Pozwól odejść

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pozwól odejść
Pozwól odejść
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Pozwól odejść
Pozwól odejść
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Pro­log

2  Roz­dział 1

3  Roz­dział 2

4  Roz­dział 3

5  Roz­dział 4

6  Roz­dział 5

7  Roz­dział 6

8  Roz­dział 7

9  Roz­dział 8

10  Roz­dział 9

11  Roz­dział 10

12  Roz­dział 11

13  Roz­dział 12

14  Roz­dział 13

15  Roz­dział 14

16  Roz­dział 15

17  Roz­dział 16

18  Roz­dział 17

19  Roz­dział 18

20  Roz­dział 19

21  Roz­dział 20

22  Roz­dział 21

23  Roz­dział 22

24  Roz­dział 23

25  Roz­dział 24

26  Roz­dział 25

27  Roz­dział 26

28  Roz­dział 27

29  Roz­dział 28

30  Roz­dział 29

31  Podzię­ko­wa­nia

32  Przy­pisy

Tytuł ory­gi­nału: FLY AWAY!

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Maria Wir­cha­now­ska Korekta: Ewa Gra­bow­ska, Miro­sława Kostrzyń­ska

Copy­ri­ght © 2013 by Kri­stin Han­nah

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Daria Kuczyń­ska-Szy­mala, 2021

ISBN 978-83-659-2864-1

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Ben­ja­mi­niowi i Tuc­ke­rowi, któ­rzy każ­dego dnia poka­zują mi, co naprawdę zna­czy miłość

Mojej rodzi­nie – Lau­rence‘owi, Deb­bie, Ken­towi, Julie, Mac­ken­zie, Lau­rze, Luca­sowi i Loga­nowi. Każde z Was pod­trzy­muje mnie na duchu, a nasze wspo­mnie­nia opo­wia­dają naszą histo­rię

I wresz­cie mojej Mamie Tęsk­nimy za Tobą

Urok czy wręcz geniusz pamięci polega na tym, że jest ona kapry­śna, przy­pad­kowa i pełna tem­pe­ra­mentu: usuwa w cień maje­sta­tyczną kate­drę, a uwiecz­nia sto­ją­cego przed nią w kurzu małego chłopca, który je melona.

Eli­za­beth Bowen

Gdyby czło­wiek mógł we śnie przejść przez Raj i dostałby kwiat na dowód, że jego dusza rze­czy­wi­ście tam była, i gdyby prze­bu­dziw­szy się, dostrzegł kwiat w swej dłoni – ach, co wtedy?

z notat­nika S.T. Cole­ridge’a,

przeł. Z. Kubiak

Pro­log

Pro­log

Jest w kabi­nie toa­lety, sie­dzi na sede­sie, łzy schną jej na policz­kach, roz­ma­zaw­szy tusz, który kilka godzin temu tak sta­ran­nie nało­żyła. Od razu widać, że to nie jej miej­sce, a mimo to jest tutaj.

Żal jest pod­stępny, zawsze przy­cho­dzi i wycho­dzi jak gość, któ­rego się nie zapra­szało, ale któ­rego nie wypada nie wpu­ścić. Pra­gnie go, choć ni­gdy by tego nie przy­znała. Ostat­nio poczu­cie żalu to jedyna rzecz, która wydaje się jej praw­dziwa. Nawet teraz celowo myśli o swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce, pomimo upływu czasu, bo ma ochotę zapła­kać. Jest jak dziecko sku­biące stru­pek. Nie może się powstrzy­mać, choć wie, że będzie bolało.

Pró­bo­wała radzić sobie sama. Naprawdę pró­bo­wała. I na­dal pró­buje, na swój spo­sób, ale cza­sem jedna osoba może pod­trzy­my­wać całe twoje życie, być twoją pod­porą, a gdy zabrak­nie jej krze­pią­cej obec­no­ści, czu­jesz, że spa­dasz, choć­byś miała wcze­śniej wiele sił i choć­byś całą swoją mocą sta­rała się utrzy­mać rów­no­wagę.

Kie­dyś – dawno temu – szła sama pogrą­żoną w ciem­no­ści drogą zwaną Fire­fly Lane. To była naj­gor­sza noc w jej życiu i wła­śnie wtedy natknęła się na pokrewną duszę.

„To był nasz począ­tek”. Ponad trzy­dzie­ści lat temu.

Tul­ly­iKate. „Ty i ja kon­tra cały świat”. Naj­lep­sze przy­ja­ciółki na zawsze.

Ale opo­wie­ści mają swój koniec, prawda? Traci się tych, któ­rych się kocha, i trzeba jakoś żyć dalej.

„Muszę odpu­ścić. Powie­dzieć »do widze­nia« z uśmie­chem”.

To nie będzie łatwe.

Jesz­cze nie wie, co wła­śnie uru­cho­miła. Za chwilę wszystko się zmieni.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

1

2 wrze­śnia 2010, 22:14

Czuła się lekko oszo­ło­miona. To było przy­jemne, jakby otu­lono ją cie­płym kocem. Jed­nak gdy się zorien­to­wała, gdzie jest, prze­stało być tak miło.

Sie­działa na sede­sie w kabi­nie toa­lety, a na policz­kach schły jej łzy. Ile czasu tu spę­dziła? Wstała powoli i wyszła z łazienki, toru­jąc sobie drogę przez zatło­czone foyer kina i igno­ru­jąc kry­tyczne spoj­rze­nia rzu­cane w jej stronę przez pięk­nych ludzi popi­ja­ją­cych szam­pana pod skrzą­cym się dzie­więt­na­sto­wiecz­nym żyran­do­lem. Seans musiał się już skoń­czyć.

Na zewnątrz ener­gicz­nie zrzu­ciła idio­tyczne lakie­ro­wane szpilki; pole­ciały gdzieś w cień. W dro­gich czar­nych poń­czo­chach ruszyła w sią­pią­cym desz­czu po brud­nych chod­ni­kach Seat­tle w kie­runku domu. To tylko z dzie­sięć prze­cznic. Da radę, a o tej porze i tak nie uda­łoby się zła­pać tak­sówki.

Kiedy zbli­żała się do Vir­gi­nia Street, jej wzrok przy­cią­gnął jaskra­wo­ró­żowy neon MAR­TINI BAR. Przed drzwiami stała grupka ludzi, któ­rzy roz­ma­wiali i palili pod chro­nią­cym ich dasz­kiem.

Choć posta­no­wiła sobie, że omi­nie lokal, to jed­nak skrę­ciła, pode­szła do drzwi i weszła do środka. Wsu­nęła się do ciem­nego, zatło­czo­nego wnę­trza i ruszyła pro­sto ku dłu­giemu maho­nio­wemu barowi.

– Co podać? – zapy­tał szczu­pły, wyglą­da­jący na arty­stę męż­czy­zna o poma­rań­czo­wych wło­sach i takiej ilo­ści żela­stwa w twa­rzy, ile mie­ści się w alejce z nakręt­kami i śru­bami w mar­ke­cie budow­la­nym.

– Tequ­ilę – odpo­wie­działa.

Wypiła pierw­szy kie­li­szek i zamó­wiła następny. Gło­śna muzyka nio­sła pocie­chę. Wypiła tequ­ilę i zaczęła koły­sać się do rytmu. Ludzie dokoła niej śmiali się i roz­ma­wiali. Czuła się odro­binę tak, jakby była czę­ścią tego całego zamie­sza­nia.

Męż­czy­zna w dro­gim wło­skim gar­ni­tu­rze zręcz­nie wci­snął się na miej­sce obok niej. Był wysoki i wyspor­to­wany. Miał jasne, dobrze ostrzy­żone i uło­żone włosy. Pew­nie ban­ko­wiec albo praw­nik z kor­po­ra­cji. I oczy­wi­ście dla niej za młody. Nie mógł mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści pięć lat. Ile czasu tu spę­dził, cze­ka­jąc na spo­sob­ność, szu­ka­jąc naj­le­piej wyglą­da­ją­cej kobiety w barze? Jeden drink, dwa?

Wresz­cie zwró­cił się ku niej. Widziała po jego spoj­rze­niu, że wie, kim jest, i uwiódł ją ten drobny wyraz uzna­nia.

 

– Mogę posta­wić pani drinka?

– Nie wiem. Może pan? – Czyżby lekko beł­ko­tała? Nie­do­brze. Jej myśli też nie były kla­rowne.

Jego spoj­rze­nie prze­su­nęło się z jej twa­rzy na piersi, a potem znów spoj­rzał jej w oczy. Wcale nie ukry­wał, że roz­biera ją wzro­kiem.

– Powie­dział­bym, że drinka co naj­mniej.

– Zwy­kle nie zadaję się z nie­zna­jo­mymi – skła­mała.

Ostat­nio w jej życiu byli wyłącz­nie obcy ludzie. Wszy­scy inni, wszy­scy, któ­rzy się liczyli, zapo­mnieli o niej. Mocno odczu­wała dzia­ła­nie xanaksu. A może to była tequ­ila?

Dotknął jej pod­bródka, musnął deli­kat­nie kra­wędź żuchwy, spra­wia­jąc, że prze­szedł ją dreszcz. Takie dotknię­cie jej wyma­gało śmia­ło­ści, nikt już tego nie robił.

– Jestem Troy – przed­sta­wił się.

Spoj­rzała w jego błę­kitne oczy i poczuła cię­żar samot­no­ści. Kiedy ostat­nio pra­gnął jej jakiś męż­czy­zna?

– Tully Hart – odpo­wie­działa.

– Wiem.

Poca­ło­wał ją. Sma­ko­wał słodko, jakimś likie­rem, i papie­ro­sami. A może trawą. Chciała się roz­to­pić w czy­sto fizycz­nym doświad­cze­niu, roz­pu­ścić jak kawa­łek cze­ko­lady. Chciała zapo­mnieć o wszyst­kim, co jej w życiu nie wyszło. I o tym, że skoń­czyła w takim miej­scu jak to. Sama w morzu obcych.

– Poca­łuj mnie jesz­cze raz – powie­działa, choć nie cier­piała tonu żało­snego bła­ga­nia w swoim gło­sie.

Pamię­tała to brzmie­nie z dzie­ciń­stwa, gdy była małą dziew­czynką z nosem przy­ci­śnię­tym do szyby, cze­ka­jącą na powrót matki. „Co jest ze mną nie tak?” – pytała tamta dziew­czynka każ­dego, kto zechciał słu­chać, ale ni­gdy nie uzy­skała odpo­wie­dzi. Tully przy­cią­gnęła do sie­bie nie­zna­jo­mego, ale nawet gdy ją cało­wał i napie­rał na nią cia­łem, poczuła, że zaczyna pła­kać, a gdy łzy popły­nęły, nic już nie mogło ich powstrzy­mać.


3 wrze­śnia 2010, 02:01

Tully wyszła z baru ostat­nia. Drzwi zatrza­snęły się za nią, a neon syk­nął i zgasł. Było po dru­giej w nocy i ulice Seat­tle opu­sto­szały. Uci­chły.

Nie­pew­nie szła śli­skim chod­ni­kiem. Poca­ło­wał ją męż­czy­zna – nie­zna­jomy – a ona się roz­pła­kała.

Żało­sne. Nic dziw­nego, że się wyco­fał.

Lało jak z cebra. Pomy­ślała, że się zatrzyma, odchyli głowę i zacznie poły­kać deszcz, dopóki się nie utopi. To nie byłoby takie złe.

Miała wra­że­nie, że droga do domu trwa całe godziny. W budynku minęła por­tiera, nie patrząc mu w oczy. W win­dzie zoba­czyła swoje odbi­cie w pokry­wa­ją­cych ściany lustrach.

O Boże.

Wyglą­dała kosz­mar­nie. Kasz­ta­nowe włosy – z dłu­gimi odro­stami – two­rzyły pta­sie gniazdo, a tusz spły­wał z rzęs na policzki, roz­ma­zu­jąc się jak akwa­rela.

Drzwi windy otwo­rzyły się i Tully wyszła na kory­tarz. Tak się zata­czała, że dopiero po chwili dotarła do swo­ich drzwi i cztery razy pró­bo­wała tra­fić klu­czem do zamka. Zanim otwo­rzyła, poczuła, że kręci jej się w gło­wie, która znowu ją roz­bo­lała.

Gdzieś pomię­dzy jadal­nią a salo­nem wpa­dła na sto­lik i omal się nie prze­wró­ciła. Ura­to­wała ją sofa. Tully osu­nęła się z wes­tchnie­niem na grubą, białą podu­chę. Sto­lik był zasy­pany pocztą. Rachunki i cza­so­pi­sma.

Zamknęła oczy i pomy­ślała, jakim baj­zlem stało się jej życie.

– A niech cię, Katie Ryan – szep­nęła do naj­lep­szej przy­ja­ciółki, któ­rej nie było.

Ta samot­ność była nie do znie­sie­nia. Lecz jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka ode­szła. Umarła. Od tego wszystko się zaczęło. Od straty Kate. Czy to nie żało­sne? Tully zaczęła opa­dać na dno po śmierci przy­ja­ciółki i nie potra­fiła się od niego odbić.

– Potrze­buję cię – dodała. A potem to wykrzy­czała: – Potrze­buję cię!

Cisza.

Głowa jej opa­dła. Tully zasnęła? Może…

Kiedy z powro­tem otwo­rzyła oczy, zaczęła wpa­try­wać się załza­wio­nym wzro­kiem w stos poczty na sto­liku do kawy. Głów­nie rachunki, kata­logi i cza­so­pi­sma, któ­rych od dawna nie czy­tała. Gdy już miała odwró­cić wzrok, jedno ze zdjęć przy­kuło jej uwagę.

Zmarsz­czyła brwi i nachy­liła się. Odsu­nęła koperty, by wygrze­bać maga­zyn „Star”, który leżał na spo­dzie. W pra­wym gór­nym rogu znaj­do­wało się nie­wiel­kie zdję­cie jej twa­rzy. Nie­zbyt udane. Nie takie, z któ­rego mogłaby być dumna. Pod spodem jedno straszne słowo:

„Uza­leż­niona”.

Chwy­ciła cza­so­pi­smo drżą­cymi dłońmi i otwo­rzyła je. Strony migały jedna za drugą, aż ponow­nie zna­la­zła swoje zdję­cie.

Krótki arty­kuł, nawet nie zaj­mo­wał strony.

PRAW­DZIWA HISTO­RIA, KTÓRA KRYJE SIĘ ZA PLOT­KAMI

Sta­rze­nie się nie jest łatwe dla zna­nych kobiet, lecz dla Tully Hart, byłej gwiazdy świę­cą­cego nie­gdyś triumfy pro­gramu Dziew­czyń­ska godzina, oka­zuje się wyjąt­kowo trudne. Chrze­śnica pani Hart, Marah Ryan, udzie­liła naszej redak­cji infor­ma­cji na zasa­dzie wyłącz­no­ści. Pani Ryan, l. 20, potwier­dza, że pięć­dzie­się­cio­let­nia Tully Hart zmaga się ostat­nio z demo­nami, które prze­śla­do­wały ją przez całe życie. Według pani Ryan w ostat­nich mie­sią­cach pani Hart „nie­po­ko­jąco przy­tyła”, nad­uży­wa­jąc leków i alko­holu…

O mój Boże!

Marah.

Zdrada zabo­lała tak bar­dzo, że Tully nie była w sta­nie oddy­chać. Doczy­tała arty­kuł do końca, a potem pozwo­liła, by cza­so­pi­smo wypa­dło jej z rąk.

Ból, któ­rego nie dopusz­czała do sie­bie od mie­sięcy, od lat, nagle ożył i zacią­gnął ją w naj­bar­dziej ponure i samotne miej­sce na świe­cie. Po raz pierw­szy Tully nie potra­fiła sobie nawet wyobra­zić, że kie­dy­kol­wiek wygrze­bie się z tej prze­pa­ści.

Wstała chwiej­nie, łzy zamgliły jej wzrok, gdy się­gnęła po klu­czyki do auta.

Nie mogła tak dłu­żej żyć.

Roz­dział 2

2

3 wrze­śnia 2010, 04:16

Gdzie ja jestem?

Co się stało?

Ostroż­nie nabie­ram tchu i pró­buję się poru­szyć, ale nie jestem w sta­nie wpra­wić ciała w ruch. Ani rąk, ani pal­ców.

Wresz­cie otwie­ram oczy. Mam pia­sek pod powie­kami. Moje gar­dło jest tak wysu­szone, że nie mogę prze­łknąć śliny.

Jest ciemno.

Ktoś jest tutaj ze mną. Albo coś. Wydaje łomo­czący dźwięk, jak młoty walące w stal. Wibra­cje peł­zną mi wzdłuż krę­go­słupa, wbi­jają się w zęby, powo­dują ból głowy.

Ten dźwięk – zgnia­tany, miaż­dżony metal – jest wszę­dzie: poza mną, w powie­trzu, obok mnie, we mnie.

Bach-zgrzyt, bach-zgrzyt.

Ból.

Nagle cała go czuję.

Roz­dzie­ra­jący, wyjąt­kowy. Gdy już jestem go świa­doma, świa­doma tego, że go czuję, nie ist­nieje nic poza nim.

Budzi mnie ból: palący, gry­zący ból głowy i łupa­nie w ramie­niu. Coś mam na pewno poła­mane. Pró­buję się poru­szyć, ale boli tak bar­dzo, że tracę przy­tom­ność. Gdy ją odzy­skuję, znów pró­buję, dysząc ciężko, a powie­trze aż grze­cho­cze mi w płu­cach. Czuję zapach wła­snej krwi, czuję, jak spływa mi po szyi.

„Pomocy” – pró­buję powie­dzieć, lecz ciem­ność pochła­nia te marne wysiłki.

OTWÓ­RZO­CZY.

Sły­szę pole­ce­nie, czyjś głos, i ogar­nia mnie ogromna ulga. Nie jestem sama.

OTWÓ­RZO­CZY.

Nie mogę. Nic nie mogę.

ŻYJE.

Kolejne słowa, tym razem wykrzy­ki­wane:

NIE­RU­SZAJ­SIĘ.

Ciem­ność prze­suwa się wokół mnie, zmie­nia, a ból znów eks­plo­duje. Hałas – dźwięk piły łań­cu­cho­wej połą­czony z czymś przy­po­mi­na­ją­cym wrzask dziecka – ota­cza mnie ze wszyst­kich stron. W ciem­no­ści świa­tła migają jak świe­tliki i coś w tym widoku spra­wia, że czuję smu­tek. I zmę­cze­nie.

RAZ­DWA­TRZYW­GÓRĘ.

Czuję, że cią­gną mnie i pod­no­szą chłodne dło­nie, któ­rych nie widzę. Krzy­czę z bólu, ale ten dźwięk zostaje natych­miast pochło­nięty, a może ist­nieje tylko w mojej gło­wie.

Gdzie ja jestem?

Ude­rzam o coś mocno i krzy­czę.

WPO­RZĄDKU.

Umie­ram.

Dociera to do mnie nagle, zatrzy­muje mi oddech w płu­cach.

Ja umie­ram.


3 wrze­śnia 2010, 04:39

Johnny Ryan obu­dził się z myślą: Coś się stało. Usiadł i się rozej­rzał.

Nic nie zoba­czył, nic nie­po­ko­ją­cego.

Był w swoim gabi­ne­cie w domu na wyspie Bain­bridge. Znów zasnął przy pracy. Prze­kleń­stwo pra­cu­ją­cego w domu samot­nego rodzica. Dzień miał za mało godzin, żeby dało się zro­bić wszystko, więc kradł godziny nocy.

Potarł zmę­czone oczy. Na ekra­nie kom­pu­tera wid­niał zatrzy­many, roz­ma­zany obraz. Obszar­pany chło­pak, dziecko ulicy pod miga­ją­cym neo­nem, z papie­ro­sem wypa­lo­nym nie­mal do końca. Johnny włą­czył film.

Kevin na ekra­nie – uliczna ksywka: Frizz – zaczął opo­wia­dać o swo­ich rodzi­cach.

– Ich to nie obcho­dzi – powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami.

– Skąd ta pew­ność? – roz­legł się głos Johnny’ego z offu.

Kamera zła­pała spoj­rze­nie Frizza – surowy ból i pełen gniewu bunt w jego oczach, gdy chło­pak uno­sił wzrok.

– Jestem tu, no nie?

Johnny widział to nagra­nie co naj­mniej sto razy. Roz­ma­wiał z Friz­zem kil­ka­krot­nie i na­dal nie wie­dział, gdzie on dora­stał, gdzie było jego miej­sce, kto cze­kał na niego do póź­nej nocy, wyglą­da­jąc z tro­ską w ciem­ność.

Johnny rozu­miał nie­po­koje rodzi­ców, to, jak łatwo dziecko może wśli­zgnąć się mię­dzy cie­nie i znik­nąć. Dla­tego był tutaj, pra­cu­jąc dzień i noc nad fil­mem doku­men­tal­nym o dzie­ciach ulicy. Może jeśli będzie uważ­nie patrzył i zada dosta­tecz­nie dużo pytań, to ją znaj­dzie.

Zapa­trzył się w obraz na ekra­nie. Padał wtedy deszcz, więc gdy krę­cił mate­riał, na ulicy było nie­wiele dzie­cia­ków. Mimo to gdy tylko dostrze­gał cień w tle, syl­wetkę, która mogła być młodą kobietą, mru­żył oczy, zakła­dał oku­lary i przy­glą­dał się uważ­niej, myśląc: Marah?

Ale żadna z dziew­czyn, które widział przy krę­ce­niu tego doku­mentu, nie była jego córką. Marah ucie­kła z domu i znik­nęła. Nie wie­dział nawet, czy jest na­dal w Seat­tle.

Zga­sił świa­tła w gabi­ne­cie na pię­trze i wyszedł na ciemny, cichy kory­tarz. Wisiały tu na ścia­nie dzie­siątki rodzin­nych foto­gra­fii, w czar­nych ram­kach i z bia­łym passe-par­tout. Zatrzy­my­wał się cza­sem i przy­glą­dał im, przy­glą­dał się swo­jej rodzi­nie, pozwa­la­jąc, by zabrały go do szczę­śliw­szych cza­sów. Cza­sami sta­wał przed zdję­ciem żony i zatra­cał się w jej uśmie­chu, który kie­dyś roz­świe­tlał jego świat.

Dziś się nie zatrzy­mał.

Zatrzy­mał się przy drzwiach pokoju synów i je uchy­lił. To wła­śnie obse­syj­nie teraz robił – spraw­dzał nie­mal dwu­na­sto­let­nie bliź­nięta. Gdy czło­wiek się prze­kona, jak szybko może się w życiu zadziać coś złego, stara się chro­nić tych, któ­rzy pozo­stali.

Byli w środku, spali.

Johnny wypu­ścił powie­trze, nie­świa­domy, że wstrzy­my­wał oddech, i ruszył do zamknię­tych drzwi pokoju Marah. Ale je minął. Zaglą­da­nie tam wywo­ły­wało zbyt wielki ból. Widok zatrzy­ma­nego w cza­sie, pustego pokoju dziew­czynki, w takim sta­nie, w jakim go zosta­wiła…

Wszedł do swo­jej sypialni i zamknął drzwi. Pełno tu było ubrań, nota­tek i ksią­żek, które zaczy­nał czy­tać i odkła­dał na póź­niej, gdy życie tro­chę zwolni. Wcho­dząc do łazienki, zdjął koszulę i rzu­cił ją do kosza na pra­nie. W lustrze zła­pał swoje odbi­cie. Cza­sem na swój widok myślał: Nie­źle jak na pięć­dzie­się­cio­pię­cio­latka, a cza­sem – jak teraz: Naprawdę?

Wyglą­dał… smutno. Zwłasz­cza oczy. Włosy miał tro­chę za dłu­gie, a ich czerń prze­ci­nały pasma siwi­zny. Cią­gle zapo­mi­nał o fry­zje­rze. Z wes­tchnie­niem wszedł pod prysz­nic i puścił wodę. Pole­ciał nie­mal ukrop. Johnny pozwo­lił, by gorący stru­mień obmył go z myśli. Gdy wyszedł spod prysz­nica, czuł się lepiej, był gotów zmie­rzyć się z kolej­nym dniem. Nie zasnąłby już. Nie teraz. Wysu­szył ręcz­ni­kiem włosy i wło­żył stary T-shirt z Nirvaną, który zna­lazł na dnie szafy, oraz zno­szone dżinsy. Już miał wyjść na kory­tarz, gdy zadzwo­nił tele­fon.

Ten sta­cjo­narny.

 

Johnny zmarsz­czył brwi. Był rok 2010. W tych nowych cza­sach bar­dzo rzadko ktoś dzwo­nił na stary numer.

A już z pew­no­ścią nie trzy po pią­tej nad ranem. O takiej porze to mogły być tylko złe wie­ści.

Marah.

Rzu­cił się do apa­ratu.

– Halo?

– Czy mogę roz­ma­wiać z Kath­leen Ryan?

Ci prze­klęci tele­mar­ke­te­rzy. Czy oni w ogóle nie uak­tu­al­niają tych swo­ich baz danych?

– Kath­leen Ryan zmarła nie­mal cztery lata temu. Pro­szę ją skre­ślić z listy – odparł sta­now­czo, spo­dzie­wa­jąc się pyta­nia, czy jest osobą decy­zyjną w spra­wach domu. Cisza, która zapa­dła po jego sło­wach, ziry­to­wała go. – Kto mówi?

– Jerry Malone z poli­cji w Seat­tle.

Johnny zmarsz­czył brwi.

– I dzwoni pan do Kate?

– Doszło do wypadku. Ofiara miała w port­felu zapi­sane nazwi­sko Kath­leen Ryan jako osobę do kon­taktu.

Johnny usiadł na kra­wę­dzi łóżka. Tylko jedna osoba na świe­cie mogła na­dal mieć Katie jako osobę do kon­taktu w razie wypadku. Co ona znowu naro­biła? I kto dzi­siaj trzyma taki numer w port­felu?

– To Tully Hart, prawda? Czy cho­dzi o jazdę pod wpły­wem? Bo jeśli ona…

– Nic mi na ten temat nie wia­domo. Panią Hart zabie­rają wła­śnie do szpi­tala Świę­tego Serca.

– To coś poważ­nego?

– Nie umiem powie­dzieć. Będzie pan musiał poroz­ma­wiać z kimś ze szpi­tala.

Johnny się roz­łą­czył, w inter­ne­cie zna­lazł numer do szpi­tala i zadzwo­nił. Dopiero po jakichś dzie­się­ciu minu­tach prze­łą­cza­nia natra­fił na kogoś, kto mógł odpo­wie­dzieć na jego pyta­nia.

– Pan Ryan? – powie­działa kobieta. – Rozu­miem, że jest pan rodziną pani Hart?

Wzdry­gnął się na to pyta­nie. Ile to już czasu nie roz­ma­wiał z Tully?

Kłam­stwo. Dosko­nale pamię­tał, ile czasu minęło.

– Tak – odpo­wie­dział. – Co się stało?

– Nie znam szcze­gó­łów. Wiem tylko, że ją do nas wiozą.

Spoj­rzał na zega­rek. Jeśli się pośpie­szy, zdąży na prom o pią­tej dwa­dzie­ścia i będzie w szpi­talu za nie­wiele ponad godzinę.

– Posta­ram się dotrzeć jak naj­szyb­ciej.

Zauwa­żył, że nie powie­dział do widze­nia, dopiero gdy tele­fon zabu­czał mu przy uchu. Roz­łą­czył się i rzu­cił komórkę na łóżko.

Chwy­cił port­fel i znów pod­niósł tele­fon. Gdy się­gał po swe­ter, jed­no­cze­śnie wybie­rał numer. Usły­szał tyle sygna­łów, że przy­po­mniał sobie, jak jest wcze­śnie.

– Ha… halo?

– Cor­rin, prze­pra­szam, że dzwo­nię o takiej porze, ale to pilne. Czy mogła­byś wstą­pić po chłop­ców i zabrać ich do szkoły?

– Co się stało?

– Muszę poje­chać do szpi­tala Świę­tego Serca. Był wypa­dek. Nie chcę zosta­wiać chło­pa­ków samych, ale nie mam czasu, żeby ich do cie­bie przy­wieźć.

– Nie martw się – odpo­wie­działa. – Będę za pięt­na­ście minut.

– Dzięki – powie­dział. – Jestem twoim dłuż­ni­kiem.

A potem pospie­szył kory­ta­rzem i wpadł do pokoju bliź­nia­ków.

– Ubie­raj­cie się, chłopcy. Migiem.

Usie­dli powoli.

– Co? – powie­dział Wills.

– Ja wycho­dzę. Cor­rin odbie­rze was za pięt­na­ście minut.

– Ale…

– Nie ma żad­nych ale. Jedzie­cie do domu Tommy’ego. Może Cor­rin odbie­rze was też z piłki. Nie wiem, o któ­rej wrócę.

– Co się stało? – zapy­tał Lucas. Na jego zaspa­nej twa­rzy poja­wił się nie­po­kój. Ci chłopcy wie­dzieli, co to są nagłe sytu­acje, i znaj­do­wali pocie­chę w ruty­nie. Szcze­gól­nie Lucas. Był taki jak jego matka, opie­kuń­czy i tro­skliwy.

– Nic takiego – odpo­wie­dział krótko Johnny. – Muszę poje­chać do mia­sta.

– On trak­tuje nas jak dzieci – stwier­dził Wills, odsu­wa­jąc koł­drę. – Chodźmy, Sky­wal­ker.

Johnny nie­cier­pli­wie spoj­rzał na zega­rek. Było osiem po pią­tej. Musiał wyjść teraz, żeby zdą­żyć na prom o pią­tej dwa­dzie­ścia.

Lucas wstał z łóżka, pod­szedł do Johnny’ego i spoj­rzał na niego spod brą­zo­wej czu­pryny.

– Coś z Marah?

Oczy­wi­ście, to ich nie­po­ko­iło. Ileż to razy pędzili zoba­czyć się z mamą w szpi­talu. I Bóg jeden wie, w jakich tara­pa­tach jest dziś Marah. Wszy­scy się o nią mar­twili.

Zapo­mniał, jacy są czujni nawet teraz, nie­mal cztery lata póź­niej. Tra­ge­dia nazna­czyła ich wszyst­kich. Sta­rał się, jak mógł, ale mimo wysił­ków nie był w sta­nie zre­kom­pen­so­wać chłop­com utraty matki.

– Z Marah wszystko w porządku. Cho­dzi o Tully.

– A co się stało Tully? – zapy­tał Lucas. Wyglą­dał na prze­stra­szo­nego.

Tak bar­dzo ją kochali. Ileż to razy w ostat­nich latach bła­gali, żeby się z nią zoba­czyć. I ileż to razy Johnny znaj­do­wał jakąś wymówkę. Poczuł ukłu­cie winy.

– Jesz­cze dokład­nie nie wiem, ale dam wam znać, co się dzieje, jak tylko będę mógł – obie­cał Johnny. – Bądź­cie gotowi do szkoły, zanim Cor­rin przy­je­dzie, okej?

– Nie jeste­śmy dziećmi, tato – oznaj­mił Wills.

– Zadzwo­nisz do nas po tre­ningu? – zapy­tał Lucas.

– Zadzwo­nię.

Poca­ło­wał ich na do widze­nia i zgar­nął klu­czyki do auta ze sto­liczka przy drzwiach. Obej­rzał się jesz­cze raz – dwóch iden­tycz­nych chłop­ców, z za dłu­gimi wło­sami, w bok­ser­kach, za dużych T-shir­tach i z zatro­ska­nym minami. Wyszedł. Mieli pra­wie po dwa­na­ście lat, mogli zostać sami na dzie­sięć minut.

Wsiadł do auta, włą­czył sil­nik i poje­chał na prom. Na pokła­dzie został w samo­cho­dzie i nie­cier­pli­wie stu­kał pal­cami po obi­tej skórą kie­row­nicy przez trwa­jący trzy­dzie­ści pięć minut rejs.

Równo o szó­stej dzie­sięć wje­chał na par­king szpi­tala i zapar­ko­wał w sztucz­nym świe­tle latarni. Słońce miało wzejść dopiero za pół godziny.

Wszedł do budynku, który tak dobrze znał, i ruszył do recep­cji.

– Tal­lu­lah Hart – rzu­cił peł­nym tro­ski tonem. – Jestem z rodziny.

– Pro­szę pana, ja…

– Chcę się dowie­dzieć, w jakim jest sta­nie, i to natych­miast. – Powie­dział to tak ostro, że kobieta aż pod­sko­czyła w fotelu, jakby raził ją prąd.

– Och – powie­działa. – Zaraz wra­cam.

Johnny odszedł od kon­tu­aru recep­cji i zaczął krą­żyć po kory­ta­rzu. Boże, nie­na­wi­dził tego miej­sca, tych wszyst­kich aż za dobrze zna­jo­mych zapa­chów.

Opadł na nie­wy­godne pla­sti­kowe krze­sło i ner­wowo stu­kał stopą o lino­leum. Minuty mijały, z każdą kolejną coraz bar­dziej się dener­wo­wał.

Przez ostat­nie cztery lata nauczył się radzić sobie bez żony, miło­ści swo­jego życia, ale to nie było łatwe. Musiał prze­stać patrzeć w prze­szłość. Wspo­mnie­nia za bar­dzo raniły.

Ale jak miał nie patrzeć w prze­szłość tutaj? Aku­rat tutaj? Przy­jeż­dżali do tego szpi­tala na ope­ra­cje, che­mio­te­ra­pię i naświe­tla­nia. Spę­dzili tu razem wiele godzin, on i Kate, obie­cu­jąc sobie, że ich miłość pokona raka.

Oszu­ki­wali się.

Gdy wresz­cie zmie­rzyli się z prawdą, stało się to tutaj, w tym szpi­talu.

Był rok 2006. Johnny leżał obok niej, obej­mo­wał ją i sta­rał się nie zauwa­żać, jak bar­dzo schu­dła przez ten rok walki o życie. Z iPoda Kate sły­chać było Kelly Clark­son. Some people wait a life­time… for a moment like this.

Pamię­tał wyraz twa­rzy Kate. Ból pło­nął w niej niczym płynny ogień; bolało ją wszystko. Kości, mię­śnie, skóra. Brała tyle mor­finy, ile miała odwagi, ale chciała być przy­tomna, żeby nie wystra­szyć dzieci.

– Chcę do domu – powie­działa.

Gdy na nią spoj­rzał, mógł jedy­nie pomy­śleć: Ona umiera. Prawda była trudna, łzy napły­nęły mu do oczu.

– Moje maleń­stwa – powie­działa cicho, a potem się roze­śmiała. – Cóż, to już nie są maleń­stwa. Rosną im stałe zęby. O, tu masz dolara. Dla wróżki zębuszki. I rób zdję­cia. Marah też. Powiedz jej, że rozu­miem. Ja też byłam dla swo­jej mamy okropna, gdy mia­łam szes­na­ście lat.

– Nie jestem gotowy na tę roz­mowę – odpo­wie­dział, zawsty­dzony wła­sną sła­bo­ścią. Dostrzegł zawód w jej spoj­rze­niu.

– Potrze­buję Tully – powie­działa wtedy, zaska­ku­jąc go.

Jego żona i Tully Hart przez więk­szość życia były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami – aż do kłótni, która je roz­dzie­liła. Nie roz­ma­wiały ze sobą przez ostat­nie dwa lata, a w tym okre­sie Kate musiała zmie­rzyć się z rakiem. Johnny nie mógł wyba­czyć Tully ani samej kłótni (która oczy­wi­ście była jej winą), ani nie­obec­no­ści, gdy Kate potrze­bo­wała jej naj­bar­dziej.

– Nie. Po tym, co ci zro­biła? – rzu­cił gorzko.

Kate przy­su­nęła się do niego odro­binę. Widział, jak boli ją naj­drob­niej­szy ruch.

– Potrze­buję Tully – powtó­rzyła, tym razem łagod­niej. – Jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką od ósmej klasy.

– Wiem, ale…

– Musisz jej wyba­czyć, Johnny. Jeśli ja mogę, to i ty możesz.

– To nie takie łatwe. Zra­niła cię.

– A ja ją. Kłót­nia naj­lep­szych przy­ja­ció­łek. Które stra­ciły z oczu to, co się liczy. – Wes­tchnęła. – Wierz mi, teraz wiem, co jest ważne, i potrze­buję jej.

– Sądzisz, że przyj­dzie, jeśli zadzwo­nisz? Minęło sporo czasu.

Kate uśmiech­nęła się mimo bólu.

– Przyj­dzie. – Dotknęła jego twa­rzy, zmu­sza­jąc go, by na nią spoj­rzał. – Musisz się nią… potem… zaopie­ko­wać.

– Nie mów tak – szep­nął.

– Ona nie jest tak silna, jak się wydaje. Wiesz o tym. Obie­caj mi.

Johnny zamknął oczy. Przez ostat­nie lata inten­syw­nie pra­co­wał nad tym, by pora­dzić sobie z żalem i uło­żyć rodzi­nie nowe życie. Nie chciał wspo­mi­nać tam­tego kosz­mar­nego roku, ale jak miał to zro­bić – zwłasz­cza teraz?

Tul­ly­iKate. Były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami przez nie­mal trzy­dzie­ści lat i gdyby nie Tully, Johnny nie spo­tkałby miło­ści swo­jego życia.

Od chwili, gdy Tully weszła do jego skrom­nego biura, Johnny był nią ocza­ro­wany. Miała dwa­dzie­ścia lat i była pełna żaru i pasji. Prze­ko­nała go, by zatrud­nił ją w małej sta­cji tele­wi­zyj­nej, którą wtedy pro­wa­dził. Wyda­wało mu się, że się w niej zako­chał, ale to nie była miłość, tylko coś innego. Uległ jej uro­kowi. Była żyw­sza, jaśniej­sza niż kto­kol­wiek, kogo znał. Gdy stało się obok niej, to jakby czło­wiek zna­lazł się w peł­nym słońcu po mie­sią­cach prze­by­wa­nia w cie­niu. Od razu wie­dział, że będzie sławna.

Gdy przed­sta­wiła go swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce, Kate Mular­key, która wyda­wała się bled­sza i cich­sza i jakby nie­siona przez potężną falę Tully, ledwo zwró­cił na nią uwagę. Dopiero parę lat póź­niej, gdy Katie odwa­żyła się go poca­ło­wać, Johnny dostrzegł w oczach tej kobiety swoją przy­szłość. Pamię­tał pierw­szy raz, gdy się kochali. Byli mło­dzi – on miał trzy­dzie­ści lat, ona dwa­dzie­ścia pięć – ale tylko ona była naiwna.

– Zawsze tak jest? – zapy­tała go cicho.

Miłość przy­szła do niego tak po pro­stu, na długo przed tym, zanim był gotowy.

– Nie – odpo­wie­dział, już wtedy nie umie­jąc jej okła­mać. – Nie zawsze.

Po tym, jak wzięli z Kate ślub, z daleka obser­wo­wał bły­ska­wiczną karierę dzien­ni­kar­ską Tully, a one pozo­stały sobie bliż­sze niż sio­stry. Roz­ma­wiały przez tele­fon pra­wie codzien­nie i Tully przy­jeż­dżała do nich nie­mal na wszyst­kie święta. Gdy zre­zy­gno­wała z pracy w sieci tele­wi­zyj­nej i wró­ciła z Nowego Jorku do Seat­tle, by stwo­rzyć wła­sny talk show, upro­siła Johnny’ego, by go pro­du­ko­wał. To były dobre lata. Pełne suk­ce­sów. Dopóki nowo­twór i śmierć Kate wszyst­kiego nie znisz­czyły.