Zdarzyło się nad jeziorem Mystic

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Audio
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Audiobook
Czyta Olga Bończyk
42,90  31,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Nick Delacroix stał na podwórku przed swoim domem, w strugach deszczu, ze wzrokiem wbitym w wątłe, obwisłe, na pół zwiędłe wiśniowe drzewo, które posadził w zeszłym roku. Powoli upadł na kolana w błotnistej trawie i pochylił głowę.

Nie płakał na pogrzebie żony ani wczoraj, kiedy jego córkę wyrzucono ze szkoły, ale teraz poczuł cholerną chęć do płaczu, i to z powodu tego głupiego drzewka, które nie chciało rosnąć. Odwrócił się od ogrodu i znużonym krokiem poszedł w stronę domu.

Gdy znalazł się w środku i zatrzasnął za sobą drzwi, nie mógł jednak wyrzucić z pamięci tego diabelnego drzewa.

I to wszystko z powodu wczorajszych wydarzeń – to był zły dzień, a przez ostatnich osiem miesięcy zdołał zyskać skalę porównawczą.

Jego Izzy wyrzucono ze szkoły.

Na samą myśl znowu wstrząsnął nim gniew. Gdy złość opadła, pozostał tylko wstyd.

Wczoraj Izzy stała w gabinecie dyrektora, mając brązowe oczy zalane łzami, jej pełne dziewczęce usteczka drżały. Różowa sukienka była poplamiona i podarta, a on z rozpaczą zdawał sobie sprawę, że tak samo wyglądała, gdy Izzy ją wkładała. Długie, czarne włosy – niegdyś jej duma i radość – tworzyły skłębione ptasie gniazdo, gdyż nie uczesała ich matczyna ręka.

Zdziwił się przelotnie, niedorzecznie, co stało się z tymi wszystkimi ślicznymi wstążkami, które niegdyś nosiła.

„Nie może już dłużej być uczennicą naszej szkoły, panie Delacroix. Zapewne sam pan to widzi?”.

Izzy stała tam, bez ruchu. Nie odezwała się – ale, w końcu, nie przemówiła słowa od miesięcy. Między innymi dlatego właśnie ją wypędzono... a także z powodu znikania. Od paru miesięcy zaczęło się jej wydawać, że znika, paluszek po paluszku. Teraz na lewej ręce nosiła czarną rękawiczkę – tej ręki nie widziała już ani nie mogła jej używać. Od niedawna zaczęła niezdarnie posługiwać się prawą ręką, jakby uważała, że niektóre palce również zamarły.

Nie uniosła wzroku, nie napotkała spojrzenia Nicka, ale po jej policzku spłynęła łza. Patrzył, jak się toczy, spływa na sukienkę i znika, zamieniając się w małą, szarą plamkę.

Chciał coś powiedzieć, ale nie miał pojęcia, jak pocieszyć dziecko, które straciło matkę. Potem, jak zawsze, zezłościł się na siebie, że nie umie dodać córce otuchy. Przyszło mu na myśl, że powinien się napić – kieliszek dla uspokojenia nerwów. A ona przez cały czas tam stała, zbyt cicha i spokojna jak na sześciolatkę, patrząc na niego z rozczarowaniem smutnego, dorosłego człowieka.

Ostrożnie kroczył po bawialni, przestępując przez pojemniki po potrawach przyniesionych zeszłego wieczoru. Samotna mucha brzęczała leniwie nad resztkami. W jego uszach brzmiało to jak ryk kosiarki.

Spojrzał na zegarek, mrugając, póki jego wzrok znowu nie nabrał ostrości. Pół do dziewiątej.

A niech to szlag! Spóźni się po Izzy. Znowu.

Na myśl o tym, że przed nią stanie, znowu ją zawiedzie, a jeszcze będzie musiał patrzeć na tę czarną rękawiczkę...

Może gdyby się napił. Tylko szklaneczkę...

Zadzwonił telefon. Jeszcze zanim odebrał, wiedział już, że to Lurlene, która chce się dowiedzieć, gdzie on się podziewa.

– Cześć, Lurl – powiedział przeciągle, ze znużeniem opierając się o ścianę. – Wiem, wiem, spóźniłem się. Właśnie wyjeżdżałem.

– Nie ma pośpiechu, Nicky. Buddy wyszedł dziś z chłopcami i póki nie skoczysz mi do gardła, Izzy nic nie będzie.

Westchnął z ulgą, aż do tego momentu nie zdając sobie sprawy, że był spięty.

– Nie wściekasz się, że jestem spóźniony, z Izzy wszystko w porządku, więc o co chodzi?

Zniżyła głos do teatralnego szeptu.

– Właściwie dzwonię, żeby ci opowiedzieć ciekawą ploteczkę.

– Boże święty, Lurl! Guzik mnie obchodzą...

– Poznałam dziś twoją starą przyjaciółkę – to cię zainteresuje, prawda? I muszę powiedzieć, że wygląda całkiem inaczej, niżbym się spodziewała. Bo jak się posłucha ciebie i Kath – o rany! – przepraszam, nie miałam zamiaru jej wspominać. W każdym razie była słodka jak miód. W ogóle bym się nie domyśliła, że jest bogata. Zachowywała się tak zwyczajnie. Jak panna Sissy Spacek. Widziałam ją któregoś dnia w programie Oprah i człowiek mógłby pomyśleć, że jest taka sama jak wszyscy.

Nick usiłował podtrzymywać rozmowę, ale wymknęła mu się spod kontroli.

– Sissy Spacek była dzisiaj w twoim zakładzie? O to chodzi?

Melodyjny śmiech Lurlene przebiegł całą gamę.

– Oczywiście, że nie, głuptasie. To jest Mystic, nie Aspen. Mówię o Annie Bourne. Przyjechała w odwiedziny do ojca.

Nick pomyślał, że się przesłyszał.

– Annie Bourne jest tutaj?

Lurlene trajkotała o strzyżeniu, swetrach z kaszmiru i brylantach wielkości winogron. Nick nie mógł się skupić. Annie Bourne.

Bąknął coś – sam nie wiedząc co – i odłożył słuchawkę.

Jezus, Annie Bourne. Nie przyjeżdżała tu od lat. Dobrze wiedział, gdyż Kathy na próżno oczekiwała telefonu od swej starej, dobrej przyjaciółki.

Omijając starannie śmieci rozrzucone na podłodze w bawialni, podszedł do kominka i wziął fotografię z gzymsu. Widział ją codziennie, lecz tak naprawdę nie patrzał na nią od lat. Nieco spłowiała, kolory zblakły z upływem czasu, wypalone promieniami słońca. Na zdjęciu, zrobionym podczas wakacji przed ostatnim rokiem liceum, widniała ich trójka: Annie, Kathy i Nick. Upiorne towarzystwo.

Stał w środku, obejmując obie dziewczyny. Wyglądał na beztroskiego i szczęśliwego młodzieńca – zupełnie innego niż chłopak, który zaledwie przed paroma miesiącami mieszkał w ciasnym, brudnym samochodzie. Tego wspaniałego lata, gdy po raz pierwszy zakosztował słodkiego jak wiosenny deszcz eliksiru, zwanego normalnym życiem, zrozumiał wreszcie, co znaczy mieć przyjaciół i być przyjacielem.

I zakochał się.

Zdjęcie zrobiono późnym popołudniem, gdy niebo miało odcień głębokiego, nieskażonego błękitu. Spędzili dzień nad jeziorem, piszcząc i śmiejąc się, gdy ze skał nurkowali do wody. Tego dnia po raz pierwszy zrozumiał, że to nie może tak trwać, że prędzej czy później będzie musiał dokonać wyboru między dwiema dziewczynami, w których był zakochany.

Właściwie wiedział, którą wybierze. Annie złożyła już podanie o przyjęcie na uniwersytet Stanforda, a biorąc pod uwagę jej oceny i wyniki egzaminów, pewne było, że zostanie studentką tej uczelni. Otwierała się przed nią wielka kariera. Lecz nie przed Kathy. Kathy była spokojną, małomiasteczkową panienką, którą często opadały melancholijne nastroje... dziewczyną, która rozpaczliwie musiała kochać i być kochaną.

Nadal pamiętał, co powiedział Annie tego dnia. Po życiu, jakie wiódł ze swoją matką, wiedział, czego pragnie: szacunku i stabilizacji. Chciał mieć wpływ na życie innych ludzi, tworzyć taki system prawny, który zainteresowałby się śmiercią samotnej młodej kobiety, mieszkającej w swym samochodzie.

Powiedział Annie, że marzy o tym, by zostać policjantem w Mystic.

– Och nie, Nicky – wyszeptała, przewracając się na kocu, by spojrzeć mu w twarz. – Możesz pójść wyżej. Jeśli lubisz prawo, pomyśl o poważnej karierze... naprawdę wielkiej... możesz zostać sędzią Sądu Najwyższego, albo nawet senatorem.

Zraniły go te słowa, ciche, niezamierzone podważenie jego marzeń.

– Nie chcę zostać sędzią Sądu Najwyższego.

Roześmiała się tym cichym, wibrującym śmiechem, który zawsze budził w nim tęsknotę.

– Przymierz się do czegoś większego, Nick. Sam jeszcze nie wiesz, kim chcesz być. Kiedy zaczniesz studiować...

– Studia to nie dla mnie, mądralino. Nie dostanę stypendium, tak jak ty.

Widział w jej oczach, jak powoli świta w nich zrozumienie, że on nie pragnie tego co ona, że nie sięga tak wysoko. Nie wystarczało mu odwagi, by snuć śmiałe marzenia. Pragnął tylko pomagać ludziom i być potrzebny, tyle wiedział i to potrafiłby robić naprawdę dobrze.

Ale Annie tego nie rozumiała. Bo i skąd? Nie wiedziała, przez jakie bagno przedzierał się w życiu.

– Och – powiedziała tylko, lecz w tym słowie kryło się bogactwo nowej wiedzy, drobne wahanie w głosie, czego przedtem nigdy nie słyszał. Potem leżeli obok siebie na szorstkim, zielonym kocu, wpatrując się w chmury, ale ich ciała były od siebie nieskończenie odległe.

Tak łatwo było wówczas się wycofać. Kochał Annie... ale Kathy go potrzebowała, a był to potężny wabik.

Poprosił Kathy o rękę parę miesięcy przed ukończeniem liceum, co nie miało znaczenia, gdyż Annie się tego spodziewała. Po zaręczynach próbowali utrzymać dawną przyjaźń, ale nieuchronnie ich drogi zaczęły się rozchodzić. Nick i Kathy stali się parą, Annie zaś osobą postronną. Gdy wyjechała na studia, po złożeniu sobie obietnic, że zawsze będą trzymać się razem, Nick wiedział, że ich przyjaźń nie przetrwa, że takich dwoje jak ich troje nie będzie nawet jednego.


Gdy wrócili od Lurlene, było niemal pół do dziesiątej. Sześciolatka już dawno powinna być w łóżku, lecz Nick nie miał serca od razu kazać jej pójść spać.

Izzy siedziała po turecku na podłodze przed zimnym, czarnym kominkiem. Zawsze było to jej ulubione miejsce w domu, przynajmniej niegdyś, kiedy buzujący ogień gorącą falą żaru pieścił jej plecy. W jednej ręce trzymała swoją szmacianą lalkę, pannę Tońcię – tylko to mogła robić od czasu, gdy zaczęła „znikać”. Pokój ogarnęła cisza, tak wszystko przenikająca jak kurz na meblach.

Ten widok rozszarpywał Nicka na bezradne strzępy. Usiłował nawiązać rozmowę z córką, lecz wszelkie jego wysiłki wpadały w czarną studnię milczącego świata Izzy.

 

– Przykro mi z powodu szkoły, Izzy, misiaczku – powiedział niezgrabnie.

Uniosła wzrok, spoglądając na niego boleśnie suchymi, brązowymi oczyma, zbyt dużymi jak na mleczną bladość jej malutkiej twarzyczki.

Od razu się zorientował, że powiedział coś nie tak. Nie było mu przykro tylko dlatego, że Izzy spotkała nieprzyjemność w szkole. Było mu przykro w ogóle. Z powodu śmierci, życia, wszystkich tych lat oddalenia i rozczarowania, które doprowadziły ich do tak żałosnego punktu. Najbardziej żałował tego, że okazał się fujarą, bo nie miał pojęcia, co robić dalej.

Z wolna podniósł się i podszedł do okna. Przebłysk księżycowej poświaty migotał po czarnej powierzchni jeziora Mystic, a przymglona żarówka na werandzie rzucała żółtawą sieć na dwa bujane fotele, na których od miesięcy nikt nie siadywał. Deszcz spadał srebrnymi strugami z dachu, uderzając w drewniane stopnie.

Wiedział, że Izzy czujnie go obserwuje, czekając i martwiąc się, co za chwilę zrobi. Niestety, znał to uczucie oczekiwania z zapartym tchem, jaki numer za chwilę wytnie rodzic. Wiedział, jak wywraca to wnętrzności i zostawia ledwo tyle tlenu, by zaczerpnąć oddechu.

Zamknął oczy. Wspomnienie przyszło ku niemu łagodnie, niezamierzenie, zamknięte w perkusyjnej symfonii deszczu, szarpiącego dźwięku wody, uderzającej o drewno. Przypomniało mu to odgłos z dawnych lat, gdy podobny deszcz grzmocił w zardzewiały dach starej impali jego matki.

Liczył sobie wówczas piętnaście lat, był wysokim, spokojnym chłopcem, mającym zbyt wiele tajemnic. Stał na rogu ulicy, czekając, aż matka zabierze go ze szkoły. Dzieciaki mijały go niczym roześmiana, rozgadana stonoga, w błękitnych dżinsach, z plecakami i w psychodelicznych podkoszulkach. Z zazdrością patrzył, jak wsiadali do żółtych autobusów, czekających przy krawężniku.

Po jakimś czasie autobusy odjeżdżały; wydmuchując chmurę dymu i zmieniając biegi zdążały do sąsiednich dzielnic, których Nick nigdy nie widział. Na dziedzińcu szkolnym zapadała cisza. Szare niebo łkało. Samochody z piskiem śmigały ulicą, przymglone za zasłoną deszczu. Żaden z kierowców nie zwracał uwagi na chudego, czarnowłosego chłopca w poszarpanych, dziurawych dżinsach i białym podkoszulku.

Przede wszystkim pamiętał, że był straszliwie zziębnięty. Nie starczało pieniędzy na zimowe ubranie, toteż po ciele przebiegały mu mrówki z zimna, a ręce drżały.

Przyjedź, mamo. Tę modlitwę powtarzał raz po raz, nie bardzo w nią wierząc.

Nienawidził czekania na matkę. Gdy tak stał, sam, z brodą pochyloną ku piersi, by się ogrzać, zżerały go wątpliwości. Jak bardzo się upije? Czy będzie to jeden z miłych, dobrych dni, gdy pamiętała, że go kocha? Czy też nadszedł akurat mroczny, straszny dzień, kiedy wódka zmieniała ją w skrzeczącą, potykającą się wariatkę, która ze wszystkich sił nienawidziła swego jedynaka? Często trafiały się tylko fatalne dni, matka myślała wyłącznie o tym, ile straciła. Rozpaczała, że czeki z pomocy społecznej nie starczają na dżin, i załamywała ręce, że muszą mieszkać w samochodzie – a stąd już tylko krok do bezdomności.

Natychmiast odgadywał jej nastroje. Blada, brudna twarz i załzawione, rozbiegane oczy świadczyły, że udało jej się skombinować pełną butelkę. A choć co dzień starannie szukał wódki w samochodzie, tak jak inne dzieci bobrują po domu, by znaleźć jajko wielkanocne, wiedział, że nie powstrzyma jej przed piciem.

Przestępował z nogi na nogę, usiłując wydobyć z siebie nieco ciepła, lecz uderzały weń krople deszczu, wślizgujące się lodowatymi, krętymi strugami pod koszulę. No przyjedź już, mamo.

Nie przyjechała tego dnia. Ani następnego. Nocą błąkał się po ciemnych, niebezpiecznych dzielnicach Seattle, aż wreszcie zasnął w zaśmieconym wejściu do zburzonej chińskiej restauracji. Rankiem przepłukał usta, wyciągnął ze śmietnika wyrzuconą torbę ciasteczek i poszedł do szkoły.

Policja przyszła do niego w południe, dwóch poważnych mężczyzn w niebieskich mundurach, którzy poinformowali go, że matkę zakłuto nożem. Nie powiedzieli, co robiła w momencie popełnienia zbrodni, ale Nick wiedział. Usiłowała sprzedać swe chude, niemyte ciało za setkę dżinu. Policjanci dodali, że nie ma żadnych podejrzanych, co Nicka nie zdziwiło. Nikt, z wyjątkiem syna, nie troszczył się o nią, gdy żyła, nikogo nie obchodziło, że zamordowano jeszcze jedną wychudzoną, bezdomną pijaczkę, przedwcześnie postarzałą przez wódkę i zdradę.

Nick zagrzebał to wspomnienie w czarnym, rozmiękłym bagnie swych rozczarowań. Pragnął wyrzucić je z pamięci, ale, oczywiście, przeszłość była teraz blisko. Czuł jej oddech na karku od czasu śmierci Kathy.

Ze znużonym westchnieniem odwrócił się, stając twarzą w twarz z nieodzywającą się ani słowem córką.

– Czas do łóżka – powiedział łagodnie, usiłując zapomnieć też, że dawniej, a przecież w końcu nie tak dawno, stanowczo zaprotestowałaby przed pójściem spać, bez poświęcenia – jak to nazywała – „czasu dla rodziny”.

Teraz podniosła się, trzymając lalkę w dwóch „widzialnych” palcach prawej dłoni, i odeszła od niego. Nie obejrzawszy się ani razu, rozpoczęła długą, powolną wspinaczkę na piętro. Kilka stopni skrzypnęło pod jej chuchrowatym ciałkiem, a każdy dźwięk uderzał w Nicka niczym cios. Co on teraz, do diabła, pocznie, skoro Izzy wyrzucono ze szkoły? Nie ma dokąd pójść, nikt się nią nie zajmie. Nie może rzucić pracy, by zostać z nią w domu, a Lurlene ma własne życie.

Co on, do licha, ma zrobić?


Dwukrotnie tej nocy Annie budziła się w pustym łóżku i przemierzała pokój. Śmierć Kathy przypomniała jej, jak cenny jest czas, jak ulotny. Jak niekiedy życie okrawa dobre intencje i nie daje człowiekowi ponownej okazji, by powiedział to, co jest naprawdę ważne.

Nie chciała pamiętać o mężu – „kocham ją, Annie” – lecz te myśli były ciągle wokół niej, krążyły w powietrzu, strzelały niczym grzmot w ciemności pokoju. Wpatrywała się w swą twarz w lustrze, spoglądała na nową fryzurę i starała się dojść, kim jest i gdzie przynależy. Gapiła się na siebie tak długo, aż obraz zmieniał się, wichrował i szarzał, ona sama zaś gubiła się w mglistym odbiciu kobiety, której nie znała.

Oprócz Blake’a nie miała nikogo, kto dałby świadectwo ostatnim dwudziestu latom jej życia. Poza Hankiem nikt nie pamiętał, jaka była w wieku dwudziestu pięciu czy trzydziestu lat ani z kim dzieliła swe utracone marzenia.

Przestań.

Spojrzała na budzik przy łóżku. Była szósta rano. Przycupnęła na skraju łóżka i wykręciła numer Natalie, ale córka już wyszła. Potem spróbowała z Terri.

Terri odebrała po piątym dzwonku.

– Mam nadzieję, że to ważne – rzekła przeciągle.

Annie zaśmiała się.

– Niestety, to tylko ja. Dzwonię za wcześnie?

– Ależ nie. Uwielbiam wstawać przed Panem Bogiem. Wszystko w porządku?

Annie nie wiedziała, czy cokolwiek w ogóle będzie w porządku, ale odpowiedziała mniej więcej tak jak zawsze.

– Jakoś sobie radzę.

– Sądząc po godzinie, o której dzwonisz, nie sypiasz zbyt dobrze.

– W każdym razie niewiele.

– Przez pierwsze trzy miesiące, odkąd ten gówniarz Rom mnie zostawił, płakałam i tłukłam się z kąta w kąt. Musisz się czymś zająć.

– Jestem w Mystic i wybór mam dość ograniczony. Chyba mogłabym się zająć zdobieniem puszek piwa. Ten towar bardzo dobrze tu idzie. Albo może nauczę się zabijać za pomocą łuku i strzały, a potem wypychać własne zdobycze.

– Cieszę się, że możesz się jeszcze śmiać.

– To lepsze niż płacz.

– Poważnie, Annie. Musisz się do czegoś zabrać. Do czegoś, co wyciągnie cię z łóżka albo wrzuci do czyjegoś innego. Idź na zakupy. Spraw sobie parę nowych ciuchów. Coś, co zmieni twój wygląd.

Annie potarła swe ostrzyżone włosy.

– Zmieniłam się, i to jak. Wyglądam jak Bruce Lee, mistrz karate.

Rozmawiały jeszcze przez pół godziny, a gdy Annie odłożyła słuchawkę, poczuła się nie tyle silniej, ile w każdym razie nieco lepiej. Wstała z łóżka i wzięła długi, gorący prysznic.

Ubrawszy się w biały kaszmirowy sweter z dekoltem w łódkę i również białe, wełniane, zimowe spodnie, zeszła na dół i zrobiła Hankowi ogromne śniadanie, składające się z jajecznicy, soku pomarańczowego, naleśników i bekonu z indyka. Niebawem te smakowite zapachy ściągnęły ojca.

Wszedł do kuchni, zaciskając szary bawełniany pasek wokół sięgającego mu do kostek szlafroka. Podrapał się po swej kłaczastej, siwej brodzie i wpatrzył się w Annie.

– Wstałaś. Zamierzasz pochodzić dłużej czy tylko dopóki ból głowy zupełnie cię nie rozłoży?

Przenikliwość tego pytania uświadomiła Annie, że jej ojciec wie, co to tragedia, a depresję znał nie tylko przelotnie. Wyciągnęła parę porcelanowych talerzy ze starego dębowego bufetu w rogu kuchni i szybko postawiła dwa nakrycia na przygotowanym do śniadania stole.

– Nie mam zamiaru do końca życia tkwić w tym dole psychicznym. Wydobywam się z niego. Od zaraz. Usiądź.

Wyciągnął krzesło, które zaszurgotało na zniszczonym, żółtym linoleum. – Nie wiem, czy nakarmienie mężczyzny to taki wielki krok naprzód.

Uśmiechnęła się krzywo i usiadła naprzeciw niego.

– Właściwie pomyślałam sobie, że pójdę na zakupy.

– W Mystic? Jeśli nie szukasz idealnej przynęty na pstrąga, to nie jestem pewien, czy wiele znajdziesz.

Annie wpatrzyła się w swoje jajka. Chciała jeść – naprawdę – ale widok potraw wywoływał u niej lekkie mdłości. Miała nadzieję, że ojciec tego nie zauważy.

– Spróbuję kupić parę książek. To chyba dobra okazja, żeby nadgonić zaległe lektury. Może w wolnej chwili uda mi się przebrnąć przez Moby Dicka. A ubrania, które przywiozłam, tutaj się nie nadają.

– Taak, biały to nie bardzo praktyczny kolor w błotnistej okolicy. – Kapnął sobie trochę keczupu obok jajek i popieprzył całość. Sięgając po widelec, zerknął przez stół na Annie. Widziała, że ze wszystkich sił stara się powstrzymać uśmiech. – Brawo, Annie Wirginio. – A potem dodał ciszej: – Brawo.


Mystic drzemało w jasnym wiosennym słońcu. W mieście panował dziś ożywiony ruch, farmerzy, gospodynie domowe i rybacy pędzili tam i siam po betonowych chodnikach, by pozałatwiać swoje sprawy, gdy chmurki były jeszcze małe i rozpościerały się wysoko pod bladoniebieskim niebem. Wszyscy wiedzieli, że te same chmury mogą zebrać się razem, niczym grupa szkolnych bysiów znęcająca się nad młodszymi uczniami, i lunąć potokiem takiego deszczu, że nawet dorosły orzeł nie da rady wzlecieć.

Annie szła główną ulicą, zaglądając do różnych sklepów, kilka razy wpychając się przez półotwarte drzwi. Nieodmiennie nad jej głową dzwonił dzwoneczek, po czym rozlegał się głos: „Dzień dobry, panienko. Piękny mamy dzionek, co?”. W kawiarni zamówiła podwójną mokkę z mlekiem i sączyła ją, idąc ulicą.

Mijała sklepy, sprzedające błyskotki dla turystów, narzędzia, materiały i sprzęt rybacki. Ale nie znalazła ani jednej księgarni. W dużym magazynie natrafiła na najnowszy bestseller Pat Conroy, ale poza tym nie widziała niczego interesującego. Nie było wielkiego wyboru. A szkoda, bo potrzebowała podręcznika na resztę życia.

W końcu stanęła przed sklepem z odzieżą „Raj Ewy”. Z wystawy uśmiechał się do niej manekin, odziany w jaskrawożółtą kurtkę przeciwdeszczową i pasujący do niej kapelusz. Niezgrabnie zgiętym łokciem przytrzymywał szyld z napisem: „Już wiosna w powietrzu”. Wielobarwne jedwabne kwiaty wychylały główki z konewek stojących przy botkach manekina, a o jedną ze ścian oparte były grabie.

Annie przeszła przez szklane drzwi. Gdy wchodziła, nad jej głową zadźwięczał dzwoneczek.

Skądsiś dobiegł ją pisk kobiety:

– Nie może być!

Annie rozejrzała się w poszukiwaniu właścicielki głosu. Molly Block, jej nauczycielka angielskiego jeszcze z liceum, przetoczyła się przez labirynt stojaków, wymachując pulchnymi rękoma.

– Annie? – zapytała z uśmiechem. – Annie Bourne, to ty?

– To ja, pani Block. Jak się pani miewa?

Molly oparła dłonie na szerokich biodrach.

– Pani Block. Nie rób ze mnie takiej staruszki, Annie. Kiedy uczyłam waszą klasę, byłam praktycznie dzieckiem. – Znowu się uśmiechnęła i podciągnęła wyżej na nos okulary w stalowej oprawie. – Miło cię znowu widzieć. To już kopę lat.

– Ja też się cieszę z naszego spotkania, Molly.

– Co cię sprowadza w nasze lasy? Słyszałam, że wyszłaś za rozrywanego prawnika i prowadzisz wygodne życie w zadymionej Kalifornii.

 

– Wszystko się zmienia – westchnęła Annie.

Molly przechyliła głowę na lewo i przyjrzała się Annie.

– Dobrze wyglądasz, oddałabym wszystko, żeby się tak ostrzyc, choć w tej fryzurze wyglądałabym jak balon napełniony helem. Ale ten biały kaszmir nie na długo ci posłuży w naszej okolicy. Jedna porządna burza i będzie ci się wydawało, że wyszłaś z domu, mając na sobie zdechłego królika.

– To prawda – roześmiała się Annie.

Molly poklepała ją po ramieniu.

– Chodź za mną.

Godzinę później Annie stała przed dużym lustrem. Miała na sobie dżinsy za dziewiętnaście dolarów (nigdy by nie przypuszczała, że produkuje się jeszcze dżinsy w tej cenie), bawełniane skarpetki i workowatą bluzę w praktycznym szarym kolorze.

W tym stroju poczuła się inną kobietą. Nie wyglądała na trzydziestodziewięciolatkę, która niebawem rozwiedzie się z wziętym kalifornijskim prawnikiem, sprawiała wrażenie zwykłej kobiety z małego miasteczka, takiej, która może trzyma konie i musi je karmić, albo maluje werandę. Kobiety, która ma własne życie. Po raz pierwszy fryzura prawie zaczęła się jej podobać.

– Dobrze ci w tym – rzekła Molly, krzyżując swe mięsiste ramiona i kiwając głową. – Wyglądasz jak nastolatka.

– W takim razie biorę wszystko.

Podliczając ceny, Molly cały czas trajkotała o życiu w Mystic, kto z kim śpi, kto zbankrutował, ponieważ nie udało mu się odnaleźć sowy w biało-brązowe cętki, kto kandyduje do rady miejskiej.

Annie wyjrzała przez okno. Słuchała jednym uchem miejskich ploteczek, ale nie mogła się skupić. Słowa Lurlene ciągle wracały do niej, krążyły w myślach. „Kathy zmarła przed ośmioma miesiącami”. Odwróciła się do Molly.

– Słyszałam... o Kathy Johnson... Delacroix.

Molly urwała, jej pulchne palce ciągnęły za metkę z ceną.

– To straszne nieszczęście. W liceum byłyście ze sobą bardzo blisko. – Uśmiechnęła się ze smutkiem. – Pamiętam, jak ty, Nick i Kathy wystawiliście burleskę na pokazie młodych talentów. Wszyscy śpiewaliście jakąś głupiutką piosenkę z Południowego Pacyfiku. Nicky miał na sobie niesamowity stanik z orzechów kokosowych i w środku piosenki wybuchnęliście takim śmiechem, że nie mogliście skończyć.

– Pamiętam – rzekła cicho, zastanawiając się, jak to możliwe, że na śmierć zapomniała o takiej hecy. – Jak się wiedzie Nickowi, odkąd... no wiesz? – Nie mogła zmusić się do wypowiedzenia tego słowa.

Molly syknęła i nożyczkami odcięła metkę z dżinsów.

– Nie mam pojęcia. Robi obchody i przypuszcza, że załatwia wszystko, co do niego należy – wiesz, że jest policjantem, co? Nie uśmiecha się już, a z tego, co słyszałam, jego córka jest w kiepskim stanie. Założę się, że dobrze by im zrobiły odwiedziny starej przyjaciółki.

Gdy Annie zapłaciła za nowe ubrania, podziękowała Molly za pomoc i zaniosła zakupy do samochodu. Tu siedziała przez chwilę za kierownicą, rozmyślając i wspominając.

Wiedziała, że nie powinna iść do niego, nie teraz, ot, tak sobie. Trzeba to przemyśleć. Nie można za pierwszym impulsem pakować się do życia obcego człowieka, tym bowiem dla niej był – obcym. Nie widziała Nicka od lat.

A ponadto sama była załamana i zmaltretowana. Co by z jej obecności przyszło dawnemu towarzyszowi młodości, który niedawno stracił żonę?

Ale mimo wszystko odwiedzi go. Z chwilą gdy Lurlene wspomniała jego imię, stało się to nieuniknione. Nieważne, że te sentymenty nie mają sensu, nieważne, że prawdopodobnie jej nie pamięta. Liczy się tylko, że kiedyś był jej przyjacielem, a jego żona – jej przyjaciółką. I że prócz niego nie ma dokąd pójść.


Zapadał już zmrok, gdy Annie zebrała się na odwagę, by odwiedzić Nicka. Kręta wstęga brązowej drogi prowadziła do domu Beauregarda. Po obu stronach porośnięta była wyniosłymi, starymi drzewami, ich pnie zasłaniały dziko rosnące krzewy jagody amerykańskiej. Od czasu do czasu poprzez czarny skraj lasu przebłyskiwało srebrzyste odbicie jeziora. Kilka ostatnich promieni szarego słonecznego światła spłynęło niczym mgła przez ciężkie, obrośnięte mchem gałęzie.

Nie padało, ale na szybie zaczęły się pojawiać maleńkie kropelki rosy. Na tej ziemi dziesięciu tysięcy wodospadów powietrze było zawsze ciężkie od wilgoci, a jeziora miały odcień akwamaryny, niczym blok lodowca. Niektóre jeziora, na przykład Mystic, okazały się tak głębokie, że miejscami nie znajdowano ich dna, i tak odległe, że czasami przy odrobinie szczęścia można było znaleźć parę dużych łabędzi, która zatrzymała się na jednym z nich w swej wędrówce. Tu, wciśnięte w dziki, rozmokły róg tej tajemniczej ziemi, na pewno będą bezpieczne.

Droga skręcała i wiła się, aż dobiegła końca na dużym, okrężnym podjeździe ziemnym. Annie zaparkowała obok policyjnego wozu patrolowego, wyłączyła silnik i wpatrzyła się w piękny, stary dom, zbudowany na przełomie wieku, gdy drewno było solidne, a detale rzeźbili mistrzowie rzemiosła, dumni ze swej pracy. W oddali słyszała ryk potężnej rzeki Quinault i wiedziała, że o tej porze roku jej wody będą podmywać brzegi, gdy wezbrane potoczą się ku odległemu Oceanowi Spokojnemu.

Bladożółta mgła skrywała pół domu, unosząc się niewidzialnymi prądami nad jeziornym powietrzem. Pełzła dziwacznie po pobielonych stopniach werandy i okręcała się wokół rzeźbionych słupków.

Annie pamiętała noc, gdy dom ten błyszczał w świetle gwiazd. Był wtedy opuszczony, każde stłuczone okno zatrzymywało ułomki cienia i światła. Wraz z Nickiem dojechali tu na rowerach, położyli je przy jeziorze i wpatrywali się w wielką drewnianą ruinę.

– Któregoś dnia to będzie moje – powiedział do niej, a połyskujący księżyc pociął jego przystojną twarz w ostre kąty. Nie zdawała sobie sprawy, że Nick zamierza ją pocałować, nie była na to przygotowana, lecz gdy dotknął ustami jej warg, tak delikatnie i nieobowiązująco jak muśnięcie skrzydła motyla, rozpłakała się.

Cofnął się, zmarszczywszy brwi. „Annie?”.

Nie wiedziała, co się właściwie stało, dlaczego wybuchnęła płaczem. Czuła się głupia i rozpaczliwie naiwna. To był jej pierwszy pocałunek i spaprała go.

Potem odwrócił się od niej. Skrzyżował ramiona i długi czas z nieodgadnionym wyrazem twarzy wpatrywał się w jezioro. Podeszła do niego, ale odepchnął ją, mamrocząc coś, że musi wracać do domu. Wtedy pocałował ją po raz pierwszy i ostatni.

Odrzuciła od siebie tamto wspomnienie i starała się myśleć wyłącznie o chwili obecnej.

Nick i Kathy doprowadzili do porządku stary dom – szyby zostały wstawione, a wszystko pomalowano słonecznożółtą farbą. Każde okno obramowane było okiennicą w kolorze myśliwskiej zieleni, a jednak całe to gospodarstwo sprawiało wrażenie... zaniedbanego.

Zeszłoroczne geranium i lobelia nadal stały w skrzynkach na kwiaty jako powiędły, trzeszczący pęk brązowych badyli. Trawa wyrosła o wiele za wysoko i mech zaczynał pokrywać ceglaną ścieżkę. Brudny cementowy zbiornik, przeznaczony do kąpieli dla ptactwa, leżał na boku pośród gargantuicznych rododendronów.

Ale mimo wszystko było to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie zdarzyło się jej widzieć. Młoda wiosenna trawa miała odcień szmaragdowozielony i gęstość szynszylowego futra; odsuwając się od domu, łagodnie falowała w stronę błękitnej krawędzi jeziora. Za domem nabrzmiałe chmury wisiały na niebie, kolorem przypominającym polerowaną stal.

Annie wcisnęła torebkę pod ramię i powoli przeszła przez świszczący pod jej stopami mokry trawnik, a potem po schodach na werandę. Przystanęła pod dębowymi drzwiami, zaczerpnęła głęboko oddechu i zastukała.

Cisza.

Już miała się odwrócić, gdy usłyszała wolne, szurające kroki. Nagle drzwi otworzyły się i stanął przed nią Nick.

Poznałaby go wszędzie. Był nadal wysoki, ponad metr osiemdziesiąt, lecz czas uszczuplił bułowate ramiona piłkarza do muskułów jak postronki. Nie miał koszuli, a ciemne, pofałdowane mięśnie brzucha schodziły do pary spranych levisów, co najmniej o dwa numery za dużych. Wyglądał na twardego i żylastego jak stara skóra, czas zdążył wyżłobić już zmarszczki w zapadniętych policzkach o bladej cerze. Włosy miał zmierzwione i zaniedbane, a coś – upływ lat lub żałoba – wyssało z nich kolor, pozostawiając srebrzysty odcień pięciocentówki, gdy padnie na nią promień słońca.

Ale to jego oczy – niesamowite, błękitne w odcieniu wody w basenie – przyciągnęły i przykuły uwagę Annie. Obrzucił ją wzrokiem, okiem policjanta, któremu nie ujdzie żaden szczegół, ani nowa, trzpiotowata fryzura czy świeżo zakupione małomiasteczkowe ciuchy. A już z pewnością nie diament wielkości buicka na jej lewej ręce.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?