Między młotem a piorunemTekst

Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Wskazówki dotyczące wymowy

Jednym z problemów, na które się człowiek niechybnie natyka, odwołując się do mitologii nordyckiej, jest pomieszanie kilku języków: norweskiego, szwedzkiego, duńskiego, islandzkiego oraz staronordyckiego na dodatek. Od około siedmiu wieków nikt normalny nie posługuje się już językiem staronordyckim, ale oczywiście uczonym nie przeszkadza to w wydawaniu sądów na temat jego wymowy. Zdecydowałem się na zanglizowaną wersję imion Odin[1] i Thor, żeby anglojęzyczni czytelnicy mieli jakie takie szanse je przeczytać intuicyjnie. I choć w większości wypadków używam islandzkiego zapisu, a co za tym idzie – islandzkiej wymowy, nie jest to reguła uniwersalna. Czasami wybieram hipotetyczną wymowę staronordycką, a tu i ówdzie zmieniam sobie samogłoski, po prostu dlatego że mi się tak podoba. Czytelniku, też masz prawo robić to samo, a niniejsze wskazówki bynajmniej nie mają funkcji normatywnej, raczej jedynie opisową, to jest dają pojęcie, jak by to przeczytał autor, a czytelnicy mogą sobie je, według uznania, przyjąć lub odrzucić, albo po prostu ponabijać się ze mnie na swoich forach językowych.

[1] W polskim tłumaczeniu spolszczona wersja imienia: Odyn.

Bogowie nordyccy

Baldr = Bolder

Bragi = Bragi (Ja wymawiam to w ten sposób, choć na Islandii na przykład „g” wymawiane jest jak „j”, jeśli znajduje się między samogłoską po lewej, a „i” lub „y” po prawej, ale ja zdecydowałem się na staronordycki myk. Bóg poezji)

Freja = Freja (bogini piękna i wojny, siostra bliźniaczka Frejra)

Frejr = Frejr (Pisownia staronordycka/islandzka wyglądałaby tak: Freyr. Pierwsze „r” wymawiane jest tu z wibracją tak, że stanowi z „f” jakby osobną sylabę, taki muzyczny ozdobnik. Czasami drugie „r” jest w ogóle pomijane w zapisie i wymowie. Bóg płodności)

Heimdall = Hejmdatl (Islandczycy czytają podwójne „ll” jako „tl”, trochę jak w angielskim słowie battle. Heimdall pełni funkcję boskiego psa obronnego o niesamowicie wyczulonych zmysłach)

Idunn = Idun (bogini młodości, strażniczka złotych jabłek)

Odyn = Odyn (praojciec, twórca run. „D” należałoby tu właściwie wymawiać bardziej jak angielskie „th”, ale i tak nikt tak nie robi)

Thor = Tor (bóg piorunów)

Týr = Tir (bóg walki)

Ullr = Utler (bóg łucznictwa)

Widar = Widar (bóg zemsty, syn Odyna)

Różne urocze nordyckie zwierzątka

Gullinbursti = Gutlinbersti (złoty dzik Frejra; jego imię oznacza „złota szczecina”. Ściśle biorąc, jest to twór krasnoludów, a nie prawdziwe zwierzę, ale na oko niczym się nie różni od dzika, jeśli nie liczyć rozmiaru i złotej sierści)

Hugin = Hugin (Myśl, jeden z kruków Odyna. Tu też nie przejmuję się za bardzo islandzką wymową, więc można to uznać za staronordyckie imię zapisane po angielsku, bo pominąłem dodatkowe „n”, które pojawia się w głównych źródłach nordyckiej mitologii, to jest w Eddzie starszej i w Eddzie młodszej)

Jörmungandr = Jormungander (gigantyczny wąż, który pozabija nas wszystkich!)

Munin = Munin (Pamięć, drugi kruk Odyna)

Ratatosk = Ratatosk (wiewiórka, która mieszka na Drzewie Świata)

Sleipnir = Slejpnir (ośmionogi koń Odyna, dziecko Lokiego i ogiera)

Odjazdowa broń nordycka

Gungnir = Gungnir (magiczna włócznia Odyna)

Mjöllnir = Mijolnir („mi” pełni tu w zasadzie rolę ozdobnika. Bojowy młot Thora)

Urocze domostwa i ich wyposażenie

Hliðskjálf = Hlidskjalf (srebrny tron Odyna)

Gladsheim = Gladshajm (dwór bogów)

Valaskjálf = Walaskajalf (pałac Odyna)

Bilskirnir = Bilskirnir (pałac Thora)

Walhalla = Walhala (masa możliwych wersji tej nazwy, ale ja wybieram najprostszą i tyle. Nawet nie wymawiam podwójnejgo „ll” jako „tl”)

Nazwy geograficzne (w Asgardzie i na Islandii)

Alfheim = Alfhejm (dom elfów)

Hnappavellir = Nahpahvedler

Húsavík = Husawik

Idavoll = Idawal

Jötunheim = Jołtunhejm (pierwsza sylaba rymuje się z boat. Oznacza to dosłownie: „olbrzymi dom”. Olbrzym to „jötunn”, liczba mnoga „jötnar”)

Muspellheim = Maspelhejm (kraina ognia)

Mývatn = Miwatn („jezioro muszek”)

Nidavellir = Nidawetlir (kraina krasnoludów)

Niflheim = Niwulhejm („dom mgły”, utożsamiany z królestwem Hel i krainą umarłych)

Reykjavík = Rejkiawik

Svartalfheim = Swartalfhejm („kraina mrocznych elfów”)

Vanaheim = Wanahejm („kraina Wanów”, nie mylić z vanami)

Vigrid = Wigrid

Yggdrasil = Igdrasil (im bardziej wibrujące „r”, tym więcej zabawy. Drzewo Świata)

Islandzkie miasteczko, które zapewnia wygraną we wszelkich barowych zakładach

Kirkjubæjarklaustur = Kirkjubajarklołstar (Wystarczy podpuścić jakiegoś anglofona, a na pewno będzie usiłował wymówić „j” jako „dż” i będzie kupa śmiechu. Zresztą nawet jeśli sobie poradzi z „j”, to na pewno wyłoży się potem na samogłoskach. Da się na tym wygrać jedno czy dwa piwa, a przy dobrym wietrze pić za darmo całą noc)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Wogólnym przekonaniu wiewiórki to istoty wprost urocze. Gdy skaczą po drzewach, ludzie pokazują je sobie palcami i pieją:

– Ojej! Ale rozkoszna! – a ich głosy stają się niezwykle przesłodzone i wznoszą się falsetem w górę.

Pozwólcie jednak, że wyjaśnię tu od razu jedną rzecz: wiewiórki są rozkoszne tylko wtedy, gdy są na tyle małe, że można je rozdeptać. Kiedy człowiek staje przed gigantyczną wiewiórką wielkości betoniarki, jakoś z miejsca przechodzi mu słabość do tych stworzonek. Toteż zęby wielkości lodówki, wąsy grubości batogów, oczy jak opony od traktora gapiące się na mnie niczym wulkaniczne bańki tuszu chińskiego w żadnym razie mnie nie zaskoczyły – przeraziło mnie tylko, że prawdą okazały się moje najgorsze podejrzenia.

Bo na przykład moja uczennica Granuaile kłóciła się ze mną, jeszcze w Arizonie, że wyobrażam sobie jakieś niestworzone rzeczy.

– Nie, Atticusie – powiedziała – cała literatura przedmiotu twierdzi zgodnie, że jedyna droga do Asgardu wiedzie przez most Bifröst. Obie Eddy, poezja skaldów, no po prostu wszystkie źródła zgadzają się co do tego, że trzeba przejść przez Bifröst.

– Oczywiście, że tak mówi cała literatura – potwierdziłem. – Literatura to tylko tuba propagandowa bogów. Zresztą Eddy powiedzą ci prawdę, jeśli tylko dobrze się wczytasz. Kluczem do tylnych drzwi do Asgardu jest Ratatosk.

Granuaile posłała mi rozbawione spojrzenie, jakby nie była pewna, czy dobrze mnie usłyszała.

– Ta wiewiórka, która mieszka na Drzewie Świata? – spytała.

– Właśnie ona. A raczej on. Wiewiór, który lata jak szalony między orłem siedzącym na szczycie a wielkim smokiem zamieszkującym pod korzeniami, nosząc od jednego do drugiego wieści pełne oszczerstw i jadu i tak dalej, i tak dalej. No sama pomyśl, niby jak mu się to udaje?

Granuaile zastanawiała się chwilę, po czym powiedziała:

– Cóż, według tego, co mówi literatura przedmiotu, Yggdrasil ma dwa korzenie, które wrastają poniżej Asgardu: jeden wrasta w studnię Mimira w Jötunheimie, a drugi czerpie wodę z potoku Hvergelmir w Niflheimie, gdzie wyleguje się smok Nidhögg. Domyślam się więc, że ta wiewiórka... czy też wiewiór... zrobiła sobie gdzieś tam małą dziurkę, przez którą się przemyka. – Pokręciła głową na podsumowanie. – Przecież się w nią nie wciśniesz.

– Zakład o kolację, że owszem, wcisnę? O taką dobrą, domową kolacyjkę z winem i świecami, i różnymi nowoczesnymi wynalazkami, takimi jak sałatka Cezar.

– Przecież to żaden nowoczesny wynalazek.

– Na mojej osobistej skali czasu bardzo nowoczesny. Wynaleziono ją dopiero w 1924 roku.

Granuaile wybałuszyła na mnie oczy.

– Skąd ty wiesz takie rzeczy? – Ale natychmiast machnęła na to ręką. – Nie, tym razem nie uda ci się odwrócić mojej uwagi. Przyjmuję zakład. A teraz udowodnij mi, że masz rację, albo już się zabieraj do gotowania.

– Dowody będę miał dopiero wtedy, kiedy wespnę się po tym korzeniu Yggdrasilu, ale – uniosłem palec, żeby powstrzymać jej protesty – tymczasem podzielę się z tobą wszystkimi moimi podejrzeniami, żebyś potem doceniła, jak zabójczo prorocze miewam wizje. Otóż moim zdaniem z tego Ratatoska jest niezły skurczybyk. Pomyśl tylko: orły zwykle zjadają wiewiórki, a okropne, złe smoki, takie jak Nidhögg na przykład, powinny zżerać wszystko, co im się nawinie pod pazur, a jednak żaden z nich nigdy nawet nie usiłował tknąć Ratatoska. Gadają sobie z nim jak równy z równym i tylko proszą ładnie, żeby był tak uprzejmy i skoczył do ich wroga i przekazał mu łaskawie, że go wyzywają od takich i owakich. I dodają: „Hej, Ratatosku, ale nie spiesz się. Nie zależy mi na czasie. Naprawdę”.

 

– Dobra, czyli chcesz przez to powiedzieć, że to całkiem spora wiewióra.

– Nie. Chcę powiedzieć, że to turbowielgachny wiewiór. Mniej więcej wielkości Paula Bunyana, bo musi być proporcjonalny do Drzewa Świata. Jest na pewno większy niż ty i ja razem wzięci. Jest na tyle duży, że Nidhögg traktuje go jak kogoś do pogadania, a nie jak coś na ząb. Nigdy nie słyszeliśmy o nikim, kto by próbował wspiąć się po korzeniach Yggdrasilu, bo nie ma głupich, którzy by się chcieli porywać z motyką na słońce.

– Z tego, co mówisz, to raczej z siekierą na wiewiórkę – powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem.

– Otóż to. – Pozwoliłem sobie na sardoniczny grymas twarzy.

– No dobrze, to gdzie tak konkretnie znajdują się korzenie Yggdrasilu? – Granuaile zaczęła się zastanawiać na głos. – Zakładam, że gdzieś w Skandynawii, ale wydawałoby się, że już dawno powinni je namierzyć przez satelitę czy coś, nie?

– Korzenie Yggdrasilu znajdują się w zupełnie innej krainie i tak naprawdę to dlatego nikt nigdy nie próbował się po nich wspiąć. Ale są uwiązane do ziemi, tak zresztą jak Tír na nÓg czy Pola Elizejskie, czy Tartar i wszystkie inne światy. A tak się akurat składa, że pewien znany ci skądinąd druid też jest uwiązany do ziemi poprzez swoje tatuaże – dodałem, wskazując moje prawe ramię.

Granuaile rozdziawiła usta z zaskoczenia, gdy docierały do niej moje słowa, bo oczywiście z zawrotną prędkością chwyciła implikacje tego, co powiedziałem, i przeszła do odpowiednich wniosków.

– Czy ty mi właśnie mówisz, że możesz wędrować między tymi światami?

– Yhmy – potwierdziłem. – Ale staram się tym nie chwalić – pomachałem jej ostrzegawczo palcem przed nosem – i ty też nie powinnaś, gdy już będziesz związana z ziemią w ten sam sposób. Wystarczy, że cała masa bogów i tak już za dużo o mnie myśli przez tę całą aferę z Aenghusem Ógiem i Bresem. Ale ponieważ zabiłem ich na tym świecie, a w dodatku sami się zaczęli, nikt jeszcze nie podejrzewa mnie o skłonności do bogobójstwa. Uznali pewnie, że wprawdzie jestem niezły w samoobronie, ale poza tym nieszkodliwy, jeśli się mnie nie zaatakuje na moim terytorium. W dodatku wierzą, że tylko dlatego, iż nigdy nie widzieli u siebie żadnego druida, można założyć, że nigdy go tam nie zobaczą. Gdyby wiedzieli, że jestem w stanie dorwać każdego z nich, gdziekolwiek by się schował, urósłbym w ich oczach do najgorszego zagrożenia. A takie zagrożenia się likwiduje.

– A co? Bogowie nie mogą wędrować, gdzie chcą?

– Y-yy – mruknąłem, kręcąc głową. – Większość z nich jest w stanie podróżować tylko między dwoma światami: ich własnym i ziemią. Toteż nigdy nie spotkasz Kali na Olimpie czy Isztar w Abhassarze. Zresztą nie zwiedziłem nawet jednej czwartej tych wszystkich miejsc. Nigdy nie byłem w żadnym niebie. Raz wpadłem do Nirwany, ale trochę tam przynudzali… nie zrozum mnie źle, to bardzo ładna kraina, ale kompletny brak pragnień objawiał się między innymi tym, że nikt tam nie chciał nawet ze mną zagadać. W Mag Mell jest naprawdę pięknie; musisz tam kiedyś pojechać. No i koniecznie powinnaś wybrać się w swoim czasie do Śródziemia, żeby zobaczyć Shire.

– Oj, nie żartuj sobie! – Uderzyła mnie żartobliwie w ramię. – Przecież na pewno nie byłeś w Śródziemiu!

– Jak to nie? Oczywiście, że byłem. Jest związane z naszym światem tak jak każda inna kraina. Elrond nadal mieszka w Rivendell i powaga, że w ogóle nie wygląda jak Hugo Weaving. Raz zszedłem też do Hadesu, żeby spytać Odyseusza, co mu powiedziały syreny, mówię ci: warto było, bo w życiu byś nie uwierzyła, co mu nagadały. Ale nie mogę powiedzieć.

– Niby czemu? Znowu mi powiesz, że jestem na to za młoda czy co?

– Nie. Po prostu trzeba to usłyszeć na własne uszy, żeby robiło wrażenie. Ale jest w tej opowieści i hasenpfeffer, i węże morskie, i nawet koniec świata.

Granuaile zmrużyła oczy i syknęła:

– Dobra, nie chcesz mi powiedzieć, to się wypchaj i nie mów. Powiedz mi przynajmniej, jakie masz plany co do Asgardu.

– Hmm, pierwsze, co muszę zrobić, to zdecydować, który korzeń wybieram, ale to raczej prosty wybór: wolałbym nie natknąć się na Ratatoska, więc pójdę tym z Jötunheimu. Ratatosk rzadko nim wędruje, a poza tym stamtąd jest bliżej niż z Niflheimu. A skoro tak się ładnie naczytałaś odpowiedniej literatury, to mi, proszę, powiedz teraz, dokąd muszę się udać na Ziemi, żeby znaleźć splot wiążący ją ze studnią Mimira.

– Na wschód – odpowiedziała bez wahania. – Jötunheim jest zawsze na wschód.

– Dobrze. Na wschód od Skandynawii. Studnia Mimira jest uwiązana do pewnego subarktycznego jeziora niedaleko małej rosyjskiej mieściny Nadym. Tam właśnie się udam.

– Przyznam, że nie jestem aż tak obeznana z geografią Rosji. Gdzie to jest dokładniej?

– W zachodniej części Syberii.

– Dobra, czyli jedziesz nad to jezioro i co wtedy?

– Z jeziora pije wodę korzeń drzewa. Nie będzie to jesion, raczej jakieś skarłowaciałe drzewko zimozielone, bo to już obszar tundry. Gdy tylko je znajdę, muszę go dotknąć, spleść się z nim, potem przesunąć się wzdłuż wiązania z ziemią i ta-da-da, jestem na korzeniu Yggdrasilu w krainie nordyckiej, a jezioro staje się automatycznie studnią Mimira.

Granuaile aż zabłysły oczy.

– Ja cię! Też bym już tak chciała umieć. I wtedy to już się możesz wspinać, tak? Bo przecież korzeń Drzewa Świata musi być ogromny.

– Tak, taki jest plan.

– A jak daleko jest z pnia Yggdrasilu do domu Idunn?

Wzruszyłem ramionami.

– Pojęcia nie mam. W życiu tam nie byłem. Zdam się na intuicję. Jakoś nie znalazłem żadnej mapy. Można by pomyśleć, że ktoś powinien dawno już opracować porządny atlas wszystkich krain, ale nie. I potem błądź, człowieku.

Granuaile zmarszczyła brwi.

– Nawet nie wiesz, gdzie jest Idunn?

– Nie – przyznałem ze smutnym uśmiechem.

– Czyli że zdobycie tego jabłka dla Lakshy może nie być takie proste.

Tak, raczej nie zapowiadało się na łatwą robotę, ale umowa to umowa. Obiecałem ukraść to złote jabłko z Asgardu w zamian za zabicie dwunastu bachantek w Scottsdale. Indyjska wiedźma Laksha Kulasekaran dotrzymała swojej części umowy, więc teraz przyszła kolej na mnie. Istniała jakaś tam szansa, że ukradnę to jabłko i nie spotka mnie za to żadna kara, ale na pewno nie było żadnych szans, żeby Laksha odpuściła mi, gdybym nie dotrzymał umowy.

– No z pewnością zanosi się na nie lada przygodę – oznajmiłem Granuaile.

Wiewiórczą przygodę. Gdy stałem właśnie przed żywym dowodem na to, że miałem niestety rację, i gapiłem się na kolosalnego gryzonia siedzącego sobie nade mną na pniu Drzewa Świata, doszło do mnie, że to będzie twardy orzech do zgryzienia.

Naprawdę liczyłem na to, że Ratatosk będzie akurat na drugim korzeniu. Albo może nawet będzie sobie smacznie spał snem zimowym. W końcu był już dwudziesty piąty listopada, w Ameryce obchodzono właśnie Święto Dziękczynienia, a tymczasem Ratatosk wyglądał tak, jakby ledwo co zeżarł całą Rhode Island indyków. Na pewno się już najadł i powinien właśnie układać się do snu. Ale teraz, skoro już mnie zobaczył, to jeśli nawet nie odgryzie mi głowy tymi zębiskami, na pewno zaraz komuś powie, że widzi jakiegoś człowieczka wspinającego się po korzeniu z Midgardu, a wtedy to już cały Asgard będzie wiedział, że się zbliżam. Moje szanse na utrzymanie tej misji w sekrecie malały w zawrotnym tempie.

Dotąd wspinałem się po Yggdrasilu bez żadnego trudu, po prostu splatając kolana, buty i kurtkę z korą i pobierając moc poprzez dłonie, bo było to w końcu Drzewo Świata i jako takie stanowiło swego rodzaju przedłużenie Ziemi, skoro poruszałem się między krainami. Wprawdzie radziłem sobie całkiem nieźle i nie groził mi raczej upadek ani nic, ale na pewno nie mogłem się mierzyć z szybkością i zwinnością Ratatoska. W porównaniu z nim poruszałem się jak lodowiec, a Asgard był jeszcze całe mile nade mną.

Zaczął coś do mnie groźnie nadawać i owionął mnie jego oddech, wypełniając moje nozdrza stęchłym smrodem starych orzechów. Miałem w życiu do czynienia ze znacznie gorszymi zapachami, ale w każdym razie nie należało to do przyjemności. Nie bez powodu Body Shop nie ma linii o nazwie Pieprzony Wielgachny Wiewiór.

Uruchomiłem ten charms z mojego naszyjnika, który nazywam szkłem faerycznym, bo pozwala mi zobaczyć to, co się dzieje na poziomie magicznym, i zrozumieć powiązania między rzeczami. Poza tym charms ten ułatwia mi znacznie plecenie własnych wiązań, bo dzięki niemu widzę w czasie rzeczywistym, jak wyglądają węzły, które plotę moimi zaklęciami.

Ratatosk, jak zobaczyłem, był bardzo ściśle związany z Yggdrasilem. Stwierdziłem z rozpaczą, że jest w pewnym sensie gałęzią tego drzewa, przedłużeniem jego tożsamości. Oznaczało to, że polowanie na tę wiewiórkę równałoby się skrzywdzeniu drzewa, a tego naprawdę nie chciałem. Tylko że nie widziałem innego wyjścia. Co mam niby zrobić? Kazać mu przysięgać na misiaczka i żelki, że nikomu nie powie o złodzieju skradającym się w stronę złotych jabłek Idunn?

Skupiłem się na niciach jego świadomości i delikatnie splotłem je z moimi, tak że możliwa stała się komunikacja między nami. Umiałem mówić po staronordycku, bo był to język bardzo w Europie popularny jeszcze pod koniec trzynastego wieku, i mogłem iść o zakład, że Ratatosk też nim włada, skoro był przecież wytworem pranordyckich umysłów.

Witaj, Ratatosku – nadałem przez mentalne łącze.

Podskoczył na te słowa, zakręcił się, aż jego ogon trzepnął mnie w twarz, i podbiegł kilka kroków w górę. Dopiero wtedy zatrzymał się, obrócił i obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem. Może powinienem był poruszać chociaż ustami, kiedy nadawałem komunikat.

<Na mroźne ziemie Hel, kim ty jesteś?> padła odpowiedź, a masywne wąsy wiewióra poruszyły się z przejęcia. <Skąd się wziąłeś na korzeniu Drzewa Świata?>

Jako że wspinałem się po korzeniu ze środkowej krainy, mogłem przybywać tylko z trzech miejsc. Na pewno nie wyglądałem jak mroźny olbrzym z Jötunheim; w życiu mi też nie uwierzy, że jestem zwykłym sobie śmiertelnikiem, więc nie pozostawało mi nic innego, jak wcisnąć mu inny kit i liczyć na to, że go kupi.

Jestem wysłannikiem z Nidavelliru, krainy krasnoludów – wyjaśniłem. – Nie jestem istotą z krwi i kości, lecz zupełnie nowym konstruktem. Stąd właśnie moje ogniste włosy i ten odrażający smród.

Pojęcia nie miałem, czym mu pachnę, ale jako że odziany byłem w stosunkowo nową skórę, z której nie ulotnił się jeszcze zapach po garbowaniu, uznałem, że śmierdzę jak zdechła krowa. Poza tym chciałem za wszelką cenę wypaść na coś zupełnie niejadalnego. Nordyckie krasnale są słynne ze swych magicznych konstruktów, które wyglądają zupełnie jak normalne stworzenia, ale często wyposażone bywają w jakieś specjalne zdolności. Kiedyś zrobiły dzika dla boga Frejra i nie był to byle jaki zwierz – umiał chodzić po wodzie, ujeżdżać wiatr i miał złotą szczecinę, która świeciła w ciemności. Nazwały go Gullinbursti, co oznacza „złota szczecina”. W sumie logiczne.

Nazywam się Eldhár. Stworzył mnie Eikinskjaldi, syn Yngviego, syna Fjalara – powiedziałem. Te trzy imiona wziąłem z Eddy poetyckiej. Zresztą Tolkien znalazł wszystkie imiona dla swoich krasnoludów w tym samym źródle, tak zresztą jak i Gandalfa, więc czułem, że i ja mam prawo pożyczyć sobie kilka w potrzebie. Eldhár, imię, które nadałem sobie na poczekaniu, oznaczało po prostu „ogniowłosy”, bo uznałem, że skoro mam udawać twór krasnali, to to będzie pasowało do imion typu Gullinbursti. – Jestem w drodze do Walhalli, by z polecenia króla krasnoludów porozmawiać z Odynem Wszechojcem, Jednookim Wędrowcem, Siwym Twórcą Run, Dosiadającym Sleipnira, Ciskającym Gungnirem. Niosę wiadomość najwyższej wagi. Nornom grozi wielkie niebezpieczeństwo.

<Nornom!> Ratatosk tak się tym przejął, że aż zamarł na... pół sekundy. <Trzem znad Studni Urd?>

Tym właśnie. Czy pomożesz mi w mej wędrówce, co przyspieszy moje posłannictwo, by uratować Drzewo Świata?

Norny były odpowiedzialne za podlewanie drzewa wodą ze studni. W praktyce oznaczało to nieustającą walkę ze zgnilizną i starością.

<Natychmiast zabiorę cię do Asgardu!> oznajmił Ratatosk. Znów się zakręcił, ale tym razem skoczył do tyłu i zgrabnie wystawił w moją stronę tylną łapę, troskliwie odsuwając ogon, żeby mi nie wchodził w drogę. <Jesteś w stanie wspiąć się na mój grzbiet?>

 

Zabrało mi to znacznie więcej czasu, niżbym chciał, ale w końcu wdrapałem się na niego, splotłem się mocno z rudym futrem i powiedziałem, że jestem gotów na przejażdżkę.

<Ruszamy> stwierdził po prostu i pomknęliśmy w górę po pniu tak raptownie i dziwacznie, że chyba obiłem sobie trochę śledzionę.

Nie miałem jednak prawa narzekać. Ratatosk zupełnie przerósł moje oczekiwania. Nie tylko był olbrzymi i niesamowicie szybki, ale także łatwowierny i skłonny do pomagania nieznajomym. To znaczy, jeśli mówili akurat po staronordycku. Być może w ogóle nie będę go musiał zabijać.