Teraz twój ruch

Tekst
Z serii: Game On #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Teraz twój ruch
Teraz twój ruch
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Teraz twój ruch
Teraz twój ruch
Audiobook
Czyta Grzesław Krzyżanowski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 7

Fiona

Dexa nie ma w domu. Nie wrócił ani wtedy, gdy Ivy i Gray kładli się spać, ani gdy czytałam w łóżku do późna. Nie było go nadal o drugiej w nocy, gdy się poddałam i wyłączyłam czytnik.

Leżałam w ciszy mojego przytulnego pokoju, przycupniętego na poddaszu, i patrzyłam w stronę okna zasłoniętego ciężkimi różowymi zasłonami. Urządzałam ten pokój, był moim pierwszym projektem. Białe ściany, rokokowa komoda ze złoceniami, białe łóżko w stylu Ludwika XVI z zieloną satyną i kolorowe podobizny królowej Elżbiety autorstwa Andy’ego Warhola. Nazwałam to brytyjskim shabby chic – na cześć mojej mamy, który była Angielką i korzystała z tej sypialni, gdy przyjeżdżała do Ivy i Graya.

Pokój naprzeciwko, który teraz zajmował Dex, urządziłam pod tatę. Ciemne barwy, męski styl: szara flanela na ścianach, łóżko z drzewa hebanowego, surowe zdjęcia, udrapowane szare zasłony. Sypialnia, która w tej chwili jest pusta.

Czyżby Dex mnie unikał? Jest zły? Zraniony?

Przypominam sobie dotyk jego palców na skórze, gdy wychodził. To było niczym rozmowa. Obietnica?

I co mi to daje, do diabła? Dlaczego to dla mnie takie istotne? Czemu to się dzieje tak szybko? Jeszcze wczoraj wieczorem powtarzałam sobie, że nie jest w moim typie – żeby chwilę później rzucić się na niego, całując go jak szalona.

Sapię i odrzucam kołdrę, moja skóra jest rozpalona i wrażliwa, jakby spacerowały po niej mrówki.

Może powinnam była posłuchać Graya i zdławić to – czymkolwiek, do cholery, było – w zarodku. Dex się gdzieś świetnie bawi? Bardzo dobrze. Idę spać, a rano zacznę go unikać. I to by było na tyle. Oboje będziemy grzecznie organizować sobie własne rozrywki, a w niedzielę wyjadę.

Godzinę później nadal nie mogłam zasnąć. Jasna cholera.


Dex

Dobra rzecz w mieszkaniu w pojedynkę jest taka, że nie musisz się skradać, gdy wracasz późno do domu. Teraz, będąc gościem, staram się poruszać bezszelestnie i nikogo nie obudzić, zwłaszcza dziecka.

Jestem wykończony i cuchnę papierosami. Kilku kolesi uparło się, żeby palić tam, gdzie graliśmy – przysięgam na Boga, że wszystkiemu winne są te obrazki z psami grającymi w pokera. Nie widzę żadnego innego powodu, żeby wypełniać pokój niebieskawym, trującym dymem. Jak niby miałoby to pomóc wygrywać?

Ja w każdym razie nie potrzebowałem żadnej pomocy – obrońcy nie umieją zachować pokerowej twarzy, czytałem w nich jak w otwartej księdze i teraz jestem o kilka kawałków bogatszy. Uśmiecham się do siebie na wspomnienie, jak Jaden klął, przegrywając kolejny raz.

Uśmiech gaśnie. Czułem perwersyjną przyjemność, że mogę skopać mu tyłek. Wmawiałem sobie, że nie ma to nic wspólnego ze sceną, którą widziałem w restauracji, że po prostu jako dobry środkowy nie mogę dopuścić, żeby pokonał mnie obrońca. Okłamywałem sam siebie. Tłumię westchnienie, wsuwam się do mojego pokoju. I zastygam w bezruchu.

Mała brązowa lampka przy łóżku wypełnia pokój ciepłym światłem. Niezbyt jasnym, ale wszystko widać bardzo wyraźnie. Zwinięta pod kołdrą w kłębek, z czytnikiem w ręku, w moim łóżku leży Fi. Śpi bardzo mocno, jej złote włosy rozsypały się na poduszce.

Zerkam szybko na drzwi – przez pomyłkę wszedłem do jej pokoju? Nie, przecież znam tamtą sypialnię, jest kolorowa, jasna, kobieca. Poza tym w rogu stoją moje buty, dżinsy wiszą na oparciu skórzanego fotela pod oknem.

Spoglądam znowu na Fi, taką malutką w tym wielkim łóżku, i czuję się jak w bajce o Złotowłosej, jak niedźwiedź, który odkrył, że ktoś zajął mu gawrę.

Cholera.

Przez całą noc próbowałem o niej nie myśleć. Całowała się z Jadenem – i nie wiem czemu. Nie wyglądało to na nic poważnego, śmiali się, pewnie zwykłe wygłupy. Ale wciąż czułem się tak, jakby ktoś przebił mi kołkiem pierś.

Lecz gdy na mnie spojrzała, w jej dużych oczach malowało się poczucie winy i żal.

Co mogłem jej powiedzieć?

Nie jestem z nią. To prawda, że jej pragnę i że się tego boję. Ale nie jest moja.

Pochrapuje cichutko, gdy przekręca się przez sen w moim łóżku.

Fi. W moim łóżku.

Może to coś znaczy.

Rozpinam pasek i zdejmuję dżinsy najciszej, jak potrafię. Chciałem wziąć prysznic, ale teraz już nie zaryzykuję – boję się, że nie będzie jej, kiedy wrócę. Zostawiam podkoszulek i slipy, bo nie zdołam leżeć nago obok Fi.

Gaszę światło, podchodzę do pustej części łóżka i wsuwam się pod kołdrę.

Fi się nie budzi, ale odwraca przez sen, jakby mnie szukała. A, do licha z tym wszystkim – przyciągam ją do siebie, przytulając się do jej pleców. Układa się wygodniej, wzdycha przez sen. Pozwalam sobie zanurzyć się w cieple jej ciała, wdychać zapach skóry. Jest taka przyjemna w dotyku. Ściska mi się serce.

Przyciągam ją jeszcze bliżej, kładę rękę na wąskiej talii, ujmuję dłonią jej miękką pierś. To jest takie słuszne, że wszystko się we mnie odpręża. Tak, jestem nakręcony, ale zmęczenie i ulga, że Fi mnie szukała, robią swoje. Zasypiam niemal od razu.

ROZDZIAŁ 8

Fiona

Dziwne uczucie, gdy budzisz się w łóżku faceta i nie pamiętasz ani tego, że tam zasnęłaś, ani tym bardziej, że z tym facetem spałaś. Robi się jeszcze dziwniej, kiedy budzisz się sama w jego pościeli.

Słońce pada na moją twarz, wyciągam ręce nad głową. Boli mnie szyja, za długo czytałam na leżąco. Nie wiem, skąd mi się wziął ten szalony pomysł, żeby wśliznąć się do pokoju Dexa i tam na niego zaczekać. Chyba coś nie wyszło.

Pościel obok mnie jest zgnieciona, więc pewnie spał obok mnie. Tego też nie pamiętam. I przykro mi, że już go tu nie ma.

Ale może i lepiej. Mam nieświeży oddech, włosy przyklepane do czaszki. Skradanie się do własnego pokoju jest jak powrót ze schadzki, tylko brakuje przyjemnie spędzonej nocy. Ha, ha.

Gorący prysznic i mocna kawa nie poprawiają parszywego humoru. W domu panuje cisza, co mnie trochę stresuje. Nie mogli zostawić mi wiadomości?

Już w swoim pokoju przeglądam social media w telefonie, czując się tak, jakbym utknęła w nieprzyjemnym odcinku Strefy Mroku, w którym się dowiaduję, że wszyscy ludzie na Ziemi już nie żyją. I wtedy właśnie w drzwiach staje Dex.

Już sam jego widok wywołuje mrowienie, przyspiesza bicie serca. I nieważne, że mam na sobie stare legginsy i podkoszulek, że jestem nieumalowana. Gdy Dex na mnie patrzy, czuję się piękna.

– Cześć. – Opiera się o futrynę, krzyżuje ręce na szerokiej piersi. I tyle.

Rzucam telefon na łóżko.

– Gdzie, do cholery, byłeś? Gdzie, do cholery, są wszyscy? Co tu się, do cholery, dzieje?

Usta się uśmiechają, broda porusza. Ale złotoorzechowe oczy pozostają spokojne jak zawsze, jakby umiał mnie przejrzeć na wylot.

– Ktoś tu jest w wyśmienitym humorze.

– Zajebistym. Ciekawe, jak ty byś się czuł, gdybyś obudził się sam i zastanawiał… – Zamykam się. Cholerny Dex, zawsze wyciąga ze mnie więcej, niż chcę powiedzieć.

Uśmiecha się jeszcze szerzej, odsuwa od drzwi, idzie do mnie powoli, z rozwagą. A moje podbrzusze już reaguje, pulsujące ciepło narasta między nogami

Materac się ugina, gdy Dex opiera na nim kolana, skrada się do mnie. I choć jestem wkurzona, zaczynam się uśmiechać, oddycham szybciej. On też się uśmiecha, w kącikach oczu pojawiają mu się zmarszczki.

Nie zatrzymuje się, od razu mnie całuje, delikatnie, głęboko, wolno. Dotykam jego policzków, sprężysta broda muska moje dłonie. Boże, jak on dobrze smakuje, jaki jest przyjemny w dotyku… Podążam za jego językiem i drżę.

W jego gardle narasta pomruk, Dex skubie moją dolną wargę i ssie, jakby był głodny. Potem odchyla się i zagląda mi w oczy.

– Zostawiłem cię samą właśnie dlatego, żeby tego nie zrobić.

Przesuwam kciukiem po jego dolnej wardze, teraz lekko nabrzmiałej od pocałunku.

– Naprawdę myślisz, że miałabym coś przeciwko?

Opuszcza odrobinę powieki, patrzy na moje usta, czuję delikatne muśnięcie palców na policzku.

– Kupiłem bajgle. Może nie są tak dobre jak nowojorskie, ale na pewno świeże.

– Ethanie – mówię cicho. – Robisz unik.

Kładzie się obok mnie, opiera głowę na ręce.

– Gray mówił, że całowałaś się z Jadenem, by pomóc Ivy.

Spinam się.

– Słowo daję, nawet grono szacownych matron nie plotkuje z takim rozmachem jak Gray. I gdzie oni w ogóle są?

– Wzięli małego i pojechali do Muir Woods pochodzić pod sekwojami.

– Niech ich diabli. Też chciałam tam pojechać.

– Zawiozę cię – mówi łagodnie, ale patrzy na mnie uważnie.

Wtulam się w poduszkę.

– Gray miał rację. To był kretyński dowcip.

– Nie podobało mi się. – Między jego brwiami tworzy się zmarszczka. – Mam na myśli patrzenie na to.

– Wiem. – Zaciskam palce na kołdrze, żeby nie wyciągnąć do niego ręki, bo czuję się tak, jakbym nie miała prawa. – Przepraszam. Ja też nie chciałabym patrzeć, jak całujesz inną kobietę.

– Nie chciałbym całować innej kobiety.

Patrzymy na siebie, nasze twarze są bardzo blisko. I to jest takie… przyjemne, pociągające. Nowe i dziwne.

– Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć – szepczę. – Nie spodziewałam się kogoś takiego jak ty, Ethanie.

Przygląda mi się.

– Czekałem dwa lata, aż mnie dostrzeżesz.

Mówi te słowa tak po prostu, bez wahania, a ja nadal nie umiem w nie uwierzyć.

Ściska mnie w gardle.

 

– Widzieliśmy się w sumie dwa razy.

– Cztery, nie licząc ślubu. Byłaś na dniu wręczenia dyplomów, gdy ja i Gray kończyliśmy studia. I na Draft Day − podczas wyławiania najlepszych zawodników do drużyny.

– Wywindowałeś się wysoko w pierwszej rundzie – mówię, bo już pamiętam. – Rzadkość dla środkowego.

– Miałaś białą sukienkę na wręczeniu dyplomów, a szarą wełnianą i wysokie czarne buty na drafcie.

Czuję się dziwnie, zanim znów się odezwę, muszę odchrząknąć.

– Czemu nie widziałam cię wcześniej? – Przecież cały czas był tuż przede mną. Wielki, piękny mężczyzna, który nie boi się szczerości.

Kciukiem zakłada mi kosmyk włosów za ucho.

– Nie wychylałem się.

– Dlaczego? I czemu teraz?

Marszczy brwi, patrzy na swój kciuk, który sunie po policzku do moich ust.

– Tym razem nie mogłem już trzymać się z daleka.

Nim zdążę spytać, co ma na myśli, kładzie dużą dłoń na moim karku i przyciąga mnie bliżej. I już czuję jego usta na swoich, spragnione, władcze, w silnym kontraście do czułego dotyku palców. Namiętne usta i delikatne dłonie.

Doprowadza mnie to do szaleństwa, przywieram do jego mocnego ciała, przesuwam palcami po jego włosach, oddaję pocałunki.

W jego piersi narasta pomruk zadowolenia; przewraca mnie na plecy, teraz jest nade mną, taki ogromny, jego szerokie plecy przesłaniają mi światło. Z tymi długimi włosami i dużą brodą wygląda dziko; prawdziwy mężczyzna, inny niż ci chłopcy, z którymi byłam.

W większym towarzystwie Dex wydaje się wycofany, nawet nieśmiały, ale przy mnie jest całkiem inny. W tej chwili ma całkowitą kontrolę; przechyla głowę i całuje mnie jeszcze zachłanniej, delektuje się moim smakiem, sprawiając, że chcę więcej – teraz.

Jest zbyt spostrzegawczy, żeby tego nie zauważyć. Pewnym ruchem przesuwa dłońmi po moich bokach, w górę, dociera do policzków, wyciszając mnie, spowalniając. I wciąż całuje, jakby to była najbardziej absorbująca rzecz na tym świecie.

Jego dotyk, to, jak się mną delektuje, jakbym była dobrym winem albo słodkim kremem, przeszywa mnie dreszczem do szpiku kości, rozgrzewa ciało, rozleniwia mnie. Jego pieszczoty obezwładniają.

Czubkiem języka sunie po mojej wardze do kącika ust, teraz to miejsce jest tak wrażliwe, że czuję jego dotyk w waginie. Dyszę ciężko, rozchylam usta, bezgłośnie błagając o jeszcze więcej tych tortur. Duże dłonie ujmują moją twarz, Dex przytrzymuje mnie, kosztując moich ust.

Szorstka broda łaskocze szyję, gdy Ethan schodzi w dół, liże miejsce, w którym szyja przechodzi w ramię.

– Wspaniale smakujesz, wisienko. – Liże mnie znowu. – Jak mokre sny.

Jego mięśnie naprężają się pod moim uściskiem, przyciągam go do siebie, rozchylam uda, żeby mógł się między nimi położyć. Jęczy, przyciskając do mnie potężnego fiuta, jakby już nie potrafił się oprzeć.

Więcej. Chcę więcej.

On również. Chwyta moją koszulkę i niecierpliwym ruchem zdejmuje mi przez głowę.

– Pozwól mi cię oglądać… – Rozpina przednie zapięcie stanika, szorstką dłonią gładzi moją pierś. – Pozwól się dotykać.

Jęczę znowu, wyginam się, chcę się pozbyć stanika. Pomaga mi.

Całuje mnie w usta niemal nieuważnie, a jego wzrok już sunie do moich piersi; kosmyk włosów spada mu na czoło, gdy patrzy w dół.

– Mmm – mruczy, przesuwając po piersiach wierzchem dłoni. – Oto i one.

Muska palcami sztywny sutek, trąca go, lekko ciągnie. Odpowiadam jękiem, jego dotyk wysyła gorący dreszcz wprost do łechtaczki.

– Podoba ci się? – Robi to jeszcze raz i nachyla się, bierze sterczący sutek do ciepłych ust.

Boże. Zaciskam palce na jego włosach, przytrzymując go tam, a on ssie, ciągnie, trąca sutek mokrym językiem. Dotyka piersi, ssie znowu; zachowuje się tak, jakby nic więcej nie istniało, świat mógłby zginąć, a on robiłby to dalej. To jest tak kurewsko seksowne, że zapiera mi dech.

Ujmuje dużymi dłońmi moje piersi, ściska je, bawi się nimi i przez cały czas liże sutki, ssie, skubie, aż zaczynam się pod nim wić, błagając o spełnienie, pragnąc, żeby zatopił we mnie swojego fiuta. Jęczę niecierpliwie, ale on tylko podnosi głowę i patrzy na moje cycki.

– Boże, jesteś taka cudowna – mówi ochryple. – Śliczna, spłoniona, bez tchu. – Trąca sutek kciukiem, jęczę znowu. – Doszłabyś tak? Gdybym tylko bawił się twoimi cyckami?

Bardzo możliwe.

– Dex…

– Ethan – mówi. – Gdy cię dotykam, jestem Ethan.

A potem znów całuje mnie w usta, jakby należały do niego. Drżę, gdy przesuwam językiem po jego górnej wardze, zanim pocałuję go głęboko i długo. On również drży.

– Ethan – powtarzam tylko po to, żeby dać mu to, o co prosi. – Ethan.

Teraz wsuwa język w moje usta i wysuwa z nich, powtarzalnie, rytmicznie, dłonią dręcząc mój sutek, trącając, ściskając, ciągnąc niemal brutalnie.

Nie wytrzymuję.

– Dotknij mojej cipki – żądam; niewiele brakuje, żebym doszła. – Dotknij mnie tam.

Czuję jego uśmiech na ustach.

– Jest mokra? – Sunie dłonią po moim nagim brzuchu.

– Jak cholera – odpowiadam bez tchu; całuję jego policzek, kącik oka, wargi.

Wsuwa mi rękę w majtki, a ja jestem tak napalona, tak gorąca, że się wyginam; wyrywa mi się zduszony jęk, gdy dotyka palcami śliskiej waginy.

Świat się rozpada. Nieprzytomna, chwytam się jego ramion, twardych jak skała.

Czuję oddech na twarzy, Dex muska moje usta swoimi, przygląda mi się. Patrzę mu w oczy, nie jestem w stanie się ruszyć, cholera, nie mogę nawet oddychać, gdy jego palce dotykają łechtaczki posuwistymi ruchami, gdy zataczają kółka. Jego dotyk nie jest wyrafinowany, to czysta żądza.

– Jesteś kryptosadystą – mówię przez zaciśnięte zęby, poruszając biodrami.

Dex uśmiecha się do mnie, choć i on drży, na jego czole perli się pot.

– Czemu?

– Bo doprowadzasz mnie do obłędu i sprawia ci to przyjemność… – Wyrywa się ze mnie kolejny jęk, gdy wsuwa we mnie długi palec. – Kurwa…

On też jęczy, wysuwa palec i wsuwa go z powrotem. Wyginam się do jego dłoni, wyciągam ręce nad głową, zaciskam na poduszce.

– Ethan. – Chcę się z nim pieprzyć. Muszę. Zaciskam zęby z niecierpliwości.

Wsuwa we mnie kolejny palec. Wypełnia ściśle. Co za uczucie.

– Wisienko? – szepcze, liżąc mi piersi. – Dojdź dla mnie, wisienko.

Orgazm uderza z taką siłą, że gdy opada, przytomność powraca etapami: najpierw czuję żar jego mocnego ciała, potem zgniecioną pościel pod spoconą skórą, wreszcie uspokaja się oddech.

Wciąż oszołomiona, patrzę na niego; on też wygląda na nieprzytomnego, spogląda na mnie rozszerzonymi oczami, rozchyla usta.

– Jesteś piękna – mówi.

– Ty też jesteś piękny. – I to jest prawda. Chcę go rozebrać, chcę lizać każdy zakątek jego dużego ciała. Ale on się odsuwa, całuje mnie lekko w brzuch, wstaje.

W przeciwieństwie do mnie jest kompletnie ubrany – ja leżę bez koszulki, z mokrymi sterczącymi sutkami, majtkami zsuniętymi z tyłka. Nie wstydzę się swojego ciała, ale teraz siadam i wkładam podkoszulek. Bo Dex wyraźnie nie zamierza się rozebrać, nawet jeśli wybrzuszenie w dżinsach mocno je napina.

– Wrzucę precle do tostera – oznajmia. I wychodzi.

ROZDZIAŁ 9

Dex

Drży mi ręka, gdy przecinam sezamowego bajgla. Ściskam mocniej nóż, choć tak naprawdę mam ochotę rzucić nim w ścianę. Zostawiłem Fi, piękną, słodką Fi, samą w sypialni.

Chryste, jestem idiotą. Leżała tam, rozpalona, zdyszana, a jej różowe sutki lśniły od mojej śliny. A ja tak po prostu ją zostawiłem.

Jej słodkie, zdyszane jęki, gdy dochodziła, dźwięczą mi w głowie.

Przecinam bajgla na pół i odkładam nóż, chcę uspokoić oddech. Doprowadziłem Fionę Mackenzie do orgazmu.

Nie wie, że jest pierwszą kobietą, której robiłem palcówkę. Nie przypuszczałem, że będzie taka mokra i gorąca, taka ścis­ła. Na samo wspomnienie zaciskam zęby.

Chcę się z nią pieprzyć – pragnę tego mocno, do bólu. I choć tłumienie pożądania to dla mnie chleb powszedni, czuję, że właśnie wszedłem na nowy poziom. Jestem tak rozjebany, że biodra same, bez udziału umysłu, wciskają się w brzeg blatu.

Ja pierdolę.

Na tym polega problem. Pragnęła, żebym ją zerżnął, prawie o to błagała, ja chciałem tego samego. I nie mogłem. Uciekłem od niej jak tchórz.

Nie spodziewam się, że Fi zejdzie na dół. Pewnie jest wściek­ła. Rozczarowana. Ma powód.

Zaciskam mocno powieki, wciągam długi oddech przez zęby. Zjebałem sprawę.

– Hej, masz te precle?

Prawie podskakuję, gdy słyszę wesoły głos. Wchodzi do kuchni, kręcąc biodrami, ubrana w obcisłe czarne dżinsy i szary wełniany sweter sięgający do ud. Wygląda na miękki i przytulny.

Zatyka mnie i mogę już tylko próbować nie gapić się na jej różowe, obrzmiałe od pocałunków usta.

Fi staje obok mnie, bierze połówkę precla, wkłada do tostera.

– Mamy jakiś dobry kremowy serek?

Patrzy na mnie tymi dużymi oczami o barwie świeżych liści. Bez wyrzutu, bez gniewu. Czeka, chyba żebym podał jej ser.

– Fi… – Łamie mi się głos, przełykam ślinę. – Ja…

Drzwi wejściowe się otwierają, wracają Ivy i Gray.

– Cześć! – woła Ivy i stawia na stole fotelik z małym. – O, ma­cie precle? Dzięki ci, Boże, umieram z głodu! – Nachyla się i odpina Leo. – Pewien wariat myśli, że wycieczka o siódmej rano to dobry pomysł.

Gray wydaje się wypoczęty jak nigdy.

– I tak nie spaliśmy, a ja dostawałem fioła w domu. Ooo, czy te są z makiem?

Próbuję pochwycić spojrzenie Fi nad głową Graya, ale ona bierze na ręce siostrzeńca, całuje go w czubek głowy.

Czuję ciężar w piersi. Straciłem swoją szansę? Fi już mi się wymknęła?

I wtedy ona podnosi głowę, i patrzy prosto na mnie jasnymi oczami.

– Jedźmy na wycieczkę po śniadaniu.


Zabieram ją do Point Reyes, parkuję, idziemy teraz wzdłuż klifów. Pokryte brązem, zielenią i purpurą zbocza gór spadają ku Pacyfikowi. Słońce połyskuje na ciemnoniebieskim oceanie, ale ja dostrzegam tylko dziewczynę obok mnie.

Fi chłonie widoki szeroko otwartymi oczami; bryza szarpie jej włosy. Czubkiem głowy sięga mi do ramienia i choć jesteśmy daleko od krawędzi klifu, chcę ją przyciągnąć, przytulić, chronić nawet przed tym mało realnym zagrożeniem.

Cholera, czy czasem jakiś turysta nie zginął tu parę lat temu, gdy osunęła się ziemia? Czy wtedy padał deszcz? Już mam powiedzieć, żebyśmy stąd poszli, gdy Fi wzdycha szczęśliwa.

– Boże, jak tu pięknie…

– To prawda – mówię, patrząc podejrzliwie na ścieżkę.

Fiona odwraca się, kalifornijskie słońce rozświetla jej skórę.

– Byłeś już w San Francisco?

Zrywam aksamitny liść szałwii, rozcieram go między palcami.

– Wychowałem się w Santa Cruz.

– Serio? – Patrzy na mnie rozweselona. – Kalifornia? Byłeś jednym z kolesi, którzy przez cały dzień włóczyli się po deptaku albo surfowali? – Śmieje się, jakby ta wizja ją rozbawiła.

– Może nie przez cały czas. Głównie przed treningami albo jak miałem trochę wolnego.

Zielone oczy rozszerza zaskoczenie. Pewnie nie wyglądam jak surfer. Śmieję się cicho – co by powiedziała, gdyby zobaczyła mnie w dredach?

Dotykam czubka jej małego nosa.

– Świetnie robi na równowagę, siłę, koncentrację i wytrzymałość. Trochę jak trening futbolowy, tylko przyjemniej.

– Sportowcy – mamrocze, kręcąc głową, i znów mi się przygląda. – Nie sądziłam, że jesteś chłopaczkiem z Kalifornii.

– A myślałaś, że skąd pochodzę? – pytam ze śmiechem.

– Nie wiem. – Wzrusza ramionami. – Jakaś twarda miejscówka, ranczo, bydło, te sprawy. Montana, Wyoming, może Teksas?

Śmieję się znowu.

– Najlepiej znane mi bydło to to rzucające mięchem na boisku.

Fi uśmiecha się szeroko, również zrywa liść szałwii, wącha.

– Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żebyś przeklinał.

– Nie przeklinam. Za to słucham obrońców, którzy chcą mi dokopać.

– A po tobie to spływa jak woda po kaczce?

– Co wkurza ich bardziej niż jakiekolwiek obelgi.

Śmieje się. Uwielbiam jej śmiech: głośny, radosny, nieskrępowany. Jej twarz cała promienieje – a ja się z trudem powstrzymuję, żeby nie porwać jej w ramiona, nie spijać tego śmiechu z jej ust, nie chłonąć go. Wyobrażam sobie, jak by mnie napełnił, rozgrzał to zimne miejsce wewnątrz piersi.

 

Fi staje obok, szczupła dłoń odnajduje moją. Splatam nasze palce.

– Czyli twoi rodzice mieszkają gdzieś w okolicy? – Lekko ściska mi dłoń. – Nie rozwiedli się?

– Nadal są razem; mieszkają godzinę drogi stąd. Ale w tej chwili podróżują po Europie z moim młodszym bratem. Wycieczka.

– Ile on ma lat? Osiem?

– Tak. Ale uczy się w domu, więc mogą wędrować po całym świecie. – Wzdycham z lekką zazdrością. – Pewnie próbują teraz kiełbasek w Niemczech, a Dylan, mój brat, marudzi o amerykańskiego hot doga.

– Jakie to słodkie – stwierdza Fi.

Wiem od Ivy, że ich rodzice rozwiedli się dawno temu. Sean Mackenzie mieszka to w Nowym Jorku, to w Atlancie, ich matka jest w Londynie.

– Tęsknisz za mamą? – pytam.

Fi patrzy na ocean zalany słońcem i mruży oczy.

– Czasem tak. Spędzałam z nią większość lata, siedziałyśmy w Londynie albo podróżowałyśmy. Ale z biegiem lat robi się coraz trudniej. – Jasne włosy rozwiewa wiatr, Fi odgarnia je wolną ręką. – Nie wiem. Chyba zbyt się różnimy. Ona jest skupiona, zorganizowana, a ja… – Nie kończy.

Ściskam jej dłoń, przyciągam Fi do swojego boku.

– Twórcza. I pełna życia.

– Czaruś – mamrocze, ale wspiera głowę o moje ramię.

Przez chwilę nic nie mówimy, patrzymy na ocean, trzymając się za ręce. Przesuwam kciukiem po jej dłoni, wyczuwam odcisk. Zauważa to, uśmiecha się przekornie.

– Wiem, nie są gładkie.

Powoli badam palcami drobne blizny i kolejne szorstkie odciski. Zniszczone dłonie.

– Co sobie zrobiłaś?

Chce się odsunąć, ale trzymam ją mocno, patrzę prosto w oczy.

– Nic złego – mówi, ale w końcu się poddaje. – Robiłam… – Oblewa się rumieńcem. – Robiłam meble. Czasem wkładałam rękawiczki, ale częściej chcę czuć drewno.

– Meble? – Uśmiecham się. – Kurczę… to zajebiste.

Rumieni się jeszcze mocniej. Chyba jeszcze z nikim o tym nie rozmawiała.

– Robię to dla odprężenia. Lubię to.

– Uczciwie zapracowane blizny. – Podnoszę swoją dłoń z obitymi knykciami i krótko obciętymi paznokciami, żeby nie przeszkadzały podczas starcia.

Fi przysuwa się bliżej.

– Tak, chyba tak… Zrobiłam stół, który stoi w kuchni Ivy i Graya.

Nie zwracałem większej uwagi na stół, bo Fi była w pokoju, ale pamiętam go.

– Kawał dobrej roboty. Jest piękny. – Spoglądam na nią, mój podbródek jest przy jej policzku. – Możesz być dumna.

– Dzięki – mówi cicho, niemal nieśmiało, znów patrzy na wodę.

Odkryła przede mną sekret, z którym chyba jeszcze sobie nie radzi. Zrobiła to, żebym wiedział, że mogę jej zaufać, czy po prostu spontanicznie mi się zwierzyła? Tak czy inaczej czuję się zaszczycony.

Jej delikatne, kobiece ciepło przy moim boku… Nigdy się tak nie czułem. I wiem, że jeśli chcę zyskać szansę, żeby Fi była moja, muszę opowiedzieć jej wszystko. Wciągam powietrze, słodki zapach szałwii, eukaliptusa, soli i słońca.

– Fi…

– Słyszałam, że gdzieś niedaleko jest serownia – przerywa mi.

Marszczę brwi, patrząc przed siebie. Umiem czytać w ludziach i Fi nie stanowi wyjątku, przenikam ją do głębi duszy. Problem w tym, że jestem dla niej równie czytelny, a to już nowość. Nikt nigdy nie zadał sobie trudu, żeby mnie zgłębić.

Przez cały dzień spodziewałem się, że zażąda wyjaśnień, ale ani razu nie wspomniała o porannej ucieczce. Początkowo nie wiedziałem, co o tym myśleć, teraz mam wrażenie, że celowo unika komentarzy, widzi, że się z czymś zmagam.

Rusza, ale przyciągam ją do siebie.

– Spieprzyłem sprawę, zostawiając cię dzisiaj rano. – Oblewa mnie zimny pot. Przełykam ślinę i wsuwam dłonie we włosy, ale są mocno związane i palce się zaczepiają. Klnę, patrzę na ocean. – Ja…

– Hej. – Dotyka mojej ręki. – Nie musisz mi nic wyjaśniać.

– Muszę. – Trudno mi na nią spojrzeć.

– Chodzi o to, że jesteś prawiczkiem?

Wstrzymuję oddech.

Ale chyba tego nie widzi, bo mówi dalej.

– Bo jeśli tak, to nie mam z tym żadnego problemu.

Niech mnie szlag, jeśli właśnie nie spiekłem raka.

– Miałaś rację, Gray jest większym plotkarzem niż stado bab. – Ściskam ręką kark. – Tak, technicznie rzecz ujmując, to prawda. Nie ukrywałem tego, po prostu o tym nie rozpowiadam.

– Po co miałbyś to robić? Twoje życie seksualne to twoja sprawa.

Patrzę jej w oczy.

– Chciałbym, żeby stało się również twoją.

Czerwieni się. Słodka Fi, którą niełatwo zawstydzić. Uwielbiam fakt, że potrafię wywołać na jej twarzy rumieniec, doprowadzić do tego, że zaniemówi.

– Słuchaj – mówię – nie chcę robić z tego afery, ale myślę, że muszę ci powiedzieć. Wiem, że niektórzy kolesie dostają szału, gdy dziewczyna nie ma doświadczenia i ich nie uprzedzi, i…

Fi wspina się na palce i ucisza mnie pocałunkiem. Mocnym, jakby chciała powiedzieć, że jest w porządku, a jednak delikatnym; moje ciało ogarnia dziwne uczucie.

Fiona patrzy na mnie poważnie i ujmuje moją rękę szczupłą ciepłą dłonią.

– Tak jak ci powiedziałam, jeśli nie chcesz, nie musisz nic o tym mówić. Ale widzę, że to dla ciebie problem, więc jeśli masz potrzebę, żeby się wygadać, to będę słuchać.

Mówienie o tym jest ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał. Ale biorę głęboki wdech i próbuję. Dla niej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?