Panna z mokrą głowąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Panna z mokrą głową
Panna z mokrą głową
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Panna z mokrą głową
Panna z mokrą głową
Audiobook
Czyta Anita Sajnóg
14,99  11,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przeciwieństwem jej całkowitym była ciotka Barbara. Pominąwszy jej imię, podobne do gryzienia zębami orzechów, w całej jej postaci była jasnokoścista twardość. Nosiła się zuchwale wzorem tych malarzy jaskiniowców, co myli się przed Wielkanocą, a nie czesali nigdy. Miała krótką czuprynę, którą wstrząsała nieustannie, bo spadała jej na oczy, pluła na odległość ośmiu metrów sześćdziesięciu centymetrów (rekord światowy i olimpijski!), paliła krótką, angielską fajeczkę i gardziła całym światem. Było to właściwie jej główne zajęcie, poza tym dopiero zajmowała się malarstwem. Wysoka, chuda, sierdzista i zwalista, wszystkie części ciała miała w porządku – prócz serca, które było złamane od lat trzydziestu. W zamierzchłych tych czasach zakochała się w przystojnym młodzianie, który był jakimś zamorskim księciem, i gotowa była stanąć z nim na ślubnym kobiercu. Już ją krok jeden zaledwie dzielił od tego kobierca, kiedy księcia zamknięto w więziennym lochu za fałszowanie banknotów; była to zwyczajna zazdrość władz, okazało się bowiem, że on sporządzał banknoty piękniej i lepiej niż władze, czego obrażony rząd nie mógł przeboleć. Od tego czasu ciotka Barbara dotrzymała przysięgi, że nigdy nie uwierzy zaklęciom i zachwytom żadnego mężczyzny. Przysięgła równocześnie pogardę światu, co odbijało się wyraźnie w malowanych przez nią portretach, nie zdarzyło się bowiem, aby namalowany człowiek był podobny do człowieka. Stawał się podobny do szczura, lisa, wielbłąda lub barana, lecz przenigdy nie było w jego twarzy iskry człowieczeństwa. Gdyby namalowała nawet anioła, byłby on podobny do złośliwie patrzącego nietoperza. Portretowani przez nią ludzie mieli nieodmiennie dziwny sposób patrzenia: oko lewe takiego nieszczęśnika nigdy nie widziało, kędy patrzy prawe. Każdy portret patrzył zezem, a na domiar wszystkiego zdawał się zgrzytać zębami. Obrazy te jednakże sprawiały potężne wrażenie, szczególnie barwą twarzy portretowanej osoby, zawsze bladosinej, z zielonym odcieniem w okolicy ust i oczu.

Jeśli można było czynić niejakie zastrzeżenia jej malarstwu portretowemu, z całą sprawiedliwością należało przyznać niepospolite zalety uprawianemu przez nią malarstwu rodzajowemu. Zdumiewająca jego oryginalność polegała na tym, że wybitna ta artystka nie uznawała banalnych zasad perspektywy i stosunku wymiarów jednego przedmiotu do drugiego. Na tym samym na przykład obrazie jabłko było trzykrotnie większe od filiżanki, a kiedy na rzewnym obrazku lis porywał kaczkę, kaczka była dwa razy większa od lisa, co nikogo razić nie mogło, każdy bowiem wie, że najmniejszy lis zjada kaczkę, a największa kaczka nie zje lisa. Myśl głęboka tkwiła w tym, że morderca zakatrupił niewinność, bo tak zawsze dzieje się na świecie. A obojętne jest, ile waży niewinność, a ile morderca. Proporcje te doprowadzały do rozpaczy Irenkę, znającą na wylot wszystko, co żyło w przyrodzie; jednakże uwagi jej, przyjmowane lekceważąco, nie mogły wpłynąć na twórczość mistrzyni. Wiodła ona równocześnie wojnę z księdzem proboszczem, który nie przyjął ofiarowanego przez nią dla kościoła obrazu „Święta Barbara, patronka górników”, najśmielszy bowiem górnik uciekłby z kopalni, gdyby mu się tam pokazała taka święta, jaką namalowała ciotka Barbara. Najbardziej zatwardziały złoczyńca ma więcej słodyczy na gębie, niźli jej na swojej twarzy miała owa święta z wyszczerzonymi zębami i ze wzrokiem mówiącym, że patronka górników chętnie zjadłaby tłuste niemowlę.

Ciotka Amelia i ciotka Barbara żywiły wobec siebie wzajemną niechęć; malarka twierdziła, że poetka powinna wiązać nie rymy, ale kozie ogony, poetka zaś była zdania, że jeśli mowa o ogonach, w takim razie krowa, której do ogona przywiązano by pędzel, namalowałaby, oganiając z siebie muchy, arcydzieło wobec obrazów Barbary. Ulegając prośbom i groźbom, całowały się dwa razy do roku i czyniły zgodę: na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Były to jednak krótkie, jednodniowe przystanki wzdłuż nieprzerwanej kolei niechęci. Już nazajutrz cicha Amelia pisała w tajemnicy krwawą satyrę na malarstwo, a Barbara pluła dalej niż zwykle, własne bijąc rekordy, kiedy poetka całą duszą śpiewała odę na cześć wiosny lub zimy. Treść była zawsze ta sama, tylko trochę inne rymy, raz ciepłe, a raz zimne. Gniewy wzajemne były tak zaślepione, że kiedy przy obiedzie podano półmisek najpierw ciotce Amelii, ciotka Barbara nie tknęła już jedzenia pod pozorem, że nie jest głodna. Ponieważ tę politykę wzgardy uprawiała też i ciotka Amelia, więc podawano jedzenie jednego dnia najpierw poetce, a drugiego dnia, na odmianę, najpierw malarce, mogło się bowiem zdarzyć przy zaniedbaniu tego ceremoniału, że jedna z ciotek wyschnie jak szczapa i zemrze. Lecz, o dziwo! Kiedy ciotkę Barbarę bolały zęby i kiedy nadaremnie smarowała dziąsła spirytusem, rumiankiem i tytoniowym sokiem z fajki, ciotka Amelia odmawiała nieustannie nowennę do świętej Apolonii, patronki od bólu zębów, i piękną, wierszowaną poświęciła jej odę („Święta Patronko, weź te rymy w darze, lecz wylecz zęby nieszczęsnej Barbarze”). Wzruszona zacna święta podała – za pośrednictwem klucznicy – wyborny sposób pozbycia się bólu zęba wraz z zębem. Był to sposób z dawna praktykowany i niezawodny: przywiązywało się do zęba długą, mocną nić, a drugi jej koniec należało uwiązać do klamki u drzwi; potem ktoś nagle otwierał drzwi i ząb wyskakiwał ze szczęki jak korek z butelki. Harda Barbara umiała odpłacić sercem za serce. Kiedy ciotka Amelia, chcąc z bliska ujrzeć grozę natury, co zawsze powinien czynić poeta, wychodziła sobie po jesiennym parku zapalenie płuc, ciotka Barbara spędziła przy niej wiele bezsennych nocy. Ciotka Amelia była bliska śmierci i wygadywała w gorączce niestworzone rzeczy, których słuchano jednak ciekawie, nie wiadomo bowiem było, czy dobra Amelia bredzi, czy też improwizuje, ale ciotka Barbara płakała ciężko. Tych łez zamiast wody użyła do akwareli pod tytułem: „Śmierć poetki”, zrobionej na wszelki wypadek. Poetka, z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym, leżała w trumnie, na głowie miała wieniec laurowy, a w rękach książkę, zapewne przez siebie napisaną; nad nią pochylony stał kościotrup z wężami w oczodołach, z kosą w jednej ręce, a z gałązką choiny w drugiej, jak gdyby nią chciał od zwłok poetki odpędzić muchy. Ciotka Barbara tak cudownie jednak pielęgnowała nienawistną istotę, że wspaniały ten obraz stał się bezprzedmiotowy na domowy użytek i mógł być ofiarowany do muzeum. Kiedy ciotka Amelia podniosła się z łoża boleści, ucałowała serdecznie tego dragona, co nad nią czuwał, jasnokościstą ciotkę Barbarę i – rzecz oczywista – już tego samego dnia przestały z sobą rozmawiać. Irenka, chcąc wprawić dom cały w ruch, nie omieszkała pokazać cioci Amelii obrazka z jej zwłokami, zwróciwszy jej niewinnie uwagę na zbytnie, ze złym zamiarem uczynione, wydłużenie nosa, co miało ten skutek, że dobrotliwa wątroba ciotki wywróciła się i stanęła na głowie. Skutkiem tego skutku był mocny wiersz pod tytułem „Krótkowłosa wiedźma” zaczynający się szatańskim okrzykiem: „Ha! ha! Myślałaś, że już spocznę w grobie!” – a kończący się zjadliwą apostrofą: „Że młody zawsze starszego pogrzebie, przeto, Barbaro, ja pochowam ciebie!” Nie trzeba dodawać, że Irenka tego samego dnia odczytała ten wiersz Barbarze i przyprawiła ją o szaleństwo.

A najweselsze było to, co babcia mówiła o ciotkach:

– Ach, te dzierlatki! Kiedy sobie coś nucą albo przekomarzają się ze sobą, to tak jakby kanarki szczebiotały...

Rozdział IV

Irenka uczyła się wybornie; chłonęła w siebie wszelkie mądrości jak gąbka: szybko i łatwo. Wszystko, cokolwiek czyniła, było robione z radością, więc chociaż nauki nie można było nawet porównać z galopem na nieosiodłanym koniu albo z jazdą na tratwie ze starych drzwi przez staw, jednak cząstka wielkiej radości dostawała się i nauce. Pomagał jej w tej głębokiej dziedzinie młody człowiek w okularach, tak poważny, że zdawało się, jakoby tylko we dnie żył życiem ludzkim, na noc zaś tajemna siła zamieniła go w książkę i stawiała na półce bibliotecznej. Musiał być bardzo wygłodzony, bo zjadał niepomiernie wiele, ile zaś razy któraś z ciotek nie chciała tknąć jedzenia, on nie dał mu zmarnować się nigdy. Nazywał się pan Podkówka i był bardzo sympatyczny. Można było wprawdzie przez lat sto i dwa czekać na to, aby pan Podkówka roześmiał się albo podskoczył w górę, ale wyborna jego powaga wiele miała w sobie wdzięku. Wyglądał tak, jakby każdej chwili był przygotowany do ułożenia się na katafalku, taki był spokojny, uroczysty i wpatrzony w głębinę swego ducha. Nauczał Irenkę sumiennie, nie podniósłszy nigdy głosu, ręki i spojrzenia. Przemawiał smutno, a wielkie zdanie na temat, że osiem razy osiem jest sześćdziesiąt cztery, wygłaszał tak rzewnie, że się serce krajało. Wszyscy lubili go bardzo, a ciotka Barbara malowała go kilka razy, a choć każdym razem inaczej, wyglądał zawsze tak, jak gdyby słup telegraficzny wdział czarne ubranie, zbyt wielkie buty i zezem patrzył w dal. Wszystko, co zarabiał, posyłał biednej matce, sobie nie zostawiając ani grosza nawet na papierosy, które namiętnie lubił palić. Dlatego pewnie nigdy nie uśmiechał się, że nie miał na to czasu i uśmiech uważał za marnotrawstwo. Czasem ciężko westchnął, a wtedy Irenka pilnie patrzyła mu w oczy. Ona też jedna wiedziała, skąd w pokoju pana Podkówki znalazło się czasem trochę papierosów albo tytoniu. Równocześnie jednakże ciotka Barbara dziwiła się, że od pewnego czasu znacznie prędzej wypala swój tytoń. Nikt nigdy nie mógł dojść tej zawiłej sprawy.

Pan Podkówka, przed dwoma laty sumiennie wygłodzony, zaczął nabierać połysku i tężyzny. Uczył Irenkę, a sam pilnie studiował grube książki i cienkie zeszyty. Przeraźliwa jego melancholia cokolwiek po pewnym czasie zelżała, gdyż pan Podkówka coraz częściej spoglądał w niebo. Na swoją zdolną uczennicę patrzył szklanym wzrokiem jak na ułamek dziesiętny albo nieprawidłowe słowo. Niczemu nigdy się nie dziwił, nawet nieporównanym opowieściom babki. Można go było zbudzić o północy i rzec: „Panie Józefie, już dziewiąta rano, trzeba wstać i rozpocząć lekcje!” – a on byłby wstał, ukłoniłby się i rzekł: „Zaczynamy!”.

 

Irenka przyglądała się coraz bystrzej jego trumiennej powadze i jednego dnia, w drugim roku jego pobytu, powiada jak gdyby nigdy nic:

– Proszę pana profesora, pójdziemy łowić raki!

Pan Podkówka spojrzał na nią, jak gdyby jeszcze nigdy w swoim smutnym życiu nie widział wariata. Zdjął okulary, przetarł je sumiennie i spojrzał raz jeszcze. Wesołe czarne oczy patrzyły w niego radośnie. Wtedy pan Podkówka wyrzekł tylko jedno słowo:

– Chodźmy!

Straszliwość zuchwałych podstępów Irenki brnęła coraz dalej. Nikt nie zdołałby tego opowiedzieć. Prawdą ostateczną jest to, że dnia jednego, kiedy jabłka padały na ziemię jak ciężkie, rumiane pociski, ciotka Amelia wyszła na boży świat pomiędzy drzewa. Nagle krzyknęła, jakby zobaczyła diabła, czym prędzej pobiegła z powrotem do domu i wywiodła z niego wszystkich żywych. Babka dreptała na ostatku, pytając rozdzierającym głosem: „Kto umarł? Kto umarł?”. Wszyscy, idąc za wskazówką drżącego ramienia ciotki Amelii, zadarli w górę głowy i stanęli jak wryci: na szczycie jabłoni siedziała Irenka i chwiała się na gałęzi jak młody pawian, a niżej na grubym konarze, rozparty w jego rozwidleniu, siedział pan Podkówka, gryzł jabłko i śpiewał wniebogłosy.

– Świat się kończy! – rzekła ciotka Amelia. – Ta dziewczyna świętego przywiedzie do obłędu.

– Dzielny Podkówka – z uznaniem rzekł pan Borowski. – A Irenka mądra dziewczyna. Jazda, ciotki! Leźcie na drzewo!

Ciotki spojrzały na niego jak na węża i odbiegły jak sarenki. Babka tylko, nie wiedząc, o co idzie, pytała pana Borowskiego, czego żąda, bo może ona to zrobi.

Tak to się stało, że poważny pan Podkówka wyraźnie postradał zmysły i od tego czasu widziano go i na tratwie, i na koniu, a czasem na dachu. Razu jednego zaśmiał się tak donośnie, jakby koń zarżał, i odtąd śmiał się ciągle. Lekcje stały się wesołe, raźne i przyjemne. Pan Podkówka mówił pięknie, wymachiwał rękami i znać było, że kocha to, czego naucza. Do niedawna dyktował Irence zdania wzniosłe, uroczyste i tak najeżone jak ryżowa szczotka:

– „Módl się i pracuj”. – „Cierpienie jest udziałem człowieka”. – „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!” – Teraz w porywie radosnej lekkomyślności, wołał, wskazując palcem na kajet: – „Kochajmy słońce!” – „Bóg cieszy się radością człowieka!” – „Bądź radosny, a będziesz szczęśliwy!” – „Unikaj łez, uciekaj przed smutkiem!” – Wreszcie wynalazł w jednej ze swych książek zdanie przedziwnie piękne, które kazał Irence wypisać jak można tylko najstaranniej: „Stracony jest każdy dzień bez uśmiechu”.

– Wariat znajdzie wariata w korcu maku – uroczyście wyrzekła jednego piątku przy obiedzie ciotka Amelia. Ponieważ właśnie jadła rybę, więc jej te straszliwe słowa stanęły ością w gardle.

– Kara boska! – mruknęła ciotka Barbara.

Irenka mrugnęła w stronę pana Podkówki, który jednak wcale tego nie zauważył, gdyż, korzystając z zamieszania, jednym szerokim ruchem zgarnął wszystko z półmiska na swój talerz. „Panna z mokrą głową” myliła się jednak, sądząc, że ciotka Barbara jest po stronie tych, co wielbią radość, słońce, wiosnę i są napełnieni duchem wolności jak drzewo wiatrem szumiącym. Ciotka z twardym imieniem uradowała się na chwilę, że poetka z imieniem rozpłakanym jak wierzba nad grobem będzie miała niejakie trudności z przełknięciem ości. Była jednakże jednego z nią zdania, że Irenka i jej nauczyciel są dzikimi istotami, na które za życia czeka powszechna pogarda, a po krótkim życiu piekło. Dotąd otaczała szacunkiem tego ponurego okularnika, co smutno wałęsał się, jak gdyby codziennie za własnym chodził pogrzebem, kiedy jednak udało się Irence powoli i z przemyślnym trudem napełnić radością ten żywy karawan i ponurej, zabiedzonej, posiwiałej, zmiętej młodości pana Podkówki przypiąć skrzydła, ciotka Barbara splunęła z niesmakiem. Obie ciotki nie mogły pojąć, jak ojciec i matka mogą pozwolić na to, aby ich córka przemawiała odważnie, rozsądnie i jasno, aby śmiała być samodzielna, silna i wesoła, zamiast mówić cicho, lękać się ciemnego pokoju, burzy i psa, rzewnie czasem popłakiwać i myśleć ciągle o kwiatkach zamiast o czarnym chlebie powszednim. Na domiar wszystkiego szalał i jej nauczyciel i zaczął sprawiać takie wrażenie, że dnia jednego, kiedy szał przybierze ostre formy, zacznie pląsać jak król Dawid przed Arką. Ciotki zmarszczyły czoła, serca już miały dawno zmarszczone. Chociaż nie rozmawiały ze sobą wprost, udało im się jednak na tajnej konferencji pod prezydencją babki, która nic z tego wszystkiego nie słyszała, dojść okrężnymi drogami do przekonania, że niebezpieczeństwo jest groźne i że dziewczyna jest stracona. Postanowiły przedstawić grozę położenia panu Borowskiemu, zażądać zmiany w systemie wychowania i natychmiastowego wygnania oszalałego Podkówki. Babka, usłyszawszy dźwięczne to nazwisko, wykrzyknęła uradowana:

– Podkówka? Znałam, doskonale go znałam!

Stanęło na tym, że ciotki pójdą w deputacji do pana Borowskiego. Kiedy się to stało, zaczęła mówić jedna przez drugą długo, obficie i kwieciście. Przerażony ojciec dowiedział się, że ma córkę największe na świecie ladaco, półdiablę, kozaka, pędziwiatra, wariata z mokrą głową, co wszystko razem musi skończyć się nie źle, ale najgorzej. Dziewczyna ma okropny wpływ na otoczenie, czego najlepszym dowodem jest pomieszanie zmysłów tego Podkówki, który będzie miał złamane życie, bo taki obszarpaniec jak on powinien pokornie się smucić, a nie śmiać się i weselić.

Pan Borowski słuchał cierpliwie, mrużył oczy, gładził wąsy, potem rzekł:

– Cieszę się bardzo, że Irenka jest taka, jaka jest. A pana Podkówkę uważam za wybornego nauczyciela, od czasu kiedy poweselał.

Ciotka Amelia zamieniła się w słup soli, a w ciotkę Barbarę uderzył bezgłośny i zimny piorun. Jej pierwszej wróciła przytomność; coś jej zaskrzypiało w szczękach, kiedy rzekła:

– Nas tak nie wychowywano!

– Otóż to, otóż to! – śmiał się pan Borowski. – Gdybyście przed stu czy iluś tam laty robiły to, co ona, byłybyście do dziś młode i wesołe! Nie chcę, aby z Irenki zrobił się dziwoląg.

Amelia spojrzała na Barbarę, a Barbara na Amelię z niemym pytaniem, czy która z nich wie, co to znaczy „dziwoląg”?

Pan Borowski objaśnił uprzejmie:

– Dziwolągiem jest cielę z dwiema głowami albo kura mająca trzy nogi. Lepiej wprawdzie jest mieć dwie głowy niż żadnej, ale najlepiej mieć jedną, byle uczciwą. Irenka ma jedną głowę w doskonałym porządku, a serce cudowne. A wy co?

– Och! och! – wykrzyknęły ciotki po raz pierwszy w życiu zgodnie.

– Irenka – mówił nielitościwie pan Borowski – nie da sobie napluć w kaszę, sama się broni i da sobie w życiu radę. Nie nosi wprawdzie gorsetu, opalona jest jak Cygan i je razowy chleb. Co wam szkodzi, że dziecko jest jasne, radosne i silne? Niech sobie taka będzie! Ziemia ją żywi, a ona ją za to kocha jak wesoły ptak. Uwielbiam za to tego smarkacza, i rzecz skończona. A co się tyczy pana Podkówki, to czy on smutny, czy wesoły – to jego sprawa. Daj mu, Panie Boże, zdrowie, i tyle. A teraz, drogie ciotki, w tył zwrot i do widzenia! No! No! Tylko spokojnie! Jeśli która zemdleje, to ją każę oblać wodą.

Żadna z nich nie zemdlała; wypłynęły z pokoju pana Borowskiego jak dwie gradowe chmury. Za drzwiami ciotka Amelia westchnęła, jak gdyby jej wsadzono w serce nie nóż, lecz korkociąg, a ciotka Barbara plunęła na wspaniałą odległość.

– Wszyscy powariowali w tym domu! – krzyknęła Barbara do ucha babki. – Pan Borowski też...

– Borowski? – uradowała się babka. – Czekaj no! Ależ tak! Znałam go, doskonale go znałam.

– A niechże babka przestanie wreszcie – jęknęła ciotka Amelia.

– Dobrze, zaraz ci opowiem dokładnie, ilu ja znałam Borowskich. Przede wszystkim...

Nagle uczyniło się pusto w pokoju, co niezłomną babkę zdumiało, ale nie bardzo; długiego wywodu dokończyła sama dla siebie, mocno uradowana, że się okazało, jako jeszcze jednym Borowskim, z tych, których znała, jest jakiś Borowski, który gdzieś blisko mieszka i którego dość często widuje.

W dwa dni później potępiona para (mistrz Podkówka i jego uczennica), ukończywszy lekcje, siedziała nad stawem, co wydymał swój połyskliwy brzuch i grzał się w słońcu. Paskudny pies Drab leżał obok i, łącząc przyjemne z pożytecznym, lewym okiem patrzył na śmiejącą się wodę, a prawym łypał w stronę zażywnej muchy. Irenka zanurzyła długie nogi w wodzie, mając trochę nadziei, że jakiś głupszy cokolwiek rak do jednej z nich się przyczepi, a pan Podkówka, mile rozmarzony, ścigał oczami obłoki, których dotąd nigdy nie widział, bo bardzo niedawno odkrył niebo.

– Boże! Jakie to piękne – mówił cicho. – Panu Bogu powinno się przede wszystkim dziękować za to, że nam dał oczy. Ja nigdy dotąd z tak bliska nie oglądałem nieba.

– Czemu, proszę pana, przecież niebo jest wszędzie?

Pan Podkówka zaśmiał się cicho.

– Wszędzie? Niestety, nie zawsze. Ja w moim życiu nie widziałem go zbyt często. Mieszkaliśmy w takim podziemiu, skąd nie było widać nawet błękitnego skrawka, bo mój ojciec, Irenko, był szewcem, i to nie takim szewcem, co szyje nowe buty: łatał tylko stare, takie beznadziejne, na nic schodzone. To też był cud, że mogliśmy mieszkać nawet w tym podziemiu. Strasznie tam było mokro. Ze ścian lało się i z oczów ludzkich też się lało...

– Nie rozumiem.

– To jasne. Moja matka płakała nad nami, a nas było siedmioro: i my często płakaliśmy dlatego tylko, że ona nad nami płacze. Ciężko było...

– I długo tak?

– Potem było przestronniej, bo ojciec biedaczyna umarł i troje dzieci umarło. Chcieli nas usunąć z tej piwnicy, bo nie było czym płacić, ale matczysko zaczęło tak harować, żeśmy się jakoś utrzymali. Irenka nie ma pojęcia, jak matka potrafi pracować, aby dzieci nie pomarły z głodu. Myślałem sobie, że Pan Bóg, kiedy na to patrzy, to musi mieć łzy w oczach. O czwartej rano w zimie ona już stała przy balii. Ja to widziałem, bo też w tym czasie zaczynałem się uczyć. Na ścianach był szron, a zimno było takie, że kiedy chciałem odwrócić kartkę książki, nie mogłem tego uczynić, takie miałem zgrabiałe palce. I jakoś się wyżyło.

– Mój Boże! – szepnęła Irenka cichutko.

– Dlatego nie widziałem często nieba – mówił spokojnym głosem pan Podkówka. – Kiedy wychodziłem z tej stęchłej nory, nie miałem czasu na przyglądanie się obłokom. Biegłem, czym prędzej biegłem, aby zdążyć na drugi koniec miasta na korepetycje. Stamtąd z powrotem tu, tam, do szkoły, znowu na lekcje. A kiedy wracałem do domu, była już noc. Wtedy oni, biedacy, jedli to, co ja przyniosłem.

– A pan?

– A ja leciałem z nóg i spałem, spałem. Ale teraz to nam wszystkim lepiej – dodał wesoło i pokazał zęby w uśmiechu. – Teraz to sobie moja matka żyje jak hrabina, bo siostry szyją, a ja posyłam flotę. Za rok, za dwa czymś już będę i zacznie się życie. Moja starowina, kiedy o tym mówi, to płacze. To takie dziwne! Biedota płacze, kiedy się martwi, a kiedy się cieszy, płacze tym rzewniej. Dokąd pamięć moja sięga, widzę tylko łzy i łzy. Teraz niech sobie popłakuje, bo jej to sprawia przyjemność, byle nie płakała ze zgryzoty...

– Proszę pana!

– Co takiego, panno Irenko!

– Kiedy pan będzie pisał do matki, niech ją pan serdecznie ode mnie pozdrowi... Niech ją pan ucałuje...

– Masz tobie! – zaśmiał się Podkówka. – Będzie z rozczulenia popłakiwała ze trzy dni.

Irenka, której oczy uczyniły się wilgotne, roześmiała się w głos, bo Podkówka śmiał się szczęśliwie. Tak bardzo ucieszył się, że usiadłszy nagle na brzegu, wetknął obute nogi w wodę i wtedy dopiero ryknął z radością, i zawył tak przedziwnie, że ptaki zerwały się z wody.

– Irenka – wykrzykiwał – jest to panna z mokrą głową, a ja jestem wariat z mokrymi nogami!

W tej chwili Drab zawarczał ostrzegawczo.

– Ciotki idą! – rzekła Irenka.

Obie muzy, wymieniając między sobą głuche milczenie, niosły swoją rozgoryczoną hańbę na pola i łąki. W jednej i drugiej odbywało się coś dziwnego. Spojrzały na Irenkę, potem na Podkówkę boleśnie i nieskończenie smutno – i poszły dalej.

– Tak, to ciotki – szepnął Podkówka. – Dobre to kobiety, tylko jakieś takie. Ja także miałem taką ciotkę, co była ni w pięć, ni w dziewięć. Kiedy była trzeźwa, to ją można było do rany przyłożyć, ale kiedy sobie podpiła, właziła na szafę i godzinami śpiewała. Bieda była z tym, że prawie nigdy nie złaziła z szafy. Aż raz zleciała z niej na głowę i oddała Bogu ducha. Jak się trafi taka pomylona ciotka, to nie daj Boże! Na co Irenka tak pilnie patrzy?

 

Coś niezwykłego musiało stać się w pobliżu, skoro Irenka miała wyraz niebotycznie zdziwiony.

– Niech pan patrzy! Niech pan patrzy! – krzyknęła.

Pan Podkówka obejrzał się i postawił oczy w słup. W niewielkiej odległości ciotka Amelia, zdjąwszy pantofle i pończochy, zanurzyła cienkie, patykowate nogi w wodzie i pryskała nią wesoło, a ciotka Barbara wyprawiała opodal dzikie skoki w górę i w dal, wydając przeraźliwie radosne okrzyki. Czasem się zdarzy, że dostojny żuraw, kiedy mu jakaś ćma padnie na bystry rozum, zaczyna podskakiwać i pląsać, prędzej jednak można było uwierzyć, że nieboszczyk zacznie tańczyć z własną trumną, niż ciotka Barbara zatańczy nad zdumioną wodą.

Po krótkiej chwili zdumienia Irenka pobiegła do domu i wpadła do ojca.

– Tatusiu! Ciotkom coś się stało!

Pan Borowski spojrzał przez okno i, gdyby nie był chwycił się biurka, byłby upadł, tak się zatoczył ze śmiechu.

– To twoja szkoła. Ratujcie mnie, bo pęknę! Powiedziałem ciotkom, że byłyby do dziś młode, gdyby... Idź, zatrzymaj ciotkę Barbarę, bo się zatchnie!

Nie trzeba było ciotki zatrzymywać, bo jak derwisz tańczący, co, okręciwszy się tysiąc razy, pada na ziemię, tak i ona legła na pachnącej trawie. Zatrzymały się przerażone obłoki, a wiatr nie śmiał odetchnąć. Cała przyroda wybałuszyła swoje wielkie, niebieskie oczy, widząc ten szał radosny i piękny. Jeden tylko przedstawiciel natury, pies Drab, zaczął wyć nierozumnie. Albowiem nigdy nie wiadomo, co strzeli psu do głowy.

Ciotka Amelia, która nieznacznego jedynie dokonała bohaterstwa, patrzyła na czyn ciotki Barbary z nieukrywaną zawiścią, kiedy zaś na jej niewinnym obliczu ujrzała nieśmiały jak jutrzenka rumieniec, serce zabiło w niej gwałtownie na widok tego cudu. Pan Borowski jednak miał rację i ta mała wietrznica, Irenka, wie dobrze, co robi, stając na głowie i burząc swoją krew. Ciotka Amelia przysięgła sobie bezszelestnie, drżeniem warg zaledwie, że, kiedy nikt tego widzieć nie będzie, wykona taniec, jakiego świat nie widział.

Irenka nie chełpiła się swoim zwycięstwem. Ucieszyła się, widząc, że i ciotki chcą sobie trochę poskakać, co mogło mieć ogromny wpływ na zmianę octu ich usposobień na złote wino radości, a co ważniejsze, na zmianę ich stosunku do niej. Jeżeli ciotki będą miały „mokre głowy”, mniej będzie gadania o jej głowie, słynnie mokrej i niewysychającej w największym słońcu. Wszystko przemawiało za tym, że ciotki odmłodnieją, zaczęły bowiem z pasją uprawiać sporty i żyć z przyrodą.

– Na Boga! Żeby tylko nie zaczęły łazić po drzewach! – mówiła przestraszona matka Irenki.

Tak wysoko jednak nie mierzyła nagła ciotek odmiana. Wody i koni bały się zawsze, lecz goniły radosną młodość po polach i łąkach, a kiedy czasem, brnąc przez paprocie leśne, zaczęły hukać i przekomarzać się z ptakami, poczciwi ludzie żegnali się znakiem krzyża świętego, każdej chwili gotowi do ucieczki, gdyby poczciwe stare panny nagle zaczęły lecieć przez powietrze.

Wreszcie jednak stało się coś, czego nigdy nikt przewidzieć nie mógł. Ciotka Amelia chodziła przez kilka dni blada i wzdychająca, rozmawiała sama z sobą wierszami i ważyła coś w sercu jak na czułej wadze. Aż jednego dnia stanęła przed zgromadzeniem powszechnym i rzekła donośnie:

– Niech się dzieje wola boska. Wyrzuciłam gorset!

Krzyk podniósł się tak wielki, że dotarł aż do babki.

– Kto umarł? – spytała babka, przestraszona.

Kiedy jej wytłumaczono, skąd ten zgiełk pochodzi, babka najpierw zmartwiała, potem machnęła ręką.

– Ona jeszcze za mąż pójdzie! Wstyd i hańba... Jak możesz pokazywać się bez gorsetu?

– Nikt tego paskudztwa już nie nosi! – krzyknęła ciotka Barbara głosem potężnym królowej Amazonek.

– Jak to nikt? – odgrzmiała jej babka. – Ja noszę!

Wszyscy zdumieli się. Od paru dni babka miała dziewięćdziesiąt lat. Straszliwe rzeczy dzieją się na świecie, a nikt o tym nie wie. Piekielna tajemnica łagodnej babki odebrała wszystkim mowę na czas dłuższy, a ona tymczasem wyszła, groźna nad podziw i rozsierdzona.

Wtedy dopiero szepnęła Irenka do pana Podkówki:

– Trzeba będzie nawrócić babkę.

Pomimo tego zgrzytu radość była powszechna z dzielnego postępku ciotki Amelii, na którą z kolei ciotka Barbara patrzyła z zazdrością, sama bowiem niczego z siebie zdjąć nie mogła. Z milczącym jednak poszanowaniem wysłuchała, jak wszyscy zresztą, pięknego opisu tej niezapomnianej uroczystości, który boska Amelia wygłosiła tego wieczoru, kiedy dzień zagasnął, a cisza sprzyjała wzlotom ducha. Był to wiersz bardzo kunsztownie uczyniony, bo tylko na dwóch rymach oparty jak kulawy na dwóch szczudłach. Biła z niego moc. Oparłszy ręce na grzbiecie krzesła, a oczy na pułapie, mówiła ciotka Amelia:

Już godzin, już dni tych nie zliczę,

Co w czasu zapadły odmęty,

Gdyś ściskał me łono dziewicze.

Dziś bądź przeklęty!

Ty w piersi tłumiłeś mej znicze

I ogień gasiłeś w niej święty,

W me słowa wlewałeś gorycze.

Dziś bądź przeklęty!

Do dzisiaj mnie trele słowicze

I marne kusiły ponęty,

Lecz teraz jak burza zaryczę!!!

Dziś bądź przeklęty!

Noc długo rozbrzmiewała gromowym echem tych słów. Wobec tego wrażenia Irenka nie powiedziała nikomu, tylko pod najgłębszym sekretem panu Podkówce, że służebne dziewczęta, znalazłszy za oknem pancerz ciotki Amelii, długo rozmyślały, do czego ma służyć dziwna ta maszyna. Wiedzione jednak dobrym instynktem zasznurowały w nią wreszcie cielę podejrzane o to, że ma „opuszczenie żołądka” i wskutek tego odmawia spożycia pokarmów. A cielę do wieczora zdechło.

– Nie trzeba tego mówić ciotce – szeptała Irenka.

– Pewnie, bo jej będzie wstyd – rzekł pan Podkówka.

– Ej, nie to! – rzekła Irenka. – Tylko że napisze wiersz na śmierć tego cielęcia.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?