Gwiazdka pełna życzeńTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara

Redakcja: NABU Joanna Pawłowska

Korekta: Agata Tondera

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce: © Judy Davidson

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-85-6

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Dziadkowi Heniowi – za naszą ostatnią, bezcenną rozmowę

Pamięci Sary – jedynej takiej

Prolog

Śnieg padał tak gęsto, że wycieraczki nie nadążały go zbierać. Oskar prowadził auto bardzo powoli, bo nawet z zimowymi oponami łatwo było o poślizg.

Z samochodowego radia leciała kultowa świąteczna piosenka, którą nuciłam sobie cicho pod nosem.

Let it snow, let it snow, let it snow…

Nagle w torebce rozdzwonił mi się telefon, a ja wyszperałam go szybko i natychmiast odebrałam, nie zerkając na wyświetlacz.

– Halo?

– Hej, kochanie! Nie uwierzysz, ale właśnie opuszczamy z Michaelem lotnisko! Mamy dla ciebie i Basi niesamowitą niespodziankę! Musimy się z wami jak najszybciej spotkać! Zostajemy w Polsce aż do końca roku! Cudownie, prawda?! – Rozentuzjazmowany głos mamy dźwięczał mi w uchu, ale odnosiłam wrażenie, jakby dochodził z bardzo daleka. Przez ostatnie jedenaście miesięcy kontaktowałyśmy się kilkanaście razy, a nasze stosunki były ni mniej, ni więcej, a zwyczajnie poprawne.

Spojrzałam kątem oka na Oskara, posyłając mu niepewne, zaniepokojone spojrzenie, bo z jakiegoś powodu czułam, że niespodzianka, którą planowali nam zaserwować, zwali nas wszystkich z nóg…

– Tak, to wspaniale! – odparłam z udawanym entuzjazmem. – Opowiesz nam o wszystkim, gdy się spotkamy.

– Oczywiście! Do zobaczenia, córeczko! – zawołała śpiewnym głosem i zakończyła połączenie.

– Wszystko w porządku? – Pytanie ze strony mojego chłopaka wyrwało mnie z krótkiej zadumy.

– Dzwoniła mama i… Oskar! Uważaj!

Zobaczyłam, jak gwałtownie skręcił kierownicą. Samochodem potrząsnęło, śnieg rozsypał się po przedniej szybie i zapadła ciemność, a dźwięki świątecznej piosenki rozpłynęły się w mroźnym powietrzu…

Rozdział 1

Ból głowy był straszny. Miałam wrażenie, jakby ktoś na siłę mi ją pompował, tak że zaraz mogłaby pęknąć. Zamrugałam powiekami, obraz mi się rozmywał i potrzebna była dłuższa chwila, żeby nabrał ostrości.

Dookoła mnie panowała rażąca jasność. Zapach wypełniający pomieszczenie był tak jednoznaczny, dławiący i sterylny, że od razu domyśliłam się, gdzie jestem. Szpital. Trafiłam do szpitala. Otumanienie osnuwało mój umysł gęstą mgłą niezrozumienia i niepamięci. Ręce i nogi miałam ociężałe, jakby ktoś zalał mi je betonem, nerwowość kumulowała się w żołądku i okolicach karku, coś wewnątrz mnie kuliło się ze strachu, niepokoju i nieświadomości.

Dlaczego trafiłam do szpitala?

Cisza wokół wydawała się złowroga. Powoli przekręciłam głowę, krzywiąc się od przeszywającego czaszkę bólu. Drzwi do pokoju były uchylone, na korytarzu stało kilka osób i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami.

Nie mogłam usłyszeć, co mówili.

Uniosłam z trudem rękę i dotknęłam nią głowy, wyczuwając gruby opatrunek w okolicach lewej skroni. Skrzywiłam się po raz kolejny, bo zaczynało do mnie docierać, że sytuacja była raczej niewesoła.

Nagle drzwi otworzyły się szeroko, a do środka wpadł wysoki, postawny mężczyzna w białym kitlu, który uśmiechnął się do mnie od wejścia.

– No nareszcie! Śpiąca Królewna nam się obudziła! – zawołał z entuzjazmem i przysiadł na zajmowanym przeze mnie łóżku szpitalnym tak lekko, jakbyśmy byli najlepszymi kumplami. – Czy ty wiesz, moja miła, jaki jest dziś dzień?

Zmarszczyłam brwi, wpatrując się z głupkowatym wyrazem twarzy w lekarza, który przechylał lekko głowę i czekał na moją odpowiedź.

Z trudem zaczęłam wytężać umysł, chcąc odszukać w pamięci ostatnie strzępki wspomnień dotyczące tego, co spowodowało, że wylądowałam w tym sterylnym pomieszczeniu, na jednoosobowym łóżku z białą pościelą… Zagryzłam lekko dolną wargę i powoli przekręciłam głowę na poduszce. Spojrzałam przez okno na zasypany śniegiem szpitalny parking. Gdzieś w otchłani umysłu majaczyły mi wspomnienia, miałam ochotę nucić sobie piosenkę Let It Snow, szukałam w głowie daty, lecz ona zdawała się zniknąć bez śladu.

– Nie możesz się doliczyć, co? – zagadnął wyrozumiale lekarz i wzruszył ramieniem. – Wczoraj mieliście wypadek. Ty i twój chłopak. Na szczęście ani tobie, ani jemu nic poważnego się nie stało – wyjaśnił, uśmiechając się do mnie krzywo.

Serce zamarło mi w piersi, a wszystkie elementy rozrzuconej układanki nagle znalazły się na swoim miejscu.

O Boże. Oskar!

– Gdzie on jest? – zapytałam cicho. Czułam, jak struny głosowe boleśnie się we mnie buntują, a suchość w ustach odrętwia język.

– W sali obok. Biedaczysko złamał rękę w dwóch miejscach, ale ma się dobrze! – powiedział lekarz, po czym wstał z łóżka i wygładził nieistniejące zagniecenia na kitlu. – Boli cię coś oprócz głowy?

– Nie… – skłamałam. Bolało mnie wszystko z odrętwienia, ale nie było sensu o tym wspominać.

– No to się cieszę! Przygotuj się, bo goście czekają pod salą.

– Jacy goście? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Rodzina – odpowiedział z szerokim uśmiechem, a ja omal nie wywróciłam oczami. Bałam się hałasu, jaki mogli spowodować, i eksplozji bólu w głowie.

Zastanowiłam się szybko nad tym, co powiedział lekarz. Skoro wczoraj mieliśmy wypadek, to dziś był…

– Drugi grudnia? – zapytałam, zatrzymując mężczyznę przy drzwiach. Obejrzał się przez ramię i uśmiechnął lekko.

– Drugi grudnia – potwierdził. – Jeśli wszystko będzie dobrze, to jutro wyjdziesz ze szpitala.

– A Oskar? – wypaliłam szybko. – To znaczy mój chłopak… – sprecyzowałam. Czułam, jak żołądek znów zacisnął mi się ze strachu i nerwów.

– On wyjdzie już dziś.

Przytaknęłam sztywno, a lekarz opuścił pokój. Na chwilę zapadła całkowita cisza. Miałam czas, żeby rozejrzeć się po sali, jej białych ścianach i skromnym umeblowaniu. Wypadek samochodowy nadal brzmiał tak samo strasznie jak w chwili, gdy o wszystkim powiedział mi lekarz. Teraz jednak byłam w stanie bardziej się skupić i rzeczywiście przypomniałam sobie, że ja i Oskar jechaliśmy gdzieś autem. Na ulicach leżało mnóstwo śniegu, bo oczywiście zima jak zawsze zaskoczyła drogowców. W radiu leciała piosenka Let It Snow, tego jednego byłam pewna.

To był moment, chwila zaledwie, gdy dostrzegłam jadące z naprzeciwka auto. Pędziło i wpadało w poślizg w ramach jakiejś przerażającej zabawy, drwiąc sobie z bezpieczeństwa pasażerów jadących powoli samochodów. Krzyknęłam, żeby Oskar uważał, a on gwałtownie skręcił kierownicą. Śnieg rozsypał się po przedniej szybie, szarpnęło i zapadła ciemność…

Zamrugałam powiekami kilka razy i przypomniałam sobie o jeszcze jednej rzeczy. Rozmawiałam przez telefon. Z mamą.

Cholera…

Bo to przecież po nią i Michaela jechaliśmy na lotnisko. Postanowili przylecieć na tegoroczne święta i zostać aż do końca roku. Mama zapowiedziała jakąś niespodziankę dla mnie i Baśki. Nie zdradziła, czego mogła dotyczyć, lecz bałam się, że będzie to coś, co zupełnie nas nie ucieszy. A ona była tak bardzo podekscytowana…

Mama znacząco się zmieniła. Żyła inaczej od wielu lat, a odkąd związała się z tym Michaelem, oddalała się od nas coraz bardziej. Była z nim od dawna, lecz ja i Baśka dowiedziałyśmy się o wszystkim dopiero rok temu, dlatego dla nas ta sytuacja nadal była dziwna, nowa i mało komfortowa… Nigdy wcześniej nie dociekałam wystarczająco, co sprawiło, że ojciec popadł w alkoholizm. Zrzucałam to na karb tęsknoty za mamą, swego czasu nawet ją za to obwiniałam – jak się ostatecznie okazało, słusznie. Wyjechała za pieniędzmi na Wyspy Brytyjskie. Tam poznała Michaela i w tajemnicy przede mną oraz moją siostrą wzięła rozwód z ojcem, rozpoczynając nowe życie. Przez te wszystkie lata swojej nieobecności przyjechała tylko raz. Nigdy na święta, jak obiecała…

Tego roku postanowiła się stawić. Ogłosiła mi to już w czerwcu podczas jednej z nielicznych rozmów telefonicznych. Chciała, żebyśmy z Baśką poznały Michaela, chociaż żadnej z nas się do tego nie spieszyło. Entuzjazmu również nie wykazywałyśmy. Stałyśmy murem za tatą, który w ciągu minionego roku bardzo się zmienił. Zawalczył i postanowił wziąć się w garść. On był dla nas pełnowymiarowym rodzicem, nawet jeśli po drodze zbłądził z butelką alkoholu w dłoni.

 

Zaczerpnęłam głęboki oddech, a już sekundę później drzwi szpitalnego pokoju otworzyły się i do środka wszedł tłum rozgadanych ludzi.

Tata, Baśka, Dominika oraz państwo Redykowie, rodzice Oskara, wtargnęli do pomieszczenia, burząc jego ciszę i nudną biel swoimi kolorowymi, zimowymi ubraniami. Wszyscy uśmiechnęli się szeroko na mój widok, a ja patrzyłam na nich w otumanieniu, ciesząc się w środku, ale bardziej obawiając bólu głowy, który już budził się pod czaszką.

– Jak dobrze cię widzieć, Oliwia! – zawołał tata z tak szczerą, nieopanowaną ulgą, że wprost ścisnęło mi się serce. – Baliśmy się o ciebie… – Podszedł do szpitalnego łóżka i złapał mnie za lewą rękę, a w jego oczach zalśniły łzy.

– Jak dobrze, że się już obudziłaś… – powiedziała Dominika, która stanęła po drugiej stronie łóżka i chwyciła moją prawą dłoń.

Dopiero teraz, rozglądając się uważnie po twarzach całej piątki, zdałam sobie sprawę, że każdy z nich był spięty i zmartwiony, ale ponad tym wszystkim przebijała się wyraźna ulga. Byłam to sobie w stanie wyobrazić… Chwila, w której dowiedzieli się, że mieliśmy wypadek. Karetka, która pewnie zabrała nas do szpitala. Potrzaskany samochód…

– Już się nie martwcie, jest dobrze – odpowiedziałam, ściskając dłonie moich bliskich.

Popatrzyłam na twarz pani Redyk, która ukradkiem otarła łzę z kącika oka, po czym uśmiechnęła się z zakłopotaniem, zdając sobie sprawę, że została przyłapana.

Od zawsze byłyśmy sobie bliskie. Redykowie mieszkali po drugiej stronie ulicy, a pani Ala przyjaźniła się z moją mamą, gdy ta jeszcze mieszkała w Polsce. Po jej emigracji do Anglii zaopiekowała się nami. Pomagała tacie w opiece nade mną i Baśką, a on wielokrotnie powtarzał, że bez niej nie dałby sobie rady. Starała się nauczyć mnie jak najwięcej o gotowaniu i prowadzeniu domu, a później ona i pan Wojtek zaoferowali mi pracę w piekarni, żebym nie została bez pieniędzy po skończeniu szkoły.

Nasza relacja jednak uległa zmianie, gdy ja i Oskar zostaliśmy parą. Wtedy jej opiekuńczość i troska otoczyły mnie jeszcze bardziej. Tęskniłam za tym, bo mama wyjechała zbyt dawno, bym mogła pamiętać, jak to jest czuć się kochanym przez oboje rodziców. A pani Redyk w dużej mierze zastępowała mi matkę. W domu znajdującym się po drugiej stronie ulicy zawsze czułam się chciana, widziałam radość na twarzach rodziców Oskara, gdy tuliliśmy się do siebie czy okazywaliśmy drobne czułości – nigdy ostentacyjnie, raczej ukradkowo i niemal mimowolnie. Oni bardzo popierali nasz związek, kibicowali nam, podobnie zresztą jak mój tata i Dominika. Najbardziej oszołomiona wydawała się Baśka, bo to ona zawsze lepiej ode mnie dogadywała się z Oskarem. Dzieliło ich kilka lat, ale od początku nadawali na tych samych falach, podczas gdy ja nie bardzo potrafiłam znaleźć z nim wspólny język.

Od dziecka byliśmy obecni w swoim życiu. To zawsze była ta sama piaskownica i wspólne zabawy po szkole. Wszystko uległo zmianie, gdy doszło między nami do pocałunku na wycieczce szkolnej. Był to mój pierwszy i przez wiele lat jedyny pocałunek, który sprawił, że zaczęłam usilnie ignorować Oskara. Do tego stopnia i tak bardzo, że nadszedł moment, gdy stał się dla mnie niemal przezroczysty.

Ale zawsze był gdzieś w pobliżu, mimo wszystko.

– Lekarz mówił, kiedy wyjdziesz ze szpitala? – zagadnęła nagle Basia, sprowadzając mnie na ziemię.

– Jutro – odparłam i skupiłam wzrok na siostrze.

– O, a Oskar dzisiaj. Zdrzemnął się właśnie, bo czekamy na wypis – wtrącił pan Wojtek, zerkając na swoją żonę.

Paląca tęsknota za moim chłopakiem sprawiła, że popatrzyłam w kierunku przymkniętych drzwi pokoju, czując, jak serce rwie mi się do niego. Tak bardzo chciałam go zobaczyć… Tata, siostra, przyjaciółka, państwo Redykowie – oni wszyscy byli wspaniali i wszystkich ich kochałam, ale w tej chwili najbardziej potrzebowałam właśnie Oskara. Jego obecności, jego spokoju i krzywego uśmiechu, gdy spoglądał na mnie tak, jak tylko on potrafił.

Wokół zajmowanego przeze mnie szpitalnego łóżka toczyły się rozmowy bliskich mi osób. Ból głowy stopniowo się nasilał, ale przytakiwałam i uśmiechałam się lekko w odpowiednich momentach, w środku marząc o tym, by zdrzemnąć się na chwilę. Na parapecie szpitalnego okna leżała gruba warstwa białego puchu. Lekarz potwierdził, że dziś był drugi grudnia, a to oznaczało, że do świąt pozostały już tylko dwadzieścia dwa dni.

Ciekawiło mnie, kto odebrał mamę i Michaela z lotniska, czy mama wiedziała, że mieliśmy z Oskarem wypadek, a jeśli tak, to gdzie w takim razie była, jeśli nie tutaj. Postanowiłam nie pytać, a już z pewnością nie chciałam robić tego przy tacie, bo dla niego temat mamy nadal był bardzo trudny. Starał się robić dobrą minę do złej gry za każdym razem, gdy Baśka przypadkowo do niej nawiązała, bo jej to się jeszcze zdarzało. Ja byłam zbyt ostrożna, żeby coś chlapnąć.

– Chyba jesteś zmęczona, co? – odezwała się cicho pani Redyk, szepcząc do mnie pośród rozmów pozostałych osób.

Westchnęłam i przytaknęłam bez słowa. Ona jedna dostrzegła moje zmęczone spojrzenie i te ukradkowe grymasy powodowane bólem głowy. Zawsze miała niebywałą zdolność obserwacji, a Oskar odziedziczył to po niej.

Uśmiechnęła się czule i przeczesała mi dłonią włosy, po czym odchrząknęła głośno, zwracając na siebie uwagę pozostałych.

– Kochani, chyba powinniśmy się zbierać, zanim ktoś nas stąd wywali. Weszliśmy w pięć osób, a tak przecież nie można. Oliwia pewnie chętnie odpocznie, a my – zwróciła się do pana Wojtka, szturchając go lekko w ramię – powinniśmy sprawdzić, czy Oskar dostał już wypis.

Pozostali jakby nagle się zreflektowali, rzucili się ku mnie, żeby się pożegnać. Przyjęłam wszystkie całusy i uściski, uśmiechnęłam się w odpowiedzi na każde słowo otuchy. Gdy pani Ala pochyliła się ku mnie, przytuliłam ją i podziękowałam za ratunek. Odpowiedziała mi wyrozumiałym, porozumiewawczym uśmiechem, którym od lat zapewniała mnie o swoim wsparciu. Bezcennym i jedynym w swoim rodzaju.

Z ulgą przyjęłam ciszę, która zapadła, gdy za panem Wojtkiem zamknęły się drzwi szpitalnego pokoju. W uszach lekko mi piszczało od niedawnego hałasu rozmów, a sterylna biel pokoju, która znów odzyskała swoją jednolitość, w tym momencie nie była już odpychająca, lecz wyciszająca i kojąca.

Zamknęłam oczy, wzdychając głęboko. Zasnęłam w ciągu jednej chwili.


Wszędzie rozpoznałabym zapach tych perfum. Były głębokie, męskie i po prostu piękne. Wszystkie ubrania mojego chłopaka były nimi przesiąknięte. Uwielbiałam ten moment, gdy zamykaliśmy się w pokoju Oskara, on uchylał okno dachowe, kładliśmy się na podłodzie i patrzyliśmy w gwiazdy, czasem milcząc, a czasem coś do siebie szepcząc. Wtedy zapach jego perfum zdawał się mnie otulać jak miękki i ciepły koc.

Zatrzepotałam powiekami i uniosłam je powoli, napotykając spojrzenie zielonych oczu, najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam. Kąciki ust mimowolnie uniosły mi się do góry, rozciągając spierzchnięte usta w bladym, ale pełnym miłości uśmiechu.

– Jesteś… – wyszeptałam z ulgą, patrząc na jego rękę unieruchomioną w temblaku.

– Jestem, chochliku – odpowiedział miękko, siadając na szpitalnym krześle stojącym przy łóżku.

Lubiłam, gdy mnie tak nazywał, a robił to, jak się okazało, od bardzo dawna, chociaż ja kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. „Dlaczego mnie tak nazywasz?” – zapytałam pewnego wiosennego poranka, gdy to słowo wyszło z jego ust po raz pierwszy. „Bo to takie duszki o psotnej i złośliwej naturze, więc trochę przypominają mi ciebie”, odparł z zadowoleniem. „Nazywam cię tak od czasów szkolnych. Złośliwie mnie ignorowałaś, gdy ja próbowałem zdobyć twoją uwagę. Nawet teraz, po tylu latach, często masz w oczach te chochlikowate iskierki”, dodał czule i puścił do mnie oko.

To wspomnienie sprawiło, że miałam ochotę się uśmiechnąć.

– Jak się czujesz? – zapytaliśmy jednocześnie, a Oskar parsknął śmiechem, gdy ja zmarszczyłam brwi.

– Ty pierwsza.

Westchnęłam, wywracając oczami. Nie lubiłam, gdy trzymał się zasady „kobiety mają pierwszeństwo”, bo dla mnie to było coś totalnie bezsensownego. Wszelkie dżentelmeńskie zachowania od zawsze strasznie mnie wkurzały. Nie lubiłam, gdy mówiło się o kobietach „słaba płeć”, bo to, że fizycznie byłyśmy słabsze (a to też nie zawsze!), nie oznaczało, że w innych aspektach życia było tak samo. Oskar wiele razy spotkał się z moją złością, gdy usilnie próbował oduczyć się wpojonych mu przez rodziców zasad, że przed kobietą należy otworzyć drzwi czy odsunąć jej krzesło. Nie byłam niedorozwinięta, żebym nie mogła zrobić tego sama, prawda?

– Boli mnie głowa. No i ogólnie jestem jakoś tak strasznie osłabiona. Ale lekarz powiedział, że jutro wychodzę – odpowiedziałam i wzruszyłam lekko ramionami.

Oskar posłał mi lekki, krzywy uśmiech. Spojrzałam na jego pełne usta i zatęskniłam za jego pocałunkami.

– Śmieszny jest ten facet, co nie? – Wskazał ruchem głowy na drzwi, a ja od razu pojęłam, że ma na myśli lekarza. – Dostałem już wypis, ale rodzice powiedzieli, że poczekają, bym mógł się z tobą zobaczyć – dodał, przekrzywiając lekko głowę i puszczając do mnie oko.

– Ucierpiała tylko ręka?

Spojrzał na temblak, skrzywił się niezadowolony.

– Szczęście w nieszczęściu, ale tak. Zdejmą mi gips dopiero po nowym roku, więc jestem uziemiony… Nie pomogę tacie w szkółce leśnej, a przecież zaraz zacznie się to całe choinkowe szaleństwo. Będą musieli sobie sami poradzić razem z twoim tatą – odpowiedział poirytowany.

Oskar lubił pracować, a już zwłaszcza w okresie przedświątecznym, gdy trzeba było ogarnąć tak wiele spraw. Był zadaniowy i cieszył się, gdy coś zaczynało się dziać. A teraz miało go to wszystko ominąć i wiedziałam, że nie będzie mu łatwo.

Tata od roku był zatrudniony w szkółce leśnej pana Wojtka. Dostał tę pracę, gdy zdecydował się pójść na terapię leczenia problemu alkoholowego. To miało mu pomóc w walce z nałogiem. Na spotkaniach grupy mówili, że najgorsza jest bezczynność, a tata kilka tygodni wcześniej został zwolniony ze stolarni, w której był zatrudniony od wielu lat. Szef stracił cierpliwość, gdy przyszedł pijany i omal nie odciął sobie palców na pile. Wtedy alkoholizm ojca osiągnął krytyczny poziom i dopiero rozmowa z Oskarem oraz wizja podjęcia pracy u pana Redyka sprawiły, że wziął się w garść.

Na tyle, że obecnie był trzeźwy. Wiedziałam, że tej choroby nie da się nigdy całkowicie wyleczyć, ale tata był na jak najlepszej drodze.

– Grunt, że nie stało się nic gorszego, Oskar… – wyszeptałam, wyciągając do niego dłoń. Od razu splótł nasze palce, spragniony wzajemnego dotyku tak samo jak ja.

Złamał lewą rękę, ale wciąż mógł swobodnie operować prawą. Wyglądał jednak na tak przybitego zaistniałą sytuacją, że wprost pękało mi serce.

– Nie pamiętam zbyt wiele… – przyznał, uciekając przez chwilę spojrzeniem w bok.

– Ja mam urywki wspomnień. Ale to nie jest ważne – odparłam, zaciskając palce na jego dłoni.

– Wiem, chochliku.

Znów umknął spojrzeniem, odbierając mi nadzieję na nawiązanie z nim kontaktu wzrokowego. Wydawał się strapiony i przybity… Oskar był człowiekiem, który doceniał swoją sprawność, wykorzystując ją przy pracy, niejednokrotnie ciężkiej i zajmującej jego czas od rana do wieczora. Po raz pierwszy w życiu coś go ograniczało i był to gips na lewej ręce oraz perspektywa kolejnych tygodni oczekiwania na zrośnięcie się kości. Tylko on wiedział, jak wiele pracy czekało w szkółce leśnej i jak wiele godzin musiałby tam spędzić, żeby wszystkie choinki trafiły na skup.

Zamiast tego stał się więźniem temblaka.

– Chłopaku… – wyszeptałam, zwracając się do niego tak, jak lubiłam najbardziej. Popatrzył na mnie posępnie. – Będzie dobrze. Wiem, że to brzmi strasznie tandetnie w obecnej sytuacji, ale…

– Ufam ci – odparł cicho, wchodząc mi w słowo.

Popatrzył na mnie w sposób, który sprawił, że po całym odrętwiałym od zbyt długiego leżenia ciele przebiegł mnie dreszcz. Oddech zamarł mi w płucach, a serce zaczęło bić szybciej pod wpływem jego niesamowitego spojrzenia.

Byliśmy ze sobą prawie rok, a ja nadal traciłam dla niego głowę przy każdej możliwej okazji, zakochując się jakby na nowo i zawsze jeszcze bardziej, mocniej i intensywniej.

– Gdy jutro wyjdziesz ze szpitala, to zabieram cię do siebie, jasne?

 

– Och. A to dlaczego? – zapytałam z przekornym uśmiechem.

– Przez to wszystko, co się wydarzyło, mam wrażenie, jakbym nie widział cię miesiąc. Musimy to nadrobić. Chcę cię mieć w ramionach. Strasznie mi ciebie brakuje – powiedział, podnosząc się z krzesła.

Pochylił się ku mnie i złożył na moich ustach czuły, powolny i głęboki pocałunek, oddając mi w tej pieszczocie wszystkie swoje emocje, których jak zawsze miał w sobie mnóstwo. Oskar… był jedną wielką emocją. Nigdy wcześniej – a znałam go przecież całe życie – nie zdawałam sobie sprawy, nawet nie podejrzewałam, że ten chłopak, który mieszkał po drugiej stronie ulicy i przyjaźnił się z moją siostrą, mógł być tak bardzo wyczulony na uczucia, nie tylko swoje, ale też bliskich sobie osób.

Ze smutkiem odprowadzałam go spojrzeniem do drzwi, ale uśmiechnęłam się, gdy przystanął jeszcze, odwrócił się przez ramię i puścił mi to swoje cudowne, łobuzerskie oczko. Spędził ze mną tylko chwilę, lecz to wystarczyło, żebym poczuła się jakaś bardziej kompletna, po raz pierwszy od czasu przebudzenia.

Leżałam długo w ciszy pomieszczenia, myśląc o mamie i Michaelu. Gdzie ona była, jeśli nie tutaj? Kto odebrał ich z lotniska? Jaką niespodziankę miała dla mnie i dla Baśki?

Chociaż minęło już tyle lat, odkąd wyjechała, to nadal dopadał mnie czasem ten specyficzny nastrój, gdy miałam ochotę zalać się łzami jak mała dziewczynka, zadzwonić do niej i zapytać, dlaczego nam to zrobiła. Byliśmy rodziną, może nieidealną, ale przecież takie nie istniały. I pewnego dnia spakowała się, tata odwiózł ją na lotnisko, a my byłyśmy jeszcze zbyt małe, żeby zrozumieć, że w tamtym momencie coś zmieniło się bezpowrotnie. A tata już wiedział… Wiedział, że poleciała i nie wróci. Nie na stałe, nie do nas.

Wieczorem zajrzała do mnie pielęgniarka. Podała leki, sprawdziła kroplówkę i zmierzyła ciśnienie tętnicze krwi. Była uśmiechnięta i dość młoda, a skupienie w dużych, niebieskich oczach i serdeczny głos pozwalały mi wierzyć, że wykonywała ten zawód z pasją i przyjemnością, nawet jeśli nie należał do najłatwiejszych. Ale jak to się mówiło? Do wszystkiego znajdą się ludzie.

Drugi dzień grudnia dobiegał końca, gdy mój telefon leżący na szpitalnej szafce nocnej zawibrował, informując o nadejściu SMS-a.

Sięgnęłam po niego, bo spodziewałam się wiadomości od Oskara. Zamiast tego moje brwi poszybowały raptownie w górę, gdy okazało się, że to mama.

Córeczko, przepraszam, że piszę tak późno. Wybacz mi, że nie odwiedziłam cię w szpitalu, ale mamy z Michaelem mnóstwo spraw do załatwienia, a dowiedziałam się od Basi, że jutro wychodzisz, więc może za kilka dni spotkamy się w kawiarni i porozmawiamy? Mam ci dużo do opowiedzenia!

Przeczytałam te słowa kilka razy i nie miałam świadomości, że z moich oczu zaczęły toczyć się łzy. Serce zabiło szybciej, rozlewając falę bólu po klatce piersiowej. Chciała mi coś powiedzieć. Ona i Michael mieli mnóstwo spraw na głowie, dlatego nie dała rady mnie odwiedzić.

Nawet nie zapytała, jak się czuję…

Zawód był tak silny, że miałam wrażenie, jakby góra ciężkich kamieni przygniotła mi żołądek.

Usunęłam wiadomość i odłożyłam telefon na szafkę. Otarłam łzy z policzków.

Nie odpisałam.