Kołysanka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zobaczymy, co będzie wiosną, jak przybędzie wody.

– Będzie dobrze rosło, ziemia w rowach żyzna, tłusta, że aż świeci. Zamiast ziemniaków zasiejemy na tych polach jęczmień albo owies. Będą dobre zbiory – potwierdził Nowacki.

Razem z Janem robili doświadczenia na różnych poletkach. Wysiewali kawałkami, sprawdzając, co gdzie lepiej rośnie i jakie są z tego plony. Próbowali stosować polecane nawozy. Nabytą wiedzę chcieli teraz wykorzystać w życiu.

Październik był słoneczny i ciepły. Powoli zbliżał się czas wytchnienia od prac polowych, za to nadszedł okres intensywnych zajęć społecznych. Jan znów został prezesem spółdzielni mleczarskiej. Czasem do późna w nocy siedział przy lampie, cierpliwie rozliczając dostawców i odbiorców mleka. Nie zawsze dało się wszystko obrachować. Wtedy musiał powtórnie sprawdzać kwity i zaczynać od nowa. Bywały takie noce, a zimą zdarzało się to bardzo często, że nie spali oboje. Wiktoria tkała płótno, on podliczał miesiąc. Dzieciom czasem się zdawało, że rodzice nie kładą się spać. Kiedy zasypiały, to oni pracowali, a gdy się budziły, matki i ojca już nie było w łóżku.

Od kiedy droga łącząca wieś Krymno z kolonią została naprawiona, nie było problemu z dotarciem do szkoły. W samym środku wsi, na dużym placu, stała stara cerkiew, a tuż za nią, w drewnianym budynku mieściła się czterooddziałowa szkoła powszechna. W jednej z izb, większej i jaśniejszej, uczyły się młodsze dzieci, a w tej mniejszej starsze. Na piętrze w dwóch pokojach z kuchnią mieszkała nauczycielka z rodziną. W pierwszej połowie lat dwudziestych uczyła tam pani Gąsiorowska, żona osadnika z kolonii, tego samego, który przywiódł do Krymna z okolic Włoszczowy czterdzieści polskich rodzin i wraz z nimi osiedlił się tutaj.

Gdy Lucjan zaczął edukację, panią Gąsiorowską zastąpiła pani Miślińska. Pochodziła z miejscowej szlachty, przeniosła się tu z Lutna, z miejscowości leżącej w pobliżu Kamienia Koszyrskiego. Szybko polubiła uważnego i sympatycznego chłopca od Kuśmierczyków. Polubiła też jego młodszą siostrę Genię, która wytrwale, gdy tylko dopisała pogoda, odprowadzała brata do szkoły i od czasu do czasu zostawała na chwilę w klasie. Była wszystkiego ciekawa, nie odstępowała brata i pilnie śledziła lekcję. Mogłaby wcześniej zacząć się uczyć, gdyby pozwolili jej na to rodzice. Ale Wiktoria wolała mieć córkę przy sobie. Była z niej taka rezolutna i odważna dziewczynka. Wikta z przyjemnością zabierała małą w pole dla towarzystwa, żeby słuchać jej słodkiego ćwierkania. Jakież było ono inne od chłopięcych, głośnych nawoływań, hałasów powodowanych ruchliwością i wieczną potrzebą narzucania władzy. Czasem dla świętego spokoju musiała udawać głuchą, gdy szarpali się o byle głupstwo. A Genia była przy chłopakach jak anioł. Miała swój dziewczęcy świat, w którym czuła się szczęśliwa. Dreptała za Lutkiem, ponieważ budził w niej respekt. Był starszy i nad wyraz opiekuńczy, dlatego chętnie przebywała w jego towarzystwie.

Pod koniec października, dość wcześnie, przyszły pierwsze mrozy. Żal było kwiatów w ogrodzie. Georginie kwitły tak obficie tego roku, a łąki pod lasem, na których krowy pasły się jeszcze po zmroku, po raz drugi obsypały się stokrotkami. Już nie kosili. Puszczone swobodnie bydło korzystało z ostatnich ciepłych dni jesieni. A tej jednej nocy, kryształowo czystej i cichej, północny wiatr pokazał swoją siłę. Rano w zrudziałych ogrodach nie było już czym się cieszyć. Każdego roku zjawiał się o podobnej porze i jak zawsze dokonywał zniszczenia, a choć każdy się tego spodziewał, to wszyscy czuli gniew wobec takiej bezwzględności.

W szkole zepsuł się piec. Słoneczne poranki uśpiły czujność nauczycielki. Niektóre dzieci zaczęły chorować po tym, jak kilka dni z rzędu wróciły do domu zziębnięte. Zachorował też Lucjan. Przeziębił się jak inni i bolało go gardło. Następnego dnia dopadł go silny kaszel. Chłopiec został w domu wraz z Genią, którą też złożyła gorączka i silne wymioty, a do tego bolał ją brzuszek i głowa. Wieczorem tego samego dnia u obojga pojawiła się drobna wysypka na szyi i plecach. Jan i Wiktoria całą noc zbijali gorączkę. Dopiero kiedy Jan zauważył u dzieci w zgięciach łokcia i pod pachami czerwone linie, wpadli z Wiktorią w panikę. Z Krymna dobiegły rano informacje, że inne dzieci także chorują, głównie te, które chodziły do szkoły. Nad wsią zawisły ciemne chmury. Ogłoszono epidemię szkarlatyny, choroby, która często zabierała matkom dzieci.

Jan zaprzęgał konia, a Wikta owijała Genię kożuchem i mościła jej posłanie z siana na wozie. Obok siedział opatulony Lutek. Podobno wezwano już do wsi lekarza, ale Kuśmierczykowie nie chcieli czekać. Kto wie, o której dotrze pomoc. W szkarlatynie ważna jest każda minuta. Zdecydowali, że sami pojadą szukać ratunku dla dzieci. Nieznośne wspomnienie sprzed lat, wędrówka błotnistym traktem z umierającym Edkiem, wypełniła ich myśli. Strach, który wtedy poznała Wiktoria, nieodzowny towarzysz, zawsze był pół kroku za nią. Każdego ranka czuła jego natrętny oddech, nocami nasłuchiwała, czy nie stuka do drzwi. Próbowała się nawet pogodzić z jego obecnością, jakby brała pod uwagę, że wszystko może się zdarzyć.

Tym razem nie szli piechotą, jechali wygodnie na wozie, a koń, jakby czuł wagę tej nagłej misji, żwawo pokonywał drogę. Znał swego pana, każdy ruch i szarpnięcie uzdy były jak słowny rozkaz, przyspieszony oddech woźnicy, nerwowość czy strach, polecenia w odpowiednim tonie mówiły za siebie. Koń wiedział, że trzeba się spieszyć i nie ma czasu na kaprysy. W Kamieniu Koszyrskim, dokąd wjeżdżali po kocich łbach, starannie stawiał kopyta, wysoko podnosił nogi. W mieście panował tłok, trzeba się było poruszać, nie zwalniając tempa.

Lekarz przyjmował od rana. Długo czekali na swoją kolej. Jan żałował, że nie zostali w Krymnie, może tam pomoc przyszłaby szybciej. Tymczasem do miasta zwożono kolejne przypadki ciężkich zachorowań. Jeden lekarz nie mógł nadążyć. Po południu dojechał drugi, z Pińska, z torbą pełną butelek, bo tutaj już zabrakło lekarstw. Dzieci, na szczęście, zasnęły. Dzień był w miarę pogodny, ale już szybko zapadał zmrok.

W końcu i na nich przyszła kolejka. Dzieci mocno gorączkowały. Wiktoria osłabła z niepokoju. Patrzyła w lekarza jak w święty obrazek, licząc na uzdrowienie. Tymczasem wizyta trwała tylko chwilkę, nie było zbędnych pytań.

– Szkarlatyna – usłyszeli diagnozę, która ich nie zaskoczyła, jedynie podsyciła strach. – Podawajcie lekarstwo co trzy godziny, tak długo, póki gorączka nie spadnie – zalecił doktor. Wręczył Janowi dwie ciemne butelki i pudełko z dziwnym białym kremem. – To schłodzi skórę, gdyby bardzo cierpiały, ale podstawa to zbicie temperatury. – Sam wyglądał jak upiór, pewnie od rana nic nie jadł, kto wie, czy przespał noc i od której przyjmował pacjentów. – I będzie potrzebny lód – dodał, unosząc palec. – Na wypadek gdyby gorączka była bardzo duża. Lód jest konieczny, musicie się postarać o lód – powtórzył kilka razy.

– Lód? – Wiktoria spojrzała na niego spłoszona.

– Tak, na wszelki wypadek. Woda, nawet prosto ze studni, może nie wystarczyć, trzeba się zabezpieczyć – oznajmił stanowczo lekarz.

Wiktoria popatrzyła z rozpaczą na męża.

– Przywiozę od Nipanicza, on ma w piwnicy lód – powiedział, żeby ją uspokoić.

– Ktoś musi czuwać w nocy i pilnować chorych, a jak wystąpią drgawki, to natychmiast chłodzić ciało kompresem z tłuczonego lodu. Nie dłużej niż kilka minut, żeby nie wyziębić, a potem powtarzać, aż do skutku, dopóki drgawki nie ustaną.

ŻÓŁKIEW 1927

Nie ociągali się ze ślubem. Katarzyna Kochan i Michał Gruda pobrali się wiosną tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku. Bez burzliwego analizowania przynależności klasowych, bez skrupułów i wątpliwości. Katarzyna awansowała społecznie do rangi żony oficera, on poślubił kobietę, którą sobie wybrał. Nie dość, że ładna, zaradna i pracowita, to jeszcze jedynaczka. Michał chciał mieć wreszcie własną rodzinę, pragnął dla siebie czegoś pewnego, co nigdy go nie zawiedzie. Ocenił dziewczynę, w miarę skrupulatnie biorąc pod uwagę dobre i gorsze cechy. Czuł, że wybrał właściwie, choć nie miał żadnych gwarancji. Czegóż się można dowiedzieć o innej osobie w trakcie rodzinnych spotkań, w kinie czy na spacerze. Na tym etapie znajomości trudno się było domyślić ukrytych wad, mankamentów wychowania czy nawet stanu zdrowia.

Jako człowiek był cichy i skryty, więc nie mógł mieć milczącej żony. Stworzyliby dom pozbawiony dźwięków. Spodobała się Michałowi dziewczyna pełna życia, skromna, lecz nie wstydliwa, szybka, lecz nie szalona, piękna, ale nie pusta. Katarzyna była kobietą w sam raz dla niego. Czuł, że jest zakochany, ale nie musiał wariować z miłości, żeby się ożenić. Wystarczył mu ciepły uśmiech, radość z bycia razem i wspólne plany na przyszłość, a tych mieli bez liku. Widział szczęście w oczach swojej narzeczonej i to go upewniało w wyborze.

Początkowo bał się, że może nie przypaść jej do gustu, jednak po kilku wizytach w domu Kochanów przekonał do siebie także jej rodziców. Cieszył się, bo przyszła teściowa miała na imię Barbara, tak samo jak jego mama. Przyjął to za dobry omen. Kochanowie ocenili kandydata pozytywnie, nie mieli zastrzeżeń. Jedyną przeszkodę w zawarciu związku małżeńskiego stanowił fakt, że Katarzyna nie była na tyle majętna, żeby zostać żoną oficera. Jednak i na to wkrótce znalazła się rada.

Wesele wyprawiono skromne, na miarę rodzinnych finansów. Za to młoda para mogła dumnie przejść szeroką nawą kolegiaty Świętego Wawrzyńca. Nad ich głowami rozpościerały się sceny ze zwycięskich bitew pod Chocimiem, Wiedniem i Parkanami. Młodzi szli dumnie wśród głośnych fanfar, zwyczajowo rozbrzmiewających na ślubach polskich oficerów i w tunelu z szabel wojskowej asysty. Za nimi podążała rodzina, grono przyjaciół i niemal wszyscy sąsiedzi.

Michał Gruda pochodził z Glińska, niewielkiej wsi położonej niedaleko Skałata. Miał przyrodnie rodzeństwo – siostrę Annę, brata Władysława i najmłodszą, podwójnie przyrodnią siostrę Józefę.

 

Swoje rodziny poznawali w przyspieszonym tempie. Katarzyna dopiero na weselu zobaczyła teścia i rodzeństwo męża. Nie było dogodnej okazji, żeby się zaprzyjaźnić. Młodzi obiecali więc, że odwiedzą Grudów w czasie podróży poślubnej.

Daremnie wypytywała szwagierkę o ojca pana młodego. Wyczuła, że rodzina męża unika rozmów na temat jego rodziców. Tłumaczyli się lukami w pamięci. Wyraźnie powiewał nad tą sprawą woal tajemnicy. Już wcześniej próbowała zrozumieć skomplikowane relacje rodzinne Michała, ale wyczuła, że on nie jest jeszcze gotów, by o tym otwarcie mówić. Wiedziała, że nieżyjąca od dawna matka nazywała się Barbara Olejnik, a ojciec – Wincenty Gruda. Jednak w dniu ślubu, gdy podpisywali akt małżeństwa, okazało się, że ojciec Michała jest nieznany, a kilka dni po weselu, kiedy nowożeńcy zamieszkali już razem, powózką przybył specjalny posłaniec z prezentem ślubnym prosto z grzymałowskiego zamku.

Michał często opowiadał młodej żonie o miejscu swoich narodzin. Że Glińsko to uboga wieś przytulona do Grzymałowa. Lecz ów fakt nie wyjaśniał wszystkiego. Dopiero pod koniec roku, gdy ich małżeństwo nabrało rumieńców, a Katarzyna spodziewała się dziecka, jej małżonek zdobył się na odwagę. To nie było dla niego łatwe wyznanie.

Grzymałów, ładne miasto na Podolu, leżał nad brzegiem Gniły, w obwodzie tarnopolskim. Od Żółkwi dzieliło go blisko dwieście kilometrów. Otaczały go moczarowe łąki, które, gdy się szło wzdłuż rzeki ku górze, przechodziły w ogrody. Dalej jak okiem sięgnąć rozciągały się żyzne pola czarnoziemu. W okolicy Skałata Gniła zmieniała swój bieg. Tworzyła piękne, coraz większe zakola i dorzecza. Wpływały do niej liczne strumienie. Miasteczko leżało w zagłębieniu terenu, a dookoła piętrzyły się ku górze szachownice pól. Dwa kilometry od Grzymałowa zbudowano dworzec kolejowy. Od niego Katarzyna rozpoczęła zwiedzanie rodzinnych stron męża.

Gdy wyszli z dworca, zobaczyła przed sobą zamek. Stał na niewielkim wzniesieniu, w pobliżu stawu.

Jednym z właścicieli zamku i Grzymałowa był Leonard, hrabia Piniński. Po jego śmierci jedno i drugie przejęli synowie: Stanisław, poseł do Rady Państwa, a następnie marszałek powiatu skałackiego, oraz Leon, wszechstronny humanista, profesor prawa rzymskiego, namiestnik Galicji, znawca i kolekcjoner sztuki. Po śmierci Stanisława jedyną spadkobierczynią, poza Leonem Pinińskim, została jego córka Julia, która wyszła za mąż za Władysława Wolańskiego, ziemianina z Buczacza. Oboje Wolańscy zarządzali w tej chwili zamkiem. Właśnie stamtąd nadeszła dla młodych paczka z porcelanową zastawą stołową. Zanim furmanka dowiozła młodych małżonków pod rodzinny dom Michała, Katarzyna poznała historię swojej teściowej.

Barbara Olejnik prawie od dziecka służyła u hrabiostwa Pinińskich. Zabierała ją ze sobą matka, żeby nauczyć pracy i zapewnić córce przyszłość. Matka Barbary trwała na służbie przez wiele lat i przeżyła swoich pierwszych chlebodawców. Potrafiła nieźle gotować, zarządzała pralnią. Dobrze znała zamek, mieszkańców i ich przyzwyczajenia. Państwo doceniali długoletnią pracownicę, choć nie była lubiana wśród służby. Wiedziała o tym, to normalne, tłumaczyła sobie, od lubienia są kotki i pieski, a ona jest od porządnej roboty. Właśnie to chciała przekazać córce, nim się zestarzeje lub gdyby państwo z jakiegoś powodu postanowili oddalić ją ze służby. Basia została pomocnicą matki, a jednocześnie uczyła się fachu. Pracowała w kuchni, szwalni, często pomagała hrabinie przy dzieciach. Miała ładną buzię i miłe usposobienie. Oschła matka wyrzucała jej, że za bardzo się do wszystkich klei.

– Masz robić swoje. Uśmiechanie się do ludzi nie należy do twoich obowiązków. To praca, a nie zabawa. Powiedzą, żeś namolna albo niemądra, bo śmiejesz się jak głupi do sera.

Ale Basia Olejnik nie potrafiła zachować powagi. Po prostu taka już była, uśmiech pojawiał się na jej ustach wcześniej niż myśl o uśmiechu. Mimo matczynych zakazów uśmiechała się do całego świata, nie tylko do ludzi. Przez to, a także ze względu na wierną służbę od dziecka dorastała pośród przychylnych sobie osób. Pracowała w zamku za Stanisława Pinińskiego, gdy jeszcze Julka, córka hrabiego, była dzieckiem, miała pięć lat, kiedy dwunastoletnia Basia zaczęła oficjalną służbę. Basi żyło się w zamku jak we własnej rodzinie. Dostała od państwa pokój i po kilku latach nie musiała już mieszkać z matką.

W końcu okazało się, że ta swoboda nie wyszła jej na dobre.

Matka Barbary odeszła ze służby, gdyż zaczęła chorować. Zdała swoje obowiązki młodszym. Piniński nagrodził ją solidną odprawą i zapewnieniami o dozgonnej wdzięczności. Wydawało się biedaczce, że w spokoju dopełni żywota, gdy pewnego dnia córka wyznała jej, że jest w ciąży. Brzuch Baśki był dla niej dopustem bożym. Do tego dziewczyna nie chciała wyjawić imienia współwinowajcy. Tajemnicę poznała jedynie Maria Pinińska, żona hrabiego.

W roku tysiąc dziewięćsetnym Olejnikówna urodziła syna, któremu dała na imię Michał.

Gdy tego samego roku zmarła jej matka, opiekę nad Basią i małym Michałem przejęła hrabina Pinińska i szybko znalazła dziewczynie męża. Nie przestała wszakże interesować się losem chłopca. Właściciele Grzymałowa w miarę możliwości wspomagali okolicznych mieszkańców, w szczególności zaś dbali o tych, którzy u nich służyli. Na szczęście z Michałem nie było kłopotów. W roku tysiąc dziewięćset siódmym rozpoczął naukę w miejscowej szkole i przynosił dobre świadectwa.

Wincenty Gruda był chłopem ze wsi Glińsko, ale w rubryce „zawód” miał wpisane: „zarobnik”. Wynajmował się do różnych prac, żeby utrzymać powiększającą się rodzinę. W kolejnych latach zaczęły rodzić się dzieci – Maria, Piotr, Jan i Władysław. Przy ostatnim porodzie, podczas którego doszło do wielu komplikacji, Barbara zmarła. Miała trzydzieści jeden lat. Michał, jej pierworodny, jako najstarszy z dzieci musiał się zająć rodzeństwem.

Niecały rok po śmierci żony Gruda znów się ożenił. Niedługo do gromadki dzieci dołączyła córka Józia, a dwa lata po niej Maria.

Był rok tysiąc dziewięćset dwunasty. Kilka miesięcy wcześniej zmarł Stanisław Piniński. Prawo do zarządzania dobrami otrzymała jego córka, Julia. To ona rozpoznała w Michale syna Barbary. Nie miała już ojca, a matka wyjechała na stałe do Wiednia, Julia poszła więc z tą sprawą do stryja Leona. Ten bez trudu przypomniał sobie uśmiechniętą Barbarę i razem z siostrzenicą roztoczyli opiekuńczy parasol nad chłopcem.

Kilka lat po śmierci Stanisława Pinińskiego wybuchła pierwsza wojna światowa, a zaraz po niej walki z Ukraińcami. W roku tysiąc dziewięćset dwudziestym zaczął się najazd bolszewicki, który spowodował całkowite spustoszenie w Grzymałowie. Wszystkie budynki gospodarcze zostały zniszczone do fundamentów. Młyn parowy, pierwszy w okolicy, duma Pinińskich, został wysadzony w powietrze przez cofające się wojska sowieckie. Zamek jakimś cudem ocalał, był jednak tak zdewastowany, że właściciele musieli się przenieść do zbudowanej na gwałt rządcówki.

W roku tysiąc dziewięćset dwudziestym pierwszym wrócił z wojny Władysław Wolański, mąż Julii. Pobrali się dwa lata wcześniej, ale młody małżonek był w czynnej służbie wojskowej i musiał iść na front. Po powrocie niemal natychmiast zaczęli odbudowywać Grzymałów, oczywiście w miarę możliwości finansowych. Było im bardzo ciężko. Michał wtedy stał się już samodzielny i niezależny materialnie. Jesienią tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku wstąpił do Szóstego Pułku Ułanów Kaniowskich, który stacjonował w Stanisławowie. Służył pod dowództwem pułkownika Grabowskiego, a w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim, rozkazem dowódcy Okręgu Korpusu Szóstego, został przeniesiony do Żółkwi, do Szóstego Pułku Strzelców Konnych imienia Hetmana Wielkiego Koronnego Stanisława Żółkiewskiego.

I takie były dzieje Michała. Nie miał się czego wstydzić, a jednak świadomość, że urodził się jako bękart, przeszkadzała mu całe życie. Bał się, że straci w oczach żony, jeśli Katarzyna się o tym dowie. Tymczasem wizyta w rodzinnych stronach okazała się bardzo udana. Wracając do Żółkwi, zabrali ze sobą kilka pamiątek, parę ulubionych książek i szkolne świadectwa Michała. Katarzyna z podziwem patrzyła na końcowe oceny:

zachowanie – chwalebne

pilność – wytrwała

religia – bardzo dobry

w czytaniu – bardzo dobry

w pisaniu – bardzo dobry

w języku polskim – bardzo dobry

w języku niemieckim – dobry

w języku ruskim – dobry

w rachunkach w połączeniu z naukami o formach geometrii – dobry

w rysunkach i śpiewie – bardzo dobry

w gimnastyce – bardzo dobry

porządek zewnętrzny ćwiczeń piśmiennych – staranny

liczba opuszczonych dni szkolnych – 0.

KRYMNO 1930

– Chłopaki, wstawajcie!!! – rozległ się mocny głos Wiktorii. – Już świta, czas bydło gnać, gęsi wypuścić. Ojciec z Lutkiem w pole pojechali, a wy, leniuchy, tylko śpicie i śpicie!

W kołysce pod oknem mocno spało niemowlę głuche na wszelkie hałasy. Mała Rozalka oswoiła się z tym, że w domu, w którym przyszła na świat, rzadko panuje cisza.

Maj roku tysiąc dziewięćset trzydziestego był wyjątkowo słoneczny. Drzewa w ogrodzie obficie zakwitły, będą latem owoce, oj, trzeba worków naszyć do suszu, pomyślała Wiktoria. Zima była długa i mroźna, skończyły się wszystkie zapasy.

Gotowała mleko i wyrabiała ciasto na kluski. Wszystko miała starannie odważone, już taka była dokładna, nie znosiła marnotrawstwa. W życiu, które wiedli, marnotrawstwo stanowiło jeden z najcięższych grzechów. Gdy robiła pierogi, musiała wiedzieć, czy dla każdego wystarczy. Miało być sześćdziesiąt, to było ani mniej, ani więcej. Piec mieścił siedem chlebów, to siedem piekła. Mąkę odmierzała co do grama, żeby formy były wypełnione równiutko do kreski. Jan często powtarzał, że nie żyją po to, żeby jeść, tylko jedzą, żeby żyć.

Na wsi najważniejszy jest treściwy obiad, taki, co zasyci i doda sił. Na stole leżały już grube pajdy chleba, przykryte płótnem, żeby ich muchy nie obsiadły. Do obiadu musi wystarczyć. Pięcioletni Antek wolał chleb z wędzoną słoniną, zje i zaraz pójdzie paść gęsi nad stawem. Maryśka, którą Wikta posłała do siana, bo Jan kosił trzy niedziele temu, wolała chleb z białym serem. Roboty miała sporo. Tego roku woda spłynęła wcześniej i trawy ruszyły, jakby je kto nawozem podsypał. Czteroletni Józek i o rok młodszy Kaziu pomagali w domu – jeden pilnował drugiego. Zjedzą kluski na mleku, to się rozleniwią i chwilę spokojnie posiedzą. Jak głodni, to więcej psocą. Wiktoria słabo się czuła, jakoś źle zniosła poród.

Cieszyła się, bo urodziła córkę, Boży dar za śmierć złotowłosej Geni, którą przecież tak bardzo ukochała. Miała już czterech synów: Lucjana, Antka, Józka i Kazika, a nie mogła się dochować córki. Teraz z nadzieją patrzyła na tłuściutką Rozalkę.

Genia zmarła jesienią tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku. Nie dało się uratować dzieciny. To był zły rok, nic się nie układało.

Bóg daje i Bóg odbiera, Wikta często słyszała tę starą maksymę. Kobiecy los rodzić dzieci i tracić, tak mówią ludzie. W końcu się pogodziła, choroba nie liczy uczynków, ma własne zasady. Przechadza się po wsi i nawet nie wiesz, kiedy u ciebie w domu zagości. Nie oni jedni stracili wtedy dziecko. To w pewnym stopniu przynosiło Wiktorii ulgę, że siła wyższa, a nie matczyne zaniedbanie. Lecz nie na długo tej pociechy starczyło. Rozpacz i tak w końcu ją dopadła. Potem kolejna ciąża, sąsiadki pocieszały: „Płodna jesteś, jeszcze niejedną córkę urodzisz”.

– Dziecko to nie piesek, którego można innym zastąpić. A i psa żal, jak się go kocha, wszak to żywe stworzenie. Dziecko to cud prawdziwy, nie zastąpisz go ani innym dzieckiem, ani górą złota – rozmawiali z Janem wieczorami.

Wspominali też Edka. Miałby teraz jedenaście lat, a nie dożył nawet roku, taki był delikatny i cichy, taki pokorny. I bez buntu odszedł, nocą, cichutko. Leżał przy niej, a nie słyszała, jak dusza dziecka umyka spod cienkiej derki. To ostatnie tchnienie wydał Edziu przy ojcu. Przeszli z małym na rękach trzydzieści pięć kilometrów, szukając lekarza. Donieśli żywego, ale pomoc przyszła za późno. Potem zmęczona zasnęła, obok niej malutki, a Jan z drugiej strony. Co kilka godzin mieli podawać lekarstwo. Wiktoria była bardzo zmęczona. Jan czuwał. To na jego rękach zgasł delikatny płomyczek malutkiego życia. Ich pierwsze dziecko, urodzone jeszcze w Krasocinie. Tak dawno, a ciągle boli.

Gdy umierała jej ukochana Genia, Wiktoria czuwała przy dziecku bez ustanku. Jan kilka razy przywoził ze dworu świeży zapas lodu. Nipanicz otworzył piwnice dla wszystkich, którzy byli w potrzebie. W sześciu domach chorowały dzieci. U Krawczyków zmarło roczne dziecko, a także syn stajennego we dworze i siedmioletnia córka kucharki. Zmarła też ich mała Genia, cztery dni trzymała ją wysoka gorączka, cztery dni nie chciała ustąpić. Nie pomogła kolejna wizyta lekarza, lekarstwa ani okłady. Czwartego dnia już się w niej życie ledwo tliło, cała była czerwona, wysypka nie chciała zniknąć, dziecko bardzo cierpiało. Ta myśl najbardziej bolała Wiktorię, że nie mogła córeczce ulżyć.

 

Lutek na szczęście szybko zwalczył chorobę. Tylko na kilka dni stracił apetyt. Kto wie, czy z powodu choroby, czy raczej z powodu utraty siostry. Bardzo się z Genią kochali. Nie przyznał się, płakał w ukryciu, długo nie wstawał z łóżka, chował się pod pierzynę, mówił, że jest za słaby. W dzień udawał chojraka, a nocami płakał bez przerwy. Nie mógł przeboleć straty, rozpamiętywał wspólne zabawy, nocne rozmowy, gdy ją czasami straszył duchami, albo jak spała, podkradał słodycze. Dopiero co wspólnie narozrabiali, całkiem niechcący, chcieli ugotować obiad i omal domu nie puścili z dymem. Tyle w nim było miłych, świeżych wspomnień, tyle wspólnej radości. Może gdyby nie odprowadzała go wtedy do szkoły. Mogła jej matka zakazać, mogła nie puścić, przecież Genia była za mała.

Na szczęście Jan zachował trzeźwość umysłu. W najtrudniejszych momentach potrafił się opanować. Skąd miał w sobie tyle siły, przecież życie go nie pieściło, i czym przypłacił cierpienie, nikt nie wie. Z pokory, z męskiej mocy, a może właśnie dlatego, że cokolwiek życie przyniosło, na wszystko był gotów. Był teraz inny, twardy, twardszy niż w Krasocinie. Kolejne trudy, którym musiał sprostać, przemieniły go w skałę. Tylko w ten sposób mógł tu funkcjonować. Napatrzył się na ludzkie tragedie, sam ich przeszedł niemało, widział, z jakim trudem ludzie się z nich podnoszą, jak na tym cierpią rodziny. Zrozumiał, że siła ducha jest tutaj najważniejszym narzędziem pracy. Kiedy Wiktoria tonęła w żalu, on zaczął myśleć o pogrzebie. Starsze córki opiekowały się w tym czasie młodszymi dziećmi, a on się zajął resztą. Nocą zrobił dla córki dębową trumnę z krzyżem; zbytnio się nie natrudził, Genia była nieduża, ledwo głową sięgała stołu. Rano, skoro świt postawił tę trumnę na stole. Potem przebrał dziecko i ułożył na płótnie – wziął, co znalazł w skrzyni z pościelą, zwykłą białą poszewkę. Nie było już żadnych kwiatów, ogród zwarzony, drzewa straciły liście. Ewa wsunęła do środka ulubioną zabawkę siostry, a Lutek żółtego kogucika, którego jej pożałował, kiedy jeszcze żyła. Przez cały dzień siedzieli w ciszy. Nic nie jedli, nie pili. Dopiero wieczorem Wikta otrzeźwiała i zrobiła dla wszystkich kolację. Jedli, każde w swoim kącie. Stół tego dnia należał tylko do Geni.

Pochowali córkę na cmentarzu parafialnym w Kamieniu Koszyrskim. Gdy zajeżdżali w niedzielę na mszę, za każdym razem zachodzili do Geni w odwiedziny.

Cały następny rok Wiktoria nosiła żałobę. Czarne myśli dopadały ją z byle powodu, byle kaszel dziecka wprawiał w panikę, nawet rozbite kolano przerażało. Nasłuchiwała nocami, które jak oddycha. Najbardziej bała się o zdrowie Kazia, bo ten by i kataru chyba nie przetrzymał, a co dopiero takiej szkarlatyny. Na szczęście najmłodsza Rozalka była spokojna, miała dobry apetyt i nie chorowała.

– Będzie z niej ładna dziewucha – powtarzała Wiktoria, patrząc na dziecko w kołysce.

W tym czasie co kilka dni przychodziły listy od Walerki z Gruszczyna. Wiedziała o rodzinnej tragedii i chciała choć trochę rozwiać ciemne chmury nad głową Wiktorii.

Świeże wieści z rodzinnych stron zawsze poprawiały im humor, a działo się wiele. Tym razem pisała, że w Krasocinie mają nową szkołę. Sama nie mogła się temu nadziwić. Gdy wyjeżdżała na Wschód, we wsi były tylko dwie klasy. Dzieci uczyły się w wynajmowanych izbach. Co kilka tygodni trzeba się było przenosić do innej chałupy. Później szkołę urządzono we dworze Sójkowskich. Dwór był w opłakanym stanie, lecz ze względu na przestrzeń udało się poszerzyć szkołę do sześciu roczników. W czasie, kiedy Kuśmierczykowie byli w Krymnie, władze gminy zaciągnęły pożyczkę na dziesięć tysięcy złotych i powstała szkoła z prawdziwego zdarzenia. Podobno na zebranie w sprawie nowej szkoły przyszło tysiąc trzysta osób, wybrano komitet budowy i zgłoszono bezpłatną chęć pomocy. Wielu mieszkańców przywoziło własne zapasy drewna, wapna i kamienia, jak mogli, pomagali w postawieniu szkoły. Lud chciał uczyć swoje dzieci.

„Jakie to mądre” – pisała wzruszona Walerka.

W kolejnych listach donosiła, że krasocińska orkiestra ma się bardzo dobrze, kapelmistrzem został teraz Feliks Stramski, a pomaga mu Staszek Rak, bo przecież grali razem, w rodzinnej kapeli, i już od wielu lat nabierali wprawy. A w tym roku dołączyli inni: Obarzanek, dwóch Słowików i Jasnos, a nawet Kaliszewski, znaczy się Teofil. Szkoda, że nie mogą posłuchać, jak teraz zacinają na weselach i w kościele. Mówią, że to najlepsza orkiestra w powiecie.

„Pamiętasz Noc w Wenecji?” – pytała Wiktę w liście.

Pamiętała, a jakże. Wspominali czasem to zdarzenie. Miejscowi lubili śpiewać. Jakoś ten Krasocin i wsie z okolic Włoszczowy takie rozśpiewane były. Każda okazja, nawet w czasie wojny, była dobra, żeby zanucić piosenkę. Niektórym Bóg nie poskąpił głosu. Gdyby ich szkolić, kto wie, gdzie by teraz zaszli. Ale bieda była, więc śpiewakom musiały starczyć kościelne święta albo ludowe zabawy.

Wtedy urządzili ludziskom piękne przedstawienie. W samym sercu wsi był spory staw, a na nim wyspa. Właśnie na tej wyspie wystawiono znaną operetkę Straussa. Spektakl grany był nocą, wyspę oświetlały dwie płonące beczki ze smołą. Grał zespół, czternaście osób, a na scenie czterdziestu śpiewaków, sami utalentowani. Niektórzy z muzyków potrafili nawet czytać nuty, inni grali z pamięci. I choć czasy były trudne, to na przekór biedzie, mimo wojny, a potem kryzysu wystawiano kolejne spektakle. Ludzie, by przetrwać, potrzebowali wtedy ducha sztuki.

„Właśnie to kocham w naszych stronach – pisała Walerka. – Tę wewnętrzną radość i naszą tradycję, i ludzkie trwanie przy swoich korzeniach. Tego mi zabrakło w Krymnie – wyznała – i dlatego wróciłam. Tylko mi teraz tęskno za wami okrutnie”.

Któregoś dnia zawitał do Kuśmierczyków Franciszek Kluza. Zajrzał nieśmiało i zapytał o zdrowie. Wiadomo było, że od czasu do czasu zajmuje się swataniem. Miał taki dryg, prostotę, że nie irytował ludzi, ale do siebie zjednywał. Zaskoczył Wiktorię i Jana. Na widok Franciszka Ewa chwyciła wełnianą chustkę i uciekła z izby.

– No i przyszło mi wreszcie i do was, kochani, zawitać! – zawołał przyjaźnie od progu. – Sprawę mam – dodał i spojrzał za siebie. Mignęła mu w drzwiach niebieska chustka Ewy. Zatrzymał się w progu, żeby zzuć buty. Kurtkę powiesił na gwoździu w sieni. – Tym razem nie chodzi o pożyczkę ani o konia. Sprawa jest większej wagi.

Jan gestem, bez słowa, zaprosił gościa do stołu. Dopiero skończyli obiad. Wiktoria przetarła blat kawałkiem wilgotnej ścierki, bo dzieci nakruszyły chleba. Teraz hałasowały, że trudno było rozmawiać, kłóciły się o zabawki. Tylko Lutek czytał na piecu książkę i jakby świata nie widział. Wiktoria, czując, że Kluza nie żartuje, kazała się chłopcom uciszyć. Wyjęła ze schowka kilka mlecznych cukierków i dała każdemu po jednym. Przez kilka minut cierpliwie gryźli łakocie.

– Chcesz powiedzieć, że do nas w swaty przychodzisz. – Jan od razu się domyślił. – Toż u nas nie ma jeszcze panny na wydaniu. – Popatrzył na Wiktę i ujrzał w jej oczach zdziwienie. Zaraz potem pokazała na drzwi, za którymi przed chwilą zniknęła Ewka.