PsychopataTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Psychopata
Psychopata
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Psychopata
Psychopata
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Upewniłam się i faktycznie jest osiemnasty września. O ile jeszcze mogłam się łudzić, że w telefonie coś szwankuje, o tyle nie mogę wątpić w datę wyświetlaną na kanale informacyjnym w telewizji. Na kilku kanałach informacyjnych dla ścisłości.

Panikuję, bo nie tylko umknął mi wieczór po bankiecie, ale także cały dzień i noc tuż po nim. To daje blisko trzydzieści sześć godzin – i nie mam pojęcia, co się ze mną działo w tym czasie.

Dokładam wszelkich starań, aby coś, cokolwiek, sobie przypomnieć. Wkładam w to mnóstwo energii, ale okazuje się to ponad moje siły. Niczego nie pamiętam. Nie znajduję w głowie nawet skrawków wspomnień, które mogłabym może niekoniecznie poskładać w sensowną całość, ale przynajmniej wykorzystać do podjęcia właściwego tropu.

Kiedy dzwoni telefon, sprawdzam, kto chce się ze mną skontaktować, ale zamiast odebrać, zaczynam płakać. Z bezradności, z poczucia winy, z zażenowania, z niewiedzy.

Nie jestem gotowa na rozmowę z Olkiem, choć podejrzewam, że biedak odchodzi od zmysłów, co się ze mną dzieje. Nie powinnam dłużej trzymać go w niepewności, i tak trwa to już zdecydowanie za długo, ale inaczej nie potrafię. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co mogłabym mu powiedzieć, gdyby zapytał mnie o ostatnie godziny. A zapyta na pewno.

Nigdy wcześniej coś takiego mi się nie przydarzyło, nawet w najtrudniejszym okresie mojego życia, kiedy próbowałam zapić ból straty sprzed blisko dekady.

Dekady? Ze zdziwieniem stwierdzam, że niebawem minie dziesięć lat od chwili, kiedy wydawało mi się, że już nigdy nie będzie dobrze, że już nie potrafię żyć.

I nagle przypominam sobie o lekach. Choć niczego nie pamiętam, wątpię, abym wczoraj je zażyła. Najpewniej cały dzień spędziłam poza domem, a w torebce nie miałam blistra z pigułkami, które zwykle łykam z poranną kawą.

Idę więc do kuchni i wygrzebuję z szafki na garnki kilka opakowań moich leków. Niektóre z nich są napoczęte, inne jeszcze zaplombowane. Wszystkie trzymam w niepozornym plastikowym pojemniczku za stertą patelni, aby nikt ich przypadkiem nie znalazł.

Wyciskam tabletkę z blistra i myślę, że gdy mówię „nikt”, tak naprawdę chodzi mi o Olka. Wstydzę się, że muszę brać to świństwo, ale boję się, że funkcjonowanie bez escipramu okaże się zbyt trudne. Z przykrością stwierdzam, że jeśli poważnie myślę o związku z Olkiem, muszę mu w końcu o tym powiedzieć. Ale czy będzie mnie taką chciał? Nie dość, że jestem uzależniona od pracy, to jeszcze chyba za bardzo przywiązałam się do proszków… Myśl, że mogłabym go stracić, sprawia, że ściska mnie boleśnie w dołku.

Odkąd obudziłam się na ławce w parku, z minuty na minutę denerwuję się coraz bardziej, a teraz jeszcze to. Nie chcę dopuścić do ataku paniki. Wtedy już na pewno nie będę zdolna do racjonalnego myślenia, a muszę zacząć logicznie myśleć, jeśli chcę jako tako ogarnąć sytuację, w której się znalazłam. Muszę się uspokoić.

Wyciskam jeszcze jedną tabletkę, tym razem alproxu, który działa niemal natychmiastowo, i telefon w końcu milknie. Olek dzwonił pięć razy. Mam świadomość, że to bardzo okrutne zachowanie z mojej strony, ale na razie nie czuję się na siłach z nim rozmawiać. Najpierw muszę cokolwiek ustalić. Mam tylko nadzieję, iż to, że wreszcie pojawił się sygnał, gdy próbował się ze mną połączyć, zamiast dotychczasowego zgłaszania się poczty głosowej, choć odrobinę go uspokoiło.

Przełykam pigułkę, popijając ją dużą ilością wody, i czekam, aż zacznie działać. Po kilkunastu minutach czuję się już na tyle dobrze, żeby w końcu wybrać numer Roberta.

Do Olka postanawiam zadzwonić w następnej kolejności. Liczę na to, że rozmowa z Malczukiem pomoże mi na tyle, że będę wiedziała, co mu powiedzieć.

Robert odbiera niemal od razu.

– Maja? – Przeciąga moje imię i wypowiada je takim tonem, jakby spodziewał się kogoś zupełnie innego, choć z pewnością moje personalia wyświetliły mu się na komórce.

Wzdycham ciężko, nie bardzo wiedząc, jak rozpocząć rozmowę.

– Co się, do kurwy, z tobą dzieje? – pyta Robert.

Cóż, jeśli miałam jeszcze jakieś resztki nadziei, że jednak jest siedemnasty, a nie osiemnasty września, to wybuch niepokoju kolegi definitywnie je rozwiewa.

– Maja! Jesteś tam, do ciężkiej cholery?

– Tak, jestem – odzywam się, choć najchętniej na nowo zalałabym się łzami. Tyle że to mi w niczym nie pomoże. Przytrzymuję aparat ramieniem i sięgam po blister alproxu.

– Co się stało?

– Właśnie to chciałabym z tobą ustalić – oznajmiam zgodnie z prawdą, rezygnując z chęci zażycia dodatkowej porcji alproxu. Nie wypuszczam jednak leku z dłoni. Na przemian zaciskam i rozkurczam place na jego opakowaniu, wsłuchując się w ciszę po drugiej stronie linii.

Robert milczy. Nie wiem, czy dlatego, że jest zaskoczony moją odpowiedzią czy tym, że nie wiem, co się ze mną działo.

– Robert… ja nie pamiętam niczego od bankietu – oznajmiam, po czym zbieram się w sobie i opowiadam mu, co się wydarzyło. Nie jest tego wiele, ale ze szczegółami mówię o tym, jak obudziłam się na ławce w parku nieopodal mojego mieszkania, a po dotarciu do domu stwierdziłam, że jest osiemnasty września.

Gdy kończę, Robert wybucha śmiechem.

– Co cię, kurwa, tak bawi?! – grzmię.

– Ale zaszalałaś. – Dalej rechocze. – Wiedziałem, że potrafisz się dobrze bawić, ale że aż tak!...

– Robert! – wrzeszczę do telefonu. – To w żadnym wypadku nie jest zabawne! Nie wiem, co się ze mną działo przez blisko trzydzieści sześć godzin!

– Faktycznie, w gruncie rzeczy to przerażające – przyznaje.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo.

– Maju, chyba nie muszę ci tłumaczyć, kiedy takie rzeczy się zdarzają?

– Niczego nie brałam! – oponuję natychmiast. Poza kilkoma pigułkami escipramu i alproxu, oczywiście, dodaję w myślach.

Ale przecież nie do tego pije Robert. Zdążyłam i taki scenariusz przeanalizować. Nigdy nie byłam amatorem mocnych używek i nie podejrzewam, żebym nagle zapragnęła się czymś naszprycować. I to jeszcze na służbowym bankiecie.

– A czy… – Robert wreszcie poważnieje. – Maju, czy nic ci nie jest? W sensie…

– Nikt mnie nie pobił ani nie zgwałcił, jeśli o to ci chodzi.

– Och, to dobrze. – W jego głosie znów brzmi wesołość.

– Pomóż mi ustalić, co się ze mną działo, proszę – mówię z desperacją, którą słyszę nawet ja sama. Zaciskam mocniej dłoń na opakowaniu alproxu i ponownie opieram się chęci łyknięcia dodatkowej pastylki.

– Co pamiętasz? – pyta rzeczowym tonem mój współpracownik.

Nabieram głęboko powietrza do płuc, zatrzymuję je tam na chwilę, a w tym czasie ponownie zmuszam swój mózg do myślenia. Jeszcze raz próbuję sobie coś przypomnieć. Wypuszczam powietrze z głośnym świstem, stwierdzając, że to na nic.

– Bankiet – mówię. – Alkohol, tańce.

Na linii zapada cisza. Właściwie nie mam nic więcej do powiedzenia. Robert też milczy, najwyraźniej czekając na ciąg dalszy.

– Pamiętam, że dobrze się bawiliśmy, tańczyliśmy i w ogóle – dodaję, po czym zawieszam głos i czekam na reakcję kolegi.

– A potem już nic? – pyta, nie kryjąc zdziwienia.

– Nic. Potem już nic. – Wzdycham z bezsilności.

– Tego, że zamówiłem ci taksówkę i pomogłem ci do niej wsiąść, także nie pamiętasz?

Kręcę głową, aby zaprzeczyć, choć Robert nie może tego zobaczyć. Moje milczenie jednak mu wystarcza.

– Źle się poczułaś i powiedziałaś, że chcesz wracać do domu – wyjaśnia. – Zamówiłem ci więc taksówkę i wsadziłem cię do niej, bo ledwo trzymałaś się na nogach. Zaproponowałem nawet, że pojadę z tobą i odeskortuję cię do mieszkania, ale stanowczo mi zabroniłaś. Kazałaś mi się dobrze bawić i zapewniłaś, że sobie poradzisz.

Robert milknie, ale nie komentuję jego słów. Staram się w zakamarkach swojego umysłu odnaleźć choćby blade wspomnienie sytuacji, o której mi opowiedział.

– To twoje kiepskie samopoczucie było nagłe, wcześniej szaleliśmy na parkiecie w najlepsze – podejmuje, gdy moje milczenie się przedłuża. – Wtedy pomyślałem, że pewnie jesteś wyczerpana całym dniem, w końcu dużo się działo i miałaś prawo być potwornie zmęczona, ale teraz… Maju, może po prostu coś wzięłaś?

– Niczego nie brałam, żadnych narkotyków, przecież mnie znasz – zapewniam po raz drugi. – I tyle? Nic więcej się nie wydarzyło? – pytam skrajnie rozczarowana.

– No nie. Wsadziłem cię do taksówki i pojechałaś.

Jęczę na głos zawiedziona, bo naprawdę liczyłam, że Robert rozjaśni mi trochę tę dziwną sytuację.

– Później nie pojawiłaś się w pracy – dodaje jeszcze – a gdy do ciebie dzwoniłem, od razu włączała się poczta głosowa.

Wiem. Nie musi mi o tym przypominać. Sporo ludzi dobijało się do mnie. Mam masę nieodebranych połączeń z wczoraj.

– W porządku – mówię, choć absolutnie nic nie jest w porządku. – Ogarnę się i przyjdę do pracy. Pewnie o mnie pytali?

Robert wzdycha. To mówi mi więcej niż jakiekolwiek słowa. Nietrudno się domyślić, co dzieje się teraz w firmie. Najpierw Robert nie pojawia się na konferencji i zawala prelekcję, później ja znikam bez słowa i zawalam cały dzień badań. Po prostu pięknie!

Choć nadal czuję się fatalnie, nie wyobrażam sobie, że miałabym nie pójść do pracy. Kariera to wszystko, co mam. Oprócz Olka, oczywiście, ale zakładam, że po kilkunastu godzinach mojej tajemniczej nieobecności i milczenia nie stracę jego uczucia, w przeciwieństwie do stanowiska. Profesjonalizm to podstawa w moim zawodzie i bezwzględny wymóg w ośrodku BCT. To właśnie na nim zbudowałam swoją pozycję.

– Maju? – zagaduje Robert. – Naprawdę nie wiesz, co się z tobą działo?

– Nie wiem… – szepczę i znów zbiera mi się na szloch. Opakowanie alproxu jest już w opłakanym stanie, ale nieprzerwanie je miętoszę.

 

– I nic nie pamiętasz? – drąży.

– Kompletnie nic.

– Głowa do góry, każdemu może się zdarzyć – kwituje.

Mam ochotę prychnąć, ale nie robię tego, bo wiem, że Robert stara się mnie pocieszyć. Nawet jeśli marnie mu to wychodzi, doceniam jego zaangażowanie.

– Dzięki. Zobaczymy się w pracy – rzucam i rozłączam się.

Wsiadłam do taksówki, która miała mnie zawieźć do domu, myślę. Ale czy zawiozła?

Przytłacza mnie myśl, że jest jeszcze gorzej. Oczekiwałam, że Robert wyjaśni mi, co się stało, przynajmniej przybliży jakieś kluczowe wydarzenia. Może okaże się, że zabalowaliśmy ostrzej niż zwykle – ja, Robert i Lilka. Że on też nie pamięta, co się działo, albo że pamięta, że imprezowaliśmy cały wczorajszy dzień. Dosypał mi coś do drinka, tak dla zabawy, jak w filmie Kac Vegas… To brzmi tak beznadziejnie, że daję sobie spokój z tym tokiem analizy.

Łapię się oburącz za głowę i natarczywie drapię po skórze, gorączkowo się zastanawiając, co jeszcze mogę zrobić, aby przypomnieć sobie wczorajszy dzień. Albo chociaż jego urywki. Może hipnoza? Prycham kpiąco, nadal szorując palcami po głowie. Przestaję, gdy natrafiam na strupek. Zaskoczona tym nieoczekiwanym okryciem, zatrzymuję na nim palce. Macam go delikatnie, ale bardzo dokładnie, milimetr po milimetrze.

Może skaleczyłam się przy jakimś uderzeniu w głowę? Upadłam? Nie wyczuwam jednak żadnej opuchlizny. To chyba niegroźne draśnięcie. Ale jak się go nabawiłam? Ponieważ nie nasuwa mi się żadna odpowiedź, dochodzę do wniosku, że szkoda czasu na głupoty – muszę przecież ratować swoją zawodową reputację.

Podnoszę się z miejsca i idę do łazienki, aby wziąć szybki prysznic. Nie zapomniałam o telefonie do Olka, po prostu nadal nie jestem gotowa na rozmowę z nim.

7

W ośrodku BCT zjawiam się dwie godziny później. Czuję się potwornie głupio. Aż do wczoraj nigdy nie pozwoliłam sobie na niezapowiedzianą nieobecność w pracy.

Swoje pierwsze kroki oczywiście kieruję wprost do gabinetu Grześka Kowalika, odmawiając w duchu błagalne modlitwy.

Jutro kolejny szympans ma przejść zabieg wszczepienia komórek macierzystych za pomocą mikrolaparotopu, wobec tego cała procedura przygotowawcza powinna zostać zapięta na ostatni guzik najpóźniej do dzisiejszego popołudnia. Jest kilka minut po jedenastej, więc zespół ma gigantyczne opóźnienie. Istnieje realna groźba, że przez moją wczorajszą nieobecność może nie dojść do zabiegu. Jeśli tak się stanie, będzie to nie tylko wielka strata dla ośrodka z naukowego punktu widzenia, ale także dość bolesny uszczerbek dla budżetu badawczego. Koszty przygotowania zwierzęcia, materiału do wszczepienia, sali operacyjnej i sprzętu wraz z personelem są naprawdę ogromne.

Znam osoby, które za znacznie mniejsze przewinienia solidnie oberwały po głowie. Wcale nie jest trudno wylecieć z ośrodka BCT, jeśli nie traktujesz swoich obowiązków priorytetowo. Z jednej strony to w pełni zrozumiałe, bo w gruncie rzeczy prowadzimy skomplikowane, ważne i drogie testy, ale z drugiej – przecież nikt nie jest doskonały, prawda?

Podbudowana takim właśnie rozumowaniem, rzewnie przepraszam kierownika. Kowalik milczy przez cały mój monolog. A potem ten surowy, bezduszny i apodyktyczny facet cedzi jedynie przez zaciśnięte zęby, że nie życzy sobie więcej tego typu sytuacji i że nie będzie tolerował tego typu wybryków. I na tym koniec.

Nie pyta mnie o powód mojej wczorajszej nieobecności, a i ja sama z rozmysłem pominęłam ten punkt. Nie zdołałam wymyślić sensownie brzmiącego alibi, więc uznałam, że najrozsądniej będzie tę kwestię przemilczeć.

Kowalik w ogóle nie dopytuje o żadne szczegóły. Każe mi zabierać dupę z jego gabinetu i brać się do roboty.

Chyba już nie jestem gwiazdą ośrodka, która tak jasno błyszczała na wczorajszej, a właściwie przedwczorajszej konferencji. W życiu wszystko tak szybko się zmienia…

Nie mam jednak czasu na sentymenty. Muszę wziąć się do roboty, i to natychmiast, dokładnie tak, jak radził Kowalik, jeśli chcę uratować sytuację i nie dopuścić do odwołania jutrzejszego zabiegu.

Wręcz pobłażliwe zachowanie kierownika daje mi kopa do działania, ale także wywołuje skrajny szok. Jak tak dalej pójdzie, zejdę na zawał przed końcem tygodnia.

Czym prędzej wychodzę z gabinetu Grześka i na miękkich nogach kieruję się do pracowni, aby jak najszybciej zabrać się za nadrabianie zaległości. Nie mogę jednak nie ulec wrażeniu – nawet kiedy ubieram się w obowiązujący w laboratorium strój ochronny i zaczynam układać w głowie kolejność zadań do wykonania – że zbyt gładko to wszystko poszło.

Może po prostu jestem tak dobrym pracownikiem, że Kowalik wielkodusznie uznał, iż ten jeden raz może mi przepuścić? Nawaliłam, bardzo nawaliłam, ale wygląda na to, że nie poniosę za to najmniejszych konsekwencji. Oczywiście, jeśli teraz zepnę pośladki i przygotuję wszystko na czas. Żeby jeszcze tak sprawnie poszło mi z Olkiem…

W pracowni spędzam ponad godzinę, skrupulatnie oceniając komórki, które mają być użyte do zabiegu. Są gotowe od wczoraj, a przygotował je Robert. Nie znajduję żadnych przeciwskazań do użycia wypreparowanej przez niego partii podczas jutrzejszej procedury.

Robert wpada do laboratorium, chyba tylko po to, aby sprawdzić, czy jestem już w pracy. Chwilę rozmawiamy o komórkach i jutrzejszej operacji, a potem właściwie powtarzamy rozmowę, którą odbyliśmy przez telefon.

– Słuchaj, Maju… – Robert zawiesza głos i przypatruje mi się uważnie, ale nic więcej nie mówi.

Posyłam mu pytające spojrzenie, ciekawa, co nastąpi dalej. Ożywa we mnie nadzieja. Może jednak Robert coś sobie przypomniał? Jakiś szczegół, który okaże się kluczem do rozwiązania mojej zagadki? Pobożne życzenie, wiem, jednak na chwilę obecną na nic innego nie mogę liczyć.

– Jesteś pewna, że kompletnie nic nie pamiętasz? – pyta ostrożnie, jakbym wyrażała się niejasno albo jakby to on miał kłopoty ze słuchem.

– Nie, nie pamiętam i na tym polega mój problem – wzdycham zawiedziona i lekko poirytowana, bo ileż razy można powtarzać to samo?

– A teraz? Jak się czujesz?

Towarzyszy mi cały wachlarz krańcowo odmiennych uczuć, ale nie mam zamiaru rozwodzić się nad nimi głośno. Wzruszam więc tylko ramionami.

– Trochę boli mnie głowa – przyznaję, gdy widzę, że Robert uparcie wyczekuje odpowiedzi. – Poza tym właściwie nic mi nie dolega.

– A psychicznie? Nie masz jakichś, nie wiem… halucynacji albo… – Robert urywa, bo piorunuję go wzrokiem. Wkurza mnie, że znów nawiązuje do narkotyków. Czy naprawdę wyglądam na osobę, która lubi przyćpać? A poza tym przecież znamy się nie od dziś.

– O co ci konkretnie chodzi, co? – rzucam, krzyżując ręce na piersi.

Robert wygląda, jakby miał ochotę pociągnąć temat, ale zamiast tego przeprasza i zapewnia, że nie chciał mnie urazić. Nie drążę, bo mam w tej chwili wystarczająco dużo problemów na głowie, aby jeszcze dodatkowo przejmować się kretyńskimi insynuacjami Malczuka.

Wychodzę z laboratorium i zmierzam do zwierzętarni na tyłach budynku. Muszę nadrobić sporo zadań, jeśli faktycznie ma mi ujść płazem moja wczorajsza nieobecność w pracy. Idę sprawdzić, jak się miewa Karol, towarzyski i bardzo ruchliwy szympans, który jutro ma zostać poddany zabiegowi. Karol tydzień temu przeszedł serię naświetleń, aby w obszarze płatu czołowego jego mózgu zniszczyć zmienione nowotworowo komórki, które teraz chcemy odbudować za pomocą komórek macierzystych. Poprzednie małpy zareagowały na terapię rewelacyjnie, o czym zresztą mówiłam podczas mojej wczorajszej, przepraszam, przedwczorajszej prelekcji.

Wzdrygam się, gdy ktoś szarpie mnie za ramię. To Lilka. Nie wiem, skąd tak nagle wzięła się na korytarzu, najpewniej wyszła z którejś z mijanych przeze mnie pracowni, a ja jej nie zauważyłam. Choć skupiam się na pracy, mimowolnie część moich myśli błądzi wokół pobudki na ławce.

– Maja, czyś ty powariowała?! – grzmi. Jest tak wściekła, że aż poczerwieniała na twarzy. – Gdzie ty byłaś, do ciężkiej cholery?

Postanawiam powiedzieć przyjaciółce prawdę.

Lilka łagodnieje, gdy mówię jej, że obudziłam się sama na ławce w parku.

– Jezu! – Zakrywa usta dłonią. – Nic ci nie jest?

– Nie. – Kręcę głową. – Chyba nie.

– Czyli co? – Lilka krzyżuje ręce na piersi i przygląda mi się uważnie. – Takiego kaca giganta miałaś, że nic nie pamiętasz z tak długiego czasu? – pyta sceptycznie.

– Czy to jest w ogóle możliwe?

– Nie wiem. Nie wydaje mi się, ale kto cię tam wie – stwierdza, po czym ciężko wzdycha. – Wiesz, tak właściwie to mówisz jak typowa ofiara pigułki gwałtu.

– Lilka, nikt mnie nie wykorzystał – prycham z irytacją.

Przyjaciółka nadal przygląda mi się uważnie.

– A skąd wiesz, skoro nic nie pamiętasz?

Powtarzam jej, że moje ubranie, łącznie z bielizną, było w idealnym stanie. Ciało zresztą też – żadnych siniaków, obolałych miejsc, nawet fryzura ucierpiała tylko w niewielkim stopniu i chyba jedynie od spania na twardej ławce.

Myślę o drobnej rance na głowie, którą wyczułam rankiem. Machinalnie dotykam tego miejsca, aby się upewnić, czy nadal tam jest. Jest. Zastanawiam się, czy to niewielki, bo naprawdę niewielki, ale jednak dowód na to, że ktoś w jakiś sposób mnie wykorzystał.

– No to nie wiem. Ktoś mógł ci to świństwo dosypać do drinka – upiera się Lilka.

Przypominam sobie, co mówił Robert, i robi mi się gorąco. Dlaczego tak nagle źle się poczułam i chciałam wracać do domu? I kto, do diabła, mógłby coś takiego zrobić na pokonferencyjnym bankiecie?!

W mojej głowie znów robi się tłoczno od rozmaitych myśli. Uznaję, że to niemożliwe, abym taksówką, która miała mnie zawieźć do domu, pojechała do jakiegoś klubu czy dyskoteki w mieście. Z drugiej strony, w takim miejscu byłaby bardziej realna szansa, że faktycznie ktoś poczęstował mnie pigułką gwałtu. A potem… Prycham w duchu. Przecież nie wiem, gdzie zawiozła mnie ta pieprzona taksówka, którą zamówił mi Robert! Mogła mnie zawieźć gdziekolwiek…

– A wiesz, skoro już byłaś taka bezwładna, to po co ten ktoś miał cię szarpać? – ciągnie Lilka, przerywając gonitwę moich absurdalnie niepokojących myśli. – Może trafiłaś na kulturalnego gwałciciela?

Wiem, że przyjaciółka w żadnym razie nie chce mi sprawić przykrości, tylko jak zwykle jest bezpośrednia i próbuje znaleźć wytłumaczenie tego, co mi się przytrafiło, ale mimo wszystko jej słowa palą mnie do żywego. Czuję, jak zalewa mnie fala mdłości, żółć podchodzi mi do gardła.

– A wiesz – Lilka najwyraźniej nie zauważa, co się ze mną dzieje, bo niewzruszenie kontynuuje swój wywód – czytałam kiedyś taką książkę, nie pamiętam tytułu, ale dziewczyny budziły się w dziwnych miejscach, zupełnie nie pamiętając, jak się w nich znalazły ani co działo się z nimi przez nawet kilka dni! I wiesz, co się okazało? Że porywał je jakiś psychol! W sumie nic złego im nie robił, ale patrząc na nie, zaspokajał swoje zdziwaczałe potrzeby seksualne czy jakoś tak. Nie pamiętam szczegółów. A, i jeszcze w innej z kolei książce, ale z podobnym motywem, czytałam, że ludzi porywały istoty pozaziemskie i…

Nie mogę tego dłużej słuchać. Bez słowa odwracam się na pięcie i pędzę do najbliższej toalety. Dopadam pierwszej wolnej kabiny i klękam przy sedesie. Wstrząsają mną głośne torsje, ale mój żołądek jest prawie pusty i nie bardzo mam czym wymiotować. Czuję w ustach gorzki smak żółci.

– Maju, przepraszam, chciałam tylko pomóc. – Lilka kuca tuż za mną i gładzi mnie po włosach. – Na pewno nic takiego się nie stało… Nie wiem, czemu zaczęłam wygadywać te wszystkie bzdury. Istoty pozaziemskie… – prycha kpiąco, przedrzeźniając samą siebie. – Przepraszam, Maju. Przepraszam.

– Co ja powiem Olkowi?

Zaczynam łkać, a Lilka obejmuje mnie od tyłu.

– Coś wymyślimy! – zapewnia, mocniej przytulając mnie do siebie.