Gdzie poniesie wiatr

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gdzie poniesie wiatr
Gdzie poniesie wiatr
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Gdzie poniesie wiatr
Gdzie poniesie wiatr
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  31,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Pro­log

2  1921 1 2 3 4 5

3  1934 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16

4  1935 17 18 19 20 21 22 23

5  1936 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36

6  Epi­log 1940

7  Nota autorki

8  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału THE FOUR WINDS

Wydawca Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący Iwona Den­kie­wicz Redak­cja Maja Strze­żek Korekta Ewa Gra­bow­ska, Miro­sława Kostrzyń­ska

Copy­ri­ght © 2021 by Kri­stin Han­nah

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Zie­liń­ska, 2021

War­szawa 2021

ISBN 978-83-813-9928-9

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa

ul. Han­kie­wi­cza 2

Dys­try­bu­cja

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Tato, ta książka jest dla Cie­bie

Pro­log

Pro­log

Moneta, z którą się nie roz­staję, mówi o nadziei; jed­no­cen­tówka poda­ro­wana przez męż­czy­znę, któ­rego poko­cha­łam. Były takie chwile w mojej podróży, kiedy czu­łam, że tylko nadzieja, któ­rej sym­bo­lem jest ta moneta, trzyma mnie przy życiu.

Przy­je­cha­łam na zachód w poszu­ki­wa­niu lep­szego życia, tym­cza­sem bieda, zły los i chci­wość zmie­niły mój ame­ry­kań­ski sen w kosz­mar. Ostat­nie lata są cza­sem rze­czy stra­co­nych: pracy, domu, środ­ków do życia.

Zie­mia, którą kocha­li­śmy, zwró­ciła się prze­ciwko nam, zła­mała nas wszyst­kich, nawet tych upar­tych sta­rych męż­czyzn, któ­rzy roz­pra­wiali o pogo­dzie i nawza­jem gra­tu­lo­wali sobie obfi­tych plo­nów psze­nicy. Tutaj męż­czy­zna musi wal­czyć, żeby utrzy­mać rodzinę – mówili.

Męż­czy­zna.

Zawsze tylko męż­czyźni. Im się pew­nie wydaje, że goto­wa­nie, sprzą­ta­nie, wycho­wy­wa­nie dzieci i upra­wia­nie ogrodu nic nie zna­czy. A prze­cież my, kobiety z Wiel­kich Rów­nin, też haro­wa­ły­śmy od świtu do nocy na far­mach psze­nicy, aż spa­lone słoń­cem wysy­cha­ły­śmy na wiór jak ta zie­mia, którą kocha­ły­śmy.

Cza­sami, gdy zamy­kam oczy, jestem gotowa przy­siąc, że na­dal mam w ustach pył…

1921

1921

Szko­dząc ziemi, szko­dzisz swoim dzie­ciom.

– Wen­dell Berry, far­mer i poeta

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Elsa Wol­cott przez wiele lat spę­dzo­nych w wymu­szo­nej izo­la­cji czy­tała o przy­go­dach fik­cyj­nych postaci i snuła wyobra­że­nia o innym życiu. W samotni swo­jej sypialni, oto­czona książ­kami, jej jedy­nymi przy­ja­ciół­kami, cza­sami, choć nie­zbyt czę­sto, ośmie­lała się marzyć o prze­ży­ciu wła­snej przy­gody. Nie­ustan­nie sły­szała od rodziny, że cho­roba, którą prze­szła w dzie­ciń­stwie, nad­wą­tliła jej zdro­wie, na zawsze zmie­nia­jąc życie, i ska­zała na samot­ność, a ona w dobre dni w to wie­rzyła.

W złe, takie jak ten, czuła, że zawsze była obca we wła­snej rodzi­nie. Oni zawsze dawali jej do zro­zu­mie­nia, że jest inna, że do nich nie pasuje.

Ten wieczny brak apro­baty, wra­że­nie, że bra­kuje jej cze­goś nie­na­zwa­nego, nie­okre­ślo­nego, spra­wiały jej ból. Elsa zdą­żyła do niego przy­wyk­nąć; sie­działa cicho, nie doma­ga­jąc się ani nie szu­ka­jąc uwagi, pogo­dzona z tym, że była kochana, lecz nie­ko­niecz­nie darzona sym­pa­tią. Zdą­żyła przy­wyk­nąć do chłod­nego trak­to­wa­nia i rzadko je zauwa­żała. Wie­działa jed­nak, że to dystan­so­wa­nie się rodziny nie miało nic wspól­nego z koniecz­no­ścią izo­la­cji przy­pi­sy­waną cho­ro­bie.

Teraz sie­działa z książką w swoim ulu­bio­nym fotelu w salo­nie. Zamknęła ją i pogrą­żyła się w myślach. Wiek nie­win­no­ści coś w niej obu­dził, bole­śnie przy­po­mniał o upły­wie czasu.

Jutro są jej uro­dziny.

Dwu­dzie­ste piąte.

Podobno to mło­dość. Wiek, w któ­rym męż­czyźni piją samo­gon, jeż­dżą samo­cho­dami jak sza­leńcy, słu­chają rag­time’ów i tań­czą z dziew­czy­nami z opa­skami na gło­wach, wystro­jo­nymi w suk­nie z frędz­lami.

Z kobie­tami było ina­czej.

Nadzieja sła­bła około dwu­dziestki. Gdy kobieta koń­czyła dwa­dzie­ścia dwa lata, odpro­wa­dzały ją dłu­gie, smutne spoj­rze­nia, zaczy­nały się szepty na mie­ście i w kościele. W wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat klamka zapa­dała. Nie­za­mężna kobieta sta­wała się starą panną. „Na półce” – mówili za jej ple­cami i krę­cąc gło­wami, cmo­kali z dez­apro­batą, myśląc o utra­co­nych szan­sach. Zazwy­czaj ludzie zasta­na­wiali się, dla­czego, co takiego spra­wiło, że nor­malna dziew­czyna z dobrego domu koń­czyła jako stara panna. Jed­nak w przy­padku Elsy dla wszyst­kich to było oczy­wi­ste. Pew­nie uwa­żali, że jest głu­cha, kiedy o niej mówili. Bie­dac­two. Chuda jak szczapa. Daleko jej z urodą do sióstr.

Uroda. Elsa wie­działa, że na tym pole­gał pro­blem. Nie nale­żała do atrak­cyj­nych kobiet. Gdyby ktoś obcy zoba­czył ją w jej dobrym dniu w naj­bar­dziej ele­ganc­kiej sukni, mógłby ewen­tu­al­nie uznać ją za przy­stojną. Pod każ­dym wzglę­dem była „za”. Za wysoka, za chuda, za blada, za nie­śmiała.

Elsa uczest­ni­czyła w ślu­bach obu sióstr. Żadna nie popro­siła, żeby towa­rzy­szyła jej przed ołta­rzem i ona to rozu­miała. Mając pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, góro­wa­łaby nad ich wybran­kami i to zepsu­łoby foto­gra­fie, a u Wol­cot­tów naj­bar­dziej liczył się wize­ru­nek. Jej rodzice cenili go ponad wszystko.

Nie potrzeba było geniu­sza, żeby prze­wi­dzieć, jak poto­czy się życie Elsy i jaka czeka ją przy­szłość. Zosta­nie tutaj, w domu rodzi­ców na Rock Road, pod opieką Marii, słu­żą­cej, która od wie­ków pro­wa­dziła im gospo­dar­stwo. Kie­dyś, gdy Marii zabrak­nie, na Elsę spad­nie opieka nad rodzi­cami, a po ich śmierci zosta­nie sama jak palec.

Czym się wykaże w życiu? Jaki zostawi po sobie ślad? Kto ją będzie pamię­tał i za co?

Zamknęła oczy i oddała się od dawna pie­lę­gno­wa­nym marze­niom: mieszka w jakimś innym miej­scu. We wła­snym domu. Sły­szy śmiech dzieci. Swo­ich dzieci.

 

Życie, a nie zale­d­wie egzy­sten­cja. To było jej marze­nie: świat, gdzie życia i wybo­rów nie ogra­ni­cza gorączka reu­ma­tyczna, na którą zapa­dła w wieku czter­na­stu lat; życie, w któ­rym odkrywa w sobie nie­znane dotąd talenty i nie jest oce­niana jedy­nie na pod­sta­wie wyglądu.

Fron­towe drzwi otwo­rzyły się z trza­skiem i jej rodzina, gło­śno tupiąc, wkro­czyła do domu. Jak zwy­kle trzy­mali się razem, hała­śliwi i roze­śmiani. Na prze­dzie kor­pu­lentny ojciec o czer­wo­nej od alko­holu twa­rzy, z dwoma pięk­nymi młod­szymi sio­strami Elsy, Char­lottą i Suzanną, po bokach, a za nimi szła ele­gancka matka, gawę­dząc z przy­stoj­nymi zię­ciami.

– Elso? – Ojciec przy­sta­nął nad nią. – Dla­czego jesz­cze nie jesteś łóżku?

– Chcia­łam z wami poroz­ma­wiać.

– O tej porze? – zdzi­wiła się matka. – Masz rumieńce. Może gorącz­ku­jesz?

– Mamo, ja od lat nie mie­wam gorączki, dobrze wiesz. – Elsa wstała z fotela, splo­tła dło­nie i patrzyła z napię­ciem na swoją rodzinę.

Teraz – pomy­ślała. Musi to zro­bić. Zanim kolejny raz zabrak­nie jej odwagi.

– Papo. – Zabrzmiało to tak cicho, że pew­nie nie usły­szał, spró­bo­wała więc jesz­cze raz, gło­śniej, tro­chę natar­czy­wie. – Papo!

Pod­niósł na nią wzrok.

– Jutro koń­czę dwa­dzie­ścia pięć lat.

Matkę chyba ziry­to­wało to przy­po­mnie­nie.

– Wiemy, Elso.

– Tak, oczy­wi­ście. Ja tylko chcę powie­dzieć, że pod­ję­łam decy­zję.

W rodzi­nie zapa­dła cisza.

– Ja… W Chi­cago jest col­lege, gdzie wykła­dają lite­ra­turę i przyj­mują kobiety. Chcę się kształ­cić…

– Elsi­nore – zaczął ojciec – po co ci nauka? Swego czasu byłaś zbyt chora, żeby dokoń­czyć szkołę. To absur­dalny pomysł.

Poczuła się nie­zręcz­nie, widząc swoją klę­skę odbi­ja­jącą się w tylu oczach. Walcz o swoje. Odwagi.

– Ale papo, jestem doro­sła. Nie cho­ruję, odkąd skoń­czy­łam czter­na­ście lat. Myślę, że tam­ten lekarz… zbyt pochop­nie posta­wił dia­gnozę. Jestem zdrowa. Naprawdę. Mogła­bym zostać nauczy­cielką. Albo pisarką…

– Pisarką? – pod­chwy­cił. – Masz jakiś ukryty talent, o któ­rym nic nam nie wia­domo?

– Moż­liwe – wydu­siła z tru­dem pod miaż­dżą­cym spoj­rze­niem ojca.

Pan Wol­cott odwró­cił się do żony.

– Elsa potrze­buje cze­goś na uspo­ko­je­nie.

– Wcale nie histe­ry­zuję, papo.

Wie­działa, że roz­mowa została zakoń­czona. Tej bitwy nie mogła wygrać. Miała sie­dzieć cicho i naj­le­piej scho­dzić wszyst­kim z oczu, a nie zdo­by­wać świat.

– Nic mi nie jest. Pójdę na górę.

Odwró­ciła się od rodziny, bo i tak nikt już na nią nie patrzył. Znik­nęła z pokoju, jakby roz­pły­wa­jąc się w powie­trzu.

Żało­wała, że w ogóle prze­czy­tała Wiek nie­win­no­ści. Co dobrego jej przy­szło z tych nie­wy­po­wie­dzia­nych tęsk­not? Ni­gdy się nie zako­cha, ni­gdy nie uro­dzi dziecka.

Na scho­dach dobie­gły ją dźwięki muzyki z dołu. Słu­chali płyty na nowym gra­mo­fo­nie.

Przy­sta­nęła.

Zejdź do nich, przy­suń sobie krze­sło.

Zatrza­snęła drzwi, odci­na­jąc tamte dźwięki. Nie byłaby tam mile widziana.

W lustrze nad umy­walką zoba­czyła odbi­cie bla­dej twa­rzy. Wyglą­dała, jakby jakieś nie­przy­chylne dło­nie wycią­gnęły ją za spi­cza­sty pod­bró­dek. Dłu­gie, cien­kie włosy w kolo­rze psze­nicy opa­dały pro­sto, aku­rat gdy nosiło się fale. Matka nie pozwo­liła ich mod­nie obciąć, twier­dząc, że z krót­kimi będzie wyglą­dać jesz­cze gorzej. Poza nie­bie­skimi oczami wszystko w Elsie było bez­barwne, jakby wyprane z kolo­rów.

Zapa­liła lampkę i wzięła z noc­nego sto­lika jedną ze swo­ich ulu­bio­nych powie­ści.

Pamięt­niki Fanny Hill.

Weszła do łóżka i zatra­ciła się w skan­da­li­zu­ją­cej lek­tu­rze. Poczuła budzącą lęk, grzeszną chęć doty­ka­nia sie­bie i o mało jej nie ule­gła. Ból, jaki wywo­ły­wały czy­tane słowa, był trudny do znie­sie­nia; fizyczny ból powo­do­wany tęsk­notą.

Zamknęła książkę z jesz­cze więk­szym poczu­ciem odrzu­ce­nia. Nie­spo­kojna. Nie­za­spo­ko­jona.

Jeżeli wkrótce cze­goś nie zrobi, nie posu­nie się do jakie­goś sza­lo­nego kroku, jej przy­szłość będzie wyglą­dać tak samo jak teraź­niej­szość. Do końca życia będzie tkwić w tym domu, dzień i noc postrze­gana przez pry­zmat cho­roby sprzed dzie­się­ciu lat i swo­jej wąt­pli­wej urody, na którą nie miała wpływu. Ni­gdy nie pozna pod­nie­ce­nia, jakie budzi dotyk męż­czy­zny, ani rado­ści z dzie­le­nia łoża. Ni­gdy nie będzie miała dziecka. Ani wła­snego domu.


Tam­tej nocy drę­czyła ją tęsk­nota. Nad ranem wie­działa, że musi coś zro­bić, żeby zmie­nić swoje życie.

Ale co?

Nie każda kobieta była piękna albo cho­ciaż ładna. Inne też w dzie­ciń­stwie cho­ro­wały, a potem żyły peł­nią życia. Podej­rze­wała, że szkoda, jaką cho­roba wyrzą­dziła jej sercu, była jakimś medycz­nym wymy­słem. Zawsze biło równo i ni­gdy nie dawało powo­dów do nie­po­koju. Musiała uwie­rzyć, że nie bra­kuje jej wigoru, cho­ciaż nie miała oka­zji tego spraw­dzić. Bo niby w jaki spo­sób? Ni­gdy nie pozwa­lano jej bie­gać, bawić się czy tań­czyć. Kiedy miała czter­na­ście lat, zmu­szono ją do porzu­ce­nia szkoły, więc ni­gdy nie miała ado­ra­tora. Więk­szość życia spę­dziła zamknięta w swoim pokoju, czy­ta­jąc wymy­ślone histo­rie, ukła­da­jąc wła­sne i samo­dziel­nie uzu­peł­nia­jąc edu­ka­cję.

Tam, na zewnątrz, musiały ist­nieć jakieś moż­li­wo­ści, ale gdzie miała ich szu­kać?

Biblio­teka. W książ­kach znaj­dzie odpo­wie­dzi na wszel­kie pyta­nia.

Zasłała łóżko, pode­szła do umy­walki, roz­cze­sała dłu­gie do pasa włosy, splo­tła je, ubrała się w pro­stą gra­na­tową sukienkę z krepy, wło­żyła jedwabne poń­czo­chy i pan­to­fle na obca­sach. Uzu­peł­niła strój o giem­zowe ręka­wiczki oraz kape­lusz w kształ­cie hełmu i wzięła torebkę.

Zeszła na dół, zado­wo­lona, że matka śpi o tak wcze­snej porze. Ona nie lubiła, kiedy Elsa wycho­dziła z domu. Wyją­tek sta­no­wiły nie­dzielne msze, na któ­rych zawsze pro­siła wier­nych o modli­twę za zdro­wie córki. Elsa wypiła fili­żankę kawy i wyszła na sło­neczny majowy pora­nek.

Dal­hart, mia­sto poło­żone w regio­nie Tek­sas Pan­han­dle, budziło się do życia w jaskra­wym słońcu. Otwie­rano sklepy sto­jące wzdłuż drew­nia­nych chod­ni­ków, na drzwiach odwra­cano tabliczki z napi­sem: „Zamknięte”. Dalej, za mia­stem, pod ogrom­nym, błę­kit­nym nie­bem cią­gnęły się Wiel­kie Rów­niny, bez­kres żyznej ziemi.

Sto­lica hrab­stwa prze­ży­wała wła­śnie okres pro­spe­rity. Bar­dzo się roz­ro­sła, odkąd jeź­dził tędy pociąg z Kan­sas do Nowego Mek­syku. Na linii nieba domi­no­wała nowa wieża ciśnień. Pod­czas Wiel­kiej Wojny psze­nica i kuku­ry­dza zmie­niły te akry ziemi w żyłę złota. Powie­dze­nie, które wtedy krą­żyło: Psze­nica wygra wojnę!, na­dal wbi­jało far­me­rów w dumę. Zro­bili, co do nich nale­żało.

Poja­wie­nie się trak­to­rów uczy­niło pracę lżej­szą, a lata dobrych zbio­rów – z desz­czem i z korzyst­nymi cenami – pozwo­liły far­me­rom orać coraz więk­sze poła­cie ziemi pod psze­nicę. Susza z tysiąc dzie­więć­set ósmego roku, o któ­rej nie­gdyś opo­wia­dali sta­rusz­ko­wie, poszła w zapo­mnie­nie. Od lat regu­lar­nie padały desz­cze, przy­no­sząc bogac­two miesz­kań­com mia­sta, z ojcem Elsy, który zara­biał na sprze­daży rol­ni­czego sprzętu, na czele.

Tego ranka far­me­rzy zebrali się przed restau­ra­cją i roz­ma­wiali o cenach skupu, a kobiety pro­wa­dziły dzieci do szkoły. Zale­d­wie parę lat wcze­śniej jeź­dziły tutaj konne wozy, a teraz auto­mo­bile, plu­jąc spa­li­nami i trą­biąc klak­so­nami, sunęły z war­ko­tem w jasną przy­szłość. W szybko roz­ra­sta­ją­cym się Dal­hart urzą­dzano towa­rzy­skie spo­tka­nia i potań­cówki, a w nie­dziele cho­dziło się na poranną mszę. Ciężko pra­cu­ją­cym, podob­nie myślą­cym ludziom dobrze się tutaj żyło dzięki zyskom z ziemi.

Elsa szła Main Street. Miała wra­że­nie, że pod­ska­kuje, bo deski chod­nika ugi­nały się lekko pod jej sto­pami przy każ­dym kroku. Nad nie­któ­rymi skle­pami wisiały pod­cze­pione do oka­pów skrzynki z kwia­tami, two­rząc tak tutaj pożą­dane barwne plamy. Miej­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Deko­ra­to­rek zaj­mo­wało się nimi z wielką dba­ło­ścią. Elsa minęła kasę zapo­mo­gowo-pożycz­kową i nowy salon sprze­dawcy for­dów. Zdu­mie­wało ją, że można tak po pro­stu wejść do sklepu, wybrać auto­mo­bil i jesz­cze tego samego dnia poje­chać nim do domu.

Skrzyp­nęły drzwi składu kolo­nial­nego i wła­ści­ciel, pan Hurst, wyszedł za próg z mio­tłą. Pod­wi­nął rękawy koszuli, demon­stru­jąc musku­larne przed­ra­miona. Miał rumianą twarz z domi­nu­ją­cym nad cało­ścią okrą­głym, mię­si­stym nosem podob­nym do hydrantu. Ten kupiec nale­żał do naj­bo­gat­szych ludzi w mie­ście. Był wła­ści­cielem składu kolo­nial­nego, restau­ra­cji, budki z lodami i apteki. Jedy­nie Wol­cot­to­wie miesz­kali tutaj dłu­żej od niego. Podob­nie jak oni nale­żał do trze­ciego poko­le­nia Tek­sań­czy­ków, dum­nych z tego faktu. Uko­chany dzia­dek Elsy, Wal­ter, do śmierci nazy­wał sie­bie Straż­ni­kiem Tek­sasu.

– Dzień dobry, panno Wol­cott – przy­wi­tał ją, odgar­nia­jąc kilka pasm wło­sów z rumia­nej twa­rzy. – Zanosi się na piękny dzień. Idzie panienka do biblio­teki?

– Tak – odparła. – Bo niby dokąd?

– Mam czer­wony jedwab. Pro­szę powie­dzieć sio­strom. Wyjdą z tego ładne suk­nie.

Elsa przy­sta­nęła.

Czer­wony jedwab.

Ni­gdy nie miała nic z czer­wo­nego jedwa­biu.

– Pro­szę poka­zać.

– Ach! Oczy­wi­ście. Zasko­czy panienka sio­stry.

Pan Hurst szybko cof­nął się w głąb sklepu. Gdzie­kol­wiek Elsa spoj­rzała, widziała kolory: skrzynki pełne zie­lo­nego groszku i czer­wo­nych tru­ska­wek, stosy lawen­do­wych myde­łek, a każde owi­nięte w bibułkę, worki mąki i cukru, słoje z mary­na­tami.

Wzdłuż pó­łek z por­ce­laną, sre­brami sto­ło­wymi i sto­sami poskła­da­nych barw­nych obru­sów oraz far­tu­chów popro­wa­dził ją do regału z belami mate­ria­łów. Prze­kła­dał je przez chwilę, zanim dogrze­bał się do kuponu ciem­no­czer­wo­nego jedwa­biu.

Elsa ścią­gnęła giem­zowe ręka­wiczki, odło­żyła je na ladę i wzięła jedwab do ręki. Ni­gdy nie doty­kała cze­goś tak deli­kat­nego. A dzi­siaj miała uro­dziny…

– Przy kar­na­cji Char­lotte…

– Ja go wezmę – powie­działa.

Czy jej się zda­wało, że wymó­wiła „ja” z lek­kim naci­skiem? Tak. Musi go mieć.

Pan Hurst zer­k­nął na nią z dziwną miną, zawi­nął kupon w brą­zowy papier, obwią­zał paku­nek sznur­kiem i podał go Elsie.

Już miała wycho­dzić, kiedy rzu­ciła jej się w oczy poły­sku­jąca srebrna opa­ska na włosy ozdo­biona kora­li­kami. Dokład­nie coś takiego mogła nosić hra­bina Ellen Olen­ska z Wieku nie­win­no­ści.


Wra­cała do domu z biblio­teki, przy­ci­ska­jąc do piersi brą­zową paczkę z jedwa­biem.

Pchnęła skrzy­dło bogato zdo­bio­nej czar­nej bramy i zna­la­zła się w kró­le­stwie matki – sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nym ogro­dzie prze­sy­co­nym zapa­chem róż i jaśminu. Na końcu ścieżki obsa­dzo­nej żywo­pło­tem stał duży dom Wol­cot­tów. Dzia­dek Elsy zbu­do­wał go zaraz po woj­nie sece­syj­nej dla uko­cha­nej kobiety.

Nie było dnia, żeby Elsa za nim nie tęsk­niła. Dzia­dek był krew­kim męż­czy­zną, sko­rym do bitki i do wypitki, ale jeżeli kogoś poko­chał, to kochał na zabój. Całymi latami opła­ki­wał żonę. Jako jedyny Wol­cott, oprócz Elsy, uwiel­biał czy­tać, a w trak­cie rodzin­nych spo­rów czę­sto sta­wał po jej stro­nie. Nie martw się umie­ra­niem, Elso. Martw się, żeby nie prze­ga­pić życia. Odwagi.

Po jego śmierci nikt już nie mówił tak do Elsy i bar­dzo jej dziadka bra­ko­wało. Jego opo­wie­ści o awan­tur­ni­czych począt­kach Tek­sasu w Loredo, w Dal­las, w Austin i dalej, na Wiel­kich Rów­ni­nach, nale­żały do jej naj­lep­szych wspo­mnień.

On na pewno kazałby jej kupić czer­wony jedwab.

Mama pod­nio­sła głowę znad róż i odchy­liła nowy cze­pek.

– Gdzie byłaś, Elso?

– W biblio­tece.

 

– Powin­naś popro­sić papę, żeby cię pod­wiózł. Cho­dząc, nie­po­trzeb­nie się for­su­jesz.

– Nic mi nie jest, mamo.

Oni wszy­scy chyba naprawdę chcą, żeby była chora.

– Idź, połóż się. Zanosi się na upał. Powiedz Marii, żeby zro­biła ci lemo­niadę. – Mama wró­ciła do ści­na­nia kwia­tów i ukła­da­nia ich w koszu.

Elsa weszła fron­to­wymi drzwiami do ciem­na­wego holu. W dni, kiedy gro­ził upał, wszyst­kie okien­nice pozo­sta­wały zamknięte. W tej czę­ści stanu więk­szość domów tonęła w pół­mroku. Zamknęła za sobą drzwi. Maria w kuchni śpie­wała coś po hisz­pań­sku.

Elsa prze­mknęła przez par­ter i poszła na górę do sypialni. Odwi­nęła brą­zowy papier i zapa­trzyła się na poły­skliwy, rubi­nowy jedwab. Musiała go pogła­skać. Śli­ski mate­riał przy­po­mi­nał w dotyku wstążkę, którą nosiła w dzie­ciń­stwie, kiedy jesz­cze ssała kciuk. Z jakie­goś powodu podzia­łało to na nią kojąco.

Czy się odważy, czy zrobi to, co nagle przy­szło jej do głowy?

Zacznie od wyglądu…

Odwagi.

Chwy­ciła w garść pęk się­ga­ją­cych talii wło­sów i obcięła je na wyso­ko­ści pod­bródka. Czuła się tro­chę oszo­ło­miona, ale nie prze­sta­wała ciąć, dopóki pod­łogi u jej stóp nie zasłały dłu­gie pasma jasnop­sze­nicz­nych wło­sów.

Puka­nie do drzwi tak ją zasko­czyło, że prze­stra­szona upu­ściła nożyczki. Upa­dły ze szczę­kiem na komodę.

Matka otwo­rzyła drzwi i weszła do pokoju. Zamarła na widok zma­sa­kro­wa­nych wło­sów Elsy.

– Coś ty zro­biła?

– Chcia­łam…

– Nie wyj­dziesz z domu, dopóki nie odro­sną. Co by ludzie powie­dzieli?

– Młode kobiety noszą teraz boby, mamo.

– Ale nie te porządne młode kobiety. Przy­niosę ci kape­lusz.

– Chcia­łam ład­nie wyglą­dać – wyznała Elsa.

Litość, którą dostrze­gła w oczach matki, była nie do znie­sie­nia.