Ślub na pustyni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Opanuj mdłości – rozkazał, w pełni świadomy, że nie mogą teraz przystanąć.

Na szczęście dolegliwości minęły, ale nie zmęczenie. Przegrała walkę z sennością. Opadła mu na pierś i zaczęła powoli, głęboko oddychać. Zain przyciągnął ją do siebie i poluzował cugle. Najdziwniejsze, że zaczął odzyskiwać długo poszukiwany spokój akurat po strzelaninie i wymianie rodowego klejnotu na piękną, ale brudną i umordowaną kobietę.

Spojrzał ponownie na wschód ku wąskiej smudze świateł świadczących o tym, że ich ścigano. Na szczęście mieli sporą przewagę. Jeżeli zmieni kierunek i pojedzie w stronę oazy Qu’raing, zmyli pościg.

Niebezpieczeństwo minęło… tylko dlaczego ogarnęło go przeczucie, że wpadnie w kolejne tarapaty?

ROZDZIAŁ TRZECI

– Pora rozprostować nogi.

Abby zignorowała zachętę, ale skrzypienie skóry i nagłe zniknięcie ciepłego ciała, które dawało jej złudzenie bezpieczeństwa, zmusiło ją do otworzenia oczu. Siedziała wysoko nad ziemią, a rumak tańczył pod nią i prychał niespokojnie. Jak to możliwe, że zasnęła po tak ciężkich przeżyciach?

Wygięła obolały kręgosłup. Nagle poczuła, że się ześlizguje. Chwyciła więc za końską grzywę, żeby odzyskać utraconą równowagę. Puściła ją tylko na chwilę, żeby odgarnąć z twarzy zmierzwione włosy. W tym momencie napotkała spojrzenie nieznajomego. Stał z założonymi rękami i obserwował ją. Mimowolnie zmierzyła go wzrokiem od zakurzonych butów przez tradycyjną szatę ze złotą lamówką aż po twarz. Na jej widok zaschło jej w ustach z wrażenia. Był piękny. Nie mogła oderwać oczu od wspaniale rzeźbionych rysów, ciemnej cery i jasnego zawoju na głowie. Pospiesznie odwróciła wzrok, żeby ukryć fascynację zmysłową linią jego ust.

– Wolałabym się nie zatrzymywać – oświadczyła. – Kiedy mnie zabrali… nie byłam sama – dokończyła po chwili przerwy, odpędziwszy koszmarne wspomnienie. – Moi towarzysze podróży utknęli na pustkowiu.

– To trzech dorosłych mężczyzn.

Abby odetchnęła z ulgą na wieść, że przeżyli. Pytała porywaczy, co z nimi zrobili, ale nie zrozumiała odpowiedzi.

– Widziałeś ich? – zapytała z niepokojem.

Jej wybawca tylko pokiwał głową.

– Nie są ranni? Uruchomili samochód?

– Mają schronienie. Przetrwają noc.

– Nie zgłosiłeś nikomu, że ich znalazłeś?

– W tamtej chwili odnalezienie ciebie stanowiło priorytet.

– Oczywiście jestem ci bardzo wdzięczna. Martwię się tylko o przyjaciół.

– Czy o kogoś w szczególności?

– To tylko koledzy z pracy. Pracuję jako modelka. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, pójdę się rozejrzeć.

– Proszę bardzo.

Zain odstąpił krok do tył i zatoczył ręką półkole, wskazując nieskończone mile piasku w kolorze ochry. Pierwsze promienie wschodzącego słońca rysowały purpurową linię wzdłuż horyzontu. Widzieli tylko bezkresne pustkowie, ale Zain wiedział, że o tej porze rozliczne nocne stworzenia szukają kryjówek przed nadchodzącym upałem.

– Jaki kierunek wybierasz? – zapytał.

– Sugerujesz, żebym się zamknęła, bo wiesz więcej niż ja – odburknęła z urazą.

– Zdecydowanie znam pustynię lepiej niż ty. Idziesz?

– Gdzie jesteśmy?

Z całą pewnością z dala od cywilizacji. Pod ich stopami rosła jakaś trawa, a kilka ciernistych drzewek przesłaniało widok. Za nimi leżała bezkresna pustynia, oświetlona różowym blaskiem świtu. Abby znów zadrżała.

Zain nigdy nie widział równie gładkiej skóry, równie doskonałych rysów. Zabronił sobie dalszego podziwiania jej urody. To właśnie ona wpakowała ją w tarapaty. Nie wątpił jednak, że często przynosiła korzyści. Mężczyźni pewnie za nią szaleli. Z wysiłkiem odwrócił wzrok od długich, zgrabnych nóg.

– Nie sądzisz, że jest nieco za późno na ostrożność? – zakpił w żywe oczy.

Mimo że jego serce pozostało nietknięte, obudziła jego libido. Do tej pory uważał seks bez zaangażowania emocjonalnego za lepszą opcję niż życie w celibacie lub użalanie się nad sobą. Jednak uwiedzenie bezbronnej, zdanej na jego łaskę kobiety nie wchodziło w grę.

Kiedy wyruszył na ratunek, nie próbował sobie wyobrazić, jak wygląda. Nie przypuszczał, że zobaczy taką piękność. Nie potrzebował kakofonii muzyki dobiegającej z furgonetek, żeby ukryć swoje przybycie do obozu bandytów. Ledwie na nią spojrzał, pojął, dlaczego wszyscy skupili uwagę wyłącznie na niej. Przez chwilę podziwiał wzrokiem kuszące kształty, nieprawdopodobnie długie nogi, jasną skórę i burzę kasztanowych włosów. Nie miała w sobie nic sztucznego tylko naturalne piękno.

Bez trudu wyobraził ją sobie na billboardzie, reklamującą jakiś towar i przy okazji powodującą kilka wypadków. Przy niej mężczyzna zapominał o strapieniach. On nie, ale bliskość ślicznotki śpiącej przed nim w siodle przyniosła mu pewne ukojenie.

Sens zjadliwej uwagi dotarł do zmęczonego umysłu Abby dopiero po kilku sekundach.

– Czy to moja wina, że mnie porwano? Myślisz, że o to prosiłam? Nie znoszę obwiniania ofiary, chociaż nie uważam się za ofiarę… O, do licha! – wykrzyknęła, kiedy straciła równowagę i wpadła wprost w mocne ramiona.

Uderzenie o twardy, muskularny tors na chwilę pozbawiło ją tchu. Przypadkowe zetknięcie wywarło na niej tak piorunujące wrażenie, że nawet kiedy powoli spuścił ją na ziemię, nieprędko chwyciła oddech.

– Puść mnie – zaprotestowała.

Posłuchał natychmiast.

– To nie ja cię trzymam – zauważył, patrząc znacząco na zaciśnięte na swoim rękawie palce.

Zanim zdążyła wymyślić ripostę, zmarszczył brwi nad pięknymi niebieskimi oczami.

– Co to jest?

Abby dotknęła zaczerwienionej opuchlizny.

– Przypuszczam, że ślad po ugryzieniu.

Nieznajomy przytknął rękę do jej czoła, drugą chwycił ją za nadgarstek, żeby unieść ramię i obejrzeć ukąszone miejsce.

– To boli! – krzyknęła, zdziwiona, że po tak ciężkich przeżyciach potrafił skupić uwagę na drobnym problemie.

– Ubrałaś się jak do gry w siatkówkę plażową i nie zastosowałaś środka odstraszającego. Czy zdajesz sobie sprawę, jak niebezpiecznie jest na pustyni?

Walcząc z pokusą, żeby obciągnąć spodenki i zasłonić choć kawałek nóg, Abby uniosła głowę i odparła:

– Uczestniczyłam w sesji zdjęciowej. Nie wybierałam stroju i posmarowałam się płynem przeciw insektom. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym wrócić wprost do hotelu.

Popatrzył na nią z wyraźnym zdumieniem, po czym parsknął śmiechem:

– Nie prowadzę taksówki.

Zawstydził ją.

– Przepraszam. I dziękuję, podejrzewam, że o wiele za późno – dodała z autentyczną wdzięcznością i nadzieją, że trafiła na porządnego człowieka. Na moment strach znów chwycił ją za gardło.

Jej wybawca ponownie zmarszczył brwi. Nie spodziewał się przeprosin ani podziękowania.

– Nie potrzebuję wdzięczności.

– Ale na nią zasłużyłeś.

– Swoją drogą, co tam robiliście?

– Planowaliśmy zrobić zdjęcia znacznie bliżej miasta, ale nikt nie wziął pod uwagę, że zaślubiny pociągną za sobą tyle komplikacji. Wstrzymano loty, pozamykano ulice, wprowadzono mnóstwo restrykcji.

Usiedli w poczekalni na lotnisku, pijąc kawę. Wymiana mejli pomiędzy zleceniodawcą a reżyserem rozstrzygnęła o ich losie.

– W pierwszej chwili myślałam, że… wyreżyserowano tę scenę na potrzeby kampanii reklamowej – wykrztusiła z trudem, wspominając porwanie. – Czuję się zbrukana – wyznała na koniec, mając na myśli nie tylko wszechobecny piasek, kurz i brudne ubranie.

– No to chodź się wykąpać – zaproponował, wskazując skinieniem głowy kępę drzew.

Abby zamrugała powiekami, zaskoczona niespodziewaną propozycją.

– Koń potrzebuje wody – dodał, ujmując lejce i prowadząc wierzchowca w niewidoczną z poprzedniego miejsca dolinę.

Abby nareszcie pojęła, dlaczego wcześniej nie widziała wyższych drzew i palm. Wkrótce dotarli do szemrzącej strugi, wypływającej z ziemi i biegnącej cienką, srebrną wstęgą wśród drzew. Ani jeździec, ani koń nie przystanęli. Szli dalej, póki nie dotarli do otoczonego palmami turkusowego jeziorka. Po koszmarnych przeżyciach Abby w pełni doceniła piękno otoczenia.

– Jak tu pięknie! – wyszeptała w zachwycie.

Jej towarzysz obserwował, jak walczy z napływającymi do oczu łzami. Tylko duma trzymała ją przy życiu.

– Trzeba coś zrobić z twoim ramieniem – zadecydował.

Troska w jego głosie przełamała zahamowania. Łzy wypłynęły obfitym strumieniem. Całym jej ciałem wstrząsnął szloch.

Zain zareagował natychmiast. Podszedł, ujął ją za ramiona, oparł podbródek na jej głowie, ale jej nie przytulił. Widok zapłakanych oczu poruszył go do głębi. Wreszcie płacz ucichł. Odstąpiła od niego, raczej zawstydzona niż wdzięczna.

– Muszę okropnie wyglądać – zaszlochała, unikając jego wzroku.

– Owszem – potwierdził z roztargnieniem, zbyt zaabsorbowany obrazem, który stanął mu przed oczami, by wymyślić taktowną odpowiedź.

Wyobraził sobie mianowicie, że trzyma ją w miłosnym uścisku. Nigdy dotąd nie pozwalał sobie na erotyczne marzenia. Wolał zaspokajać swoje pragnienia niż żyć w świecie ułudy.

Brutalnie szczera odpowiedź zmusiła Abby do spojrzenia na niego.

– Teraz przynajmniej wiem, że jesteś uczciwym człowiekiem – uśmiechnęła się. – Stąd wniosek, że mi nie zagrażasz. Nie myślałam…

– Więc lepiej nadal nie myśl – doradził na widok jej niepewnej miny, która obudziła w nim wyrzuty sumienia z powodu zdrożnych fantazji. Podejrzewał, że wyobrażała sobie najgorsze scenariusze.

– Po prostu odczułam ulgę, że jestem bezpieczna – wyznała.

Kiedy napięcie opadło, dopadło ją zmęczenie. Dlatego nie zaprotestowała, gdy pociągnął ją na trawę przy jeziorku.

 

Zostawiwszy ją tam, Zain podszedł do konia i wyjął termos z jednej z przytroczonych do siodła sakw. Usiadł przy Abby, odkręcił zakrętkę i wręczył jej naczynie. Wypiła chciwie.

Zain zapomniał, jak ją nazywali towarzysze. Sam nazywał ją „Rudą”.

– Czy masz jakieś imię? – zapytał.

– Abby. A ty?

– Zain. Pozwól, że obejrzę twoje ramię.

Zbadał je dokładnie, po czym skinął głową i kazał jej zostać na miejscu.

Abby wątpiła, czy zrobiłaby choćby krok, nawet gdyby chciała. Zamiast tego pożerała wzrokiem zgrabną, pełną gracji sylwetkę. Gdyby jakaś kobieta zadeklarowała, że nie robi na niej wrażenia, dałaby głowę, że kłamie.

– Może szczypać – ostrzegł.

Abby z całej siły zacisnęła zęby, gdy polał opuchliznę wodą i czymś obłożył.

– Co to za liście? – spytała.

– Z miejscowego drzewa o nazwie neem. Przytrzymaj je.

Tym razem podszedł do wody. Odwiązał złoty sznur i zdjął z głowy biały zawój.

Abby zaskoczył widok krótkich, ciemnych włosów z jaśniejszym pasemkiem nad czołem. Wyobrażała sobie, że nosi długie jak Beduini. Obserwowała, zafascynowana, jak przeczesuje je palcami i spryskuje wodą. Następnie wyciągnął nóż z fałd szaty. Gdy zwrócił na nią wzrok, pospiesznie odwróciła głowę, zawstydzona, że pożera go wzrokiem niczym dziecko słodycze za szybą, tyle że nie tak niewinnie.

– Co to za roślina? – spytała, podczas gdy rozcinał tkaninę na kilka pasków.

Zain wskazał gęstwinę nad swoją głową.

– Rośnie tu wszędzie. Ludzie używali jej jako lekarstwa na różne schodzenia. Podobno ma właściwości antyseptyczne.

– Czy to nie przesądy starych babek?

– Wiele badań naukowych potwierdza tę opinię. Zainteresowały się nim firmy farmaceutyczne. Aarifa opracowała projekt hodowli. Rosną szybko, niemal wszędzie, na każdej glebie. Silny system korzeniowy zapewnia im odporność na suszę.

Abby robiła wrażenie bardziej zainteresowanej niż jego stara gwardia, kiedy składał te same wyjaśnienia. Piastowali wysokie urzędy przez całe pokolenie. Podchodzili sceptycznie do wszelkich idei stworzonych w jego gabinecie, ale Zain w nie wierzył i przeforsował ich realizację. W końcu udowodnił, że miał rację.

Jego projekt przyniósł komercyjny sukces, inwestycje zagranicznych spółek, stworzył miejsca pracy i obudził ducha przedsiębiorczości w rodakach. Pewne małżeństwo opracowało serię kosmetyków na bazie tej rośliny.

Abby odgarnęła włosy z czoła i patrzyła, jak zgniata liść w długich palcach i przykłada do kawałka namoczonej tkaniny. Robił to z taką samą precyzją, z jaką wykonywał każdą czynność.

– Przemawiasz jak nauczyciel – zauważyła.

– Nie jestem nauczycielem – odrzekł enigmatycznie. Nie wątpił, że zżera ją ciekawość, ale niechęć do okazania swojego zainteresowania powstrzymuje ją przed bombardowaniem go pytaniami. – To prowizoryczny opatrunek. Należałoby je zemleć na miazgę, żeby naprawdę działały, ale lepszy taki niż żaden.

– Skąd znasz to drzewo? Mieszkasz na pustyni? – spróbowała go ostrożnie wysondować, ale niewiele zyskała.

– Na pustyni życie jest prostsze.

Co roku wracał do korzeni, spędzając miesiąc wakacji u rodziny matki swego ojca, która nadal prowadziła tradycyjny, plemienny tryb życia. W tym roku musiał niestety skrócić pobyt do zaledwie dwóch tygodni. Wkrótce pozostaną mu tylko wspomnienia. Zdjął liść, który przylgnął do jej skóry, i zamienił go na nowy, pognieciony. Przywiązał go do ramienia kawałkiem zmoczonej tkaniny.

– Nie za ciasno? – zapytał.

– Nie, ale prawy but mnie uwiera. Spuchła mi stopa.

Zain popatrzył na nią, jakby oszalała.

– Powinnaś wypić więcej wody.

Abby uniosła bukłak do ust, ale coś ją rozproszyło, prawdopodobnie wspomnienie. Patrzyła w dal zamglonymi oczami. Naczynie wyśliznęło jej się z rąk. Zain złapał je natychmiast. Wyglądała bezbronnie jak pisklę sowy. Cyniczna część natury Zaina chciała wierzyć, że udaje, ale szczerze w to wątpił.

– Wyobraźnia może być przekleństwem – powiedział dość szorstkim tonem, żeby ukryć odruch współczucia.

Abby skinęła głową i odwróciła wzrok. Pomacała mokrą plamę poniżej dekoltu, nieświadomie zwracając uwagę Zaina na jędrne piersi. Natychmiast wyobraził sobie, że pochyla głowę, żeby je pocałować.

– Rana po ugryzieniu jest zakażona.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Abby popatrzyła mu w twarz, zastanawiając się, czym go rozdrażniła.

– Powinnaś zostać zbadana, jak tylko dotrzemy do cywilizacji – doradził. – Potrzebujesz antybiotyku – dodał, wstając z miejsca i wyciągając do niej rękę.

Abby ujęła podaną dłoń i stanęła obok niego. Większości mężczyzn patrzyła prosto w oczy, na niektórych z góry, ale nie na Zaina. Do niedawna szła przez życie zgarbiona, zawstydzona swoim wzrostem. Z zawiścią patrzyła na filigranowe dziewczyny.

– Jak długo potrwa droga powrotna? – spytała, pocierając o udo dłonią, której dotykał. Nadal czuła w niej pulsowanie po przelotnym dotknięciu.

– Teraz, kiedy koń odpoczął, około pół godziny – oszacował Zain.

Ogier jakby wyczuł, że o nim mówi. Podszedł i skubnął go w ramię, zabiegając o uwagę.

Abby sama nie rozumiała, czemu właściwie nie ucieszyła jej perspektywa powrotu do normalności. Tłumaczyła sobie, że dopisało jej szczęście, że wiele osób marzy o takim życiu, jakie podarował jej los. Najważniejsze, że praca zapewniała jej środki, które wkrótce pozwolą zwrócić dziadkom wszystko, co im ukradziono.

– Czy naprawdę… zostaliśmy małżeństwem? – spytała po chwili wahania.

Miała nadzieję, że parsknie śmiechem, bo lepiej zostać wyśmianą niż poślubioną obcemu człowiekowi.

– Spokojna głowa. Załatwię to.

Informacja, że jednak coś jest do załatwienia przyprawiła Abby o skurcz żołądka.

– W jaki sposób? Masz czarodziejską różdżkę czy sztab prawników do dyspozycji?

– Poradzę sobie.

Abby nie zdołała ukryć niedowierzania, ale liczyła na to, że nie będą potrzebowali zbyt wielu formalności.

– Przypuszczam, że powinnam zgłosić porwanie – podsunęła nieśmiało, przerażona perspektywą relacjonowania burzliwych wydarzeń niekoniecznie życzliwym policjantom.

– Podrzucę cię do ambasady brytyjskiej. Zaopiekują się tobą.

– Dziękuję.

Wyciągnęła do niego rękę, ale zaraz sobie uświadomiła, że to zbyt formalny gest. Pochyliła się więc ku niemu. Właśnie w tym momencie koń trącił ją pyskiem w pośladek, dosłownie wpychając ją w ramiona swojego pana. Zain rozłożył ręce, żeby uchronić ją przed upadkiem. Bezpieczna w jego objęciach, rozchyliła łokcie, żeby się oswobodzić, ale zrezygnowała, gdy spojrzała na pięknie rzeźbione rysy. Jakiś wewnętrzny głosik w jej głowie wbrew rozsądkowi podszepnął, że życie jest zbyt krótkie, żeby odmawiać sobie spełniania marzeń. Niedawne doświadczenie właśnie to udowodniło.

Zain desperacko walczył o zachowanie kontroli nad sobą. Czy te miękkie, pełne wargi smakowałyby równie wspaniale, jak wyglądały?

Abby uniosła rękę i drżącymi palcami pogładziła go po zakurzonych policzkach.

Zain zesztywniał. Gardził mężczyznami, którzy wykorzystują kobiety: szefami zaciągającymi do łóżka podwładne, barmanami uwodzącymi pijane dziewczyny, przyjaciółmi, którzy wprowadzają się do koleżanki, żeby pocieszyć ją po burzliwym rozwodzie, czy też takimi bezwzględnymi kanaliami jak jego własny przyrodni brat. Myśl, że mógłby postąpić podobnie, napawała go odrazą. Ale go kusiło…

– Abby!

– Naprawdę chciałabym ci podziękować. – Po tej deklaracji stanęła na palcach i odchyliła głowę, zapraszając bez słowa do pocałunku.

Zain pochylił głowę i zobaczył w zielonych oczach równie silne pożądanie, jakie sam odczuwał.

Westchnęła cichutko, gdy objął jej usta wargami i zamknęła oczy, żeby chłonąć słodkie doznania.

Popełniała szaleństwo, ale przepiękne. Nigdy nikogo tak nie pragnęła. Niezręczne pocałunki Gregory’ego nie wytrzymywały porównania z tym, co odczuwała obecnie. Niestety niezbyt długo. Nagle Zain podniósł ją z ziemi i dosłownie odstawił na odległość ramienia.

– Przepraszam.

Za co? – pomyślała. – Za to, że cię nie pociągam?

Na szczęście teraz lepiej znosiła upokorzenia niż jako nastolatka, kiedy jej długo wyczekiwana randka z jednym z najatrakcyjniejszych chłopaków w szkole okazała się okrutnym żartem. „To tak jakby całować mokrą rybę” – obwieścił później kolegom.

– Potrzebujesz pomocy medycznej, a nie…

– Przewrócenia na siano – wpadła mu w słowo. Doświadczenie nauczyło ją, że lepiej zadrwić z siebie niż czekać, aż zrobi to przeciwnik. – Racja – przyznała.

Chyba przede wszystkim potrzebuję opieki psychiatrycznej – dodała w myślach. Sama nie rozumiała, co w nią wstąpiło. Nigdy tak nie postępowała. Dokładała wszelkich starań, żeby ukryć zażenowanie jak w latach szkolnych, kiedy zgrabniejsze dziewczyny i ich chłopcy drwili z jej chudości i zbyt wysokiego wzrostu. Nazywali ją kujonem, kiedy wyciągała ręce do odpowiedzi. Po rzekomej randce jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. W szkole przynajmniej zbierała doskonałe oceny. Tu nie znajdowała żadnej pociechy.

– Jestem gotowa wyruszyć, kiedy zechcesz, i pamiętaj, że mam wobec ciebie dług wdzięczności i… – Przerwała i przygryzła wargę. Nie wyobrażała sobie, jak mogłaby go spłacić, bo jak wycenić uratowanie komuś życia?

Zain wzruszył ramionami. Popatrzył na nią ze współczuciem, co wprawiło ją w większe zakłopotanie, niż gdyby okazał, że go uraziła.

– Powiedzmy, że znalazłem się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Łatwiej było nakazać sobie zachowanie dystansu niż zrealizować to postanowienie, gdy siedziała przed nim na szybko pędzącym koniu. Odczuła więc ulgę, gdy spostrzegła minarety i wieże miasta. Nadal palił ją wstyd, że sprowokowała go do pocałunku.

Dopiero kiedy podjechali pod posterunek kontrolny, uświadomiła sobie, że mogą napotkać trudności przy wjeździe. Wyjazd z miasta wymagał podpisania wielu dokumentów i uzyskania pieczątek. Teraz nie miała nawet paszportu. W dodatku towarzyszył jej tajemniczy mężczyzna, którego groźny wygląd mógł zaalarmować strażników. Zain pewnie pomyślał o tym samym, bo zatrzymał konia, zsiadł i jej też kazał zejść na ziemię.

Zignorowała wyciągniętą rękę, żeby okazać niezależność po wcześniejszym upokorzeniu. Ten dziecinny gest omal nie doprowadził do upadku.

– Czy masz niezbędne zezwolenia? – spytała. – Czy powinnam złożyć jakieś wyjaśnienia?

– Zostań tutaj.

Abby nie potrafiła rozstrzygnąć, czy mówił do niej, czy do konia. Nawet na nich nie spojrzał, jakby nie przyszło mu do głowy, że któreś z nich mogłoby nie posłuchać rozkazu.

Odprowadziła go wzrokiem, gdy podchodził do umundurowanych ludzi. Miała nadzieję, że wobec nich nie przybierze takiego samego władczego tonu. Po kilku minutach rozmowy nadal nie zdjęli broni z ramion, co uznała za dobry znak. Czy go wypytywali?

Kiedy ruszył ku niej z powrotem, odetchnęła z ulgą, ale nie na długo. Zaraz bowiem jeden z gwardzistów podbiegł, żeby zrównać krok ze znacznie wyższym Zainem.

Nieprędko do niej dotarł. Obserwowała z zapartym tchem jego piękną twarz, ale nie zdołała odgadnąć, co załatwił. W każdym razie nikt nie wymachiwał karabinem. Wartownik skłonił głowę przed Abby i wypowiedział zdanie, które nie zabrzmiało agresywnie, raczej wyrażało szacunek.

– Bardzo mu przykro z powodu twoich okropnych przeżyć i ma nadzieję, że ten incydent nie zepsuje twojej opinii o naszym kraju – przetłumaczył Zain.

Abby podziękowała uśmiechem.

– Naprawdę tak powiedział?

– Słowo w słowo.

– Co teraz?

W tym momencie jak na zawołanie podjechał do nich jeep. Kierowca w wojskowym mundurze trzymał w ręku coś metalowego. Po sekundzie rozpoznała, że to nie broń ani kajdanki tylko pęk kluczy na kółku. Zain odebrał je od niego, udzielił jakichś instrukcji, po czym go odesłał. Kierowca wysiadł i odprowadził gdzieś wierzchowca.

– Nie możesz pozwolić, żeby ci go zabrał! – zaprotestowała.

– Myślałem, że nie lubisz koni.

– Zamieniłeś go na samochód?

– Przynajmniej ma klimatyzację. Żartowałem. Nie dałem mu go, tylko oddałem na jakiś czas pod opiekę.

– Jak to załatwiłeś? Przekupiłeś go?

– Po prostu naświetliłem mu sytuację. Wsiadaj.

Abby posłuchała, bynajmniej nieprzekonana jego wersją wydarzeń.

– Coś przede mną ukrywasz. Masz jakieś koneksje czy wpływy?

– Przede wszystkim uczciwy wyraz twarzy. Poza tym zatrzymali w zastaw mojego konia. Negocjacje poszły gładko.

 

Wyjaśnienie brzmiało wiarygodnie, ale Abby nadal odnosiła wrażenie, że przemilczał coś istotnego.

Bez wątpienia świetnie znał miasto. Jechał szybko i pewnie. Kilkakrotnie skręcił w boczne zaułki, gdy natrafił na korki albo grupki nadal świętujących ludzi, którzy blokowali drogę. Atmosfera zabawy chyba udzieliła się policjantom na służbie, bo przepuszczono ich przez kilka punktów kontrolnych bez zatrzymywania. Nie mogłoby im pójść łatwiej, nawet gdyby należeli do grona gości weselnych.

– To tu – oznajmił, zatrzymując auto w wąskiej, lecz niewątpliwie zamożnej uliczce przed bramą z kutego żelaza, która odróżniała stojący za nią budynek od sąsiednich.

Abby zwróciła na niego wzrok.

– Nie znam twojego nazwiska, a przecież uratowałeś mi życie… Ludzie często nadużywają tego określenia, gdy ktoś wyświadczy im przysługę, ale ja naprawdę zdaję sobie sprawę, ile ci zawdzięczam. Uważam cię za bohatera. – W tym momencie spostrzegła zakłopotanie na jego twarzy. – Właśnie myślałam, że nie masz żadnych słabości – mruknęła bardziej do siebie niż do niego.

– Znalazłem się we właściwym miejscu we właściwym czasie – powtórzył.

Abby pokręciła głową i sięgnęła do klamki. Zacisnęła zęby, gdy przypadkowo uderzyła obolałym ramieniem o drzwi. Łatwiej jej było stłumić ból niż pociąg do tego mężczyzny. Na nikogo wcześniej tak silnie nie reagowała. Nawet Gregory pociągał ją głównie dlatego, że dawał jej poczucie bezpieczeństwa, jak się okazało, złudne.

Zain otworzył jej drzwi, zanim zdążyła zauważyć, że wysiadł. Wyciągnął do niej rękę, żeby pomóc przy wysiadaniu.

– Uważaj i idź do lekarza tak szybko, jak to możliwe – doradził.

– Dobrze – obiecała, zerkając na niego ukradkiem. – Już trochę mniej boli.

Zamierzała uścisnąć mu dłoń. Zaraz jednak przypomniała sobie, do czego to doprowadziło poprzednim razem, więc tylko z poważną miną skłoniła głowę. Zain odwzajemnił gest i wrócił do samochodu. Ledwie odparła pokusę, żeby pobiec za nim, zanim na zawsze zniknie z jej życia, ale zdrowy rozsądek zwyciężył. Narobiłaby sobie tylko wstydu.

Podeszła do drzwi ambasady, zadowolona, że nie widzi jej łez, nie zdając sobie sprawy, że inni mogą je zobaczyć.

W piwnicy ambasady brytyjskiej siedzący przed kilkoma monitorami mężczyzna zawołał do drzemiącego w fotelu kolegi:

– Zadzwoń do pana Jonesa. Myślę, że chciałby to zobaczyć.

Przewinął film i zatrzymał na twarzy mężczyzny, którego wielu wolałoby widzieć w roli następcy tronu. Niestety Zain Al Seif był dopiero drugi w kolejce.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?