Tao gospodyni domowej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kinga Dunin

Tao gospodyni domowej

Saga

Tao gospodyni domowej

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1996, 2021 Kinga Dunin i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728012017

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

— Czym jest „kobiecość”?

— Mu!

MU — negatywna partykuła używana w zen do bezpośredniego wskazywania na rzeczywistość, nie posiadająca własnego znaczenia. Joshu Jushin zapytany przez mnicha: „Czy pies ma naturę Buddy?”, odpowiedział: „Mu!”. Koan ten otwiera Bramę Bez Bramy.

I. Jejlandia

W roku 1915 amerykańska feministka i anarchistka Charlotte Gilman opisała kraj, w którym mieszkają wyłącznie samorozmnażające się kobiety. Powieść ta nosi tytuł Herland i choć nigdy jej nie przeczytałam, pomysł ów — poszukiwania Jejlandii — od pewnego czasu coraz bardziej mnie pociąga. Dawniej było inaczej. Kiedy byłam małą dziewczynką, po prostu chciałam chodzić w spodniach i czytać książki dla chłopców. Zawsze bliższy był mi Winnetou niż sentymentalna Ania z Zielonego Wzgórza. Niewątpliwie w grę wchodziła tu zazdrość, niech się jednak nie cieszą psychoanalitycy: nie była to zazdrość o penisa. Po prostu od zawsze, odkąd sięgam pamięcią, wydawało mi się, że kawałek tortu przeznaczony dla mężczyzn ma dużo więcej kremu, a ponieważ byłam wychowywana dość liberalnie, nie przychodziło mi do głowy, że tylko z powodu pewnego anatomicznego szczegółu nie mam prawa po niego sięgać. Wierzyłam więc, że czeka mnie los wielkiego odkrywcy nieznanych lądów (do dziś Nansen wydaje mi się bardziej atrakcyjnym wzorem osobowym niż Emilia Plater) lub przynajmniej dzielnego kowboja, no a kto widział kowboja w sukience? Pierwsze poważne seksistowskie represje dotknęły mnie, kiedy poszłam do szkoły i zostałam zmuszona do zamiany spodni na ohydny fartuszek z podszewki, ozdobiony upokarzającym białym kołnierzykiem. Jakby nie dość było tego, zabroniono mi chodzenia na w.f. razem z chłopcami. Zamiast kopania piłki musiałam z innymi dziewczynkami, których nie znosiłam, ćwiczyć tańce ludowe. Płciowy podział obowiązywał także na pracach ręcznych. Chłopcy z fajnym panem piłowali deski, a one — „my” nie przeszłoby mi przez gardło — robiły na drutach (czynność straszna i nie do opanowania przez normalnego człowieka) albo przygotowywały kanapki (głupota, to przecież każdy potrafi).

Na szczęście na studiach mogłam wrócić do chodzenia w spodniach. Z ulgą przeistoczyłam się znowu w siebie, a ponieważ rodzice zapomnieli mi powiedzieć, że moim posłannictwem życiowym jest bycie żoną, matką i gospodynią domową, zajęłam się tym i owym, szczególnie zaś owym. Jedyna opresja, jaka mnie wówczas uwierała, miała charakter polityczny. Doszłam zatem do wniosku, że winę za fartuch, jak zresztą i za wszystko inne, ponosi komuna. Totalitaryzm, autorytaryzm, bolszewizm, komunizm to były słowa—klucze, za pomocą których można było wszystko wyjaśnić. Taka jest logika życia intelektualnego w systemach monocentrycznych, w których istnieje jeden dobrze zdefiniowany „nadawca sensów”. Można albo produkować wraz z nim te sensy, albo podjąć męczącą próbę wytwarzania przeciw- sensów. Gdy ów „konflikt podstawowy” stanie się powszechnie znanym i uznawanym sposobem definiowania istoty społecznego dyskursu, kiedy, mówiąc prościej, wszystko jest czarne albo białe, nasze albo wrogie — wszelkie intelektualne usiłowania, by nie być ani za, ani przeciw, spełzają na niczym. Każda myśl ulega reinterpretacji i zgrabnym kopniakiem wysyłana jest na jedną lub drugą stronę barykady, modyfikując swoje znaczenie w zależności od kontekstu. Z mojego punktu widzenia tak właśnie to wyglądało od połowy lat siedemdziesiątych, chociaż powszednią rzeczywistością naszej kultury stało się za czasów „Solidarności” i stanu wojennego. Sytuacja taka być może sprzyja walce (a toczyła się ona w słusznej sprawie), intelektualnie jednak szybko staje się jałowa. Odkrywczość myśli krytycznej wyczerpuje się, lecz nadal pozostaje ona w rytualnym zwarciu z przeciwnikiem: razem wypełniają całe uniwersum sensów i uniemożliwiają pojawienie się czegokolwiek nowego.

Koniec PRL przyniósł nadzieję na zmianę tej sytuacji. Zdawało się, że myśl uwolniona od politycznych serwitutów i kontekstów, wyswobodzona z uścisku żelaznej logiki sytuacji, nareszcie będzie mogła sobie pohasać. A co dominuje dziś w polskim życiu intelektualnym?

1 Bezradne rozkładanie rąk: postmodernizm, wszystko wolno, nie ma żadnej hierarchii, nie ma żadnego sensu. Występują tu dwa podtypy owego rozkładania: żałosne załamywanie i radosne unoszenie.Duperelizm. Wycofanie się z wszelkich prób ogarnięcia myślą całości (ze strachu przed „ideologią”). Ucieczka w przyczynkarstwo.Konsumowanie krowią metodą (dalsze przeżuwanie wracającego pokarmu) „doświadczeń PRL”. Łączy się to z postulatami „zrozumienia przeszłości”, jakby nie była ona już dość jasna, oraz ze spóźnioną produkcją krytyk komunizmu.Powrót do tradycji narodowej i religijnej, czyli odgrzewane kluski.Obrażanie się. Gdzież te czasy, gdy kilku pisarzy podpisując list protestacyjny zwoływało de facto posiedzenie Politbiura? Nie mamy już takiej władzy, a więc prawdziwa kultura upada: jedyne, co można zrobić, to wykrzyczeć swój protest przed zatonięciem.Technokratyzm. Jest to taka ideologia, która wierzy, że nie jest ideologią. Dla technokraty świat nie składa się z sensów i znaczeń, tylko z zależności przyczynowych. Intelektualista–technokrata z delikatną nutką cynizmu w głosie komentuje różne wydarzenia oraz poucza innych, co powinni robić. Wszystko wie, ale niczego już nie czuje. Oczywiście, owe sposoby radzenia sobie z wolnością prawie nigdy nie występują w stanie czystym, często mieszają się ze sobą, a technokratyzm bywa ich najtajniej skrywaną podszewką. W tym miejscu można wymienić jeszcze jeden sposób, a właściwie metasposób, na intelektualne zaistnienie — kto wie, czy w istocie nie najczęściej występujący:Zajmowanie się rozpoznawaniem i opisywaniem wyżej opisanych zjawisk, najczęściej połączone z ubolewaniem i wołaniem, żeby nareszcie coś się stało, żeby nie było tak nudno i jałowo. Przeważnie jednak wołający nie bierze swego wezwania do siebie i nie próbuje sam czegokolwiek zaproponować. Nie chcąc zatem wylądować w punkcie 7, kończę na tym krytykę współczesności i jako antidotum proponuję wyprawę do Jejlandii.

Jejlandia nie jest żadną Utopią, wyspą, do której trzeba długo płynąć. Jejlandia znajduje się tutaj, wszędzie wokół, należy ją tylko dostrzec. To świat widziany z punktu widzenia kobiet, ich interesów, zbudowany z ich myśli, działań, relacji, w które są uwikłane — z ich wartości. To, czego z powodu fallocentryzmu naszej kultury nie widzimy, choć mamy pod samym nosem. Wybrać się do Jejlandii to dokonać globalnej i skokowej zmiany perspektywy. Tak jak w przypadku znanego obrazka, na którym widać albo dwa czarne profile, albo biały kielich — w zależności od tego, co traktujemy jako figurę, a co jako tło. Awansowane na figurę kobiece profile często nazywane bywają „ideologią feministyczną”. Dla każdego jednak, kto potrafi zmieniać perspektywę postrzegania rzeczywistości (figura — tło, tło — figura), staje się oczywiste, że kielich nie jest mniej „ideologiczny”. Że to, co dotąd gotowi byliśmy uznawać za uniwersalne, jest tylko powszechne. W opozycji do kobiecego, nazwane może być męskim bądź patriarchalnym — nie oznacza jednak stada troglodytów z batami, poganiających swoje kobiety. Oznacza wzór kultury spychający poza nawias spisanej historii, kulturowych stereotypów, publicznego życia tak wiele spraw dotyczących kobiet, że ich wydobycie na światło dzienne musi podważyć jego uniwersalny charakter.

Każdy, kto chce odwiedzić Jejlandię, musi choćby na chwilę całkowicie przedefiniować świat. Zobaczyć go inaczej. Nie wystarczy w tym celu zapoznać się z przewodnikami po Jejlandii — feministyczną literaturą czy jej popularnymi omówieniami — i nie taki też jest cel tej książeczki. Jest ona raczej dziennikiem pokładowym, zapisem mojej własnej, wciąż trwającej podróży do Jejlandii, złożonym (między innymi) z pisanych przeze mnie w ciągu ostatnich kilku lat tekstów lub ich fragmentów. Niektóre z nich uległy dosyć dużym zmianom, niektóre cytuję w pierwotnym brzmieniu, ponadto uzupełniam je tym wszystkim, co z różnych powodów nie mogło się w nich zmieścić. Rozmaici byli ich adresaci, różni je też tematyka oraz waga poruszanych problemów, ale ich wspólnym mianownikiem jest wciąż ponawiana przeze mnie próba „zobaczenia świata po kobiecemu”. Nie jest to więc żaden kanoniczny wykład którejkolwiek z odmian feminizmu. Jeśli jest to feminizm, to mój własny, za który biorę w pełni odpowiedzialność, a Jejlandia, do której zapraszam Czytające Osoby, to tak naprawdę Mojlandia, dlatego czasami będę mówiła też o sobie. I nie tylko. Zamierzam bowiem za chwilę ujawnić pewien prywatny list. Ale zanim to nastąpi....

Czyj to styl, czyli kilka uwag o prasie kobiecej

Nigdy nie czytałam prasy kobiecej, kiedy więc zaproponowano mi pisanie do „Twojego Stylu”, pomyślałam że zupełnie się do tego nie nadaję. Ten brak poczucia pewności siebie jest podobno specjalnie wytwarzany w kobietach przez patriarchat w procesie socjalizacji po to, by łatwiej było nimi manipulować. Można pozbyć się go podczas specjalnych treningów asertywności, ale... w Ameryce. Mimo to postanowiłam spróbować, poprosiłam jednak o przysłanie mi wcześniej kilku numerów magazynu, tak bym mogła dopasować swój styl do stylu „Twojego Stylu”. W ten oto sposób stałam się posiadaczką aż połowy rocznika, a przy okazji dowiedziałam się, że jest to pismo elitarne, czytywane przez kobiety młode, miejskie i wykształcone.

 

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że feministki w zasadzie nie lubią prasy kobiecej, uważając ją głównie za narzędzie ogłupiania kobiet, służące odciąganiu ich od spraw ważniejszych, a w konsekwencji za broń patriarchatu — tym boleśniej raniącą, że w dużej mierze wytwarzaną i utrzymywaną przy życiu (rynkowym) przez same kobiety. Zdecydowałam się jednak przyjrzeć temu fragmentowi publicznego dyskursu. Fragmentowi wcale niemałemu, biorąc pod uwagę nakład.

Dwa są zadania prasy kobiecej, dobrze współgrające ze sobą. Po pierwsze, cel najważniejszy, rynkowy: pismo takie zamieszcza dużo reklam, ale i poza tym zajmuje się kreowaniem popytu na kosmetyki, stroje i inne ładne, lecz niekonieczne przedmioty. Drugi cel to wzmocnienie w kobietach poczucia własnej wartości, zdrowego egoizmu, a ogólnie biorąc — sprawienie, aby same siebie polubiły. (Idealny konsument to pewny siebie egoista, gotowy dogadzać sobie na różne sposoby.) Ostatecznie służy to kształtowaniu postaw indywidualistycznych, liberalnych oraz prorynkowych i stoi w sprzeczności z tradycyjnym podporządkowaniem kobiety rodzinie, z ideałami poświęcania się dla innych, czyli wizją kobiety jako szarej pracowitej myszki, myślącej o wszystkich, tylko nie o sobie. I to jest w porządku.

Z drugiej jednak strony zakreślony horyzont kobiecych aspiracji, które egoistycznie i indywidualistycznie mogą być realizowane, nie jest imponujący. Łącząc cel pierwszy z drugim namawia się kobiety, by okazywały sobie sympatię, smarując swoje ciała różnymi specyfikami i przykrywając je różnymi ładnymi szmatkami, gimnastykując się i dbając o zdrowie, ale także — toż to magazyn elitarny! — przekonuje się je, że powinna zdobić je kultura: wizyta w teatrze, egzotyczna podróż lub znajomość modnej książki. Nie chodzi tu oczywiście o żadne intelektualne ekscesy, ot tyle, ile kobiecie wypada i sprawia, że może być ozdobą każdego salonu. W salonie tym nie powinno zabraknąć też miejsca dla męża-partnera i udanych, swobodnie wychowywanych dzieci. No tak, pomyślałam sobie, oto typowe narzędzie kształtowania w kobietach nierealistycznych oczekiwań wobec własnego wyglądu i przykrawanie do patriarchalnych standardów (kobieta-ozdobnik). Ale... ileż w tym wszystkim sympatii! Czytając po raz pierwszy — przynajmniej w takiej dawce — miesięcznik przeznaczony dla kobiet, odczułam miłe ciepełko, którego w gruncie rzeczy kobieta w naszej kulturze jest pozbawiona. Kobietę–matronę czci się i poważa, kochanki się pożąda, żonę — kocha, teściową i baby w ogóle — wyśmiewa, kurwą — pogardza, ale żadnej się nie lubi. Może zresztą nie tylko kobiety odczuwają brak sympatii? Sympatia to uczucie intymne, nie nadaje się do publicznego eksponowania. Sfera publiczna to sfera głoszenia tak zwanych obiektywnych prawd, konkurencji, walki, a nie — dopieszczania. W prasie kobiecej, przynajmniej nie tej brukowej, odnalazłam ton moich ulubionych powieści Jane Austen: żadnego chamstwa, sensacji, ekstrawagancji; miło, czysto, pięknie, grzecznie, kulturalnie. I na dodatek pachnąco, ponieważ znajdujemy tu także próbki perfum, co na pewien czas uzależniło mnie od Vanilla Fields. A wszystko w konwencji intymnej rozmowy z ukochaną czytelniczką.

Szczerze mówiąc sama nie wiem, czy ten pozbawiony ostrych kantów rezerwat pociąga mnie czy odpycha. Czyż nie jest to w pewnym sensie kwintesencja wartości uznawanych za kobiece? Piękno, życzliwość, łagodność, umiarkowane ambicje, ale bez agresji i konkurencji za wszelką cenę, umiejętność cieszenia się codziennością bez odsuwania spełnienia w bliżej nieokreśloną przyszłość. Praca i sukcesy zawodowe są mile widziane, ale nie mogą prowadzić do pracoholizmu, powinny natomiast harmonizować z innymi dziedzinami życia. Czy prasa ta może być zatem traktowana jako publiczny głos Jejlandii? Nie wiem. Jedno jest pewne: jest coś, co łączy ją z innymi kobiecymi głosami w naszej kulturze. To marginalizacja. Te skądinąd sympatyczne wartości zostały zepchnięte do enklawy uznawanej za gorszą, niepoważną — enklawy zwanej rozrywką. Pisywać do prasy kobiecej, czytać prasę kobiecą — to znaleźć się poza głównym nurtem kultury. W luksusowym rezerwacie spraw nieważnych: domu, stroju, zdrowia, psychologii, książki do poduszki. Te „nieważne” sprawy i „niepoważna” atmosfera (z punktu widzenia patriarchatu) zapewniają prasie kobiecej absolutną dominację na rynku czytelnictwa prasy, a jednak nadal mówi się o niej jako o czymś marginalnym, traktuje z pobłażliwym paternalizmem. A może to właśnie te sprawy i wartości są istotne, a marginaliami zajmuje się na przykład „Polityka”? Rodzi to następne pytanie: jaki to mechanizm ustala w kulturze hierarchię ważności, skoro nie jest to — jak widać gołym okiem — rynek? Według kryterium czytelniczego zainteresowania problematyka „Twojego Stylu” jest o wiele ważniejsza od problemów poruszanych przez tak zwaną poważną prasę. Stawiając to pytanie, stajemy oko w oko z jedną z wielu oczywistości, które w Jejlandii przestają być oczywiste. Dlaczego ważniejsza jest polityka od życia domowego i prywatnego? Nawet jeśli istnieją jakieś powody, dla których tak jest, nikt nie uważa za stosowne ich podać. To się rozumie samo przez się.

I tak, ważąc wszystkie za i przeciw oraz nie żywiąc nadmiernych złudzeń co do bezinteresowności producentów perfum, uznałam, że z jejlandzkiego punktu widzenia lepiej jest dać się zmarginalizować (w masowym nakładzie) w prasie kobiecej niż ostentacyjnie nią pogardzać. W ten sposób powstał tekst:

Zofia jest kobietą!

Czy płeć może mieć coś wspólnego z filozofią? Na zdrowy rozsądek nic, ale nie da się ukryć, że dotąd filozofami byli głównie mężczyźni—kiedy więc mówili „człowiek”, mieli przeważnie na myśli innego mężczyznę. Możliwe, że stąd właśnie wziął się nasz kobiecy, pobłażliwy stosunek do filozofowania, czyli jałowych rozmyślań osobników mających zbyt wiele wolnego czasu. Co by zatem było, gdyby pewien norweski nauczyciel filozofii, Jostein Gaarder, nie był ojcem nastoletniej córki, tylko syna? Czy popularna książka o filozofii napisana dla chłopca wyglądałaby tak samo? Na pewno miałby kłopot ze znalezieniem tytułu równie dobrego jak «Świat Zofii», bo Zofia to mądrość (od greckiego sophia), a filo-zofia — umiłowanie mądrości.

Napisany specjalnie dla kilkunastoletniej córki, «Świat Zofii» jest pełną tajemnic historią, którą trudno streścić w kilku zdaniach. Jest w niej w każdym razie krótki kurs filozofii, który każdemu może się przydać — i jeszcze coś więcej. Przepis na to, jak warto i należy filozofować. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dziś słowo „filozof” brzmi nieco śmiesznie, a o pożytkach czytania klasyków myśli niełatwo przekonać czy to starych, czy młodych. Jest jednak coś, co zawsze w nas istniało i będzie istnieć: ciekawość i potrzeba zrozumienia siebie i świata. Szczególnie dzisiaj, gdy świat ten rozpada się na tyle różnych kawałków: świat naukowców, światy wyznawców różnych religii, rzeczywistości widziane oczyma prawicowca lub lewicowca. I każdy z nich twierdzi, że to jego wizja jest tą jedyną i prawdziwą. Zwykły człowiek, szarpany w różne strony i przekonywany do sprzecznych racji, ma w końcu ochotę wzruszyć ramionami i zapytać: a cóż, do licha, mnie to wszystko obchodzi? Gaarder pokazuje, jak korzystając z dorobku mistrzów myśleć na własną rękę, pogodziwszy się z tym, że nigdy nie poznamy całej prawdy, lecz znajdując prawdziwą frajdę w jej poszukiwaniu.

Dla czytelniczek lektura ta z jeszcze jednego powodu może być przyjemna. Mimo męskiego oblicza filozofii Gaarder nie zapomina o kobietach. Ubolewa nad ich nieobecnością wsród filozofów, relacjonuje też rozmaite poglądy na ich temat, od których zresztą często włos się jeży na głowie. (— Dziękuję, to mi wystarczy — mówi Zofia, gdy tajemniczy nauczyciel czyta jej taki oto fragment z «Zasad filozofii prawa» Hegla: „Jeśli kobiety stoją na czele państwa — państwo znajduje się w niebezpieczeństwie. Działają one bowiem nie podług wymagań ogólności, lecz podług przypadkowej skłonności i przypadkowego mniemania. Kobiety zdobywają wykształcenie nie wiadomo jak, jak gdyby w atmosferze wyobrażeń, bardziej dzięki życiu niż dzięki zdobywaniu wiadomości, gdy tymczasem mężczyzna zdobywa sobie stanowisko tylko dzięki osiągnięciom myśli i dzięki wielu wysiłkom.”) I choć ostatecznie wymienione zostają tylko trzy postacie kobiece (Hildegarda von Bingen, Olimpe de Gouges, Simone de Beauvoir), to i tak można odnieść wrażenie, że jest to jakaś inna, mniej męska historia filozofii. Szczerze też przyznaję, że o Olimpe de Gouges nigdy dotąd nie słyszałam. (W 1791 roku ogłosiła ona deklarację praw kobiet, dwa lat później została skazana na śmierć i stracona.) Młoda bohaterka powieści szuka jej nazwiska w encyklopedii, nie znajduje go i tak komentuje ten fakt: „to wygląda na rodzaj cenzury”. Zajrzałam i ja do Encyklopedii Popularnej PWN (1993). Nie ma!

Warto więc kupić córce (synowi też) i oczywiście samej przeczytać «Świat Zofii» również po to, by nigdy już o sobie nie myśleć: jestem tylko głupią kobietą i nie dla mnie filozofia. Filozofia jest dla wszystkich, choć Zofia to tylko kobiece imię!

Na efekt publikacji w wysokonakładowym piśmie nie trzeba było długo czekać. Wkrótce dostałam list z Rotterdamu.

Droga Dunikowska,

Twój szkicyk w „Twoim Stylu” wprawił mnie w osłupienie. Kochaniutka: ten bryk propedeutyki filozofii dla niedokształconych tylko dlatego zrobił się w Niemczech bestsellerem, ze Niemcy jako ludzie normalni chcieliby się szczycić Kantem i Heglem, ale żeby to nie bolało i nie trzeba było za dużo wysilać umysłów. Nieźle się naśmialiśmy z tego bryku w Guadalajarze, gdzie rodak autora «Świata Zofii» Konrad Rokstad (zaprzyjaźniliśmy się na tym światowym kongresie fenomenologów) na szczęście jeszcze nie wiedział, że coś takiego wypalisz.

Kinga: obiecuję, że cię wykieruję intelektualnie na prawdziwą feministkę, tylko przeczytaj najpierw trochę podstaw: znasz Martę Nußbaum? Edytę Stein? Co czytałaś Hani Arendtówny?

A propos, ja też jestem feministką, o ile to płciowo możliwe (bo status fellow-traveller, czyli przydatnego głupca, to raczej mam w dupie i to bynajmniej nie Maryni).

Podpis nieczytelny

W tym krótkim liściku mamy w zasadzie wszystko: paternalizm, przekonanie, że tylko jeden dyskurs kulturowy jest nośnikiem Prawdy i Wartości (ten uprawiany w Guadalajarze) oraz męską ambicję zawłaszczenia każdego nowego pola. Wśród feministek od dawna toczą się dyskusje, czy mężczyzna też może być feministką. Jest wiele powodów, dla których nie należałoby się temu sprzeciwiać, ale z drugiej strony... kiedy wyobrażę sobie uniwersyteckie Instytuty Studiów Kobiecych okupowane przez przemądrzałych facetów ustalających kanony kobiecych lektur dla kobiet... I nawet nie będzie wypadało zapytać, skąd wzięli na przykład takie trzy dziwne nazwiska, jak wymienione wyżej, czy to są rzeczywiście podstawy feminizmu? Dlaczego nie Simone de Beauvoir — albo bardziej snobistycznie: Hélène Cixous, Lucy Irigaray... lub po amerykańsku: Kate Millett, Mary Daly?

Pozostaje też meritum, czyli Świat Zofii. Możliwe, że na użytek prasy kobiecej dokonałam pewnej nadinterpretacji, zbyt silnie uwypuklając „kobietyzm” tej książki. Dziś na świecie świadomość konieczności stawiania „pytania o kobietę” jest po prostu powszechna i nie wypada pisząc popularną książkę o tym zapominać. Robią tak wszyscy, czy będzie to dzieło o religii, biologii czy też polowaniu na bażanty. Polscy autorzy jednak o tym jeszcze nie wiedzą i nad Wisłą brzmi to nieco inaczej. Spotyka się też z typową reakcją na niekonwencjonalne zabranie głosu — z przemilczeniem. Nikt z recenzentów nie zwrócił uwagi na ten aspekt, nikomu nie przyszło do głowy, aby na przykład zajrzeć do Tatarkiewicza i sprawdzić, ile razy pojawia się u niego słowo „kobieta”, nie mówiąc już o wyciągnięciu z tego jakichkolwiek wniosków. No i pytanie zasadnicze: czy istotnie jest to tylko bryk zasługujący na paternalistycznego kopniaka?

Świat Zofii poza zarysem historii filozofii, nad którym istotnie nie warto szczególnie się roztkliwiać, zawiera jeszcze jeden przekaz. Aby go odczytać, trzeba przyjrzeć się formie narracji: otóż konwencja powieści realistycznej (od początku naruszana niezwykłymi wydarzeniami) pod koniec pęka — bohaterowie okazują się wymyśleni przez kolejnych bohaterów, w książce odnajdujemy kolejną książkę. Naiwny odbiór staje się niemożliwy, czytelnikowi nie wolno już dłużej wierzyć w bohatera, który wymyślił bohatera, musi dostrzec, że i on jest wymyślony. Fikcja obnażająca swoją fikcyjność, mieszanie gatunków, świadoma siebie konwencja i gra z nią — to cechy twórczości postmodernistycznej. Wszystko to, co prawda, w książce Gaardera nie jest najwyższej artystycznej próby, ale jest; pokazuje w sposób przystępny i popularny, w jakich warunkach musimy dziś filozofować, zadawać pytania ostateczne. To ponowoczesność — rozumiana nie jako prąd literacki, ale stan ducha, społeczeństwa i kultury. Stan ten powszechnie kojarzony jest z relatywizmem — wszystko wolno, nie ma jednej prawdy — ja jednak obstawałabym przy tym, że należy mówić tu raczej o relatywizmie metodologicznym. Relatywista metodologiczny utrzymuje, że choć być może istnieje jedna prawda, to nie istnieje metoda, za pomocą której można ją uwiarygodnić i wykazać jej wyższość nad innymi prawdami, co nie przeszkadza mu jednak w głoszeniu własnych poglądów. Joseph Schumpeter napisał gdzieś (zdanie to stało się sławne), że człowieka cywilizowanego odróżnia od barbarzyńcy to, iż zdając sobie sprawę z relatywności swoich przekonań, jest gotów niezachwianie je popierać.

 

Dziś znakiem czasów jest brak absolutystycznych złudzeń i utrata niewinnej naiwności, która pozwalała słuchaczom radiowej audycji przysyłać pani Matysiakowej nowy obrus, kiedy stary zalała kompotem czereśniowym. Tak więc ponowoczesność czy postmodernizm to nie tylko nowe trendy po stronie nadawców, twórców sensów, którzy nie mają nam już nic nowego i ostatecznego do powiedzenia, ale przede wszystkim nowy typ odbioru, uniemożliwiający „czytanie naiwne”. Tak samo jak literatury, dotyczy to filozofii, wszelkich prądów ideowych, religii, a nawet (przeklną mnie moi przyjaciele fizycy) nauki. Wiemy, wierzymy, sprawdziliśmy empirycznie lub mieliśmy mistyczne przeżycie, słowem: jesteśmy absolutnie pewni, równie pewni jak tego, że dziś żadna pewność nie jest możliwa. I jeśli za coś cenię Gaardera, to za popularyzację takiego właśnie punktu widzenia, niezbędnego, by odwiedzać Jejlandię, nie narażając się na niebezpieczeństwo utraty dystansu czy popadnięcia w jakiś totalitarny amok. Będąc w Jejlandii wierzę w nią absolutnie, ale gdzieś, w innej części mózgu, zdaję sobie sprawę, że jest to jeden z wielu równie prawomocnych punktów widzenia. Cenię też feminizm za jego bliskie związki z postmodernizmem — za wbudowany w niego, wbrew powszechnym zarzutom, antydogmatyzm, który jednocześnie nie popada w grzech jałowego relatywizmu. Uważam, że nie ma kultury bez hierarchii i gotowa jestem przyznać, że pewne jej przejawy są bardziej wartościowe niż inne, ale bez obowiązku uznawania jednego kanonu, jednego systemu wartości. Współcześnie istnieje wiele różnych hierarchii, są one zmienne i powstają w procesie nieustannego przewartościowywania. Poza tym sądzę, że segmentaryzacja kultury jest przeważnie zabiegiem sztucznym, dokonywanym według mylnych kryteriów. Kultura wysoka versus masowa. Sztuka versus nauka. Pismo versus obraz. Zgoda, są to różne fenomeny, ale w istocie stanowią manifestację podstawowych wątków kultury, których wolno nam poszukiwać na równi w popularnym programie telewizyjnym, uwielbianej przez tłumy powieści, elitarnej poezji i dziele filozofa. Czy będzie to powieść dla panien Josteina Gaardera, czy kongres w Guadalajarze, „Twój Styl” czy „Twórczość” — wszyscy w istocie, mądrzej lub głupiej, zmagamy się z tymi samymi problemami. A jednym z nich — dziś, dla nas — jest „kobieta”. Zapraszam więc do mojej Jejlandii.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?