Idealny detektyw

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Idealny detektyw
Idealny detektyw
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Rock Chick Revenge

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Zdjęcie na okładce: © Geber86/iStock by Getty Images

Copyright © 2013 by Kristen Ashley

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Agnieszka Lipska-Nakoniecznik

ISBN 978-83-287-1615-5

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

Książkę tę dedykuję Gibowi Moutaw, który jest fajniejszy niż Lee, Eddie, Hank, Vance, Luke, Mace i Hector razem wzięci.

Spis treści

Rozdział pierwszy – Zła Ava, Dobra Ava

Rozdział drugi – Niewielkie kłopoty

Rozdział trzeci – Ta, którą zamierzam chronić

Rozdział czwarty – Zapłata

Rozdział piąty – Muszę zjeść ciastko

Rozdział szósty – Coś, czego nie ogarniam

Rozdział siódmy – Różowa Lady Sandy

Rozdział ósmy – Sprawy biznesowe

Rozdział dziewiąty – Jest mi dobrze, jestem wyluzowana

Rozdział dziesiąty – Pani Stark

Rozdział jedenasty – Nie wszystko idzie tak, jak trzeba

Rozdział dwunasty – Szpilki i igły

Rozdział trzynasty – Przysługa

Rozdział czternasty – Znów coś przegapiłaś, kochanie

Rozdział piętnasty – Razem, nie sposób temu zaprzeczyć

Rozdział szesnasty – Milano Interruptus

Rozdział siedemnasty – Tęskniłem za tobą

Rozdział osiemnasty – Walka

Rozdział dziewiętnasty – Przyparta do muru

Rozdział dwudziesty – Wyjątkowo prawdomówny

Rozdział dwudziesty pierwszy – Szykuje się odwet

Rozdział dwudziesty drugi – Cenny ładunek

Rozdział dwudziesty trzeci – Szał

Rozdział dwudziesty czwarty – Ceremonia pożegnania wibratorów

Rozdział dwudziesty piąty – Suki Barlow z piekła rodem

Rozdział dwudziesty szósty – Jak manipulować mężczyzną za pomocą bielizny

Rozdział dwudziesty siódmy – Ośmiokrotna zemsta

Rozdział dwudziesty ósmy – Dwa rodzaje kobiet

Rozdział dwudziesty dziewiąty – Eskorta, zamieszanie i ciasteczka

Rozdział trzydziesty – Szczęście

Rozdział pierwszy

Zła Ava, Dobra Ava

Siedziałam w swoim range roverze w kolorze głębokiej zieleni i z rękoma opartymi o kierownicę i czołem wspartym na dłoniach rozmyślałam, co, do diabła, wyprawiam.

Zaparkowałam naprzeciwko biura Nightingale Investigations, gdzie pracował nie tylko Luke, ale cała ich zgraja.

– Zrób to, zrób. Wiesz, że chcesz to zrobić.

Malutka, malusieńka Zła Ava, ubrana we wdzianko z czerwonej koronki, czerwone pończochy, czerwone szpilki z lakierowanej skóry i opaskę z diabelskimi rogami, siedziała mi na prawym ramieniu i mruczała prosto do ucha.

– Absolutnie tego nie rób, wracaj do domu, poćwicz jogę, zapal świece, zajmij się medytacją – szeptała do drugiego ucha otoczona złocistą poświatą malusieńka Dobra Ava w koszulce z białej satyny wykończonej miękkimi, puszystymi piórkami, w złotych sandałkach na wysokim obcasie, która siedziała na moim lewym ramieniu.

– Za chwilę zwariuję – powiedziałam głośno ja, prawdziwa Ava.

– Nie zwariujesz. Po prostu chcesz go zobaczyć. Już od czterech lat chcesz się z nim spotkać. Dziewczyno, teraz jesteś naprawdę seksowną, superzajebistą laską. Pozwól, niech sam się o tym przekona – mamiła Zła Ava.

To prawda. Może nie zajebiście seksowną, ale całkiem niezłą.

– Wracaj do domu, zadzwoń do Sissy i powiedz jej, że nie możesz tego załatwić. Potem zadzwoń do Luke’a i zaproś go na kolację jak całkiem normalnego faceta. Nie rób tego! Nie! – zawołała Dobra Ava.

Cholera!

– Zrób to! Wejdź tam, wciągnij go, przeżuj i wypluj! Wszyscy faceci to śmierdziele! – zachęcała Zła Ava.

– Luke nie jest śmierdzielem! Wszystkie lubimy Luke’a! – zaprotestowała Dobra Ava, opierając się o moją szyję, żeby spiorunować spojrzeniem Złą Avę.

Zła Ava pogroziła Dobrej Avie palcem. Dobra Ava pokazała Złej Avie język.

Zignorowałam je obie.

Faceci byli śmierdzielami. To była prawda. Byli kanaliami. Wszyscy faceci, także Luke. Zapewne.

Znałam Luke’a od czasu, kiedy zamieszkał naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy. Wtedy miałam osiem lat, on dwanaście. Był najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziałam w swoim życiu, a kiedy ujrzałam go przed pięcioma laty na pogrzebie jego ojca, zdałam sobie sprawę, że z chłopca zmienił się we wspaniałego mężczyznę.

Luke zawsze zachowywał się wobec mnie nadzwyczaj uprzejmie. Nawet wówczas, gdy jako dziecko byłam gruba, nosiłam okulary i miałam włosy w mysioszarym odcieniu. Kiedy zobaczyłam go na pogrzebie, nadal byłam tłustawa (tak mniej więcej), nadal byłam okularnicą, a moje włosy nadal miały ten sam mysi kolor. Tak więc doszłam do wniosku, że przypuszczalnie Luke przez cały czas naszej znajomości czuł do mnie jedynie litość.

Obecnie ważyłam trzydzieści pięć kilogramów mniej, okulary zastąpiłam szkłami kontaktowymi, a moje włosy przeplatały pasma złocistego blondu. Częściowo, tylko po bokach i na czubku głowy. Spód zostawiłam w naturalnym kolorze, ale z jakiegoś dziwnego powodu, może w kontraście do blond pasemek, moje włosy nabrały kasztanowego połysku, upodabniając się tym samym do koloru włosów obu moich olśniewających sióstr. Przez całe życie pragnęłam mieć właśnie takie włosy, nawet modliłam się o to, ale bez powodzenia. Aż do teraz.

Gdy ostatnio widziałam Luke’a, ubrany był od stóp do głów na czarno: czarny garnitur, czarna koszula, czarny krawat. Co prawda to był pogrzeb, ale Luke w czerni wyglądał bombowo.

Nawet gdy był jeszcze nastolatkiem, zazwyczaj nosił czarne T-shirty, czarne buty do jazdy na motocyklu i czarne dżinsy. Zwróciłam na to uwagę, ponieważ zwracałam uwagę na wszystko, co dotyczyło Luke’a.

Miał czarne włosy i czarne oczy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ponieważ tak naprawdę jego oczy były w kolorze ciemnego, bardzo ciemnego granatu. Na pogrzebie zauważyłam, że zapuścił bródkę. Niedługą i niezbyt gęstą, lecz krótko i starannie przystrzyżoną. Było mu z nią do twarzy jak diabli.

Prawie roztopiłam się z wrażenia, gdy Luke przesunął spojrzeniem po stojącym nad grobem tłumie i zatrzymał się na mnie. Jego wzrok złagodniał, a jeden kącik ust powędrował do góry w półuśmiechu, z którym wyglądał tak, że od razu miałam ochotę rzucić się na niego. Jednak zamiast odepchnąć na bok żałobników i skoczyć na Luke’a (co naturalnie byłoby wysoce niestosowne), mrugnęłam do niego zawadiacko i jak ostatnia kretynka pomachałam ręką. Uśmiech nabrał pełnego kształtu (przypuszczam, że podziałało zawadiackie mrugnięcie, chociaż z drugiej strony moje kretyńskie, durne zachowanie zawsze wydawało się go rozśmieszać), a potem Luke odwrócił się w inną stronę.

To był właśnie ten dzień, kiedy postanowiłam odwrócić swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. To właśnie tego dnia postawiłam całe pieprzone życie na głowie. Żałuję tamtego dnia. Nigdy nie sądziłam, że będę żałować czegokolwiek, ale jestem pewna, że żałuję tamtego dnia.

Tak czy owak, teraz potrzebowałam pomocy Luke’a.

Wiedziałam z rozmowy mojej mamy z jego mamą (pozostały przyjaciółkami, mimo że mama Luke’a przeniosła się do mieszkania w bloku w Governor’s Park, a moja mama przeprowadziła się do Phoenix), nie wspominając już o Ally i Indy, moich rockowych przyjaciółkach, że Luke był kimś w rodzaju najemnego twardziela, łowcy głów, prywatnym detektywem, który pracował dla brata Ally i narzeczonego Indy, Lee Nightingale’a.

 

Luke zawsze był twardzielem. Dwa dni po tym, jak wprowadził się do domu naprzeciwko, przyłapałam go w jakimś zaułku na paleniu papierosów. Miał dwanaście lat i palił papierosy, ja zaś w wieku ośmiu lat uważałam, że to szalenie fajna sprawa. Kiedy dorósł, zaczął jeździć podrasowanymi autami (to znaczy szybkimi i hałaśliwymi) oraz motocyklami (tak samo szybkimi i głośnymi) i spędzał czas w garażu swojego taty, gdzie przy otwartej bramie ćwiczył podnoszenie ciężarów. Przyglądałam się mu z okna mojej sypialni i to było ciekawsze niż cokolwiek, co leciało w telewizji, możecie mi wierzyć.

Bez przerwy spotykał się z różnymi dziewczynami i mówcie, co chcecie, że one wszystkie były łatwe, ale nawet z zakonnicą poszłoby mu bez trudu.

Poza tym ciągle pakował się w kłopoty. Wiele razy słyszałam, jak jego mama opowiadała o tym mojej mamie. Niejednokrotnie zdarzało się, że po jakiejś libacji zgarniała go policja. W szkole średniej był znanym twardzielem. Wyjechał tego samego dnia, kiedy otrzymał świadectwo ukończenia szkoły po jednej z licznych, dzikich awantur z własnym ojcem i stał się jeszcze twardszym gościem (słyszałam, jak jego mama mówiła… No cóż, rozumiecie, o co chodzi).

Właśnie w tej chwili potrzebowałam twardego faceta.

– Cholera – powiedziałam na głos.

– Idź i weź go sobie, dziewczynko – szeptała Zła Ava.

– Bądź miła – napominała Dobra Ava.

Zanim zdążył mnie oblecieć tchórz, wysiadłam z range rovera i weszłam do budynku.

***

Gdy tylko otworzyłam drzwi do biura Nightingale Investigations, od razu na serio zaczęłam się zastanawiać, czy odpowiednio się ubrałam. Zawsze wydawało mi się, że taki twardy gość, najemnik, prywatny detektyw i łowca głów musi mieć biuro przypominające ruderę. Że będą tam kanapy z wyłażącym wypełnieniem, wypchane regały, na których stoją druciane koszyki zawalone po brzegi papierami, brudne kubki po kawie, walające się wszędzie resztki… Tego typu rzeczy.

Recepcja firmy Nightingale Investigations wyłożona była lśniącymi płytami drewnianej boazerii. Ujrzałam kosztowne kanapy ze skóry (bez śladu wyłażącego wypełnienia), olbrzymi portret kowboja w ciężkiej, rzeźbionej ramie z drewna, stojącą w kącie brązową statuetkę wierzgającego konia oraz olbrzymie biurko z komputerem najnowszej generacji.

To biurko było zresztą jedynym miejscem w pokoju, które nie było schludne i czyste. Panował tam straszny bałagan, a za biurkiem siedziała urocza dojrzała Afroamerykanka. Na głowie miała największe afro, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam, i wydawało się, że jednocześnie je pizzę i maluje paznokcie na kolor przypominający mrożony malinowy sorbet.

Ja byłam ubrana w porządnie wypłowiałe lewisy, które znalazłam w lumpeksie (i naprawdę były super), czarny T-shirt z napisem „Green Day”, pod który włożyłam białą koszulkę, czarne klapki, no i srebro.

Mam kompletnego świra na punkcie srebra i tego dnia, tak samo jak każdego dnia, po prostu ociekałam srebrem: cztery srebrne naszyjniki, pięć srebrnych bransoletek na prawym nadgarstku, trzy na lewym, duże srebrne obręcze w każdym uchu i pierścionki albo obrączki niemal na każdym palcu. Włosy zwinęłam na czubku głowy w bezładny węzeł, przytrzymywany gumką do włosów, a do tego wyszłam z domu bez makijażu. Udawałam, że nie muszę niczego udowadniać ani na nikim zrobić wrażenia.

Powinnam była założyć sukienkę, buty na wysokim obcasie i normalnie się umalować. Nie wspominając już o tym, że powinnam była zrobić coś z tymi cholernymi włosami. Niech to szlag trafi.

– Czy mogę w czymś pomóc? – odezwała się dama za biurkiem w recepcji, wyrywając mnie z tych idiotycznych rozmyślań.

Zastanowiłam się przez moment, czy nie lepiej będzie stąd zwiewać, ale potem wzięłam głęboki wdech.

– Szukam Lucasa Starka – powiedziałam.

– Jest pani umówiona z Lukiem? – spytała dama, spoglądając na kłębiący się przed nią bałagan, choć nie wyglądało, żeby zamierzała cokolwiek tam znaleźć.

– Nie, ja jestem… – Znów się zawahałam. Czy ja przypadkiem nie jestem najgłupszą kobietą na świecie? Oblizałam usta i brnęłam dalej. – Jestem dawną przyjaciółką Luke’a.

– Jego tutaj nie ma, dziewczyno. Ale jak chcesz, mogę do niego zadzwonić – zaproponowała dama, przyglądając mi się uważnie.

– Nie – zawołałam szybko, bo poczułam ulgę nad ulgi, że Luke’a nie ma.

O to chodziło, bogowie dali mi znak, że to nie mogło się zdarzyć. I musiałam się z tym pogodzić. Najwyższy czas.

– Ja tylko… – Urwałam i rozglądając się dookoła, podjęłam decyzję, że pora stąd spieprzać. – Nieważne. Czy będzie pani uprzejma powiedzieć mu, że była tutaj Ava Barlow? Spróbuję złapać go później.

Właśnie zastanawiałam się, czy mądrze zrobiłam, zdradzając tej kobiecie swoje nazwisko, kiedy ona uśmiechnęła się szeroko, jakby przyszedł jej do głowy świetny pomysł, którego nie miała zamiaru mi zdradzić.

– Ależ nie ma problemu. Mam jego numer na liście szybkiego wybierania.

Jasna cholera!

– Nie! – wykrzyknęłam, nagle zmieniając ton na pełen rozpaczy, ponieważ w owej chwili naprawdę przepełniła mnie rozpacz. Nie powinnam była tutaj przychodzić. Ostatecznie sama mogłam zdobyć dowody winy tego oszukańczego dupka, który był mężem Sissy. To nie powinno być zbyt trudne. Nie potrzebowałam Luke’a. Nikogo nie potrzebowałam. – Dzięki, ale naprawdę muszę lecieć. Tak czy owak, już powinnam być gdzie indziej.

Zaczęłam się wycofywać, zdecydowana zmykać czym prędzej.

– Proszę chwileczkę zaczekać! – zawołała dama, zawsze gotowa do pomocy. Poderwała się z miejsca, wymachując dłońmi, żeby osuszyć paznokcie. – Zaraz pogadam z chłopakami na zapleczu. Może wiedzą, gdzie on się podziewa.

Co?! Chłopcy na zapleczu?

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł jakiś mężczyzna (zdecydowanie nie był żadnym chłopcem). Wystarczył jeden rzut okiem, żebym zapatrzyła się na niego jak urzeczona. Z początku przestraszyłam się, że to może być Luke, ale to nie był on. Ten facet był wysoki, ciemnowłosy, z zielonkawymi oczyma i smukłym, umięśnionym ciałem. Był niewiarygodnie wspaniały. Nie tak przeciętnie atrakcyjny, jak powszechnie bywają mężczyźni, ale jakby przybył z innego świata. Spojrzenie zielonkawych oczu spoczęło na mnie i zaraz pojawiły się w nich iskierki rozbawienia, jakby właśnie pomyślał o czymś śmiesznym.

Odniosłam wrażenie, że facet lada chwila wybuchnie śmiechem, więc pomyślałam z roztargnieniem, że musi być superfajnie pracować w takim miejscu.

– Przed chwilą dzwonił Luke – powiedział do czarnoskórej damy, nie odrywając ode mnie wzroku, i wszystkie myśli o fajnym miejscu pracy uleciały mi z głowy, ponieważ w tym momencie wszystko uleciało mi z głowy. – Będzie tu za pięć minut.

Poczułam, jak ogarnia mnie paranoiczny strach. Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego teraz, kiedy akurat potrzebowałam pomocy, Zła Ava i Dobra Ava zniknęły. Zbyt późno dostrzegłam, że seksowny gość o zielonych oczach zatrzymał się między mną a drzwiami prowadzącymi na zewnątrz. Cholera.

– Hm… Tak? – Spojrzałam na niego.

– Mace – powiedział i mrugnął szelmowsko.

O rany! Co to za imię – Mace? Może miał w sobie coś z Polinezyjczyka, zresztą skąd miałam wiedzieć, jakie imiona Polinezyjczycy dają swoim dzieciom, ale Mace?

– No cóż, Mace, muszę lecieć – odezwałam się.

Pokręcił głową.

Gapiłam się na niego, przypuszczając, że chyba mnie nie usłyszał.

– Muszę iść – powtórzyłam.

– Luke będzie tu za pięć minut. – To wszystko, co powiedział.

Stał z rękoma skrzyżowanymi na piersi i odniosłam wrażenie (całkiem słuszne), że z jakiegoś powodu nie zamierza pozwolić mi odejść. Wydało mi się to wysoce niepokojące. Postanowiłam jednak więcej nie nalegać, ponieważ Mace był potężnym facetem i nie wyglądał na takiego, którego łatwo mi będzie usunąć z drogi. Z powrotem odwróciłam się do recepcjonistki.

– Hm… Ja naprawdę muszę już iść. Właśnie sobie przypomniałam, że mam wizytę u dentysty. Oni bywają dość przewrażliwieni, jeżeli ktoś zapomina o wizycie.

Zareagowała wybuchem śmiechu.

– Naprawdę – upierałam się. – Czasami nawet każą człowiekowi zapłacić.

– Dziewczynko, tak bardzo chcę zobaczyć, co się teraz wydarzy, że sama ureguluję rachunek, jeżeli faktycznie każą ci zapłacić – odparła dama.

W porządku, chyba spokojnie mogłam zaryzykować stwierdzenie, że właśnie opuściłam normalny, bezpieczny świat, żeby znaleźć się w jakimś wariatkowie.

– No dobrze, co tu się dzieje? – spytałam.

– Po pierwsze, nazywam się Shirleen – powiedziała do mnie.

– Hm… Cześć?

Dlaczego nie mogę po prostu stąd wyjść i dlaczego wszystkim obecnym (poza mną) wydaje się to całkiem w porządku.

– Cześć – odparła Shirleen. – Po drugie, żeby zrozumieć, co tu się dzieje, musisz dowiedzieć się, co się wydarzyło, zanim przyszłaś. Skoro Luke ma być za pięć minut…

– Za trzy – przerwał jej Mace zza moich pleców.

Zerknęłam na niego przez ramię, czując, jak ogarnia mnie całkowita panika, i znów zwróciłam się do Shirleen.

– Za trzy – mówiła dalej Shirleen. – Więc nie będzie dość czasu. Po prostu zaufaj mi, dziewczyno, i płyń z falą.

Jej słowa w ogóle nie miały sensu.

– Z jaką falą? – spytałam, a potem pokręciłam głową, ponieważ nie miałam czasu dociekać, o jaką falę chodziło. Po prostu musiałam stąd wyjść.

Odwróciłam się więc i ruszyłam w stronę Mace’a. Nie mogli przecież mnie tu na siłę zatrzymać. Byłam całkiem pewna, że to niezgodne z prawem.

– Wychodzę – powiedziałam do niego.

Jego muskularne ciało od razu zareagowało czujnością.

– Luke chce, żebyś tu została – oznajmił bez ogródek.

Przesunęłam się jeszcze o dwa kroki, co oznaczało, że znalaz­łam się krok od Mace’a i mniej więcej dziesięć kroków od drzwi. Zadarłam głowę i spojrzałam prosto na niego, zaskoczona tym, co powiedział.

– On przecież nie wie, że tu jestem – stwierdziłam.

– Owszem, wie – odparł Mace.

– Nie wie – upierałam się.

– Powiedzieliśmy mu o tobie – wyznał szczerze.

– Skąd wiedzieliście? – spytałam.

Wskazał coś, a ja podążyłam za nim wzrokiem. W kącie pomieszczenia pod sufitem wisiała kamera, a światełko na niej połyskiwało na zielono. Cholera. Chłopcy na zapleczu obserwowali mnie przez cały czas. Odwróciłam wzrok na Mace’a.

– Nie możecie mnie tutaj zatrzymać – powiedziałam stanowczo.

Potrząsnął głową na znak, że jestem w błędzie. To mnie zdenerwowało.

Mam niezły temperament (no dobrze, może ktoś mógłby powiedzieć, że jestem z piekła rodem) i właśnie teraz musiałam stąd wyjść, zanim zjawi się Luke. Obliczyłam, że na ucieczkę została mi mniej więcej minuta. Złość, że nie mogę stąd wyjść, w końcu wzięła górę i szczerze mówiąc, kiedy wspominam tamtą sytuację, sama jestem w szoku, że trwało to tak długo.

– Z drogi! – warknęłam do Mace’a.

Ruszyłam z impetem naprzód. Złapał mnie wpół. Walczyłam z całych sił, ale szybko zdołał mnie obezwładnić. Po prostu przycisnął mnie plecami do siebie, skrzyżował mi ręce i mocno trzymał za nadgarstki.

Wciąż toczyłam walkę, kiedy nagle drzwi stanęły otworem. Zamarliśmy, a nasze głowy odwróciły się w kierunku wejścia. W progu stał Luke. Niech to szlag, szlag, szlag!!!

W mgnieniu oka dostrzegłam, że jest jeszcze bardziej atrakcyjny niż zazwyczaj. Wysoki, przynajmniej o dziesięć centymetrów ode mnie wyższy (a ja przecież mierzyłam prawie metr siedemdziesiąt trzy), wysmukły i dobrze zbudowany, obcisły czarny T-shirt, czarne bojówki i czarne buty. Gęste czarne włosy zostały krótko przycięte. Nie na jeża, ale dość krótko. Broda zniknęła, a na jej miejscu znalazły się najbardziej seksowne wąsy, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć. Były gęste i czarne, na całej długości górnej wargi, i przycięte starannie na końcach. O matko święta! W tym właśnie momencie zapragnęłam dowiedzieć się, jak to jest czuć te usta i te wąsy na sobie, na którejkolwiek części mojego ciała. Nie byłabym bardzo wybredna.

Jego wzrok spoczął na mnie, przesunął się na Mace’a i wrócił do mnie. Potem jeden koniuszek ust powędrował w górę w seksownym półuśmiechu. Na ten widok prawie roztopiłam się w objęciach Mace’a, ale on mnie nie puścił, choć przecież musiał czuć, że moja wola walki całkiem wyparowała.

 

– Znowu się spóźniłem – mruknął Luke nieco rozbawionym tonem.

Nie spuszczał ze mnie oczu, ale odniosłam wrażenie, że nie zwracał się do mnie.

– Nie do końca – odparła Shirleen w taki sposób, jakby bardzo starała się nie wybuchnąć śmiechem.

Ta wymiana zdań nieco zbiła mnie z tropu, ale nie miałam czasu spytać. Luke oderwał ode mnie wzrok i rozejrzał się po pomieszczeniu. Najwyraźniej szukał czegoś, lecz nie znalazł, więc jego spojrzenie prześlizgnęło się na Shirleen.

– Gdzie jest Ava? – spytał.

Opasujące mnie ramiona stwardniały i oboje, ja i mój porywacz, stanęliśmy prosto.

– Co to znaczy, gdzie jest Ava? Chłopcze, lepiej się jej przyjrzyj – odparła Shirleen.

Słyszałam, jak drzwi się otwierają, lecz ponieważ znajdowały się za moimi plecami, a tam stał potężny facet, więc nawet nie spojrzałam w tamtą stronę. Ale i tak bym nie spojrzała. Wzrok Luke’a przesunął się na mnie i przykuł mnie do miejsca.

– Cześć, Luke – odezwałam się, choć czułam, że zabrzmiało to głupio.

– Ava? – spytał.

– We własnej osobie. – Próbowałam uśmiechnąć się zawadiac­ko, choć Mace nadal mnie nie wypuścił i czułam się jak ostatnia kretynka.

Luke obejrzał mnie od stóp do głów, a potem popatrzył mi prosto w oczy.

– Co ci się stało, do diabła?

W jego tonie wyraźnie zabrzmiało coś na kształt oskarżenia. Nie była to reakcja, o której marzyłam (dość często), kiedy Luke ujrzy moje nowe wcielenie.

– Założyłam soczewki – poinformowałam go.

Spiorunował mnie wzrokiem.

– I ufarbowałam włosy na blond – dodałam.

W spojrzeniu pojawiły się groźne błyski.

– I ubyło mi trzydzieści pięć kilogramów.

Z jakiegoś powodu Shirleen właśnie w tym momencie wybuchnęła perlistym śmiechem, a na dodatek słyszałam, że inni także się śmieją, zupełnie jakby towarzyszyło nam więcej osób, o których obecności nie miałam pojęcia.

Nie odrywałam spojrzenia od Luke’a, który z jakiegoś obłąkanego powodu wyglądał teraz tak, jakby zaraz miał wybuchnąć. Zacisnął szczęki, a jego spojrzenie przesunęło się ze mnie na mężczyznę stojącego za moimi plecami.

– Może łaskawie zechcesz ją puścić? – spytał, choć właściwie nie było to pytanie.

W głosie Luke’a było coś jawnie przerażającego. Opasujące mnie ramiona wycofały się, ja zaś natychmiast odsunęłam się o krok. Luke nie ruszył się z miejsca.

– Co tutaj robisz? – zwrócił się do mnie, wciąż dziwacznie wkurzony i wciąż mierząc mnie pełnym gniewu spojrzeniem.

Natychmiast podjęłam decyzję, że nie potrzebuję takiego twardziela. Równie dobrze mogłam sama zrobić to, co zamierzałam. Postanowiłam więc skłamać.

– Pomyślałam, że może miałbyś ochotę wyskoczyć na piwo.

– Dzwoniłem do ciebie – powiedział, nieoczekiwanie zmieniając temat, jakby zapomniał o obecnej publiczności.

Cholera, trochę mnie to zmartwiło. Rzeczywiście dzwonił do mnie. Dzwonił z pół tuzina razy po pogrzebie swojego ojca. Dwa razy nie odebrałam, bo akurat mnie nie było. Czterech połączeń wysłuchałam, siedząc bez ruchu, kiedy on nagrywał wiadomość na sekretarkę. Nie odezwałam się. Na żadną nie pofatygowałam się odpowiedzieć.

– Wiem – odezwałam się łagodnie.

– Dzwoniłem do ciebie wtedy, kiedy zmarł mój tata – powiedział i śmiechy w pokoju zamarły równie szybko, jak się pojawiły.

– Wiem – powtórzyłam.

– Nie oddzwoniłaś, a teraz chcesz, żebym poszedł z tobą na piwo?

Jego ton wydawał się jeszcze bardziej przerażający niż przedtem. Nie sądziłam, że to w ogóle jest możliwe, a jednak było.

– Hm… Może jednak nie – wymamrotałam.

Postanowiłam, że wrócę do domu, położę się do łóżka, potem wstanę ponownie i spróbuję zacząć ten dzień od nowa, tym razem nie podejmując głupich decyzji i zachowując się rozważnie (czytaj: zrezygnuję z wizyty w Nightingale Investigations).

– Co tutaj robisz? – spytał ponownie Luke.

– Już ci powiedziałam – odparłam.

– Skłamałaś – stwierdził.

Otworzyłam buzię ze zdumienia. Oczywiście, że kłamałam, ale jak mógł się tego domyślić? Tak czy owak, oskarżył mnie o kłamstwo w obecności innych ludzi. Poczułam, jak wzbiera we mnie gniew.

– Nie kłamałam – warknęłam.

Znowu minęłam się z prawdą.

– Bzdury.

– Nie mów „bzdury”, kiedy ze mną rozmawiasz, Lucasie Stark!

– Ava, a ty nie próbuj wciskać mi kitu. Co tutaj robisz? – Najwyraźniej nie zamierzał mi odpuścić.

– Rzeczywiście wpadłam tu po to, żeby zaprosić cię na piwo. Potem przypomniałam sobie, że mam wizytę u dentysty, a teraz już jestem spóźniona, więc naprawdę muszę iść…

Nie przerywając tyrady, przesunęłam się o dwa kroki w stronę drzwi. Luke także się poruszył. W jednej chwili stał dobre kilka metrów ode mnie. W następnej był tuż obok, pochylił się i – nie żartuję – podniósł mnie, wbijając mi ramię prosto w brzuch. Następnie wyprostował się i ruszył wprost przed siebie, zabierając mnie ze sobą.

Wydałam lekki okrzyk zaskoczenia. Z boku usłyszałam kilka gwałtownie wstrzymanych oddechów, kiedy Luke podrzucił mnie na ramieniu, żebym znalazła się w bardziej stabilnej pozycji, a następnie objął obiema dłońmi tył moich ud i ruszył do wyjścia. Otworzył drzwi i wyszedł razem ze mną na zewnątrz.

Wobec takiego biegu wypadków byłam zbyt oszołomiona, żeby w ogóle się poruszyć, nie mówiąc o chęci do walki. Podniosłam jednak głowę na tyle, żeby zobaczyć Shirleen i Mace’a, i jeszcze jedną czarnoskórą damę, następnego seksownego przystojniaka oraz jakąś wspaniałą kobietę o urodzie gwiazdy filmowej, z burzą kruczoczarnych włosów i fiołkowymi oczyma. Wszyscy obserwowali nas bez słowa.

Znaleźliśmy się na korytarzu. Ujrzałam, jak drzwi zamykają się za nami, i dopiero wówczas zdołałam się ogarnąć.

– Postaw mnie! – wrzasnęłam.

Luke nie odpowiedział. Skręcił i przeszliśmy przez jakieś inne drzwi. Przekroczył próg, znowu skręcił i znaleźliśmy się w aneksie kuchennym połączonym z przebieralnią. Usłyszałam trzask klamki, Luke skręcił jeszcze raz, pochylił się i wreszcie postawił mnie na moich własnych nogach.

Chciałam coś przedsięwziąć (choć sama nie wiedziałam co), żeby stąd uciec, ale on na mnie napierał. Nie miałam wyjścia, jak tylko cofnąć się, i w końcu uderzyłam plecami o drzwi.

Luke zbliżył się jeszcze bardziej. Czułam żar emanujący z jego ciała, widziałam jego twarz tuż przy mojej twarzy i znieruchomiałam. Był tak wysoki i potężny, że przesłaniał mi cały świat. Był przy tym tak wkurzony i przekonany, że zdołał mnie ujarzmić, że nie byłabym w stanie odwrócić wzroku ani się ruszyć, nawet gdybym próbowała.

– Więc co tutaj robisz? – powtórzył, a jego ciemnoniebieskie oczy zalśniły złowieszczym blaskiem.

Zignorowałam niebezpieczeństwo, głównie dlatego, że w owym momencie byłam naprawdę wściekła.

– Czy ty przyniosłeś mnie tutaj ot, tak po prostu? – warknęłam.

– Ava, uprzedzam, że zapytam jeszcze tylko raz – ostrzegł mnie Luke.

Włożyłam obie dłonie w dzielącą nas przestrzeń, zatrzymałam je tuż przed jego twardą jak skała klatką piersiową i pchnęłam z całej siły. Rozszerzyłam oczy ze zdumienia i opuściłam wzrok na dłonie. Byłam przekonana, że użyłam naprawdę całej siły, ale on ani drgnął. Nie przesunął się nawet o centymetr.

Jasna cholera. W porządku, trzeba spróbować nowej taktyki, pomyślałam.

– Najpierw twój kumpel zatrzymuje mnie siłą, a teraz ty nosisz mnie po kątach wbrew mojej woli! – wrzasnęłam. – Dzwonię na policję!

– Lepiej powiedz mi, o co chodzi. Masz jakieś kłopoty?

– Odsuń się, Luke.

– Masz kłopoty?

– Odsuń się! – ryknęłam.

Nie ruszył się ani o krok. Zamiast tego przysunął się jeszcze bliżej. Tak blisko, że jego ciało dotykało mojego ciała. Jedną rękę oparł o drzwi tuż przy mojej głowie, drugą zaś na wysokości bioder. Znalazłam się w pułapce. Wzięłam głęboki wdech.

– Juhu! – krzyknęła mi prosto w ucho Zła Ava.

– O rany… – sapnęła Dobra Ava.

Można z całą pewnością powiedzieć, że wolałabym po tysiąckroć sprzedać duszę diabłu niż znaleźć się tak blisko Luke’a.

– Porozmawiaj ze mną, Ava – zażądał.

Jego głos brzmiał wyjątkowo nisko i teraz nie było w nim ani śladu wściekłości. Usłyszałam cierpliwość i coś, co zawsze pobrzmiewało w głosie Luke’a, kiedy zwracał się do mnie. Delikatność. Czułość. Powinnam była odpowiedzieć na ten ton, ale Luke był zbyt blisko. Odchyliłam do tyłu głowę, żeby przyjrzeć mu się dokładniej, i spojrzenie przywarło do jego ust. Wąsiki faktycznie były seksowne i ocieniały najwspanialsze na świecie usta, jakie kiedykolwiek widziałam w swoim pieprzonym życiu. Oczywiście już wcześniej zauważyłam, że Luke ma pięknie wykrojone usta, ale nigdy nie miałam okazji przyglądać się im z tak niewielkiej odległości.

Górna warga była ładnie zarysowana, dolna zaś pełna i mięsista. Równowaga między nimi wydawała się wręcz idealna, a w dodatku ich krawędzie były tak seksowne, że od razu ogarniała cię chęć, by osobiście zbadać ich doskonałość. Natychmiast zaczęłam się zastanawiać, czy te usta są twarde, czy miękkie w dotyku, kiedy ich właściciel zaczyna cię całować. Rozmyślałam, jaki smak mogą mieć takie usta. Potem zorientowałam się, że mam ochotę przesunąć po nich językiem.

– Ava…

Obserwowałam ich nieśpiesznie poruszenie, kiedy wymawiały moje imię, i w rozmarzeniu podniosłam wzrok ku oczom Luke’a. Nagle poczułam się tak, jakby spowijała mnie jakaś mgła, bo gdy napotkałam oczyma jego oczy, przestałam w ogóle myśleć, zupełnie zatopiona w uroku owej chwili. Odruchowo oblizałam wargi.

– Jezu… – mruknął Luke dziwnie miękkim tonem i teraz to on wpatrywał się w moje usta.

Obserwowałam go, zafascynowana, w jaki sposób rysy jego twarzy pozostały napięte, podczas gdy w oczach pojawiło się ciepło. Niezwykłe ciepło. Takie, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Zawsze spoglądał na mnie ciepłym spojrzeniem i wiedziałam, że nie na każdego tak patrzy. Ale tym razem było inaczej, całkiem inaczej. Oczy Luke’a płonęły takim żarem, że zrobiło mi się od tego gorąco. Niesamowicie gorąco. Jasny gwint! Pod wpływem instynktu samozachowawczego odepchnęłam go kolejny raz. Szarpnęłam przy tym głową, z całej siły uderzając o skrzydło drzwi. Czar chwili prysł.