Zimowy ogródTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Epilog

Podziękowanie


Tytuł oryginału

WINTER GARDEN

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Zofia Skorupińska

Ewa Borowiecka

Korekta

Marianna Filipkowska

Elżbieta Jaroszuk

Copyright © 2010 by Kristin Hannah

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Joanna Puchalska, 2014

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9490-1

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mojemu mężowi Benjaminowi – jak zawsze;


Mojej Mamie – żałuję, że nie wysłuchałam

więcej Twoich opowieści, kiedy mogłam;


Mojemu Tacie i Debbie – dzięki za podróż życia

i za wspomnienia, które pozostaną;


Mojemu ukochanemu Tuckerowi –

jestem z Ciebie dumna.

Twoja przygoda właśnie się zaczyna.

Nie, to nie jestem ja, to cierpi ktoś inny,

Bo ja bym tak nie mogła, a to, co się stało,

Niechaj okryją szczelnie czarne kiry,

I niech zabiorą światła...

Noc.


Anna Achmatowa, Requiem, cz. 3,

tłum. Eugenia Siemaszkiewicz,

w: Wiersze, Moskwa–Warszawa 1989

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

1972

W mroźnej porze roku, kiedy każdy oddech uwidacznia się w powietrzu w postaci obłoku pary, położony niedaleko brzegu szerokiej rzeki Kolumbii sad Biełyje Noczi trwał w ciszy. Śpiące zimowym snem jabłonie ciągnęły się jak okiem sięgnąć, mocno zaparte korzeniami w zamarzniętej żyznej ziemi. W tak niskiej temperaturze ziemia i niebo straciły swój zwykły koloryt i ten wyblakły pejzaż mógł nawet budzić obawę, że człowiek zapadł w jakąś zimową ślepotę na barwy. Dni były podobne jeden do drugiego. Wszystko zamarznięte, wszystko łamliwe i kruche.

Podobnie senny spokój panował w domu Meredith Whitson. W wieku lat dwunastu właśnie odkryła, że można mieć wokół siebie pustkę. Jej zaś marzyła się rodzina rodem z telewizyjnego serialu, w której wszyscy ze sobą się zgadzają, a życie toczy się lekko, łatwo i przyjemnie. Nikt, nawet ukochany ojciec, nie rozumiał, jak bardzo samotna może się czuć nastolatka. I tego, że nazbyt często odnosiła wrażenie, iż nikt jej nie dostrzega.

Ale nazajutrz wszystko się zmieni.

Przyszedł jej do głowy wspaniały pomysł. Napisała sztukę opartą na bajce opowiadanej przez matkę i zamierzały wraz z siostrą odegrać ją przed gośćmi w pierwszy dzień świąt. Jak w serialu The Partridge Family.

– Dlaczego ja nie mogę zagrać głównej roli? – dąsała się dziewięcioletnia Nina. Po raz chyba dziesiąty, odkąd powstał scenariusz, zadała to pytanie.

Meredith spojrzała na siostrę, która, skulona na podłodze ich wspólnego pokoju, malowała na starym prześcieradle jaskrawozielony zamek.

Zagryzła wargę z niezadowoleniem. Malunek był mało staranny, nie tak miał wyglądać.

– Ile razy mam ci to tłumaczyć?

– Ja chcę być biedną dziewczyną, która wychodzi za księcia.

– Mówiłam, że księcia gra Jeff, a on ma trzynaście lat. Głupio byś przy nim wyglądała.

Nina wstawiła pędzelek do puszki z wodą i usiadła na piętach. Miała jasną cerę, czarne włosy i jasnozielone oczy. Przypominała chochlika.

– A za rok będę mogła być biedną dziewczyną?

– Oczywiście. – Meredith uśmiechnęła się na myśl, że może właśnie tworzy nową rodzinną tradycję. Ich szkolne koleżanki miały swoje rodzinne tradycje, a u nich w domu zawsze wszystko wyglądało inaczej. Nie odwiedzały ich w święta liczne rodziny, nie było uroczystego indyka na Dziękczynienie ani szynki na Wielkanoc. Nigdy razem się nie modlili. One nawet nie wiedziały, ile mama ma lat.

To dlatego, że mama jest Rosjanką i źle się czuje w obcym kraju. Przynajmniej tak tłumaczył tata. Mama nigdy o sobie nie opowiadała.

Usłyszawszy pukanie do drzwi, Meredith podniosła głowę. Przyszedł ojciec. A z nim Jeff Cooper.

Od razu nabrała wiatru w żagle, właśnie za sprawą Jeffreya Coopera. Przyjaźnili się już od czwartej klasy, lecz ostatnio w jego obecności zaczęła czuć się trochę dziwnie. Ogarniał ją taki przyjemny niepokój. Gdy Jeff na nią patrzył, nagle zasychało jej w gardle.

– W samą porę, robimy próbę.

Jeff się uśmiechnął, a w niej zatrzepotało serce.

– Tylko nic nie mów Joeyowi i chłopakom. Ale by mi dali – poprosił.

– Wiesz, jeśli chodzi o tę próbę… – zaczął ojciec. Był w stroju roboczym, składającym się z brązowych spodni i takiejże koszuli, stebnowanych pomarańczową nitką. Tym razem się nie uśmiechał, oczy też miał poważne. Wyciągnął skrypt.

– To będziecie grali?

Meredith podniosła się z miejsca.

– Myślisz, że mamie się nie spodoba?

Nina też wstała. Trójkątna buzia była niezwykle poważna.

– Nie spodoba się? – powtórzyła pytanie siostry.

Wszyscy troje patrzyli na siebie w milczeniu, ponad rozłożonym na podłodze zielonym zamkiem w stylu Picassa, nad przygotowanymi kostiumami. Anja Whitson była kobietą zimną, która jedynie mężowi okazywała cieplejsze uczucia. Córkom nie dostawało się nic. Kiedy były młodsze, ojciec próbował udawać, że wcale tak nie jest, i niczym iluzjonista odwracał ich uwagę od tego niezbitego faktu. Usiłował sam dawać im matczyne ciepło, ale prawdy i tak nie dało się ukryć.

Wszyscy doskonale wiedzieli, co Meredith ma na myśli.

– Sam nie wiem, Meredoodle. – Ojciec sięgnął do kieszeni po papierosy. – Opowieści waszej mamy…

– Uwielbiam je! – wykrzyknęła Meredith.

– Tylko wtedy mówi do nas, gdy opowiada – dodała Nina.

Tata zapalił papierosa i zasłonił się kłębem szarego dymu. Zmrużył brązowe oczy.

– No, tak. – Wydmuchnął dym. – Tylko że…

Meredith podeszła do niego, starając się po drodze nie nadepnąć na malunek. Rozumiała jego wahanie; nikt nie potrafił przewidzieć, jak mama na co zareaguje. Tym razem jednak dziewczynka była pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Przecież mama bardzo lubi bajkę o biednej lekkomyślnej pannie, która ośmieliła się zakochać w księciu.

 

– Trwa tylko dziesięć minut, tato. Sprawdziłam. Na pewno wszystkim się spodoba.

– W takim razie zgoda – rzekł w końcu.

Od razu poczuła się lepiej. Przynajmniej tego świątecznego przyjęcia nie spędzi, czytając gdzieś w kącie albo zmywając naczynia. I mama będzie na nią patrzeć. Swoją sztuką udowodni, że warto było im opowiadać, że ani jedno słowo nie zostało uronione. Mama zawsze to robiła przy zgaszonym świetle, tuż przed zaśnięciem córek.

Przez następną godzinę Meredith instruowała aktorów, jak mają grać, choć w zasadzie tylko Jeff tego potrzebował. Ona z Niną słuchały tej bajki od lat i znały ją na pamięć.

Kiedy po skończonej próbie została sama, wzięła się do dalszej pracy. Namalowała plakat: ZNAKOMITA ŚWIĄTECZNA SZTUKA. TYLKO JEDEN SPEKTAKL, a pod spodem podała ich trzy nazwiska. Poprawiła scenografię (niestety, Nina zawsze wyjeżdżała z kolorami za kontur) i ustawiła w salonie. Naszyła cekiny na suknię księżniczki zrobioną z kostiumu baletowego, którą miała włożyć pod koniec przedstawienia. Dochodziła druga, kiedy się wreszcie położyła. Długo nie mogła zasnąć, tak była podekscytowana.

Nazajutrz dzień wlókł się niemiłosiernie. Wreszcie o szóstej zaczęli się schodzić goście. Żaden wielki tłum, tylko ci sami, co zawsze: pracujący w sadzie z rodzinami, sąsiedzi i ciocia Dora, siostra ojca, jedyna żyjąca jego krewna.

Meredith siedziała na szczycie schodów i nie spuszczała oczu z drzwi. Niecierpliwie stukając stopą w schodek, zastanawiała się, kiedy wkroczyć do akcji.

Miała właśnie wstać, gdy z kuchni dobiegł donośny dźwięk.

Och nie! Pognała na dół co sił, ale było za późno.

Nina waliła metalową łyżką w garnek, krzycząc na całe gardło:

– Przedstawienie!

Nikt nie umiał tak skutecznie zwracać na siebie uwagi jak jej młodsza siostra.

Wśród żartów i śmiechów wszyscy przeszli do salonu, gdzie na aluminiowym ekranie stojącym tuż obok wielkiego kominka wisiał namalowany zamek. Na prawo od dekoracji stała duża oświetlona choinka obwieszona zabawkami, co roku robionymi przez dziewczynki. Przed malowidłem znajdowała się „scena”: mały drewniany mostek i latarnia z tektury z przyczepioną na górze latarką.

Meredith przyciemniła światło, zapaliła latarkę i udała się „za kulisy”. Nina i Jeff już czekali w kostiumach.

Trudno tu raczej było się schować tak, żeby publiczność jej nie widziała, przebierała się więc w trudnych warunkach. W salonie zapadła cisza i wtedy Meredith, wziąwszy najpierw głęboki oddech, zaczęła z ukrycia snuć opowieść, którą z takim staraniem ułożyła.

– Na imię ma Wiera, jest biedną, nieznaną nikomu dziewczyną. Mieszka w zaczarowanej krainie zwanej Królestwem Śniegu. Na jej ukochaną ojczyznę przyszły ciężkie chwile. Do kraju zawitało zło. Czarny Rycerz usiłuje wszystko zniszczyć, jego słudzy jeżdżą ulicami w czarnych karetach.

W tym momencie wyszła na scenę, uważając, żeby się nie potknąć w powłóczystych szatach. Spojrzała na publiczność. Matka stała pod ścianą, nawet pośród ludzi była samotna. Jej piękną twarz przesłaniała chmura papierosowego dymu. Ale przynajmniej tym razem patrzyła prosto na córkę.

– Chodźmy, siostro – powiedziała Meredith, zbliżając się do latarni. – Chłód nas nie powstrzyma.

Zza kurtyny wyszła Nina w starej koszuli nocnej. Na głowie miała zawiązaną chusteczkę. Splotła dłonie i spojrzała na Meredith.

– Myślisz, że to Czarny Rycerz?! – wrzasnęła za głośno, wywołując tym śmiech publiczności. – Czy to za sprawą jego czarów jest tak zimno?

– Najgorsze jest to, że bardzo boję się o ojca. Kiedyż, ach, kiedyż on wróci? – Meredith przyłożyła dłoń do czoła i westchnęła dramatycznie. – Karety Czarnego Rycerza są wszędzie. On sam rośnie w siłę… Na naszych oczach ludzie zmieniają się w dym…

– Spójrz! – wykrzyknęła Nina, pokazując w stronę namalowanego zamku. – To przecież książę… – Ostatnie słowa wymówiła z wielkim namaszczeniem.

Na malutką scenę wszedł Jeff. W przydługiej niebieskiej kurtce i dżinsach, ze złotą koroną na pszenicznych włosach był tak przystojny, że Meredith z wrażenia zapomniała na moment swojej kwestii. Chłopiec miał tremę i wyraźnie się wstydził – o czym świadczyła purpura na policzkach – lecz to, że zgodził się zagrać, świadczyło, iż można na niego liczyć. Uśmiechnął się do niej, jakby była księżniczką.

Podał jej dwie róże z jedwabiu.

– W darze przyniosłem ci dwie róże. – Wymówił te słowa lekko drżącym głosem.

Wyciągnęła rękę, ale nim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się trzask tłuczonego szkła.

Meredith spojrzała w stronę publiczności. Matka stała nieruchomo, była bardzo blada, a jej błękitne oczy płonęły. Z dłoni płynęła krew, widocznie zgniotła kieliszek. Nawet stąd widać było kawałek szkła sterczący z rany.

– Dość! – powiedziała ostro. – To się nie nadaje.

Goście nie wiedzieli, jak się zachować. Jedni wstali, inni dalej siedzieli. Zapadła niezręczna cisza.

Tata podszedł i przytulił matkę, a raczej próbował ją przytulić. Nie poddała się nawet jemu.

– Nie wiem, po co ja wam opowiadałam te idiotyczne bajki. – Gdy mama była rozgniewana, mówiła z silnym rosyjskim akcentem. – Kto by pomyślał, że dzieci mogą być takie głupie i sentymentalne.

Co za upokorzenie! Meredith stała jak sparaliżowana.

Ojciec zaprowadził matkę do kuchni, żeby opatrzyć skaleczenie, a goście zaczęli śpiesznie wychodzić, jakby uciekali z Titanica.

Jeff patrzył na Meredith. Dostrzegła w jego oczach współczucie. Cały czas trzymał te nieszczęsne dwie róże.

– Meredith…

Bez słowa wybiegła z salonu. Schowała się w kącie przedpokoju, czując wzbierające pod powiekami łzy. W kuchni ojciec próbował ułagodzić mamę. Trzasnęły drzwi. Jeff wyszedł.

– Coś ty takiego zrobiła? – spytała cichutko Nina, podchodząc do niej.

– Nie mam pojęcia. – Meredith wytarła oczy. – Co za wiedźma!

– Brzydko tak mówić o mamie.

Głos Niny drżał i Meredith domyśliła się, że siostra powstrzymuje płacz. Wzięła ją za rękę.

– Co teraz zrobimy? – spytała Nina. – Przeprosimy ją?

Meredith przypomniała sobie ten ostatni raz, kiedy rozgniewała matkę, po czym ją przeprosiła.

– I tak jej to nie obchodzi. Uwierz mi.

– Więc co dalej?

Meredith bardzo chciała poczuć się dorosła, tak jak rano, ale cała jej dotychczasowa pewność siebie znikła. Wiedziała, co teraz nastąpi. Tata najpierw uspokoi mamę, a potem przyjdzie do nich i będzie się starał rozładować napięcie. Przytuli córki, zapewni, że mama je bardzo kocha. A Meredith będzie rozpaczliwie chciała mu wierzyć. Po raz kolejny.

– Wiem, co zrobię. – Podeszła do otwartych drzwi kuchni i spojrzała na matkę. Na czarną obcisłą sukienkę z aksamitu, na białe ramię, na bardzo jasne, prawie białe włosy. – Nigdy więcej nie będę słuchać jej głupich bajek.

Rozstać się nam nie udaje –

Krążymy ramię przy ramieniu.

Już ciemność powoli nastaje,

W zadumie ty, ja w milczeniu.


Anna Achmatowa, Rozstać się nam nie udaje...

tłum. Zbigniew Dmitroca, w: Milczenie było moim domem,

Warszawa 2008

1

2000

Więc tak wygląda czterdziestka? Naprawdę? W ciągu ostatniego roku Meredith weszła w fazę wieku średniego. Tak po prostu, bez żadnego etapu przejściowego. Najgorsze, że skóra zaczęła tracić elastyczność i pojawiły się cienkie kreseczki tam, gdzie dotąd była gładka. Szyja też wydawała się już nie tak smukła jak dawniej. Dobrze chociaż, że włosy jeszcze nie siwiały. Były wciąż gęste, kasztanowe i lśniące, nosiła je przycięte do ramion i z grzywką. Natomiast oczy już zdradzały wiek. Wyzierało z nich zmęczenie. I to nie tylko o szóstej rano.

Odwróciła się od lustra, włożyła czarne spodnie od dresu, skarpetki oraz czarną koszulę z długimi rękawami. Włosy związała w koński ogon. Wróciła do ciemnej sypialni. Ciche chrapanie męża kusiło, żeby wskoczyć z powrotem do łóżka. Kiedyś by tak zrobiła. I wtuliłaby się w niego.

Wychodząc, dokładnie zamknęła drzwi.

Korytarz oświetlały dwie staroświeckie lampki. Po drodze minęła zamknięte drzwi pokoi dzieci. Właściwie to już nie dzieci. Jillian skończyła dziewiętnaście lat, była na drugim roku Uniwersytetu Kalifornia i zamierzała zostać lekarzem. Osiemnastoletnia Maddy – pieszczoszka mamusi – studiowała na pierwszym roku w Vanderbilt. Bez nich ten dom – a z nim całe życie Meredith – stał się pusty i cichy. Blisko dwadzieścia lat starała się być dla nich taką matką, jakiej sama nigdy nie miała. Udało się. Zaprzyjaźniła się z córkami. Pod ich nieobecność czuła się wyobcowana i niepotrzebna, choć wiedziała, że to głupie. Przecież jest praca, w której naprawdę ma co robić. Ale tęskniła za swoimi pannami i tyle.

Szybko wykonywała kolejne czynności. Nieustanne robienie czegokolwiek było dobrym sposobem, żeby się nie poddawać czarnym myślom.

Przeszła przez salon tylko po to, by włączyć lampki na choince. Psy w sieni powitały ją radośnie, poszczekując i machając ogonami.

– Luke, Leia, nie skakać! – skarciła oba husky, drapiąc je jednocześnie za uszami. Kiedy otworzyła tylne drzwi, do środka wdarło się zimne powietrze. W nocy napadało śniegu i w ciemnościach grudniowego poranka wyraźnie widziała jasną połać pola i zarys drogi. Oddech zmieniał się w obłoki pary.

Psy wyskoczyły za nią. Była szósta dziesięć, niebo przybrało barwy ciemnofioletową i szarą.

Akurat dobra pora.

Z początku biegła wolno, przyzwyczajając ciało do chłodu. I tak odbywało się to codziennie: najpierw żwirową drogą obok domu rodziców do jednopasmówki kończącej się na wzgórzu półtora kilometra dalej. Stąd dróżką na pole golfowe i z powrotem. Razem sześć i pół kilometra. To stała trasa, rzadko ją zmieniała. Meredith uważała, że musi biegać. Wszystko w niej było za duże: wzrost, szerokie ramiona, rozłożyste biodra i duże stopy. Nawet blada owalna twarz była nieproporcjonalna – zbyt wyraziste usta w typie Julii Roberts, za duże brązowe oczy, pełne brwi i grube gęste włosy. A zatem, żeby jako tako wyglądać, konieczne były regularne ćwiczenia, starannie dobrana dieta i kosmetyki do włosów oraz dobra pęseta.

Kiedy wróciła na drogę, wschodzące słońce oświetliło właśnie góry, nadając śnieżnym czapom barwę różu i lawendy.

Po drugiej stronie drogi nagie jabłonie o poskręcanych gałęziach wyzierających spod śnieżnego puchu przypominały nieregularny brązowy ścieg na białej tkaninie. Ten żyzny kawałek ziemi należał do jej rodziny od pięćdziesięciu lat. W samym środku posiadłości wznosił się dumnie dom jej dzieciństwa. Nazywał się tak samo jak sad: Biełyje Noczi. Nawet w półmroku wyglądał dziwacznie i ostentacyjnie.

Pobiegła pod górę, zwiększając tempo, dopóki nie dostała kolki.

Gdy dotarła z powrotem do własnej werandy, dolina zdążyła się już wypełnić jasnozłotym światłem. Nakarmiła psy i poszła na górę. W drzwiach łazienki zderzyła się z wychodzącym Jeffem. Owinięty ręcznikiem, z ociekającymi wodą włosami, odsunął się na bok, robiąc jej przejście. Minęła go bez słowa. Oboje milczeli.

O siódmej dwadzieścia wysuszyła włosy, o siódmej trzydzieści – idealnie na czas – była ubrana do pracy: w czarne dżinsy i dopasowaną zieloną bluzkę. Jeszcze kredka pod oczy, róż, tusz, szminka i gotowe.

Jeff siedział na swoim miejscu przy stole w kuchni i czytał „New York Timesa”. Psy leżały przy nim na podłodze i drzemały.

Meredith nalała sobie filiżankę kawy z dzbanka.

– Chcesz dolewkę? – zaproponowała.

– Nie, dziękuję. – Nie podniósł wzroku.

Dolała mleka sojowego i mieszając, obserwowała, jak napój zmienia kolor. Pomyślała, że ostatnio rozmawiają jak ludzie obcy albo sobą rozczarowani. Tylko o pracy albo o dzieciach. Zastanawiała się, kiedy ostatni raz się kochali, i nie pamiętała.

Może to normalne? Pewnie tak. Gdy jest się w małżeństwie tak długo jak oni, ma prawo nadejść okres pewnego wyciszenia emocji. A jednak smutno jej się zrobiło na wspomnienie ich dawnej pasji i namiętności. Miała czternaście lat, kiedy poszli na pierwszą randkę (do kina na Młodego Frankensteina; nadal był to jeden z ich ulubionych filmów). Od tamtej pory nie spojrzała na żadnego innego faceta. Myśląc o tym teraz, aż się zdziwiła, bo nigdy nie uważała się za romantyczkę, a tymczasem zakochała się właściwie od pierwszego wejrzenia. Odkąd sięgała pamięcią, Jeff był jej światem.

 

Pobrali się wcześnie – za wcześnie – i pojechała za nim do college’u w Seattle. Pracowała w barze na noce i w weekendy, żeby opłacić czesne. W małym, ciasnym mieszkanku w dzielnicy uniwersyteckiej czuła się naprawdę szczęśliwa. Na ostatnim roku zaszła w ciążę. Z początku bardzo się bała, że okaże się taka sama jak jej matka i że rodzicielstwo nie jest jej powołaniem. Tymczasem szybko się przekonała, że wygląda to zupełnie inaczej, niż się spodziewała. Może dlatego, że była znacznie młodsza niż matka, kiedy ona się urodziła.

Jeff pokręcił głową. Ledwo dostrzegalnie, ale zauważyła. Zawsze była nastrojona na odbiór jego emocji. Ostatnio odbierała głównie rozczarowanie; było niczym gwizd o nieprzyjemnej częstotliwości.

– Co takiego? – spytała.

– Nic.

– Nie kręciłeś głową tak po prostu. Co jest?

– Właśnie cię o coś spytałem.

– Nie dosłyszałam. Spytaj raz jeszcze.

– Nieważne.

– Dobra. – Wzięła kawę i poszła do jadalni.

Tyle razy dziennie przechodziła pod staroświecką lampą ozdobioną kawałkiem plastikowej, bezużytecznej w ich przypadku jemioły, ale dopiero teraz w tym właśnie miejscu przyszła jej do głowy niespodziewana myśl.

Zobaczyła siebie z dystansu: czterdziestoletnia kobieta z filiżanką kawy w ręku, patrząca na dwa puste miejsca przy stole i na obecnego przy nim męża. Przez ułamek sekundy zawahała się, czy życie tej kobiety mogłoby wyglądać inaczej, gdyby wiele lat temu nie osiadła tu na stałe, żeby zarządzać sadem i zajmować się dziećmi. Gdyby nie wyszła tak młodo za mąż. Kim by teraz była?

Wizja zniknęła niczym bańka mydlana i Meredith znalazła się z powrotem w swoim zwykłym świecie.

– Wrócisz na kolację?

– Zawsze wracam.

– O siódmej – powiedziała.

– Ma się rozumieć. – Jeff przewrócił stronę. – Jeśli chcesz, możemy zsynchronizować zegarki.


Punktualnie o ósmej zasiadła przy biurku. Tradycyjnie zjawiła się pierwsza i przeszła przez podzielone na boksy piętro magazynu, zapalając kolejne światła. Mijając dawne biuro taty, z sentymentem popatrzyła na tabliczki przy drzwiach. Trzynaście razy wybrano go na Sadownika Roku i wciąż wiele osób, nawet konkurenci, zasięgało jego rady, choć od dziesięciu lat był na emeryturze. Nadal uważano go za duszę i serce firmy Biełyje Noczi; to on na początku lat sześćdziesiątych pierwszy wprowadził odmianę golden delicious, w latach siedemdziesiątych zapoczątkował uprawę granny smith, a w dziewięćdziesiątych wylansował braeburn i fuji. Chłodnie jego projektu zrewolucjonizowały cały ten biznes, gdyż dzięki nim zaczęto eksportować jabłka na rynki światowe.

Ona również miała swój udział w tym sukcesie. Pod jej kierownictwem rozbudowano chłodnie i obecnie firma zajmowała się też przechowywaniem owoców dla innych producentów. Dawny przydrożny stragan z jabłkami przekształciła w firmowy sklep, gdzie sprzedawano lokalne wyroby, głównie produkty spożywcze oraz pamiątki związane z sadem Biełyje Noczi. W okresie świątecznym, kiedy pociągi codziennie zwoziły do Leavenworth tłumy turystów w związku ze słynną uroczystością zapalania bożonarodzeniowych światełek, mieli tam mnóstwo klientów.

Zaczęła od telefonu do młodszej córki. W Tennessee minęła już dziesiąta.

– Halo – wymamrotała Maddy.

– Dzień dobry – rzuciła Meredith wesoło. – Zaspało się?

– Cześć, mamo. Późno poszłam wczoraj spać. Uczyłam się.

– Madison Elizabeth. – W głosie Meredith zabrzmiała nagana.

Maddy westchnęła.

– Niech tam, przyznam się. Była imprezka.

– Wiem, jak to fajnie i przyjemnie, ale za tydzień masz egzaminy. Wtorek rano, prawda?

– Tak.

– Trzeba jakoś godzić naukę z zabawą. Wyskakuj, moja panno, z łóżka i marsz na uczelnię. Nie ma rady. Balować można do woli, byle potem nie zaspać na zajęcia.

– Świat się nie zawali, jeżeli raz opuszczę hiszpański.

– Madison.

Maddy zaśmiała się.

– No, dobra. Już wstaję. Idę, idę. Hasta la vista… mamusiu.

Meredith uśmiechnęła się.

– Zatelefonuję w czwartek, to opowiesz, jak ci poszedł referat. I zadzwoń do siostrzyczki. Strasznie się boi testu z chemii organicznej.

– Dobrze, mamo. Kocham cię.

– A ja ciebie, królewno.

Odkładając słuchawkę, czuła się o wiele lepiej. Na następne trzy godziny pochłonęła ją praca. Czytała właśnie ostatni raport o zbiorach, kiedy zabrzęczał interkom.

– Meredith? Twój ojciec na jedynce.

– Dzięki, Daisy. – Odebrała telefon. – Cześć, tato.

– Oboje z mamą zapraszamy cię na lunch.

– Mam strasznie dużo pracy…

– Córeczko, nie daj się prosić…

Meredith nie potrafiła ojcu niczego odmówić.

– Dobrze. Ale o pierwszej muszę być z powrotem.

– Zgoda – odparł, a Meredith wiedziała, że on się uśmiecha.

Odłożyła słuchawkę i wróciła do pracy. Ostatnio przy wzroście produkcji i spadku zamówień koszty zarówno eksportu, jak i transportu poszybowały w górę, więc większość czasu zajmowało jej gaszenie kolejnych pożarów, a dzień dzisiejszy nie był wyjątkiem. W południe u podstawy czaszki zagnieździł się od tego stresu ból, który coraz bardziej się panoszył. Mimo to wychodziła z biura uśmiechnięta i pogodna.

W ciągu dziesięciu minut pojawiła się u rodziców.

Dom przypominał ilustrację do rosyjskiej bajki: miał dwukondygnacyjną werandę z wieżyczkami i dekoracyjne drewniane elementy. Szczególnie pięknie prezentował się o tej porze roku, oświetlony świątecznymi lampkami. Stał w otoczeniu smukłych eleganckich topoli na łagodnym wzniesieniu z widokiem na dolinę. Miedziany dach, który w szary zimowy dzień sprawiał wrażenie zamglonego, w słońcu potrafił lśnić żywym złotem. Dom cieszył się pewną sławą i turyści go chętnie fotografowali.

Tylko matka mogła zbudować coś tak absurdalnie wręcz niepasującego do otoczenia. Rosyjska dacza w stanie Washington. Nazwa sadu też nie pochodziła stąd. Biełyje Noczi.

Białe Noce. Akurat: Tutaj noce były tak czarne jak świeży asfalt.

Żeby jeszcze mamie cokolwiek zależało na tym, co ma wokół siebie. Po prostu lubiła stawiać na swoim. Czegokolwiek sobie zażyczyła, mąż spełniał. A ona zapragnęła mieć zamek z bajki oraz sad noszący niewymawialną rosyjską nazwę.

Meredith zapukała i weszła do środka. W kuchni ani żywego ducha, tylko w wielkim garze stojącym na ogniu bulgotała zupa.

W salonie światło wlewało się od północy, przez okna biegnące w dwóch kondygnacjach – była to tak zwana wieża. Grubo nawoskowane podłogi lśniły. Kolejne dziwactwo mamy: parkiet śliski jak lód. Niełatwo się po nim chodziło w samych skarpetkach. Punkt centralny stanowił wielki kamienny kominek, wokół którego stały miękkie kanapy i krzesła. Nad nim wisiał obraz olejny przedstawiający rosyjską trojkę – romantycznie rozpędzony zaprzęg z dobranymi maścią końmi na tle śnieżnej połaci. Czysty Doktor Żywago. Na lewo od kominka rozmieszczono kilkanaście obrazków przedstawiających cerkwie, a pod nimi ustawiono domowy ołtarzyk matki: stolik z ikonami oraz palącą się stale świecą.

Ojca znalazła na jego ulubionym miejscu, na otomanie stojącej przy choince. Wsparty na ciemnoczerwonych poduszkach leżał i czytał. Miał osiemdziesiąt pięć lat i był prawie łysy – z wyjątkiem kilku kępek siwych włosów. Liczne plamy na skórze świadczyły o długim przebywaniu na słońcu. A w ogóle to przypominał smutnego basseta nawet wtedy, gdy się uśmiechał. Nikogo jednak by nie zwiódł ponurą miną. Wszyscy kochali Evana Whitsona. Jego nie można było nie kochać.

Na widok córki rozpromienił się. Uścisnął jej rękę.

– Mama się ucieszy, jak cię zobaczy – rzekł.

Meredith uśmiechnęła się. Od lat grali w tę grę. Tata udawał, że mama ją kocha, a ona udawała, że mu wierzy.

– Świetnie. Jest na górze?

– Wyszła do ogrodu. Nie dała się przekonać.

Wcale jej to nie zdziwiło.

– Pójdę po nią.

Ojciec został, a ona przeszła do jadalni, skąd przez szklane drzwi widać było ogród pokryty śniegiem, a za nim jabłonie śpiące zimowym snem w rozległym sadzie. Nieco bliżej, pod ustrojonymi w sople gałęziami pięćdziesięcioletniego drzewka magnolii, znajdował się mały prostokątny ogródek, tak zwany zimowy ogród, otoczony płotkiem z kutego żelaza. Ozdobną furtkę oplatała uschnięta o tej porze winorośl. W lecie ogrodzenie będzie obsypane zielonymi liśćmi i białymi kwiatami, teraz lśniło od szronu.

Matka, licząca już ponad osiemdziesiąt lat, siedziała otulona kocem na żeliwnej ławeczce. Prószył lekki śnieg; drobniutkie płatki w powietrzu zmieniały krajobraz w impresjonistyczny obraz, na którym wszystko wydaje się niematerialne i nierealne. Przycięte ozdobnie krzewy i poidło dla ptaków pod pokrywą śniegu przybrały zupełnie fantastyczne kształty. Mama tkwiła pośród tego wszystkiego jak zwykle nieruchomo, z rękami złożonymi na kolanach.

Jako dziecko Meredith strasznie się bała, gdy matka izolowała się w swojej samotności. Kiedy podrosła, z początku ją to żenowało, a potem złościło. Dorosła kobieta nie powinna wysiadywać na mrozie i gapić się przed siebie. Matka twierdziła, że to patrzenie na nic wynika z jej wady wzroku, ale trudno było w to uwierzyć. Co tu ma do rzeczy nieodróżnianie kolorów – widziała jedynie biel, czerń i odcienie szarości.

Meredith wyszła na dwór. W wysokich butach zapadała się po kostki w śnieg powleczony miejscami cienką zmarzniętą skorupką. Parę razy o mało się nie poślizgnęła.

– Nie powinnaś wychodzić na dwór, mamo – powiedziała łagodnie. – Jeszcze dostaniesz zapalenia płuc.

– Musiałoby być o wiele zimniej, żebym dostała zapalenia płuc. Jest ledwo poniżej zera.

Córka wzniosła oczy do nieba. Ta typowa dla matki odpowiedź zawsze ją strasznie denerwowała.

– Mam tylko godzinę, więc chodźmy jeść. – Słowa te zabrzmiały dość ostro w miękkim, spokojnym świecie łagodnie wirujących płatków. Co takiego matka miała w sobie, że budziła agresję? – Wiedziałaś, że tata zaprosił mnie na lunch? – spytała.

– Oczywiście – odparła mama, a Meredith wiedziała, że kłamie.

Matka z godnością podniosła się z ławki. Zawsze zachowywała się jak bogini przyzwyczajona do hołdów. Twarz miała gładką, bez zmarszczek, cerę piękną, niemal przezroczystą. Swoją figurą budziła zazdrość innych kobiet. Ale najpiękniejsze były jej oczy. Głęboko osadzone, okolone gęstymi rzęsami, błękitne, ze złotymi plamkami. Oczy, jakich się nie zapomina. Co za ironia losu, że same o tak pięknej barwie nie odróżniały kolorów.

Wzięła matkę pod ramię i poszły w stronę domu. Dopiero wtedy zauważyła, że mama jest bez rękawiczek i dłonie ma prawie sine.

– O Boże, odmrozisz sobie ręce! Dlaczego nie włożyłaś rękawiczek w to zimno?...