Zabójczy kusicielTekst

Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Zabójczy kusiciel
Zabójczy kusiciel
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Rock Chick Renegade

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Zdjęcia na okładce:

© Alexa_Space/Shutterstock

Copyright © 2013 by Kristen Ashley

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Julia Gabriel

ISBN 978-83-287-1504-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2020

Dedykuję pamięci Rebeckki Anny Mahan Womack, cioci Bec.

Jej kamieniem był ametyst.

I Williamowi Womackowi.

Jego kamieniem jest szmaragd.

I wreszcie Cedricowi, pierwowzorowi Boo i najlepszemu kotu na świecie.

Spis treści

Rozdział pierwszy Law

Rozdział drugi Lewitacja

Rozdział trzeci Przesłuchanie

Rozdział czwarty Chcę być jak ty

Rozdział piąty Trzeci stopień Nicka

Rozdział szósty Superbohaterowie

Rozdział siódmy Włóż coś ładnego

Rozdział ósmy Lubisz motory?

Rozdział dziewiąty Przestań się śmiać

Rozdział dziesiąty Moja

Rozdział jedenasty Śpimy dziś u ciebie czy u mnie?

Rozdział dwunasty Kanałowanie twardzielskiego wizerunku

Rozdział trzynasty Moja lista

Rozdział czternasty Twoja prawdziwa rodzina

Rozdział piętnasty Masz teraz nowego partnera

Rozdział szesnasty Teraz chcesz rozmawiać?

Rozdział siedemnasty Daj nam tydzień

Rozdział osiemnasty Pizza, football i maseczka

Rozdział dziewiętnasty Zamknij się

Rozdział dwudziesty Yoko Ono

Rozdział dwudziesty pierwszy Jakoś w przyszłym tygodniu

Rozdział dwudziesty drugi Dom

Rozdział dwudziesty trzeci Kosmetyki i tiary

Rozdział dwudziesty czwarty Co, ona gorsza?

Rozdział dwudziesty piąty Szybko może być dobrze

Rozdział dwudziesty szósty Obróbka termokurczliwa

Rozdział dwudziesty siódmy Dom, część druga

Rozdział dwudziesty ósmy Czekanie

Rozdział dwudziesty dziewiąty Bez względu na wszystko

Rozdział pierwszy
Law

No dobra, kiedyś musiało do tego dojść. Tak, spodziewałam się czegoś w tym rodzaju. Jak tylko zaczęłam tę krucjatę, wiedziałam, że może się to wydarzyć. I proszę, oto stoję w ślepej uliczce twarzą w twarz z Vance’em Crowe’em. Cholernym tropicielem z agencji detektywistycznej Lee Nightingale’a. To się nazywa mieć pecha.

Jak głosiły plotki, Crowe był trzeci w hierarchii Nightingale Investigations, zaraz po samym Lee i jego prawej ręce, Luke’u Starku. To wiele mówi, jeśli weźmie się pod uwagę, że wszyscy ludzie w Nightingale Investigations byli crème de la crème prywatnych śledztw, ochrony, monitoringu i tropienia oraz walki wręcz, tak na dokładkę. Nie dalej jak miesiąc temu dopadli drobnego dilera narkotyków, było trochę machania bronią, a Crowe przestrzelił typowi rękę.

Krążyło sporo plotek o Vansie Crowe. Znałam dwie kobiety, które poznały go znacznie bliżej, i, jak same mówiły, nie żałowały. Niestety, ku ich rozczarowaniu, nie trwało to na tyle długo, żeby zdążyły dowiedzieć się czegoś więcej.

– Rzuć broń – usłyszałam.

– Cofnij się – odwarknęłam, celując prosto w gościa.

Jasne, że nie miałam zamiaru do niego strzelić. Z zasady byłam przeciwniczką przemocy; właśnie dlatego znalazłam się w samym środku tego gówna.

Zbliżał się do mnie, nieuzbrojony i chyba niezbyt wystraszony.

Wycelowałam w jego harleya. Uszkodzenie motoru bardzo mnie zaboli, ale zrobię to, jeśli będę musiała.

– Jeśli do niego strzelisz, poniesiesz poważne konsekwencje – ostrzegł mnie takim głosem, że nie miałam wątpliwości – mówił serio.

Szlag. Znów skierowałam broń na niego.

– Nie podchodź – powtórzyłam, gdy nadal szedł w moją stronę.

– Jesteś Law.

Cholera, w dodatku wiedział, kim jestem.

– Zatrzymaj się.

Zrobił to… dwadzieścia centymetrów od lufy mierzącej w jego pierś.

– Pracuję dla Lee Nightingale’a.

– Wiem, kim jesteś i dla kogo pracujesz.

A potem mu się przyjrzałam.

Kurde, ależ on był przystojny. Rdzenny Amerykanin, czarne proste włosy zebrane w kucyk na karku. Z dziesięć centymetrów wyższy ode mnie, miał fantastyczne ciało, ciemne brązowe oczy, gęste rzęsy, niesamowite rysy twarzy, wysokie kości policzkowe i kwadratowy podbródek. Taka seksowność powinna być zakazana.

– Odłóż broń, Law – polecił.

Ta ksywka, Law, to taki żart. W rzeczywistości nazywam się Juliet Lawler i wszyscy mówią na mnie Jules, ale dzieciaki z azylu zaczęły używać słowa „Law”. W ostatnich czterech miesiącach ksywka zaczęła żyć własnym życiem; w tej chwili tego pożałowałam.

– Cofnij się, Crowe. Chcę tylko wsiąść do samochodu i odjechać. Nic do ciebie nie mam.

Bo tak było. Miałam bardzo wiele do wielu ludzi, ale do nikogo z NI. Z tego, co słyszałam (a było tego niemało), nie byli niewiniątkami, ale tylko szaleniec zadzierałby z ludźmi Lee Nightingale’a. Może i byłam głupia, ale na pewno nie szalona.

– Powiem to jeszcze raz – rzekł spokojnie Crowe. – Odłóż broń.

– Cofnij się – zripostowałam.

Jednym szybkim ruchem rozbroił mnie, wykręcił rękę za plecy i przycisnął do swojego twardego ciała.

Próbowałam się wyrwać, co nie było rozsądne, ale pozostała mi wolna ręka i trochę dumy.

Kilka sekund później Crowe wsunął sobie mój pistolet za pasek spodni, wykręcił mi drugą rękę i poprowadził przed sobą. Gdy dotarliśmy do samochodu, przycisnął mnie do karoserii.

Przekręciłam głowę i wrzasnęłam mu w twarz:

– Puść mnie i się odsuń!

– Gdy urządziłaś konfrontację z Cordovą, w księgarni siedziało dwóch gliniarzy. Wszystko widzieli. Masz w ogóle pozwolenie na broń?

– Tak.

I to prawda. Załatwił mi je Zip. Był moim dobroczyńcą, wspierał moją krucjatę i nauczył mnie strzelać, a że był w tym dobry, ja też byłam.

Trochę mnie zmartwiło, że dwóch gliniarzy widziało zajście z Cordovą, ale nie przypuszczałam, żeby Sal poleciał skarżyć się na policję, skoro sam był kryminalistą i totalnym dupkiem w dodatku.

– Zabieram cię do biura, musimy pogadać – zadecydował.

Cholera.

Nie wiem, o czym chciał gadać, i nie miałam zamiaru się dowiadywać. Brat i ojciec Lee Nightingale’a byli gliniarzami, tak samo jak jego najlepszy kumpel. Nie jadę do żadnego biura.

Nadal patrzyłam mu prosto w oczy, co z uwagi na jego urodę nie było łatwe. Zaczynało mi to przeszkadzać, zwłaszcza że przyciskał mnie do samochodu, ale nie odpuszczałam.

– Nic ci nie zrobiłam. Puść mnie – powiedziałam.

Przysunął się jeszcze bliżej. Gdybyście chwilę temu spytali, czy to możliwe, powiedziałabym „nie”. Ale teraz jego twarz od mojej dzielił centymetr, a jego ciało przywierało do mnie mocno.

– Wymierzanie sprawiedliwości to niebezpieczna gra, wiesz o tym, Law?

Wiedziałam, ale nie doczeka się odpowiedzi.

– Ściągnęłaś na siebie uwagę Dariusa i Marcusa, a to niedobrze. Rozumiesz, o czym mówię?

Przeszył mnie dreszcz i nie był to ten rodzaj dreszczu, który mógłby mnie przeszyć z powodu tego, że Crowe przywierał do mnie całym ciałem.

Darius Tucker i Marcus Sloan byli kryminalną górką w Denver. Ucieszyłam się, że wiedzieli teraz, kim jestem. Nie sądzę, żeby się mnie obawiali, chociaż bardzo bym chciała. Może z czasem.

Crowe musiał wyczytać coś z mojej twarzy, bo w jego oczach pojawił groźny błysk.

– Powinienem zabrać cię do biura, zamknąć w schronie i trzymać tam, dopóki nie nabierzesz rozumu.

Powiedział „powinienem”, co mogło być dobrą wróżbą. Nie wiedziałam, co to za „schron”, ale zdecydowanie nie chciałam się tam znaleźć.

Nie odrywałam od niego wzroku ani nie otwierałam ust, licząc, że może jednak mnie puści. On też na mnie patrzył. Staliśmy tak w ciszy, gapiąc się na siebie. Czułam jego ciało na swoim. I miałam nadzieję, że z mojej twarzy nie da się nic wyczytać.

– Jezu, ty serio myślisz, że jesteś jakąś Catwoman – mruknął.

 

– Nie. Catwoman nosiła trykot, głupie uszy i sztuczne szpony. Bzdura.

Nie wiem, czemu to powiedziałam.

Twarz Crowe’a zmieniła wyraz. Nie wyglądał już na wkurzonego twardziela, próbującego odstraszyć jakąś nieszczęsną laskę, która ośmieliła się wkroczyć na jego teren. Teraz patrzył inaczej. Tak, że stawałam się coraz bardziej świadoma jego ciała na swoim.

– Gdzie się nauczyłaś tak strzelać? – spytał.

Nawet głos mu się zmienił. Nadal był niski i twardy, ale teraz prześlizgiwał się po mojej skórze jak jedwab. Uznałam, że lepiej będzie się nie odzywać.

Spróbował w inny sposób.

– Czemu Cordova cię ściga?

Bez odpowiedzi.

I wtedy coś się w nim zmieniło. Zmieniła się cała atmosfera.

Przedtem gapiłam się na niego, żeby zachować twarz i znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Teraz – bo musiałam. Czułam się jak zahipnotyzowana. Moje ciało się odprężyło; nawet ręce, nadal wykręcone i do tej pory sztywne z napięcia, rozluźniły się.

– Mógłbym cię zmusić do mówienia – zagroził tym niskim, cichym głosem, a ja od razu poczułam, że tak by było.

– Puść mnie – szepnęłam.

Gdyby Nick się o tym dowiedział, dostałby szału. Uważał mnie za ciężki przypadek od czasu, gdy mnie poznał, gdy skończyłam sześć lat. Na placu zabaw tłukłam się z dzieciakami, które tyranizowały inne, czasem wygrywałam, a czasem nie. Wiecznie dzwoniłam i pisałam do senatorów i kongresmenów, mówiąc im, co myślę i jak powinni głosować. Zawsze miałam jakąś sprawę, o którą walczyłam z pasją bliską obsesji.

Crowe patrzył mi prosto w oczy, magnetyzm jego maczystowskiego pola siłowego działał bez zarzutu.

– Musisz przestać to robić, bo cię skrzywdzą – powiedział, nadal tym miękkim głosem.

– Nie mogę – wyznałam.

– W takim razie ktoś cię musi powstrzymać.

Gdzieś w trakcie tej rozmowy puścił mi ręce i teraz po prostu mnie obejmował, trzymał w ramionach.

Dużo mnie to kosztowało, ale zdołałam otrząsnąć się z tej hipnozy; podniosłam ręce i z całej siły pchnęłam go w pierś.

Nawet nie drgnął. No ale jak to.

– Puść mnie! – zawołałam.

Jego ramiona napięły się, moje ręce przesunęły się po jego piersi i wylądowały na ramionach. Zaczęłam pchać. Nie dawało to żadnego efektu, ale stanowiło wyraźny przekaz, więc nie przestawałam.

– Puszczę cię i pogadam z Hankiem i Eddiem. Ale jeśli się dowiem, że znów jesteś na ulicy, znajdę cię i zdejmę.

Wiem, że znajdzie mnie bez trudu. Robił to zawodowo i jeśli wierzyć plotkom, był w tym dobry. Wiem też, kim są Eddie i Hank. To oznaczało, że Crowe uwolni mnie od zarzutów strzelania do samochodu Cordovy w biały dzień na najruchliwszej ulicy w Denver. To było głupie popisywanie się i nie należało tego robić. Zip byłby zawiedziony, a Nick by się wściekł.

Ciekawa byłam tylko jednego: jak Crowe miał zamiar mnie „zdjąć”.

– Dobra, Crowe. Puść mnie, a dam sobie spokój – skłamałam.

Wyszczerzył się do mnie w uśmiechu. To był najbardziej zarozumiały i arogancki uśmiech, jaki widziałam przez całe dwadzieścia sześć (teraz prawie dwadzieścia siedem) lat życia.

Poczułam motyle w brzuchu. Motyle w brzuchu? Co tu jest, kurde, grane?

– No co? – warknęłam, nie zwracając uwagi na mój żołądek.

– Kłamiesz.

– Nie kłamię – skłamałam znowu.

Pokręcił głową. A potem, ku mojemu zaskoczeniu, puścił mnie i cofnął się o krok.

Stałam tam i czułam się dziwnie porzucona.

– To wszystko? – zapytałam.

– Nie.

Odczekałam chwilę, a potem drugą.

– Dobra, kończmy to – zażądałam, gdy wciąż nic nie mówił.

– Mam wrażenie, że jeszcze się zobaczymy – powiedział.

Kurde. Wcale nie było dobrze.

Wyciągnął pistolet zza paska spodni, wyjął z niego magazynek i cisnął nim bardzo daleko. Potem nachylił się i wsunął mi broń za pasek sztruksów, z przodu, przy biodrze. A potem odwrócił się, poszedł do swojego harleya, wsiadł na niego i odjechał.

Stałam nieruchomo, póki nie zniknął. A potem wyjęłam broń i podciągnęłam sweter, żeby sprawdzić, czy w miejscu, gdzie jego ręka dotknęła mojego ciała, nie został ślad. Bo nadal piekła mnie skóra.

***

Zaparkowałam Hazel (moje stare czerwone camaro) w garażu za domem i patrzyłam w lusterko, gdy drzwi się opuszczały, by upewnić się, że jestem bezpieczna. Teraz wszystko było możliwe.

Wysiadłam z samochodu i przeszłam niecałe pięć metrów od garażu do tylnych drzwi. Oczy szeroko otwarte, broń w pogotowiu (zapasowy magazynek był w schowku), nasłuchując i modląc się, żeby nikt nie chciał mnie teraz dopaść.

Otworzyłam drzwi i weszłam przez wspólne pomieszczenie bliźniaka, gdzie Nick i ja trzymaliśmy pralkę i suszarkę, dodatkową chłodziarkę, narzędzia, stare płótna do malowania i kuwetę, do której Boo, mój kot, miał dostęp przez klapkę zamontowaną w drzwiach.

Wyłączyłam alarm i zapaliłam światło w swojej kuchni w stylu retro. Metalowe różowe szafki, różowa lodówka i różowe drzwiczki piekarnika, duże, czarne i białe płytki na podłodze. Jedna ściana ceglana, druga pomalowana na szaro. Wystrój był równie odjazdowy, co przypadkowy: po prostu już taki był, aż znów stał się modny. Dokupiłam tylko wysoki czarny stół z laminowanym blatem w stylu lat pięćdziesiątych (ze lśniącymi bokami z nierdzewnej stali) i odjazdowe stołki obrotowe z siedzeniami z czarnej skóry, które pasowały jak ulał.

Boo wyłonił się z pomieszczenia naprzeciwko i natychmiast zaczął mi opowiadać, co mu się przydarzyło.

Boo jest czarny, ma miękką sierść i żółte oczy. Jest zdecydowanie za gruby, niemożliwie dumny i jest jedynym kotem fajtłapą, jakiego znam. Udaje, rzecz jasna, że skacząc z szafki na stolik (albo odwrotnie), właśnie taki miał plan: chybić i spaść; problem jednak w tym, że ma kompletnie nieskoordynowane ruchy.

– Miau, miau, miau. Miau, miau. Miau! – oznajmił.

Chyba dużo się dziś wydarzyło…

Położyłam pistolet i torbę na stole i zrzuciłam Boo na podłogę.

– Miau! – zaprotestował.

– Cicho, Boo. Mamusia miała ciężki dzień. Zrobiła coś głupiego, potem śledził ją pewien przystojny gość, a w tej chwili jest totalnie zrypana.

– Miau! – odparł Boo, dając do zrozumienia, że jego nowiny są o wiele ważniejsze.

Żeby go uciszyć, dałam mu kocie smakołyki.

– Miau – zgłosił pretensję po ostatnim kąsku.

– Koniec. Tylko trzy albo weterynarz znów mnie ochrzani.

– Miau! – Boo miał gdzieś humory weterynarza.

– Cicho. – Nie byłam w nastroju, żeby się spierać.

Cały ten bliźniak był własnością Nicka. Mogłam zajmować moją stronę za połowę raty kredytu, mniej więcej. Chociaż miałam dwadzieścia sześć lat (a nawet prawie dwadzieścia siedem), nie chciał, żebym płaciła za coś więcej, nawet za czynsz. Dlatego co miesiąc wpłacałam pewną sumę na konto i co roku, w Sylwestra, wręczałam mu czek. Nick nieodmiennie go darł, więc pieniądze leżały sobie na koncie, obrastając w procenty. Ale czasami nie było sensu kłócić się z Nickiem.

Bliźniaki były tu dziwne. To nie była może najlepsza część miasta, chociaż ją lubiłam. Oficjalnie była to historyczna dzielnica Baker, ta trochę gorsza.

Mieszkaliśmy na Elati i mieliśmy przed domem park, jednak po jednej stronie parku wyrastał wysoki apartamentowiec, a po drugiej niskoczynszowy blok.

Nasz dom był w rejestrze historycznym i Nick utrzymywał go w świetnej formie, nie bacząc na dzielnicę. Swoją część przerobił: wyburzył ściany, dobudował sypialnię i wywalił różową kuchnię.

Moja część bardziej przypominała loft. Nick zrobił mi nową łazienkę, a ja urządziłam całość w ładnym szarym kolorze. Frontowy pokój miał wielkie łukowe okna i jedną ścianę z cegieł (pozostałe w kolorze bzu) i był ogromny. Stały tu wszystkie moje meble, włączając aksamitny szezlong w gołębim kolorze, umiejscowiony przy oknie frontowym; kwadratowy stolik, liliowa kozetka z granatowymi skórzanymi poduszkami oraz szaroniebieski miękki fotel z podnóżkiem. Mój antyczny owalny stolik z orzechowego drewna stał pod ścianą wewnętrzną, krzesła z półokrągłymi oparciami zyskały nowe obicie, w tym samym kolorze co szezlong.

Szafa oddzielała salon od czegoś, co umownie można było nazwać sypialnią. Właściwie był to tylko wielki materac na platformie metr nad podłogą. Wchodziło się tam po trzech wąskich schodkach. Pod nim mieściła się przechowalnia, a po bokach łóżka w ścianach sięgających powyżej szafy i podwieszanego sufitu korytarza miałam spore wnęki. Tam trzymałam książki, świeczki i telewizor.

To była moja przystań. Mała kobieca jaskinia ze śliczną kremową pościelą, mięciutką wzorzystą kołdrą i mnóstwem poduszek wszelkich rozmiarów i kształtów.

Były również łazienka i kuchnia, a cały korytarz od podłogi do sufitu zajmowały półki, wypełnione ogromną kolekcją płyt CD, głównie rockowych.

Uwielbiałam moje mieszkanie i całe należało do mnie. Nie urządzałam imprez, bo nie miałam wielu znajomych. Nie przeżywałam również szalonych nocy w sypialni, bo nigdy nie miałam chłopaka.

W moim życiu był tylko Nick. A przedtem Nick, ciocia Reba i ja. A jeszcze wcześniej, czego właściwie nie pamiętam, mama, tata, Mikey i ja.

Ale gdy miałam sześć lat, rodzice i Mikey zginęli w wypadku samochodowym. To znaczy oni zmarli od razu, a mój brat kilka godzin później na stole operacyjnym, co w sumie nie ma znaczenia. Byłam z nimi w tym samochodzie, ale przeżyłam, chociaż spędziłam trzy miesiące w szpitalu.

Potem zamieszkałam z Nickiem i Rebą.

Ciotka była jedyną krewną mamy, sporo od niej młodszą. Tata nie miał krewnych, a wszyscy moi dziadkowie nie żyli, z wyjątkiem ojca mamy, ale wtedy miał parkinsona i mieszkał w domu opieki, a teraz i on już nie żył.

Reba i Nick byli razem zaledwie parę miesięcy, gdy moja rodzina zginęła, i pobrali się niedługo po moim wyjściu ze szpitala.

Gdy miałam piętnaście lat, ciocia Reba umarła. To była jakaś zwyczajna operacja i wszystko poszło dobrze, ale kilka dni później po prostu zmarła. Skrzep krwi dotarł do serca, a potem… Już jej nie było. Nick, który w sumie nie był moją rodziną, nie pozbył się mnie. Po śmierci cioci coś się między nami zmieniło. Jedyną miłością, jaką znałam, dorastając (w każdym razie: jedyną, jaką pamiętam), była miłość cioci i Nicka do mnie. No i jeszcze miłość Nicka do cioci.

Kochał ją w sposób, którego nie potrafię opisać. To nie było tak, że ją nosił na rękach, że była dla niego Ziemią i Księżycem, i wszystkim. To było inne. To było jak oddychanie. Jak potrzeba. Dla mnie była jedyną krewną, dla niego – całym życiem. Dlatego trzymaliśmy się razem. W sumie to chyba jedyna rzecz, jaką mogliśmy zrobić.

Nick wytrzymywał ze mną, a to niełatwe. Byłam trudnym dzieckiem, jeszcze gorszą nastolatką, zawsze na misji ratowania ptaszka ze złamanym skrzydełkiem, nieśmiałej koleżanki albo lasów w Brazylii, których nie widziałam na oczy. Nie imprezowałam i nie odpalało mi w taki przeciętny sposób, ale nie było łatwo.

Zostałam pracownikiem pomocy społecznej, co martwiło Nicka. Jego zdaniem nie potrzebowałam więcej „przypadków”.

– Chryste, ratowałaś drzewa, zrobiłaś z klasowej sieroty królową balu i brałaś udział w marszach przeciwko przemocy domowej. Nie uratujesz całego świata, Jules – protestował Nick.

– Może nie, ale warto próbować – zapewniłam z młodzieńczą brawurą.

– W takim razie mogę mieć tylko nadzieję, że Bóg uratuje nas wszystkich przed tobą, ratującą nas wszystkich. – Taki był Nick.

Po studiach pracowałam w kilku miejscach i trzymałam się z dala od kłopotów. Nick uznał, że się ustatkowałam, i to uśpiło jego czujność.

Zaczęłam pracować w azylu King’s Shelter z dziećmi, które uciekły z domów.

Przez jakiś czas wszystko się układało. Znalazłam swoją niszę, dzieciaki mnie akceptowały. Aż do tamtego dnia cztery miesiące temu, gdy przyszłam do pracy i zobaczyłam, że Roam i Sniff dziwnie wyglądają.

***

Wróciłam do kuchni, otworzyłam butelkę czerwonego wina i nalałam sobie do jednego z moich dużych kieliszków. Wróciłam do salonu i położyłam się na szezlongu.

Boo natychmiast umościł się na moich kolanach.

– Miau – oznajmił.

– Cicho, mamusia myśli – poinformowałam go i zaczęłam drapać pod brodą.

Zamruczał.

Piłam wino, patrzyłam w okno i przypominałam sobie, jak to było. Chociaż wcale nie chciałam tego pamiętać.

***

Roam, Sniff i Park byli pod moją opieką. Udało mi się do nich zbliżyć. Trwało to kilka miesięcy, ale w końcu mi zaufali.

Byli na ulicy od kilku lat, chociaż żaden z nich nie miał nawet szesnastki. Ściągnęłam ich do azylu, przyłażąc codziennie na 16. Street Mall, gdzie się kręcili, i rozmawiając z nimi. Ściągnęłam do azylu wiele dzieciaków; potem organizowałam terapię, potem spotkanie z rodzicami (jeśli robiło się dobrze), potem terapię rodzinną, a potem wracali do domu (jeśli zrobiło się bardzo dobrze).

 

Roam, Sniff i Park nie wracali do domu. Opowiedzieli mi, co się tam działo; to było zło w czystej postaci i nie było opcji, żebym próbowała zorganizować spotkanie z ich rodzicami. Dlatego chciałam tylko, żeby byli czyści, bezpieczni, żeby mogli się uczyć i mieli coś do jedzenia.

A potem, tamtego dnia, tamtego chujowego, strasznego dnia przyjechałam do King’s i zobaczyłam, że Parka nie ma. Od razu wiedziałam, że Roam i Sniff coś wiedzą.

Przyszpiliłam Sniffa, najsłabszego z ich paczki, i spytałam, gdzie Park.

– Nie wiem – odparł.

Park się we mnie durzył, wiedziałam to i czasem wykorzystywałam. Nie chodziło o to, że byłam, jak mawiał Nick i jak uważali oboje z ciocią, „wyjątkowo piękna”. Mówił tak, bo mnie kochał, ale ja miałam lustro i nie uważałam się za jakiś cud świata. Miałam czarne włosy jak tata, tylko moje były długie i kręcone, miałam fiołkowe oczy mamy, jej jasną cerę oraz krągłości. Nie wygrałabym żadnego konkursu miss, ale też nikt nie kazałby mi zakładać worka na głowę. Tak naprawdę ja też lubiłam Parka, tylko inaczej, niż on mnie.

Był zabawny, słodki i cholernie inteligentny. Rozśmieszał mnie do bólu brzucha, a gdy na mnie patrzył, wiedziałam, że jestem ważna.

Zaczynało do mnie docierać, że nie uratuję całego świata, ale miałam cholerną pewność, że uratuję Parka, nawet gdyby miało mnie to zabić. Wiem, że powinnam utrzymać dystans, ale kochałam tego dzieciaka. Kochałam całą trójkę.

Park wiedział, że będę dzisiaj w King’s, i nie przegapiłby okazji, żeby się ze mną zobaczyć.

– Sniff, jeśli mi nie powiesz, zero deseru – zagroziłam.

Sniff był łasuchem.

– Nie wiem, Law. Po prostu go tutaj nie ma.

To poświęcenie zaskoczyło mnie i nie wróżyło dobrze. Sniff wiedział, że coś się dzieje i że może być z tego problem. Park był zbyt inteligentny, potrzebował wyzwań, żeby jego aktywny umysł mógł się oderwać, zwłaszcza od tego gównianego życia. Wpadał w kłopoty, szukając przygód i wyzwolenia, i sposobu, żeby mieć spokój od tego wszystkiego. Miałam z nim pełne ręce roboty, jak zresztą z całą tą trójką.

Złapałam Sniffa za rękaw zbyt dużego T-shirtu i pociągnęłam do Roama.

– Ruchy, chłopaki. Idziemy szukać Parka.

Poszli ze mną, głównie dlatego, że to oznaczało przejażdżkę Hazel.

Znaleźliśmy go. Chwilę to trwało, bo objechaliśmy wszystkie jego miejscówki, a trochę tego było, ale znaleźliśmy.

Nigdy nie zapomnę tego widoku. Strzykawka leżała na ulicy przy nieruchomej ręce. Trefny towar. Park był sztywny, zaczęło się już stężenie pośmiertne. Miał otwarte oczy, jego śniada skóra była blada. Patrzyłam na niego długą chwilę, w końcu wrzasnęłam:

– Kurwa mać!

Sniff zwymiotował.

Roam przycisnął dłonie do głowy i cały czas patrzył na martwego przyjaciela.

Bluzgałam dalej, a potem przykucnęłam przy Parku i patrzyłam.

Wyglądał zupełnie inaczej. Nigdy nie spotkałam kogoś tak pełnego życia jak Park; więc teraz, gdy leżał tak bez ruchu, wyglądał jak ktoś zupełnie inny.

Spuściłam głowę i zaklęłam znowu. Potem wzięłam telefon i wezwałam policję. A potem znów patrzyłam na Parka. Gdy poczułam, że ten obraz wrył mi się w mózg, zamknęłam oczy. Ale wypalił mi się również pod powiekami.

I wtedy zrozumiałam, co muszę zrobić. W tej jednej chwili. Wstałam i spojrzałam na Roama.

– Kto mu sprzedał to gówno?

Roam był czarny, wysoki, tyczkowaty i zapowiadał się na przystojniaka. Sniff był biały, chudy i miał trądzik. Park był Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia, średniego wzrostu i już był przystojny. Gdyby miał szanse dorosnąć, byłby seksowny jak diabli.

Czułam, że Roam balansuje na krawędzi. Nigdy nie wiedziałam, czy zdołam do niego dotrzeć, za każdym razem, gdy przychodziłam do King’s, trzymałam kciuki, żeby go zastać, jakby to był jedyny wskaźnik, że to, co robię, działa.

Roam patrzył na mnie bez słowa swoimi czarnymi oczami.

Oparłam dłonie na jego piersi, pchnęłam go na ścianę budynku, zajrzałam mu w oczy. Roam miał piętnaście lat, ale był dziesięć centymetrów wyższy ode mnie i gdyby chciał, szybko by sobie ze mną poradził.

Nie próbował.

– Kto mu sprzedał ten jebany towar?

– Nie wiem, jak on się nazywa.

– Możesz mi go pokazać?

Zaskoczyłam go.

– Law…

Tylko tyle i już wiedziałam, że może.

– Dzisiaj – poleciłam.

Twarz mu stężała i wiedziałam dlaczego. Roam i Park przyjaźnili się od zawsze. Przeżyli złe chwile w domu i trochę lepsze, ale wciąż słabe, na ulicy. Sniff dołączył później, był nowy na ulicy i Park wziął go pod swoje skrzydła. Od tamtej pory zawsze trzymali się razem.

Aż do teraz.

– Dobra – zgodził się Roam.

Wiedziałam, czemu to zrobił, ale nie miałam zamiaru na to pozwalać.

– Was to nie dotyczy. Pokażecie mi, kto to jest, i znikacie jak cień.

– Law… – powtórzył Roam.

– Nie, Roam. Żadnych dyskusji.

– To nie jest miejsce dla białej suki. Ci goście cię załatwią.

– O to się nie martw. I nie nazywaj mnie suką, bo to chamskie.

No co. Nadal byłam jedyną dorosłą osobą w tej sytuacji.

Tamtego wieczoru Roam pokazał mi gościa, który sprzedał to gówno Parkowi. Nie próbowałam go dopaść. Aż taka głupia nie jestem. Po prostu jechałam za nim i obmyślałam plan.

A potem poszłam do Zip’s Gun Emporium i kupiłam pistolet.

Zip był stary jak czas. Był biały, niski, pomarszczony, kościsty i prawie łysy, jeśli nie liczyć kilku siwych kosmyków przyklejonych do czaszki.

Zip przypatrywał mi się, gdy oglądałam broń, usiłując coś wybrać.

– Trzymałaś kiedyś w ręku pistolet? – zapytał.

– Nie.

– Kupujesz go dla ochrony? Do noszenia w torebce?

– Nie.

Przyjrzał mi się uważniej.

– Chcesz dopaść swojego eks?

– Nie.

Jego oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy, potem zwęziły.

– Chcesz dopaść kogoś innego?

Spojrzałam na niego.

A potem, nie wiem dlaczego, może potrzebowałam o tym pogadać, a może musiałam podzielić się z kimś moim planem, w każdym razie powiedziałam Zipowi o Parku. A potem, jaki mam plan.

Tym razem przyglądał mi się dłużej. W końcu podszedł do gablotki, otworzył ją, wyjął czarny pistolet i powiedział:

– Glock 19, dziewięć milimetrów. Lekki, niezawodny, mieści się w torebce.

Alleluja.

– Biorę.

– Na tyłach mam strzelnicę. Każdego dnia przyjdziesz tutaj przynajmniej na godzinę. Każdego dnia przez godzinę będę cię uczył. Nie wyjdziesz na ulicę, dopóki nie nauczysz się obchodzić z bronią. Mam chłopaków, z którymi musisz pogadać. Pokażą ci, jak się zachowywać. Przyjdź jutro o szóstej.

Trochę mnie zaskoczył, ale nie miałam zamiaru wybrzydzać, więc tylko skinęłam głową.

– Załatwimy papiery – dodał na koniec.

Zip uczył mnie strzelać, aż do bólu ręki. Czasem któryś z jego chłopaków, Ciężki czy Frank, przychodzili, zabierali mnie i pokazywali mi różne rzeczy. Uczyli mnie, jak obchodzić się z nożem, głównie jak go unikać, ale też jak się nim posługiwać. Uczyli mnie drapać, walić i robić uniki. Uczyli mnie prowadzić samochód, używać paralizatora, tasera i gazu łzawiącego, jak być cicho, być niewidzialną i jak znikać.

– A jeśli wdasz się w bójkę, zawsze wal w jaja – poradził mi Ciężki.

To była dobra rada, ale nie miałam zamiaru aż tak się zbliżać. Chciałam tylko zatruć im życie. Przejść do partyzantki. I tak zrobiłam.

Jechałam za mordercą Parka, a gdy szedł na deal, brałam nóż i przebijałam opony.

Jasne, że to może wyglądać głupio i dziecinnie, ale wiecie, jak idziesz sprzedawać dragi, to chcesz się szybko zawinąć i jechać do następnego klienta, a nie wzywać pomoc drogową.

Potem w czasie jednego z jego spotkań rzuciłam z ukrycia świecę dymną, przerywając im transakcję i przerażając na śmierć. Nie dałabym rady wypłoszyć mu wszystkich klientów, narkomani na głodzie poradzą sobie ze strachem. Ale mogło to zdenerwować dilera, a o to właśnie chodziło.

Obserwowałam zabójcę Parka jakiś czas i poznałam jego dostawcę.

Zaczęłam śledzić dostawcę i przebijać opony również jemu.

Wycinałam mnóstwo takich numerów, robiąc głupie, wkurzające rzeczy tuż przed ich nosem. Do moich ulubionych należał ten z folią spożywczą na drzwiach; diler miał przerwę w niszczeniu ludziom życia i posuwał swoją panienkę, a gdy skończył, wszedł prosto w folię i przez chwilę nie miał pojęcia, co się dzieje. Zaczął wrzeszczeć, wymachiwać łapami, a folia oblepiła go ze wszystkich stron.

Widziałam to wszystko i prawie posikałam się ze śmiechu.

W ciągu dnia pracowałam z dziećmi. W nocy nękałam dilerów, dostawców oraz ćpunów. Tak się uczyłam ulicy, a przynajmniej jakiejś jej części.

Uważałam. Zapamiętywałam twarze, imiona, miejsca i spędzałam mnóstwo czasu z Zipem, Ciężkim i Frankiem.

Rozszerzałam sieć.

Sal Cordova to mój pierwszy błąd.

Cordova był drobnym dostawcą i dilerem na pół etatu; uprzykrzałam mu życie dla zasady, głównie dlatego, że był zadufanym palantem, który myślał, że kobiety powinny na niego lecieć. Śledziłam go, łaziłam za nim po barach, obserwowałam i zrozumiałam, że on serio uważał się za Bóg wie kogo, nawet jeśli kobiety się z tym nie zgadzały. Obawiałam się, że może być jednym z tych gości, którzy zmuszą kobiety, by się zgadzały.

Mógłby uchodzić za przystojnego. Był kilka centymetrów wyższy ode mnie, nieźle zbudowany (nie jak Vance Crowe, ale umówmy się, tak jak Vance zbudowany był tylko Vance), jasnobrązowe włosy i niebieskie oczy. Problem polegał na tym, że był również palantem, oblechem i był tak głupi, że zrobiłam się bezczelna.

Pewnego dnia w jakiejś taniej spelunce podeszłam do niego, wsunęłam się do boksu i usiadłam naprzeciw. Spojrzał zaskoczony i uśmiechnął się, myśląc pewnie, że go podrywam.

– Cześć, złotko – powiedział i mrugnął do mnie.

Błagam.

– Jules – powiedziałam, usiłując nie rzygnąć.

– Cześć, Jules. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Dobra, więcej nie wytrzymam.

Nie tracąc czasu, powiedziałam mu jasno, po co przyszłam.

– Sprzedasz działkę jakiemuś dzieciakowi, bezdomnemu czy nie, i znikasz z interesu. Pamiętaj, mam cię na oku.

A potem wstałam i wyszłam. Mówiłam, że zrobiłam się bezczelna. A to niedobrze. Wtedy właśnie ludzie, ci niewłaściwi, dowiedzieli się, kim jestem.

Zip nie był zadowolony.

– Dziewczyno, odbiło ci – uznał.

Gdy powiedziałam o tym Nickowi (mówiłam Nickowi wszystko, bo nauczyłam się dawno temu, że i tak się dowie)… No więc, powiedzieć, że nie był zadowolony, oznaczałoby nie powiedzieć nic.

– Do reszty straciłaś rozum?! – wrzeszczał na mnie.

Nie zareagowałam. Tego, że najlepszym sposobem na Nicka jest cisza, również nauczyłam się dawno temu.

To Roam i Sniff rozpowszechnili plotki o Law.