Córka gliniarza

Tekst
Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Córka gliniarza
Córka gliniarza
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Mam cię znów pocałować?

Zareagowałam od razu.

– Zabiję cię – obiecałam Ally.

Śmiejąc się, weszła dalej i postawiła na podłodze torbę z moimi ubraniami.

Wrobiła mnie. Wiedziała, że Lee wróci. Stara wariatka.

– Co się tutaj dzieje? – spytała Kitty Sue, którą wbiło w podłogę. Patrzyła na nas oczami okrągłymi jak spodki, ale nie było w nich dezaprobaty na widok naszego obściskiwania się. Raczej błyszczała w nich nadzieja.

Lee miał kolor oczu swojej mamy, wszystkie dzieci Kitty Sue odziedziczyły po niej wzrost i szczupłą sylwetkę. Zawsze pełna energii, należała do tych matek, które pracują na pełen etat, co wieczór robią kolację, mają puszkę domowych ciasteczek i każdego roku szyją swoim dzieciom kostiumy na Halloween.

Lee odsunął się i usiadł na blacie obok mnie. Złączyłam nogi.

– Komuś kawy? – spytał kurtuazyjnie.

Zsunęłam się na podłogę. Co się tu wyprawia? Chyba utknęłam w jakiejś szczelinie między światami… Musiałam znaleźć drogę powrotną, i to jak najszybciej.

Teraz, gdy już mnie nie całował, miałam dwie opcje: zwiać stąd lub go udusić.

Lee pochylił się, złapał mnie za pasek dżinsów i przyciągnął między swoje nogi.

– Co się tu dzieje? – spytała jeszcze raz Kitty Sue, chłonąc tę sielankową poranną scenkę.

To wszystko było zbyt domowe, zbyt dziwne i toczyło się zbyt szybko.

Cholera.

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale Lee mnie uprzedził.

– Indy i ja jesteśmy razem.

Całe moje ciało zastygło w bezruchu i zostałam tak z otwartymi ustami.

– O mój Boże! Mój Boże! – powtarzała Kitty Sue.

– Zajebioza! – wrzasnęła Ally.

Odwróciłam się i zmiażdżyłam Lee wzrokiem.

– Mówiłeś: jedna noc!

Patrzył mi prosto w oczy.

– Nic takiego nie powiedziałem. Czekaliśmy bardzo długo, więc jedna noc nie wystarczy. – Zastanowił się i dodał: – Ale jeśli chcesz, można spróbować.

Moje piersi nabrzmiały na samą myśl o upchnięciu całych lat seksu w jedną noc. Stanowczo musiałam zapanować nad sobą. To mogło źle wyglądać, gdybym przywaliła mu przy jego matce.

Uduszenie też nie wchodziło w rachubę.

Kitty Sue była w swoim niebie, dlatego przegapiła i moje słowa o jednej nocy, i odpowiedź Lee.

– Nie mogę się doczekać, aż powiem twojemu ojcu! – zwróciła się do mnie. – I twojemu – powiedziała do Lee.

– Na razie jeszcze tego nie róbmy, dobrze? – odparłam spanikowana.

– No tak, nie należy się ekscytować. Wszystko dzieje się szybko… Ale nie aż tak szybko, jeśli wiesz, o czym mówię – kontynuowała Kitty Sue.

Szybko? To nie „szybko”. To prędkość nadświetlna!

Kitty Sue zapatrzyła się w przestrzeń, śniąc na jawie, i chyba wszystkim udzielił się jej nastrój. Ona wybierała właśnie kolor przewodni ślubu, rozważała wzór na zastawie stołowej, robiła na drutach buciki dla dziecka i planowała wizytę na grobie mojej mamy, żeby uszczęśliwić ją nowinami.

Cholera.

Odwróciłam się do Lee.

– Dupek – rzuciłam bezgłośnie, tylko poruszając wargami.

Nie przejął się tym zupełnie, zafascynowany patrzeniem na moje usta.

– Masz, tu są ubrania na zmianę i różne takie – oznajmiła Ally, sięgając między nas po dzbanek z kawą. – Ale chyba powinnam przynieść więcej.

Posłałam jej mordercze spojrzenie, ale była równie dobra w unikaniu mojego wzroku jak Lee. A nawet lepsza, miała dłuższą praktykę.

– Też bym się napił. Indy już sobie zrobiła – stwierdził Lee.

– Normalka – odparła Ally, nalewając kawę do trzech kubków.

Zachowywali się tak, jakby robili to od zawsze, jakby to był całkiem zwyczajny dzień. Nie, to musiała być inna rzeczywistość, bo przecież wszyscy naraz nie ześwirowali.

– Słuchajcie! – krzyknęłam, żeby zwrócić ich uwagę. – To nie jest tak!

Ally spojrzała na mnie.

Kitty Sue powróciła ze świata marzeń.

Twarde uda Lee napięły się, objął mnie ręką za szyję, wsunął brodę w zagłębienie nad moim ramieniem i szepnął mi do ucha:

– Nie psuj jej tego.

– A jak jest? – spytała jego matka.

Wbił palce w moje ramię, czułam napięte mięśnie jego ręki na swojej szyi. Jeszcze raz spojrzałam kobiecie w oczy.

Niech to piorun trzaśnie.

– Nie chcemy się spieszyć… – bąknęłam, bo co innego mogłam powiedzieć.

Poranne wiadomości: Twój syn usiłuje wymusić na mnie seks! To nie zabrzmiałoby dobrze.

Odetchnęła z ulgą, posłała nam ciepły uśmiech i posłodziła kawę.

Ally wyszła do salonu.

Lee odsunął podbródkiem moje włosy i delikatnie pocałował to miejsce, gdzie ramię łączy się z szyją.

Chyba chciał mi w ten sposób podziękować.

Bardzo miłe.

– Słuchajcie, a gdzie Rosie? – spytała Ally.

Zamarłam, Lee również. Na śmierć o nim zapomnieliśmy.

– Kurwa mać – rzucił Lee, odsunął mnie, zeskoczył z blatu i wpadł do salonu.

Mogłam sobie popatrzeć na jego umięśnione plecy i tyłek w dżinsach. Zrobiło mi się miękko w kolanach.

– Liamie Nightingale, zachowuj się! – upomniała go matka.

Poszłam za Lee, ale on już wracał do kuchni.

Spojrzałam na koc i poduszkę na kanapie.

Rosiego nie było.

– Do diabła! – krzyknął Lee z innego miejsca mieszkania.

Pobiegłam za nim.

Druga sypialnia nadal była zamknięta, drzwi od łazienki otwarte, w środku nikogo. Weszłam do pokoju Lee, wychodził ze swojej łazienki.

– Co za kutas – warknął.

– Wyrażaj się! – odezwała się z kuchni Kitty Sue, najwyraźniej obdarzona superczułym słuchem.

Lee przeklinał zawsze, odkąd pamiętam.

Podszedł do komody, wysunął szufladę. Wyciągnął granatową bluzkę z długim rękawem, która pięknie przylegała do torsu i umięśnionych ramion, wziął skarpetki. Patrzyłam, jak siada na łóżku, zakłada je, a potem bierze buty motocyklowe, ze ściętymi czubami i srebrnymi sprzączkami z boku.

Bardzo hardcorowe.

Potrząsnęłam głową, żeby uwolnić się od widoku butów i skupić na Rosiem. Czemu wyszedł, co teraz robi, dokąd poszedł i co planuje w tym swoim przejaranym mózgu?

Lee wstał z łóżka, a mnie coś przyszło do głowy.

I uśmiechnęłam się po raz pierwszy tego poranka.

– To chyba psuje twoje plany wymuszenia na mnie seksu?

Pośpieszyłam się z tym swoim „i co ty na to, cwaniaku?”. Był na tyle blisko, że objął mnie za szyję i przyciągnął do siebie, bardzo mocno. Pociągnął za włosy, odchylając mi głowę.

A potem mnie pocałował.

Namiętnie, głęboko, z języczkiem.

Moje stopy wbiły się w gruby dywan.

Gdy Lee odsunął się ode mnie, oznajmił:

– Mam plany wobec ciebie. Nie wychodź stąd.

Skinęłam głową. I tak prysnę.

Przyjrzał mi się bacznie.

– Indy, jeśli opuścisz to mieszkanie, znajdę cię, pamiętaj.

– Jeju, jeszcze się nawet nie przespaliśmy, a ty już mi nie ufasz.

– Znam cię od zawsze, poza tym za ścianą kręci się moja siostra, a we dwie jesteście mieszanką wybuchową.

– Nieprawda! – oburzyłam się.

– A kto kupił lewe bilety na koncert Gartha Brooksa od Carmine’a Alfonzo?

Carmine Alfonzo, nazywany wujkiem Carmine. Znałam go od siódmego roku życia, często jeździł z ojcem radiowozem.

– Był w przebraniu! – broniłam się.

– Tak, miał czapkę z daszkiem.

– Dobra, ale on kibicuje Cubsom, a miał czapkę Soxów. Dziwne, że mu się czupryna nie zapaliła.

Oczy Lee uśmiechnęły się, w kącikach pojawiły się zmarszczki. Puścił moje włosy.

– Nie skończyliśmy jeszcze – zaznaczył.

– Skończyliśmy.

Zmarszczki wokół oczu zniknęły, spoważniał.

– To dotyczy ciebie i mnie.

Nie wiedziałam dokładnie, co znaczy „to”, skoro oznajmił już swojej matce i siostrze, że jesteśmy razem. Domyślałam się jednak, że znaczna część „tego” zakłada nagość, pościel, ruch i mój aktywny udział w tej akcji… nie zamierzałam się w to ładować.

– O, na pewno.

– Porozmawiamy o tym później.

– O niczym nie będziemy rozmawiać.

Zmrużył oczy.

– Mam cię znów pocałować?

Cofnęłam się szybko i patrzyłam, jak mój duży palec u nogi rysuje wzory na dywanie.

– Nie – mruknęłam.

– Jezu, powinienem zbadać sobie głowę.

Spojrzałam na niego ostro.

– I co to miało znaczyć? – spytałam groźnie.

– Nic. Bądź tu, jak wrócę.

– Jasne.

Niedoczekanie.

***

Ally Nightingale nie zdecydowała się jeszcze na karierę. Obecnie pracowała w sto jedenastym miejscu, teraz jako barmanka. Zrobiła licencjat z nauk politycznych, była technikiem radiologiem (niezła jazda, a ona to ogarnęła, całe dwa miesiące obsługiwała nawet rezonans magnetyczny w Szwedzkim Centrum Medycznym; gdy odeszła, Malcolm prawie wpadł w szał), była też certyfikowaną stylistką paznokci.

Miała piękny manicure, jednak szybko się okazało, że siedzenie w fotelu cały dzień, polerowanie i formowanie plastikowych glutów w kształt paznokci nie idzie w parze z jej nadmiarem energii.

Szczęśliwie praca barmanki dawała jej dużo luzu w ciągu dnia, a gdy potrzebowała więcej gotówki (co zdarzało się często), dorabiała sobie w mojej w księgarni.

Zanim przyszły tu z Kitty Sue, zajrzała do mojego domu i wybrała mi ciuchy. Gdybym to ja szykowała sobie strój odpowiedni do szukania Rosiego po nocy spędzonej w łóżku Lee, pewnie dorzuciłabym dżinsy. No ale większość moich kreacji przewidywała dżinsy, chyba że miałam wstęp za kulisy.

Ally wybrała mi dżinsową miniówkę, sięgającą dziesięć centymetrów nad kolana (miniówki Ally kończyły się pięć centymetrów poniżej tyłka), podkoszulkę z Rolling Stonesami (nie należałam do rzeszy ich fanek, ale T-shirt był super), szeroki czerwony pas z wielką srebrną klamrą we wzory i czerwone kowbojskie buty.

Gdy Lee i Kitty Sue wyszli, wtajemniczyłam Ally w sytuację z Rosiem i mój plan odnalezienia baristy. Ally (zero zaskoczeń) od razu zgłosiła się na ochotnika, a ja (też zero zaskoczeń) ją przyjęłam.

 

Wzięłam prysznic i ubrałam się, w tym czasie Ally próbowała, bez efektu, dodzwonić się do Duke’a.

Poszłyśmy do księgarni. Duke’a i Rosiego nie było, Jane siedziała sama w stanie bliskim paniki: musiała obsłużyć ekspres, co oznaczało interakcję z ludźmi, a w tym nie szło jej najlepiej. Potrafiła znaleźć książkom właściwe miejsce, świetnie sprzątała, odkurzała, wprowadzała nowe pozycje do komputera, ale kontakt z klientem nie był jej mocną stroną.

Ally, Jane i ja działałyśmy ramię w ramię, dopóki nie rozładowałyśmy porannego tłoku. Stali klienci byli zawiedzeni nieobecnością Rosiego, na szczęście robiłyśmy przy nim kawę na tyle długo, że potrafiłyśmy stworzyć niezłą imitację. No, ale nie smakowała tak samo.

Potem Ally wybrała się do domu Rosiego, na wypadek gdyby wrócił do siebie. To było niebezpieczne, Lee mógł użyć swoich sekretnych sposobów i poznać już jego adres, a wolałabym, żebyśmy tam na niego nie wpadły. Zwłaszcza teraz, kiedy ja szukałam Rosiego i diamentów, on nie znał moich planów, a ja nie zamierzałam go wtajemniczać. Ponieważ ruch w księgarni był aż do lunchu i nie mogłam zostawić Jane samej, Ally pojechała beze mnie.

Zadzwoniła komórka. Tata.

– Cześć, tatku – rzuciłam.

– Co to za rewelacje, że jesteś z Lee?

Kurde. Kitty Sue!

– No tak się powoli przymierzamy.

– Przymierzajcie się bardzo powoli – wycedził tata. – Przecież to dziwkarz! Czemu nie wybrałaś Hanka? Porządny chłop, dobry gliniarz i ma pracę, w której stoi obiema nogami na ziemi po właściwej stronie prawa.

O rany.

– Nie zrozum mnie źle – rozkręcał się ojciec. – Lee umie o siebie zadbać, nikt mu nie podskoczy, ja to szanuję, ale do licha… z moją córką?

Nie odzywałam się. Skoro już się odpalił jak rakieta, nie było sensu się wtrącać.

– Kitty Sue jest w siódmym niebie – ciągnął. – Razem z twoją matką zawarły pakt krwi, dziewczyńskie bzdury, przekłuły kciuki agrafkami i obiecały sobie, że ich dzieci się pożenią, będą miały dzieci i w ten sposób zostaną rodziną.

O, brzmi znajomo.

Od wyrzutów tata płynnie przeszedł do namowy:

– Hank miałby dobrą emeryturę…

– Tato, przecież ze mną dostałby kota. Nie wytrzymalibyśmy dłużej niż jeden dzień.

– Niech to licho.

Wiedział, że to prawda. I najprawdopodobniej już wyczerpały mu się argumenty.

Chyba Lee nie mógł liczyć na jego głos.

Pomyślałam sobie, że Liam Nightingale będzie musiał ostudzić zapał swojej mamy. W końcu to on nas w to wciągnął, więc teraz niech kombinuje.

Zadzwoniłam do dwóch przyjaciół Rosiego, których miałam zapisanych jako kontakty na wypadek wypadku; myślałam, że może jest u nich albo że go widzieli. Jeden nie odbierał telefonu, drugiego zastałam w domu, ale wkurzył się, bo go obudziłam; burknął niechętnie, że Rosie nie kontaktował się z nim od kilku dni.

Zadzwoniłam do Duke’a jeszcze dwa razy, z tym samym skutkiem. Nie miał automatycznej sekretarki, więc nie mogłam się nagrać. Serio, powinien wejść wreszcie w dwudziesty pierwszy wiek; chyba kupię mu taki telefon na Gwiazdkę.

A potem drzwi otworzyły się i weszła Marianne Meyer.

Marianne mieszkała obok Nightingale’ów w Washington Park. Dorastałyśmy razem, była młodsza od Lee i starsza ode mnie i Ally. Przyjaźniłyśmy się. Nosiła gorset ortopedyczny w gimnazjum i aparat ortodontyczny w liceum; wyszła za dupka, rozwiodła się i wróciła do rodziców rok temu. Rozwód dał jej w kość, a mieszkanie z rodzicami w wieku trzydziestu jeden lat dołożyło swoje. Miała niecałe metr sześćdziesiąt osiem i była lekko puszysta. Po rozwodzie nie mogła się pozbierać, a smutki zajadała ciasteczkami oreo. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, brała popołudniowe dyżury, a w czasie wolnym oddawała się swojemu nowemu hobby… szukaniu domu.

Teraz podbiegła, rozpłomieniona, do lady z ekspresem.

– Słyszałam, że jesteś nareszcie z Lee Nightingale’em!

Ja pierdzielę.

Marianne była wtajemniczona w moją odwieczną miłość i nawet kiedyś zwerbowałam ją do kilku akcji. Pewnie teraz myślała, że nie posiadam się ze szczęścia i potrzebuję kogoś do wybrania sukni ślubnej.

– Przymierzamy się do tego.

– Słuchaj, a czy wy… no… robiliście to już? – Jej oczy zapłonęły na samą myśl o robieniu „tego” z legendarnym Liamem Nightingale’em.

– Nie.

– To na co czekasz? – prawie krzyknęła. Gdyby przechyliła się przez ladę, złapała za koszulkę i potrząsnęła mną, nie zdziwiłabym się.

Musiałam użyć mokki z syropem czekoladowym i bitą śmietaną, żeby oderwać ją od tematu.

Wymogła na mnie obietnicę, że zadzwonię do niej od razu po „tym” i opowiem jej wszystko ze szczegółami (już lecę). Kiedy wreszcie poszła sobie, zadzwoniłam do Hanka.

Myślałam, że może Rosie zrobił coś głupiego, na przykład zgarnął torbę z diamentami i uciekł do San Salvador. Jak twierdził, wisiał pięćdziesiąt dolców za trawkę prima sort, którą, jak dotąd nie wiedziałam, hodował sobie w piwnicy, a tu gość dał mu diamenty warte gazylion dolców.

To było mocno podejrzane, a Rosie okazał się idiotą, bo wszedł w interes jak w masło.

Z drugiej strony, co miał zrobić, stając oko w oko z taką fortuną? Odmówić?

Nie dziwiłam się nawet, że chciał jak najszybciej spieniężyć kamyki i wybyć z miasta. Tylko nie wybierałabym San Salvador.

Jeśli jednak rzeczywiście się wyniósł, a Lee się nie mylił, to mój barista wylądował już w San Salvador, a ja albo Lee, albo oboje, staliśmy się celem. Kurde, nie powinnam pyskować tym gościom… Zgadzałam się z Lee w całej rozciągłości: nie lubimy, jak się do nas strzela. Skoro do niego strzelali trylion razy i tego nie polubił, ja też nie mam żadnych szans.

To by znaczyło również, że jestem dłużniczką Lee, bo naraziłam go na niebezpieczeństwo. Mogłam i sama zginąć, i w dodatku do końca życia nie wykręcić się od seksu z Lee.

Poza tym, nikt nie zastąpi Rosiego przy ekspresie. Miał talent od Boga, serio. Był Picassem kawy.

Gdy Hank odebrał, jego pierwsze słowa brzmiały:

– Słyszałem, że w końcu jesteś z Lee?

Niech ich szlag.

Kitty Sue – najszybsza telefonistka na Zachodzie.

Coś wreszcie trzeba z tym zrobić.

– Nie do końca – odparłam.

– Mhm, podobno powoli się przymierzacie.

– Coś w tym rodzaju. – Bardzo powoli. Ślimak z przepukliną działałby szybciej. – Słuchaj, mogę z tobą o czymś pogadać?

– Dawaj.

– A przestałbyś na pięć minut być gliną?

Cisza.

Nie lubił, jak zadawałam mu to pytanie, a robiłam to często przez wiele lat.

– Jasny gwint. Chyba nie kradłyście znowu cukierków w Walgreenie?

– Wtedy też nie kradłyśmy! Po prostu chciałyśmy trochę kupić i nie wiedziałyśmy, ile nam się zmieści w kieszeniach, więc włożyłyśmy, żeby sprawdzić.

– Słyszałaś, że mają tam torebki?

– Jasne, plastikowe badziewie, które zaśmieca krajobraz i niszczy środowisko.

Czy coś w tym stylu.

– O rany, politycznie poprawna Indy, Boże miej nas w swojej opiece.

– Mądrala – rzuciłam z uśmiechem.

– O czym chcesz gadać?

Odetchnęłam.

– Co trzeba zrobić, żeby znaleźć kogoś, kto zaginął?

Hank spoważniał; nie mogłam go zobaczyć, ale wiedziałam, że tak było.

– Kto to jest?

– Nie znasz. – No dobra, znał, ale tylko kupował u niego kawę, gdy zaglądał do księgarni.

– Dawno zaginął?

Policzyłam w myślach.

– Z dziesięć godzin temu.

– Nic z tego, Indy, to jeszcze nie podpada pod zaginięcie.

– A jeśli ja wiem, że zaginął?

– Kto to?

– Mój pracownik, poważny gość. – To oczywiście kłamstwo, o Rosiem można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że jest poważny. Nigdy jednak nie przegapiał okazji, by robić kawę; pracował siedem dni w tygodniu i nie narzekał. – Nie zjawił się dzisiaj w robocie – mówiłam dalej. – Nazywa się Ambrose Coltrane. – Nie chciałam używać ksywki, może Lee już dzwonił do Hanka?

– Ten sam Ambrose Coltrane, którego szuka Lee?

Słucham?!

– Przecież Lee wiedział tylko, że mówią na tego gościa Rosie – warknęłam.

Hank rzucił po chwili:

– Mój brat ma swoje sposoby.

Wrr.

Wszyscy zawsze to powtarzali. Lee ma swoje sposoby, żeby wyrywać kolejne laski. Ma swoje sposoby, żeby bez kasy dostać części do samochodu. Ma sposoby, żeby gdziekolwiek znaleźć wolne miejsce parkingowe. Miał sposoby, żeby uwolnić się od szlabanu najpóźniej godzinę po tym, jak został uziemiony, podczas gdy my z Ally musiałyśmy odpękać cały tydzień czy miesiąc, czy ile tam wymagało nasze przestępstwo.

Hank nie wyczuł mojej frustracji.

– Ma swoją bazę danych, zdążył sporo ogarnąć – kontynuował. – Dzwonił dwie godziny temu i prosił, żebym dał mu znać, jak ten Coltrane wypłynie. Robi to dla ciebie?

Przerwa na moją odpowiedź. Cisza.

– Co się dzieje? – Hank przestał być rzeczowy, teraz przybrał surowy ton starszego brata. – Czemu ty i Lee szukacie tego samego kolesia?

Zasada numer jeden w kodeksie Indii Savage: „Kiedy masz wątpliwości lub wyczuwasz kłopoty, kłam”.

– Nie wiem. Słuchaj, Hank, a możesz zadzwonić najpierw do mnie, jeśli dowiesz się czegoś o Rosiem? A potem zapomnisz o tym na godzinę, dwie lub dwadzieścia i dopiero wtedy dasz znać Lee?

– Nie, dopóki nie powiesz mi, o co chodzi.

Stary numer, uparty do końca.

– To zapomnij. Widzimy się na grillu u taty.

– Będziesz z Lee?

– Nie przypuszczam. Obawiam się, że do tego czasu zdążymy zerwać. Na razie.

Odłożyłam słuchawkę i otworzyłam kontakty w komórce. Przewinęłam do Lee, wzięłam głęboki wdech i zadzwoniłam do niego.

Odebrał od razu.

– No?

– Lee, tu Indy.

Do księgarni wszedł klient, zamówił podwójne espresso. Dałam mu znak, żeby chwilę zaczekał, Jane zaczęła stukać kolbą o zlew, żeby wytrząsnąć kawę.

– Gdzie ty jesteś? – zapytał.

– W księgarni.

– Nie mówiłem ci, żebyś została u mnie?

Tak jakbym kiedyś robiła to, co mi mówią.

– Prowadzę księgarnię, a dziś nie ma dwóch pracowników. Musiałam przyjść.

– Niecałą dobę temu do ciebie strzelano.

Chyba był zły.

– Jane nie może tu siedzieć sama cały dzień. Biedna się załamie. – Czemu ja się tłumaczę?! – Słuchaj – przypomniało mi się. – Musisz powstrzymać Kitty Sue, opowiada wszystkim, że jesteśmy razem.

– Bo jesteśmy.

– Nie, nie jesteśmy.

– Komu mówiła?

– Mojemu tacie, Marianne Meyer, Hankowi i Bóg wie komu jeszcze. To się wymyka spod kontroli, trzeba to zatrzymać.

– Hank nie wie tego od niej, tylko ode mnie.

– Po co to zrobiłeś? – prawie krzyknęłam, klient cofnął się lekko.

Lee odezwał się po chwili milczenia:

– O której zamykasz?

– O szóstej.

– Nie wychodź z księgarni. Przyjadę cię zabrać.

– Lee…

– Do zobaczenia o szóstej.

I się rozłączył.

Skończony łajdak.

***

Ally wróciła z informacją, że Rosiego nie zastała w domu.

Spytałam, czy nie kręcił się tam czasem Lee, ale też nie.

Wobec tego pojechałyśmy zobaczyć się z kumplem Rosiego, jego numero uno w razie wypadku.

Mieszkał w Highlands. Stały tu wielkie stare domy i bungalowy, ale Rosie nie mieszkał w żadnym starym odrestaurowanym budynku. Nie mieszkał nawet w obrębie, gdzie byłby choć jeden odnowiony dom albo taki choć z kawałkiem trawy na podwórku czy z zasłonami w oknach. Tu były pustostany.

Pukałyśmy, ale nikt nie otworzył.

Wsiadłyśmy do samochodu i zadzwoniłyśmy na domowy z mojej komórki. To samo – zero odzewu.

Ruszyłyśmy, Ally pokazała mi koniec ulicy.

Wysiadłyśmy, weszłyśmy do narożnego „Stop&Stab”, którego o dziwo nie wykończyła jeszcze nadwyżka sklepów spożywczych w Denver. Za ladą stał mężczyzna wyglądający na Araba.

Gdy weszłyśmy do środka, uśmiechnął się.

– Chcecie gumę? – zapytał.

– Nie, my… – zaczęłam.

– Papierosy? Szkodzą zdrowiu, ale muszę je sprzedawać, inaczej bym zbankrutował. Tu wszyscy palą papierosy.

Pokręciłam głową, zastanawiając się przelotnie, czemu Lee pachnie tytoniem. Nie widziałam, żeby palił, odkąd poszedł do wojska…

Zauważyłam, że Ally patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć „halo?”, więc wyrzuciłam z głowy myśli o Lee.

– Zna pan Rosiego Coltrane’a? – zapytałam.

– Nie chcecie nic kupić? – Sprzedawca zmarkotniał. Wydawał się rozczarowany.

Zrobiło mi się przykro.

– Chcemy, miętówki. – Wzięłam paczkę i położyłam na ladzie.

Spojrzał na cukierki.

Ja również.

Ally też im się przyglądała.

Miętówki leżące na ladzie, wyglądały na bardzo samotne; no tak, kupienie paczki cuksów nie pomoże sprzedawcy utrzymać rodziny.

Dorzuciłam drugą paczkę, dodałam dwa batoniki, a potem podeszłam do lodówki, wyjęłam dwie butelki wody i dwa dietetyczne napoje gazowane. W drodze powrotnej wzięłam jeszcze opakowanie babeczek z kremem. Nie jadłam babeczek od lat.

 

Uszczęśliwiony zaczął podliczać moje zakupy.

– To kogo szukacie?

– Rosiego Coltrane’a. Pracuje u mnie, dziś nie przyszedł, martwię się o niego – kłamałam jak z nut.

W tym byłam całkiem dobra. Kłamałam od czasu, gdy przyłapano nas: Lee, Ally i mnie, na paleniu liści za garażem. Ja i Ally miałyśmy po osiem lat, Lee jedenaście. Wymyśliłam wtedy świetny wykręt, powiedziałam, że chcieliśmy upiec pianki, ale nie wiedzieliśmy jak. Malcolm kupił to – jakże inaczej: dzieciaki, pianki, mój słodki anielski uśmiech, wszystko wydawało się takie niegroźne i wiarygodne. Skończyło się na pouczeniu o bezpieczeństwie palenia ognia i zagrożeniu, jakie niosą zapałki.

Lee zmierzwił mi wtedy włosy. Szczęśliwe wspomnienie.

– Nie znam mężczyzny o imieniu Rosie. Jaki facet nosiłby takie imię? – obruszył się sprzedawca.

– Rosey Grier? – zaryzykowała Ally.

– Pierwsze słyszę.

– Futbolista? Pomógł złapać Sirhan Sirhana?

– Nie śledzę futbolu amerykańskiego i nie mam pojęcia, kto to Sirhan Sirhan. To też sportowiec?

– Nie, zabójca Roberta Kennedy’ego – wyjaśniła Ally.

– O, dobry Boże! Nie znam go z całą pewnością! – wykrzyknął sprzedawca przerażony.

Musiałam przerwać tę lekcję historii.

– Nasz Rosie nie jest stąd, ale mieszka tutaj jego przyjaciel. Trochę dalej, po przeciwnej stronie ulicy. Nazywa się Tim Shubert.

– Znam Tima. Kupuje dużo chrupek serowych i mrożonej pizzy.

No, jeśli Tim pali tyle co Rosie, to na pewno wsuwa też chrupki i pizzę.

– Rosie jest szczupły, ma metr osiemdziesiąt i włosy ciemnoblond. Wygląda trochę jak Kurt Cobain, ale ma mniej pociągłą twarz – dodała Ally.

– Nie znam Kurta Cobaina, ale widziałam takiego człowieka razem z Timem. On naprawdę ma na imię Rosie?

– To ksywka – wyjaśniłam. – Od Ambrose.

– Ambrose to dobre imię! Czemu tego nie używa?

Ally spojrzała na mnie.

Uznałam, że musimy zakończyć ten wątek. Żeby odpowiedzieć, należałoby wygłosić cały wykład, zapełniający tę kulturową i pokoleniową lukę, a ja nie miałam dziś na to siły. Nie po tym, co przeżyłam zeszłej doby. Strzelano do mnie, zostałam siłą wyciągnięta z łóżka i pocałowana przez Lee Nightingale’a trzy i pół razy (tak, liczyłam, ta połówka to wtedy, gdy pocałował mnie w szyję). A teraz wykonywałam poważne zadanie i nie miałam czasu na dyskusje o imieniu Ambrose.

– Widział go pan ostatnio? Na przykład dziś? – Zapłaciłam za zakupy.

– Nie, dzisiaj nie.

– A Tima? – wtrąciła się Ally.

– Tima też nie.

Podał mi torbę, a ja zastanowiłam się, co robić dalej.

– Jezu, Indy, nie czytasz kryminałów? Przecież masz księgarnię, na miłość boską – wysyczała Ally i odwróciła się do właściciela.

Sprzedawca uśmiechnął się szeroko.

– Ma pani księgarnię? Uwielbiam książki. Którą księgarnię?

– Fortnum, na rogu Bayard i Broadwayu – odparłam.

– Znam ją, moja żona tam chodzi. Książki są tanie, a potem może je sprzedać i dostać za nie gotówkę.

– Otóż to. – Uśmiechnęłam się do męża swojej klientki.

Ally właśnie pisała moje nazwisko i numery telefonów na kawałku papieru, który znalazła w portmonetce, podała mężczyźnie.

– Mógłby pan do nas zadzwonić, gdyby zobaczył pan Rosiego albo Tima. Zadzwoni pan?

– Oczywiście. Sam jestem pracodawcą. Pracuje dla mnie tylko moja żona, ale rozumiem, jak ważne jest zaufanie do kogoś, kogo się zatrudnia. Zadzwonię.

– Wielkie dzięki.

Wyszłyśmy i wsiadłyśmy do samochodu. Gapiłyśmy się na dom Tima i rozważałyśmy różne opcje. Obie znalazłyśmy się w zupełnie nowej sytuacji. Żadna z nas nigdy nie polowała na uciekiniera jarającego trawę. Śledziłyśmy wielu chłopaków, ale wiedziałyśmy, gdzie ich szukać.

Zjadłyśmy po babeczce, żeby pobudzić mózg do działania.

– Miły facet – wymruczałam przez ciastko i krem.

– Mhm – odparła Ally też z pełnymi ustami.

Ktoś zastukał w okno od strony Ally, obie podskoczyłyśmy i obróciłyśmy głowy w tamtą stronę.

Omal nie wyplułam babeczki razem ze sztucznym kremem na przednią szybę.

Przy samochodzie stał Grizzly Adams, w wersji seryjnego mordercy. Był wielki, miał szopę jasnych włosów, wielką, bardzo długą rudą brodę (coś jak ZZ Top) i nosił flanelową koszulę, mimo temperatury ponad trzydzieści stopni.

Poza tym trzymał strzelbę i miał na głowie odjechane gogle.

– Czego tu chcecie? – warknął.

– Szukamy Tima Shuberta – odparła Ally spokojnie.

– Nie ma go tu. Zjeżdżajcie stąd.

– Tak, tak, już jedziemy! – krzyknęłam, odpaliłam samochód, wrzuciłam bieg i ruszyłam.

– A dokąd jedziemy? – spytała Ally.

– Zabij mnie, nie wiem.

– Można było zadać mu kilka pytań – odparła Ally z niezmąconym spokojem.

– Już się rozpędziłam. Na razie próbuję nie dopuścić do tego, żeby któraś z nas zginęła. Nie rozmawiam z ludźmi, którzy łażą ze strzelbą w biały dzień.

– Wyglądał interesująco – zauważyła Ally w zamyśleniu.

Jezu.

***

Było kilka minut po czwartej.

Po spotkaniu z Grizzlym wróciłyśmy do księgarni, żeby pomóc przez chwilę Jane i spytać, czy nie miała wiadomości od Duke’a (nie miała).

Potem Ally i ja pojechałyśmy moim granatowym garbusem, z opuszczonymi szybami i otwartym szyberdachem, pod dom Rosiego, siedziałyśmy tam, dopijałyśmy wodę i czekałyśmy.

Mój garbus nie był może rockowym wozem, ale wyglądał słodko. Miał siedzenia pokryte kremową skórą, które super grzały zimą, ale w lecie przylepiały się do nóg. Za każdym razem, gdy się odklejałam, czułam się tak, jakby zdzierano ze mnie skórę (kolejny powód, żeby chodzić w dżinsach).

W Denver panował niemal idealny klimat. Lato było gorące, ale w nocy ochładzało się na tyle, żeby dało się spać pod kołdrą. Wiosna i jesień miały pogodę w kratkę, co pozwalało na urozmaicenie w garderobie. Zimą nigdy nie czuło się przejmującego chłodu, bo w powietrzu nie było wilgoci. Śnieżyce zdarzały się rzadko, czasem mieliśmy w lipcu burze śnieżne, za to prawie codziennie świeciło słońce na pięknym niebieskim niebie.

Do tej pory zadzwoniłyśmy do Duke’a z trylion razy. Razem z żoną byli u rodziców Dolores w Pagosa Springs i powinni wrócić dziś rano, ale wciąż ich nie było. Nie znałam ani telefonu do rodziców Dolores, ani jej panieńskiego nazwiska. Ślepa uliczka.

Nieobecność Duke’a wydawała mi się niepokojąca; wprawdzie często urządzał sobie wyprawy, ale zawsze musiały być na harleyu.

Nie miał komórki, a mnie nie chciało się jechać do Evergreen. Co prawda Rosie powinien tam być lub chociaż zajrzeć, w końcu przekazał Duke’owi diamenty, ale postanowiłam unikać Lee.

Nadal nie docierała do mnie jego nagła odmiana. Potrzebowałam czasu, żeby się oswoić z nową sytuacją.

Zresztą, cholera, kogo ja zamierzam oszukać?

Nic z tego nie będzie.

Lee i ja nigdy nie będziemy razem.

Nie chciałam łamać serca Ally i Kitty Sue, ale widziałam mnóstwo razy, jak Lee rozwala życie różnym kobietom, i wolałam nie należeć do tego grona.

Rzadko bywał w domu.

Nie miałam pojęcia, z czego żyje, ale na pewno wiązało się z tym jakieś niebezpieczeństwo.

A do tego wszystkiego był cholernie zarozumiały.

Obie z Ally gapiłyśmy się na dom Rosiego, a ja próbowałam jeszcze zebrać się na odwagę, żeby jechać do Evergreen, być może wpaść tam na Lee i pokazać mu, że stać mnie, żeby wygrać. Nagle ktoś zastukał w okno od strony pasażera.

– Jezu! – krzyknęłam i aż podskoczyłam na siedzeniu.

– Przepraszam. Nie chciałem was wystraszyć.

W oknie Ally pojawił się przystojny mężczyzna, może trochę za bardzo napakowany, za to ładnie obcięty, w koszuli, pod krawatem i w luźnych spodniach.

– Jesteśmy ciut zdenerwowane, miałyśmy ciężki dzień – wyjaśniła Ally, posyłając mu czarujący uśmiech.

Lubiła takich gogusiów. Porządni chłopcy, wymuskani, z korpo lub mundurowi, to jej styl. W żyłach panny Nightingale płynął rock, ale facet miał być schludny, pod krawatem albo w mundurze.

– Szukacie Rosiego? – spytał.

Zamrugałam.

Czy to aż tak oczywiste?

– Taak, szukamy – odparłam.

– Mieszka tam. – Skinął głową w nieokreślonym kierunku.

Obie spojrzałyśmy na to, co pokazywał, choć nie bardzo było wiadomo, który dom ma na myśli, a potem znowu na niego.

– Wpakował się w kłopoty?

– A czy często mu się to zdarza? – odpowiedziałam pytaniem.

Pokręcił głową.

– O ile wiem, to nie. Spokojny gość. Parzy zabójczą kawę.

Przytaknęłyśmy.

– Jestem Gary – przedstawił się.

Allyson wyciągnęła do niego rękę.

– Ally – powiedziała i wskazała mnie palcem. – A to India.

Słysząc moje imię, facet odwrócił się, spojrzał przez ramię i skinął głową.

My też się obejrzałyśmy… za późno.

Zanim zdążyłam zareagować, dwóch facetów dopadło do samochodu, jeden z nich szarpnięciem otworzył drzwi i spróbował mnie wyciągnąć ze środka.

Wrzasnęłam, gdy moje nogi oderwały się od nagrzanej skóry siedzenia, a zapięty pas zdusił dalsze krzyki – gdy gość spróbował mnie wyciągnąć, pas szarpnął w dół.

– Rany, Teddy, odepnij pasy! – rzucił jego kumpel.

Wykorzystałam tę chwilę, żeby wrzasnąć.

Teddy puścił mnie, klapnęłam na siedzenie i przytrzymałam się kierownicy.

Ally też wywlekano z samochodu, ale ona nie krzyczała. I to chyba najbardziej mnie przeraziło.