sposobach na organizację świąt i zajął się całowaniem jej krągłych ramion.

To zdecydowanie przyjemniejsze – westchnęła Kaja z zadowoleniem. Wieczór znów zapowiadał się optymistycznie.

***

Marta leżała w pustej sypialni. Wokół niej panowała cisza. Kobieta próbowała znów uciec w świat marzeń i wyobraźni, w którym chowała się zawsze, kiedy rzeczywistość zaczynała ją przerastać. Czuła jednak, że nie ma takiej możliwości, żeby zamknąć drzwi na tyle mocno, by zobojętnieć na dzieci, które pozostały po drugiej stronie. Kochała je z całego serca. Każda awantura kosztowała ją mnóstwo sił i mocno bolała. Wciąż sobie obiecywała, że następnym razem nie pozwoli się sprowokować, ale nerwy napięte jak postronki puszczały bez udziału jej woli. Za dużo było tych wszystkich zmartwień na jej jedną znękaną głowę.

Położyła się w łóżku i otuliła szczelnie kołdrą. Słyszała, jak po dłuższej chwili z łazienki wyszedł Łukasz. Potem znów woda zaszumiała. To zapewne Julka, tym razem bez protestów, poszła się myć. Kiedy córka skończyła przygotowania do snu, w mieszkaniu znów zapadła cisza. Marta przewracała się w pustym łóżku i nie mogła zasnąć. Tak bardzo chciała, żeby mąż przyszedł do niej, położył się obok, przytulił.

Ale Obcy Człowiek, z którym od jakiegoś czasu dzieliła sypialnię, długo się nie pojawiał. Marta w końcu zasnęła, a kiedy się przebudziła późno w nocy, Krzysztof leżał daleko, na drugim brzegu łóżka, zakręcony szczelnie w swoją kołdrę. Daleki, jakby znajdował się o setki mil od niej. I zupełnie obcy, choć leżał w jej własnym łóżku.

W gruncie rzeczy niewiele już o sobie wiedzieli, od dawna nie rozmawiali szczerze i czasem tylko zdarzało im się zaspokajać fizyczne potrzeby ciała krótkim zbliżeniem, które odbywało się bez słów. Marta zawsze potem miała kaca moralnego, że się na to godzi. Czuła się upokorzona, ale ciało miało swoje prawa i czasem była zbyt słaba, by się oprzeć.

Tym razem jednak nic nie wskazywało na to, by Krzysiek miał zamiar choćby odwrócić się w jej stronę.

– Bardzo dobrze – wyszeptała. – Wcale cię nie potrzebuję.

Ale to nie była prawda. Sen odpłynął, a poczucie ogromnej samotności wróciło. Od tygodni świat wokół przygotowywał się do świąt. Wszechobecne dekoracje, kolędy i śnieg za oknami budziły także w niej uśpione tęsknoty. Za wesołym gwarem w domu, uściskiem dziecięcych dłoni, prawdziwym pocałunkiem.

Wstała gwałtownie, bo na myśl o tym wszystkim żołądek skręcił jej się od nagłego bólu. Krzysztof nawet nie drgnął.

Mogłabym teraz wyjść na ulicę i odjechać na drugi koniec kraju, a on nawet by nie zauważył – pomyślała z żalem.

Włożyła pantofle, szlafrok na lewą stronę, przeczesała dłonią zmierzwione włosy i wyszła do kuchni. Włączyła czajnik. Przyłożyła do niego dłoń i po chwili poczuła ciepło gotującej się wody. Jednostajny szum podziałał uspokajająco. Musiała coś zrobić, była pewna, że prędko nie zaśnie, a nie miała ochoty leżeć w łóżku i godzinami przewracać się z boku na bok. Przygotowała sobie herbatę w ogromnym kubku i weszła do pustego salonu. Zapaliła lampkę przy stole i włączyła laptopa. Reklamy świątecznych produktów uderzyły w nią z nową mocą. Niezwykle pracochłonne potrawy, wspaniałe dekoracje i uśmiechnięte kobiety otrzymujące od przystojnych mężczyzn drogą biżuterię pod pięknie udekorowaną choinką.

Świat reklamy to kłamstwo i ułuda. Miała tego świadomość, ale wiedziała też, że naprawdę są takie rodziny, których członkowie siadają przy pięknym stole, rozmawiają, przytulają się, obdarowują udanymi prezentami albo po prostu cieszą swoją obecnością. Nie przeżyła ani jednej takiej wigilii w rodzinnym domu, a po ślubie też nie udało jej się stworzyć żadnej świątecznej tradycji. Nie dlatego, że brakowało jej chęci. Wszystkiemu winna była teściowa. Ta wspaniała gospodyni i strażniczka polskich obyczajów wszystko robiła doskonale. Wystarczyło jedno jej spojrzenie, by człowiek poczuł się cieniutki jak sosnowa igiełka. Matka Krzysztofa – obecna co roku przy świątecznym stole – mroziła atmosferę tak skutecznie, że Marta szybko przestała podejmować jakiekolwiek próby działania.

 

Reklamy kusiły jednak z wielką mocą. Marta spojrzała w okno. W świetle ulicznych latarni wirowały duże płatki śniegu. Stare osiedle, zwykłe dość obskurne, teraz przysypane równomiernie miękkim puchem, wyglądało jak kraina z baśni. Marta westchnęła w mimowolnym zachwycie. Wszystko wydało jej się nagle piękniejsze i możliwe.

Wyszła na balkon i podniosła twarz w stronę granatowego, pełnego gwiazd nieba. Pozwoliła, by wilgotne płatki śniegu spadały miękko na jej włosy, policzki oraz zamknięte powieki.

Westchnęła.

– Tylko jeden raz – poprosiła żarliwie. – Raz w życiu chciałabym przeżyć taką chwilę prawdziwego szczęścia. Radości tak wielkiej, że serce nie będzie w stanie jej pomieścić. Miłości tak prawdziwej, że człowiek zapragnie wtulić się w czyjeś ciepłe ramiona, spojrzeć w niebo i śmiać się ze wszystkich sił. Głośno, szczerze, niepowstrzymanie.

Z taką samą mocą, jak teraz chciało jej się płakać.

Niech tak się stanie – posłała wiadomość w kosmos. – Chociaż jeden raz – poprosiła znowu. – Niech ktokolwiek mnie usłyszy i pomoże.

Prośba ruszyła w stronę rozgwieżdżonego nieba.

Marta pomyślała, że pierwszą szansą dla losu mogłaby być piękna wigilia.

Z czarem, magią i miłością. Pełna kolorowych świateł, roześmianych ludzi, pysznego jedzenia, ale przede wszystkim ciepłych uczuć – podpowiedziała losowi.

Ale on miał już swoje plany i nie potrzebował pomocy.

ROZDZIAŁ 3


Eleonora Barska wstała skoro świt. Zawsze tak robiła.

W głowie lekko jej się zakręciło, ale zlekceważyła ten dobrze znany objaw. Jak się wychowało dzieci, pracując na etacie i zajmując się dużym domem z ogrodem, to człowiek ma naprawdę spore doświadczenie w pokonywaniu trudności.

Eleonora otarła spocone czoło, poprawiła wciąż gęste i naturalnie ciemne włosy, po czym poszła się umyć. Starannie się ubrała, zauważając z niezadowoleniem, że porusza się dzisiaj o wiele wolniej niż zwykle. Nastrój też miała nie najlepszy. Święta zbliżały się wielkimi krokami, a wciąż nie było wiadomo, gdzie odbędzie się rodzinna wigilia.

Całym ciałem, duszą, umysłem i sercem rwała się do przygotowań. Najchętniej sama, własnymi rękami zrobiłaby wszystko. Jak w tych odległych, pięknych czasach, kiedy dzieci były małe i łatwo poddawały się jej woli.

Ach, jakie wtedy były wspaniałe święta w tym domu – westchnęła, wspominając obfitość potraw, serdeczną atmosferę i głębię religijnego przeżycia, którą wtedy wszyscy odczuwali.

Eleonora jako ostatnia strażniczka rodzinnych tradycji, sięgających dziesiątków lat wstecz, czuła się odpowiedzialna za ich dalsze losy. Jednak zadanie było trudne i coraz częściej popadała z tego powodu w prawdziwą panikę.

To było naprawdę nie do uwierzenia, ale w czasach kryzysu, bezrobocia, szalejących cen nieruchomości, ona nie miała komu przekazać swojego pięknego domu.

Córka wyjechała, a Krzysztof…

Na samą myśl serce ścisnęło jej się boleśnie. Jej pierworodny synek. Malutki chłopczyk, którego jeszcze nie tak dawno nosiła na rękach, całowała w miękkie czółko. Ani się obejrzała, jak dorósł i któregoś fatalnego popołudnia przyprowadził do domu Martę. Od tej pory wszystko się zmieniło.

Eleonora straciła dziecko.

Tak to właśnie postrzegała. Marta była agresorem, najeźdźcą, który wdarł się w poukładane życie rodzinne i wszystko wywrócił do góry nogami. Czasem poprzez małżeństwo matka zyskuje nową córkę, Eleonora straciła syna.

Gdyby jeszcze Krzysztof znalazł w tym związku szczęście, gdyby Marta okazała się kochającą żoną, która potrafi stworzyć mężczyźnie prawdziwy dom. Ale o tym nie było nawet co marzyć. Synowa wciąż była o coś obrażona, wiecznie smutna, milcząca, pogrążona we własnym świecie.

Eleonora rozżaliła się jak zwykle. Chciała pomóc młodej żonie syna. Nieustannie wskazywała jej punkty, w których powinna się zmienić. Mówiła wiele razy, co i w jaki sposób należy poprawić, żeby było lepiej. Ale nic nie pomagało. Na okazywaną życzliwość Marta reagowała coraz bardziej nerwowo, aż w końcu zabrała swoją rodzinę i wyprowadziła się do wynajętego mieszkania. Na samo wspomnienie tego momentu Eleonora poczuła ten sam co wtedy mocny ból w klatce piersiowej. Przez ostatnie lata nie zelżał ani trochę. W tym przypadku czas nie leczył ran, wręcz przeciwnie, tylko je pogłębiał.

Kobieta weszła do kuchni i spojrzała w stronę jadalni, której wysokie okna pokazywały piękny ogród tonący w śniegu. To tutaj przez dziesiątki lat zbierała się rodzina. Dom miał ponad sto lat i cudem przetrwał wojenne zawieruchy. Niszczony przez czas odbudowywał się kochającymi, troskliwymi dłońmi zapobiegliwych właścicieli i trwał. Dzisiaj nie trzeba było już chronić go przed ostrzałem, jak w czasie walk, ani cudem zdobywać wapna na remont, jak to miało miejsce za komuny. Teraz wszystko stało się łatwo dostępne. Ale paradoksalnie właśnie w ostatnich latach dom najbardziej podupadł. Jeszcze można to było ukryć idealnym porządkiem, kwiatami, serwetami i bujnym ogrodem, który tworzyły pokolenia, ale budynek coraz głośniej wołał o kolejny remont, męską rękę, młodych, energicznych gospodarzy.

Eleonora usiadła w kuchni i wzięła podwójną dawkę kropli nasercowych. Cieszyła się, że dzisiejszego poranka odwiedzi ją przyjaciółka, więc nie musi spędzać go sama. Święta w naturalny sposób skłaniają ludzi do podsumowań. Wszystko widać wtedy ostrzej. Miłość, ale także i samotność. Bogactwo i biedę. Wiarę i jej brak. Oraz wszystkie inne sprawy zamiatane w ciągu roku pod dywan.

Eleonora westchnęła. Nie chciała już myśleć o swoim życiu. Od kilku dni dręczyła ją chęć, by zasłonić portret prababci swojego męża wiszący nad kominkiem. Miała wrażenie, że dziewiętnastowieczna dama w pięknej sukni spogląda na nią coraz bardziej krytycznym wzrokiem. Wyniesienie tego obrazu byłoby prawdziwą rewolucją jak na standardy tej rodziny, bo prababcia wisiała na ścianie przez pokolenia.

– A właściwie dlaczego nie? – powiedziała półgłosem Eleonora, bo odkąd została sama, nabrała zwyczaju rozmawiania ze sobą. – To w końcu mój dom. Mam prawo dokonywać zmian.

W głębi serca wcale nie była tego taka pewna, ale wstała i podeszła do salonu.

– Wyprowadzasz się! – zwróciła się surowo do prababci. – I nawet nie protestuj. Ja wiem, przeżyłaś zabory i nie straciłaś majątku. Twoja córka wybudowała ten dom, a jej córka przechowała w czasie wojny rodzinne pamiątki w samodzielnie zrobionej kryjówce. Byłyście zawsze bardzo dzielne. A ja nie potrafię nawet znaleźć następcy. Jestem najsłabsza. Masz rację. Ale nie mam już siły na ciebie patrzeć i myśleć w kółko o tym wszystkim.

Zdjęła ciężki portret ze ściany, po czym stękając z wysiłku, położyła go na kanapie. Nie miała odwagi spojrzeć zdegradowanej prababci w oczy. Po chwili jednak odwróciła obraz, zauważając, że i on wymaga renowacji. Fachowej, czyli drogiej.

To ją jeszcze bardziej zdenerwowało. Złapała portret za mocne ramy i wyniosła na poddasze do nieużywanej obecnie byłej sypialni Krzysztofa i jego żony. Oparła go o ścianę, szybko wyszła, po czym dokładnie zamknęła za sobą drzwi. Kiedy wróciła do salonu, puste miejsce na ścianie, dużo jaśniejsze niż reszta, mocno raziło w oczy. Stała przed nim, czując, że nawet ten blady prostokąt spogląda na nią dziwnie krytycznie.

Wróciła na poddasze. Weszła po schodach na stary przedwojenny strych. Pełno tu było gromadzonych przez lata pamiątek, drobiazgów, staroci. Należało już dawno zrobić jakiś generalny przegląd, wyrzucić część rzeczy, zadbać o pozostałe. Kolejna sprawa na liście do wykonania przez prawdziwego gospodarza. Nie mogła o tym myśleć. Starała się nie patrzeć na stare skrzynie, pudła i szafy wypełnione po brzegi. Szukała obrazu o odpowiednich rozmiarach. Był tylko jeden. Przedstawiał psa myśliwskiego. Sympatyczne zwierzątko bez skłonności do krytycznego spoglądania na domowników.

– Nadajesz się, malutki – powiedziała Eleonora. – Idziesz ze mną.

Zniosła go z trudem po schodach i powiesiła na ścianie, po czym musiała dłuższą chwilę odpocząć. Wysiłek mocno ją wyczerpał. A miała dzisiaj przed sobą sporo pracy. Zaprosiła swoją przyjaciółkę Marysię na śniadanie i musiała jeszcze wszystko przygotować.

Rozejrzała się wokół. Serweta była już wyprasowana. Zastawa stołowa czekała ułożona w kredensie, a wszystkie potrawy na dzisiejsze śniadanie zostały dokładnie zaplanowane. Wymagały tylko ostatnich przygotowań. Eleonora sprawdziła wczoraj, czy ma w domu potrzebne składniki, więc zaraz jak tylko oddech jej się uspokoił, szybko i sprawnie zabrała się do pracy. Świeże drożdżówki miały zostać własnoręcznie upieczone, podobnie jak czekoladowe muffinki. Do tego zamierzała podać domowej roboty dżem, gotowaną osobiście szynkę, jajka od wiejskich kur, herbatę ziołowo-owocową oraz pyszną kawę.

Kiedy skończyła to wszystko przygotowywać, była punkt godzina dziewiąta. Marysia powinna się zjawić lada moment. Na stole stało tyle jedzenia, jakby Eleonora planowała ugościć pułk głodnych, zdrożonych ułanów, a nie zaledwie jedną starszą kobietę. Ale nie umiała inaczej. Wydawało jej się, że brak choćby jednego składnika położy się poważnym cieniem na jej kobiecym honorze.

Usiadła na chwilę, bo serce znów kołatało jak szalone. Oparła się o brzeg fotela i przymknęła oczy.

Jak to dobrze, że Marysia zgodziła się dzisiaj wpaść na śniadanie – pomyślała. – W przeciwnym razie ta cisza dźwięcząca w pustym domu chyba by mnie wpędziła w depresję.

Kiedy zadźwięczał dzwonek, podniosła się z trudem, ale do drzwi dotarła jak zwykle szybko.

– Cześć, stara wariatko – przywitała się jej przyjaciółka. – Czemu tak pędzisz jak głupia? Ja przecież nie ucieknę, a ty w końcu dostaniesz zawału – uśmiechnęła się na widok zdyszanej gospodyni.

Marysia, chudziutka jak patyk ponad sześćdziesięcioletnia sąsiadka Eleonory, weszła do środka i otrzepała ze śniegu buty, robiąc kałużę na samym środku idealnie wypastowanej podłogi w przedpokoju.

– Boże, jaki tu u ciebie znowu obrzydliwy porządek – westchnęła, zdejmując płaszcz. – Dlaczego ja się w ogóle z tobą przyjaźnię, i to już tyle lat? – Rozejrzała się wokół. – Pachnie jak w cukierni i to jest chyba właściwy powód, dla którego wciąż cię odwiedzam – dodała. – Pewnie znowu świeże drożdżówki przygotowałaś. Kiedyś to wszystko upiekła?

– Dzisiaj – odpowiedziała Eleonora, skromnie spuszczając powieki, choć w głębi serca duma ją rozpierała.

Marysia weszła do salonu połączonego z jadalnią i westchnęła na widok stołu.

– Mogłam przyprowadzić całą rodzinę – powiedziała. – Wszyscy by się bez problemu pożywili. Zaprosiłaś mnie na tydzień?

– Nie żartuj, tylko się rozgość – zaprosiła ją Eleonora.

– Z przyjemnością. – Marysia usiadła przy stole i nalała sobie aromatycznej, parującej kawy. – Uwielbiam te twoje smakołyki – powiedziała serdecznie. – Gdybym jeszcze choć na chwilę mogła pozbyć się świadomości, że pewnie ledwo stoisz ze zmęczenia, smakowałoby mi dużo lepiej.

– Nic mi nie jest – odparła Eleonora z wielką pewnością w głosie.

– To czemu masz takie oczy podkrążone? – celnie zapytała Marysia. – Znalazłaś sobie kogoś i wymykasz się nocami na randki?

– No wiesz co? Jak możesz? – nabrała się jak zwykle jej przyjaciółka.

– Czego się tak oburzasz? – Marysia z przyjemnością upiła łyk kawy i poczęstowała się drożdżówką. – Jesteś wdową – dodała, przełykając smaczne ciasto. – Wolno ci. Przydałby się w tym domu ktoś, kogo mogłabyś rozstawiać po kątach oraz przekarmiać smakołykami.

– Daj spokój. – Eleonora nie była zadowolona z tego żartu. – Nie gadaj głupot. Spróbuj lepiej jajka albo szynki.

Marysia położyła jedną z bułeczek na talerzu, ale nie spróbowała. Upiła tylko znowu spory łyk kawy i spojrzała poważnie na przyjaciółkę. Talerzyk gospodyni stał pusty po jej stronie stołu. Jasnoniebieskie oczy, trochę już wyblakłe z powodu wieku i łez wylanych w ciągu całego życia, patrzyły gdzieś daleko, w nieokreślonym kierunku. Marysia odłożyła filiżankę na spodek.

 

– Czemu masz taką smutną minę? – zapytała. – Znowu się kłócisz z Martą o święta?

– Ja?! – oburzyła się Eleonora. – Ja się w ogóle nie odzywam, to ona na każdym kroku sprawia trudności. Kompletnie nie można się z nią porozumieć.

Marysia milczała. Ten tekst słyszała nie po raz pierwszy. Westchnęła tylko i znów spróbowała bułeczki.

– Gdyby stosunki międzyludzkie szły ci tak dobrze jak pieczenie, byłabyś szczęśliwą kobietą – powiedziała, z uznaniem przyglądając się idealnie miękkiej i puszystej drożdżówce.

– Jestem szczęśliwa – odparła natychmiast Eleonora. – To znaczy, byłabym – poprawiła się błyskawicznie – gdyby nie moja synowa.

– Mam trochę inne zdanie na ten temat, ale to wiesz już od lat. Myślę, że nie chcesz dać jej szansy.

– Wszystko wydaje ci się takie proste – zdenerwowała się Eleonora i pogładziła idealnie rozłożoną serwetę, strzepując z niej nieistniejący okruszek. – Bo nie masz synowej, tylko wesołych, sympatycznych zięciów. W takiej sytuacji nie sztuka być mistrzem stosunków międzyludzkich.

Marysia znów westchnęła. Przyjaciółka była w tej kwestii wyjątkowo oporna, od lat nie dała sobie nic powiedzieć.

– To jak w końcu ustaliłyście? – zapytała tylko. – Wigilia u ciebie czy u niej?

– No właśnie wyobraź sobie, że wciąż nie wiem – zdenerwowała się jeszcze bardziej Eleonora i odłożyła jajko, którego skorupkę właśnie zamierzała uciąć równo jednym wprawnym ruchem noża. – Biedny Krzysztof nawet takiej prostej informacji nie może uzyskać.

– Faktycznie, biedaczyna. – Marysia ostentacyjnie wzniosła oczy do nieba.

– Nie żartuj. Nie wiesz, jak bardzo jest mu ciężko.

– Nie wiem – przyznała – ale za to domyślam się, co przeżywa Marta. Nie jest łatwo wejść do waszej rodziny. Ty jesteś mocną osobowością, a Krzysiek ma tendencję do chowania się we własnym świecie, jak tylko przychodzą poważniejsze kłopoty. Czuję, że teraz też coś go mocno dręczy.

– Na pewno problemy z żoną.

– Nie byłabym tego taka pewna. Myślę, że to coś innego – powiedziała Marysia.

Jak zwykle w tym miejscu Eleonora obraziła się na chwilę. Nie lubiła, kiedy ktoś sugerował, że wie lepiej, czego potrzebują jej dzieci. Miała jednak świadomość, że jej samej słabo się ostatnio wiodło na tym polu, nic więc nie powiedziała.

Za oknami zerwał się wiatr i uderzył w idealnie umyte okna zawieruchą śniegu. Na zewnątrz zrobiło się paskudnie, ale w środku wciąż było przytulnie i ciepło. Duży salon w kształcie litery L na jednym końcu mieścił jadalnię, a w drugim wygodną kanapę, fotele i ładne, stare meble. Trzeba było przyznać właścicielce, że umiała zadbać o wystrój domu. W przeciwieństwie do wielu starszych osób nie pozwoliła zagracić go pamiątkami. Było przestronnie, elegancko, ale domowo.

Największą ozdobę salonu stanowiły duże okna, które ukazywały widok na ogród i ciągnący się za nim sad. Na parterze domu znajdowały się jeszcze sypialnia, gabinet i pokój gościnny, a na piętrze cztery sypialnie oraz łazienka. Wszystkie pomieszczenia były przestronne i jasne.

Szkoda tego domu dla jednej osoby – pomyślała Marysia, ale nie chciała poruszać drażliwego tematu. Eleonora należała do osób, którym trudno cokolwiek wytłumaczyć, a przeprowadzka syna do wynajętego mieszkania należała do wyjątkowo bolesnych kwestii.

– Pyszne muffinki – powiedziała tylko, próbując smakowicie puszystych babeczek. – Jesteś niedoścignionym mistrzem. – Gospodyni pojaśniała z radości i dumy. – Nie martw się już tak bardzo. Na pewno Krzysiek niedługo zadzwoni i wszystko się wyjaśni. Ty z pewnością jesteś już gotowa na święta.

– Oczywiście, że jestem – odparła Eleonora, kiwając z przekonaniem głową. Nigdy nie zostawiała ważnych spraw na ostatnią chwilę.

– To jedzmy śniadanko i cieszmy się życiem – zarządziła Marysia. – Opowiem ci o panu Kazimierzu, niedawno się poznaliśmy… – powiedziała, ale nie zdążyła nawet na dobre zacząć. Jej wzrok padł na ścianę nad kominkiem.

– A to kto? Nowy członek rodziny? – zawołała na widok psiaka, który z zadowoloną miną przyglądał się otoczeniu. – A gdzie prababcia?!

– Wyszła na chwilę – odparła Eleonora z niesmakiem. – Nie mogłam już na nią patrzeć – dodała szczerze.

– To dobrze – powiedziała Marysia. – Czas był najwyższy.

– Jak to dobrze? – zdziwiła się jej przyjaciółka.

– Widać, że coś się w tobie zmienia. Powoli, ale w dobrym kierunku. Potrafiłaś wreszcie naruszyć świętą tradycję i coś poprawić na lepsze.

– Nie mów tak – zaprotestowała Eleonora. – Tradycja jest ważna.

– To prawda – przyznała Marysia. – Jednak kiedy nie ma w niej świeżego powietrza, człowiek może się udusić. Dlatego nawet tradycję trzeba od czasu do czasu przewietrzyć.

– Nie jestem pewna – zaprotestowała przyjaciółka. – Ale to nieważne. Opowiedz lepiej o panu Kazimierzu.

Marysia spojrzała na nią z westchnieniem, po chwili jednak uśmiechnęła się.

– Kazimierz jest wspaniały – powiedziała z rozmarzeniem w głosie. A potem popłynęła opowieść o pięknej miłości i szczerym zakochaniu dwojga dojrzałych osób, które potrafią docenić w życiu każdą małą radość.

Nawet Eleonora zapomniała na chwilę o świątecznych zmartwieniach, tak się zasłuchała.