Niech stanie się światłość

Tekst
Z serii: Filary Ziemi #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niech stanie się światłość
Niech stanie się światłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 99,90  79,92 
Niech stanie się światłość
Audio
Niech stanie się światłość
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
49,90  36,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4
Początek lipca 997

Lady Ragnhild, córka hrabiego Huberta z Cherbourga, siedziała między angielskim mnichem a francuskim księdzem. Zdaniem Ragny, jak ją nazywano, mnich był ciekawy, a ksiądz napuszony – lecz to właśnie księdza miała oczarować.

W zamku Cherbourg była pora południowego posiłku. Imponujący kamienny fort stał na szczycie wzgórza z widokiem na przystań. Ojciec Ragny był z niego niezwykle dumny, budowla była bowiem nowoczesna i niezwykła.

Hrabia Hubert był dumny z wielu rzeczy. Cenił sobie swe wojownicze wikińskie dziedzictwo, lecz bardziej cieszyło go to, jak wikingowie stali się Normanami i stworzyli własną odmianę francuskiej mowy. Przede wszystkim jednak cieszyło go to, że przyjęli chrześcijaństwo i odnowili kościoły i klasztory splądrowane przez ich przodków. W ciągu stu lat niegdysiejsi piraci stworzyli opartą na prawie cywilizację równą innym w Europie.

Długi stół na kozłach stał w wielkiej sali na piętrze zamku. Przykryto go białymi płóciennymi obrusami, których końce sięgały podłogi. Rodzice Ragny siedzieli u szczytu stołu. Jej matka miała na imię Ginnlaug, lecz by zadowolić męża, zmieniła je na brzmiące bardziej z francuska Genevieve.

Hrabia, hrabina i ważniejsi goście pili z kubków z drewna wiśniowego ze srebrną obwódką i jedli z misek z brązu, używając złoconych noży i łyżek, kosztownych, choć nie ekstrawaganckich.

Angielski mnich, brat Aldred, był niebywale przystojny. Przypominał Ragnie wykutą w marmurze starożytną rzymską statuę, jaką widziała w Rouen – nadgryzioną zębem czasu głowę mężczyzny z krótkimi kręconymi włosami i odłupanym czubkiem nosa, która niegdyś była częścią posągu jakiegoś boga.

Aldred przybył poprzedniego dnia po południu, przyciskając do piersi skrzynkę z księgami kupionymi w wielkim normańskim opactwie w Jumièges.

– Mają tam najlepsze skryptorium na świecie! – zachwycał się. – Zastępy mnichów kopiują i ozdabiają manuskrypty ku oświeceniu ludzkości. – Księgi i zawarta w nich wiedza najwyraźniej były wielką pasją Aldreda.

Ragna miała wrażenie, że owa pasja zajęła w jego życiu miejsce, które w innych okolicznościach należałoby do romantycznej miłości zakazanej przez jego wiarę. Był wobec niej czarujący, lecz kiedy patrzył na jej brata, Richarda, wysokiego czternastolatka o pełnych, dziewczęcych ustach, na twarzy mnicha malował się osobliwy głód.

Teraz Aldred czekał na pomyślny wiatr, żeby popłynąć przez kanał z powrotem do Anglii.

– Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do domu, do Shiring, i pokażę braciom, w jaki sposób mnisi z Jumièges iluminują swe księgi – rzekł. Posługiwał się mową Franków i od czasu do czasu wtrącał łacińskie lub anglosaskie słowa. Ragna znała łacinę i poznała trochę anglosaskiej mowy od angielskiej niańki, która poślubiła normańskiego żeglarza i zamieszkała w Cherbourgu. – Wśród kupionych przeze mnie ksiąg są dwie, o których nigdy dotąd nie słyszałem! – ciągnął mnich.

– Jesteście przeorem Shiring? – spytała Ragna. – Wydajecie się młodzi.

– Mam trzydzieści trzy lata i nie, nie jestem przeorem – odrzekł z uśmiechem. – Jestem bibliotekarzem, odpowiadam za skryptorium i bibliotekę.

– Czy tamtejsza biblioteka jest duża?

– Mamy osiem ksiąg, lecz gdy wrócę do domu, nasze zbiory powiększą się o kolejne osiem. W skryptorium jestem ja i brat Tatwine. On zdobi wielkie litery. Ja piszę, bo bardziej interesują mnie słowa niż kolory i zdobienia.

Ksiądz przerwał ich rozmowę, przypominając Ragnie, że jej obowiązkiem jest przede wszystkim zrobić dobre wrażenie.

– Powiedz mi, lady Ragnhild, czy umiesz czytać? – zapytał ojciec Louis.

– Oczywiście, że umiem czytać.

Zdumiony, uniósł brew. Odpowiedź wcale nie była taka oczywista, nie wszystkie bowiem szlachetnie urodzone kobiety potrafiły czytać.

Uświadomiwszy sobie, że właśnie powiedziała coś, co mogło świadczyć o jej wyniosłości, dodała nieco bardziej skromnie:

– Ojciec nauczył mnie czytać, kiedy byłam mała… nim urodził się mój brat.

Przed tygodniem, zaraz po przybyciu ojca Louisa, matka zaprowadziła Ragnę do komnat swoich i męża i rzekła:

– Jak myślisz, co on tu robi?

– Nie wiem. – Dziewczyna zmarszczyła czoło.

– To ważny człowiek, sekretarz hrabiego Reims i kanonik katedry. – Genevieve była posągowa, lecz mimo swej olśniewającej urody łatwo popadała w zakłopotanie.

– Co zatem sprowadza go do Cherbourga?

– Ty – odparła hrabina.

Ragna zaczynała rozumieć.

– Hrabia Reims ma syna, Guillaume’a – ciągnęła tymczasem jej matka – który jest w twoim wieku i nie ma żony. Hrabia szuka dla niego małżonki. Ojciec Louis przybył tu zobaczyć, czy się nadajesz.

Dziewczyna poczuła ukłucie złości. Takie postępowanie było normalne, mimo to czuła się jak krowa oceniana przez potencjalnego kupca. Opanowała oburzenie.

– Jaki jest ten Guillaume?

– To bratanek króla Roberta. – Dwudziestopięcioletni Robert II był królem Francji. Zdaniem Genevieve, koneksje z rodziną królewską były największą zaletą mężczyzny.

Ragna miała inne priorytety. Chciała wiedzieć, jaki jest ten młodzieniec niezależnie od pochodzenia.

– Coś jeszcze? – spytała tonem, który nawet jej samej wydał się nieco nazbyt łobuzerski.

– Nie bądź sarkastyczna – upomniała ją matka. – To zniechęca do ciebie mężczyzn.

Uwaga matki trafiła w czułą strunę. Ragna zraziła już do siebie kilku odpowiednich zalotników. Nie wiedzieć czemu, bali się jej. Fakt, że była wysoka – miała figurę matki – również jej nie pomagał, lecz tu chodziło o coś więcej.

– Guillaume nie jest chory, szalony ani zdeprawowany – dodała Genevieve.

– Brzmi jak marzenie każdej panny.

– Znowu zaczynasz.

– Wybacz, matko. Będę miła dla ojca Louisa, obiecuję. – Ragna miała dwadzieścia lat i nie mogła w nieskończoność być panną. Nie chciała skończyć w klasztorze.

Jej matka zaczynała się niecierpliwić.

– Marzysz o wielkiej miłości i namiętności, lecz te istnieją tylko w pieśniach – rzekła Genevieve. – W prawdziwym życiu my, kobiety, musimy przystać na to, co dostajemy.

Ragna wiedziała, że matka ma rację.

Prawdopodobnie poślubi Guillaume’a – pod warunkiem że nie jest odrażający – lecz chciała to zrobić na własnych warunkach. Pragnęła, by Louis ją zaaprobował, lecz chciała też, by zrozumiał, jaką będzie żoną. Nie zamierzała być wyłącznie ozdobą, czymś w rodzaju gobelinu, którym mógłby pochwalić się mąż, ani panią domu, której rola ograniczałaby się do organizowania uczt i zabawiania wytwornych gości. Pragnęła wspólnie z mężem zarządzać majątkiem. Bywało, że żony pełniły obowiązki mężów. Gdy możny ruszał na wojnę, musiał powierzyć komuś pieczę nad swymi włościami. Czasami zastępował go brat albo dorosły syn, ale znacznie częściej żona.

Teraz, jedząc okonia złowionego w morzu i pieczonego w cydrze, ojciec Louis próbował wybadać intelekt Ragny.

– A jakież to rzeczy czytasz, moja panno? – zapytał sceptycznie. Z jego tonu wynikało, że trudno mu uwierzyć, by młoda, urodziwa kobieta była w stanie pojąć literaturę.

Gdyby bardziej przypadł jej do gustu, łatwiej byłoby jej zrobić na nim wrażenie.

– Lubię wiersze, które opowiadają historie – odparła.

– Na przykład…? – Przypuszczał, że nie będzie potrafiła wymienić ani jednego, lecz się pomylił.

– Opowieść o świętej Eulalii jest bardzo wzruszająca – powiedziała. – Na końcu idzie do nieba pod postacią gołębicy.

– W rzeczy samej – odparł Louis głosem, który sugerował, że o świętych wie wszystko i Ragna niczym go nie zaskoczy.

– Jest jeszcze angielski poemat Lament żony. – Po tych słowach odwróciła się do Aldreda. – Znacie go?

– Tak, choć nie wiem, czy pierwotnie spisano go po angielsku. Poeci podróżują. Rok, dwa bawią na dworze możnych, a gdy ci znudzą się ich twórczością, ruszają dalej. Bywa też, że wyjeżdżają za namową bogatszego patrona. Kiedy tak podróżują z miejsca na miejsce, wielbiciele ich sztuki przekładają napisane przez nich dzieła na inne języki.

Ragna była zafascynowana. Lubiła Aldreda. Miał rozległą wiedzę i dzielił się nią, nie wywyższając się przy tym.

Świadoma swej misji, znowu spojrzała na Louisa.

– Nie uważacie, że to fascynujące, ojcze Louisie? Pochodzicie z Reims. To niedaleko ziem, na których mówi się po germańsku.

– Tak, pani – odparł. – Jesteś dobrze wykształcona.

Poczuła, że sprostała próbie. Zastanawiała się, czy ksiądz celowo zachowuje się protekcjonalnie, żeby ją sprowokować. Cieszyła się, że nie połknęła przynęty.

– Bardzo ksiądz miły – rzekła nieszczerze. – Mój brat ma nauczyciela, ja zaś mogę uczestniczyć w lekcjach dopóty, dopóki będę siedzieć cicho.

– Bardzo dobrze. Niewiele dziewcząt ma tak rozległą wiedzę. Ja jednak czytam głównie święte księgi.

– Naturalnie.

Ragna zyskała nieco aprobaty. Żona Guillaume’a musiała być światła i umieć wyrazić własne zdanie, a ona udowodniła, że sprawdzi się zarówno w jednym, jak i w drugim. Miała nadzieję, że dzięki temu zatrze niekorzystne pierwsze wrażenie.

Zbrojny zwany Bernem Olbrzymem, z rudą brodą i wielkim kałdunem, podszedł do stołu i szeptem powiedział coś do hrabiego.

Po krótkiej rozmowie hrabia wstał. Ojciec Ragny był niskim mężczyzną, który przy Bernie wydawał się jeszcze mniejszy. Mimo czterdziestu pięciu lat przypominał psotnego chłopca. Tył głowy miał ogolony na normańską modłę. Podszedł do córki.

– Muszę niespodziewanie udać się do Valognes – rzekł. – Planowałem dziś rozstrzygnąć spór w wiosce Saint-Martin, ale teraz nie mogę się tam udać. Zastąpisz mnie?

– Z przyjemnością – odparła Ragna.

– Pewien chłop pańszczyźniany o imieniu Gaston zbuntował się i nie chce płacić za dzierżawę.

– Nie martw się, zajmę się tym.

– Dziękuję – rzucił hrabia i wyszedł z sali.

 

– Ojciec cię kocha – zauważył Louis.

– Ja jego również. – Uśmiechnęła się.

– Często go zastępujesz?

– Wioska Saint-Martin jest mi wyjątkowo droga. Cały ten region jest częścią mojego posagu. Ale tak, często zastępuję ojca. Tam i nie tylko.

– Zwykle to żona zastępuje męża.

– To prawda.

– Lecz twój ojciec lubi robić rzeczy po swojemu. – Zatoczył ręką łuk, wskazując zamek. – Przykładem jest ta budowla.

Ragna nie wiedziała, czy ksiądz nie pochwala tego, czy po prostu jest zaintrygowany.

– Moja matka nie lubi zarządzać, mnie to jednak fascynuje.

– Czasami kobiety doskonale radzą sobie w tej materii – wtrącił Aldred. – Król Anglii Alfred miał córkę Ethelfled, która po jego śmierci władała rozległą Mercją. Fortyfikowała miasta i wygrywała bitwy.

Pomyślała, że oto ma okazję zaimponować Louisowi. Mogła zaprosić go, by zobaczył, jak radzi sobie ze zwykłymi ludźmi. Była to część jej obowiązków jako szlachetnie urodzonej panny i wiedziała, że jest w tym dobra.

– Może udacie się ze mną do Saint-Martin, ojcze?

– Z przyjemnością – odparł bez zastanowienia.

– Po drodze będziecie mogli opowiedzieć mi o rodzinie hrabiego Reims. Z tego, co wiem, ma syna w moim wieku.

– Nie inaczej, pani.

Teraz, kiedy zgodził się z nią jechać, Ragna uświadomiła sobie, że wcale nie cieszy jej perspektywa dnia spędzonego w towarzystwie Louisa, i odwróciła się do Aldreda.

– Dołączycie do nas? – spytała mnicha. – Wrócimy przed wieczornym przypływem, więc jeśli w ciągu dnia wiatr zmieni się na pomyślny, jeszcze dziś będziecie mogli wyruszyć.

– Będę zaszczycony.

Wszyscy wstali od stołu.

Dziewką służebną Ragny była Cat, czarnowłosa dziewczyna w jej wieku. Miała zadarty, ostro zakończony nos, którego nozdrza przywodziły na myśl czubki leżących obok siebie gęsich piór. Poza tym była urodziwa, pełna energii i miała figlarny błysk w oku.

Pomogła swojej pani zdjąć jedwabne trzewiczki i schowała je do kufra. Następnie wyjęła parę płóciennych rajtuzów, które miały chronić łydki Ragny podczas konnej jazdy, i skórzane buciki. Na końcu wręczyła jej pejcz.

Genevieve podeszła do córki.

– Bądź urocza dla ojca Louisa – poprosiła córkę. – I nie próbuj go przechytrzyć… mężczyźni tego nienawidzą.

– Tak, matko – odparła pokornie Ragna. Dobrze wiedziała, kiedy kobieta nie powinna się wymądrzać, lecz tak często łamała tę zasadę, że Genevieve miała prawo jej o tym przypominać.

Wyszła z wieży i ruszyła ku stajniom. Czterej zbrojni pod wodzą Berna Olbrzyma czekali, żeby ją eskortować: hrabia musiał im wcześniej wydać dyspozycje. Stajenni osiodłali już jej ulubionego konia, szarą klacz Astrid.

Brat Aldred, który przypinał skórzaną poduszkę do grzbietu swojego kuca, spojrzał z podziwem na jej nabijane mosiężnymi ćwiekami drewniane siodło.

– Wygląda imponująco, ale czy nie rani zwierzęcia?

– Nie – odparła stanowczo Ragna. – Drewno rozkłada obciążenie, podczas gdy miękkie siodło obciera koński grzbiet.

– Spójrz na to, Dyzma – zwrócił się do kuca mnich. – Chciałbyś coś tak wspaniałego?

Ragna zauważyła, że Dyzma ma na czole białą plamkę zbliżoną kształtem do krzyża, co czyniło go odpowiednim konikiem dla mnicha.

– Dyzma? – zapytał Louis.

– Tak miał na imię jeden ze złodziei ukrzyżowanych z Jezusem – wyjaśniła dziewczyna.

– Wiem – odparł ostro ksiądz. Na dźwięk jego głosu upomniała się w duchu, żeby się nie wymądrzać.

– Ten Dyzma również kradnie, zwłaszcza jedzenie – powiedział Aldred.

– Ha – parsknął Louis. Najwyraźniej był zdania, że imię to nie powinno być używane w żartobliwy sposób, ale nie powiedział nic więcej i odwrócił się, by osiodłać swojego wałacha.

Niebawem opuścili dziedziniec. Kiedy jechali w dół zbocza, Ragna przyjrzała się statkom cumującym na przystani. Dorastała w porcie i potrafiła rozpoznać różne rodzaje łodzi. Dziś były tam głównie łodzie rybackie i nadbrzeżne, jednak dostrzegła też angielski statek handlowy, zapewne ten, na którego pokładzie zamierzał odpłynąć Aldred, i charakterystyczne profile wikińskich łodzi wojennych cumujących z dala od brzegu.

Skręcili na południe i wkrótce zostawili za sobą chaty niewielkiego miasta. Po rozległej równinie hulał wiatr od morza. Ragna jechała znajomą ścieżką nieopodal pastwisk i sadów jabłoniowych.

– Teraz, kiedy poznaliście już nasz kraj, bracie Aldredzie, co o nim sądzicie? – zwróciła się do mnicha.

– Zauważyłem, że tutejsi panowie mają jedną żonę i nie biorą sobie konkubin. A przynajmniej się z tym nie obnoszą. W Anglii pomimo nauk Kościoła toleruje się konkubinat, a nawet wielożeństwo.

– Takie rzeczy można ukryć – odparła Ragna. – Normańscy panowie nie są święci.

– Z pewnością, lecz tutaj ludzie przynajmniej wiedzą, co jest grzechem, a co nie. No i nigdzie w Normandii nie widziałem niewolników.

– W Rouen jest targ niewolników, ale kupują tam tylko cudzoziemcy. U nas niewolnictwo zostało niemal całkowicie zakazane. Nasi księża je potępiają, głównie dlatego, że właściciele niewolnych dopuszczają się na nich cudzołóstwa i sodomii.

Louis wydał okrzyk zdumienia. Być może nie był przyzwyczajony do młodych kobiet opowiadających o takich rzeczach. Ragna uświadomiła sobie z ciężkim sercem, że popełniła kolejny błąd.

Tymczasem Aldred nie wyglądał na zszokowanego i kontynuował rozmowę:

– Z drugiej strony, wasi chłopi pańszczyźniani są jak niewolni, którzy potrzebują zgody swego pana, by wziąć ślub, zmienić rzemiosło czy przeprowadzić się do innej wsi. Natomiast angielscy chłopi są pod tym względem wolni.

Ragna przez chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Nie wiedziała, że system normański nie jest uniwersalny.

Dotarli do wioski Les Chênes. Trawa na łąkach była wysoka. Ragna przypuszczała, że za tydzień, dwa wieśniacy skoszą ją i wysuszą, by zimą mieć czym karmić zwierzęta.

Mężczyźni i kobiety pracujący w polu przerwali swe zajęcia i machali im na powitanie.

– Debora! – wołali. – Debora!

Ragna również do nich machała.

– Czy dobrze słyszałem? – odezwał się Louis. – Nazywają cię Debora?

– Tak. To przydomek.

– Skąd się wziął?

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Zobaczy ksiądz.

Tętent kopyt siedmiu koni sprawił, że ludzie wylegli z domostw. Ragna ujrzała wśród nich znajomą kobiecą twarz i ściągnęła wodze.

– Jesteś Ellen, piekarzowa, tak?

– Tak, panienko. Cieszę się, że widzę panienkę szczęśliwą i w dobrym zdrowiu.

– Co się stało z twoim synkiem, który spadł z drzewa?

– Zmarł, panienko.

– Przykro mi.

– Mówią, że nie powinnam po nim płakać, bo mam jeszcze trzech synów.

– Ci, którzy tak mówią, są głupcami – odparła Ragna. – Strata dziecka to dla matki straszna tragedia, bez względu na to, ile ich ma.

Po czerwonych od wiatru policzkach kobiety potoczyły się łzy i wyciągnęła rękę. Ragna uścisnęła ją delikatnie. Piekarzowa ucałowała jej dłoń i szepnęła:

– Panienka rozumie.

– Może trochę. Do widzenia, Ellen.

– Biedna kobieta – odezwał się Aldred, kiedy ruszyli w dalszą drogę.

– Jedno muszę ci przyznać, lady Ragno – wtrącił Louis. – Ta kobieta będzie wielbiła cię do końca swoich dni.

Ragna poczuła się lekko urażona. Duchowny najwyraźniej uważał, że okazała współczucie tylko po to, by zyskać sympatię prostych ludzi. Chciała go zapytać, czy jego zdaniem nikt nie odczuwa szczerego współczucia, lecz pomna swych obowiązków, ugryzła się w język.

– Wciąż jednak nie wiem, dlaczego mówią na ciebie Debora – powiedział ksiądz.

Uśmiechnęła się zagadkowo. Niech sam się domyśli, pomyślała.

– Zauważyłem, że wielu tutejszych mieszkańców ma równie cudowne rude włosy jak panienka – zauważył Aldred.

Ragna była dumna ze swoich płomiennorudych loków.

– To krew wikingów – wyjaśniła. – Niektórzy wciąż posługują się nordycką mową.

– Normanowie różnią się od reszty z nas zamieszkujących frankijskie ziemie – wtrącił się Louis.

Mógł to być komplement, choć Ragna raczej w to nie wierzyła.

Gdy godzinę później dotarli do Saint-Martin, zatrzymała się. W liściastym sadzie na obrzeżach zabudowań uwijali się mężczyźni i kobiety. Dostrzegła wśród nich Gerberta – starszego wioski. Zsiadła z konia i ruszyła przez pastwisko, żeby z nim porozmawiać. Towarzysze Ragny poszli za jej przykładem.

Gerbert skłonił się jej. Był osobliwie wyglądającym mężczyzną z haczykowatym nosem i zębami tak krzywymi, że nie był w stanie do końca zamknąć ust. Hrabia Hubert uczynił go starszym wioski, ponieważ Gerbert był bystry, jednak Ragna nie do końca mu ufała.

Ludzie przerwali swe zajęcia i zgromadzili się wokół nich.

– Co dziś robicie, Gerbercie?

– Zrywamy mniejsze jabłka, panienko, żeby pozostałe urosły większe i bardziej soczyste – odrzekł.

– Żebyście mogli zrobić dobry cydr.

– Cydr z Saint-Martin jest mocniejszy od innych. To zasługa Boga i dobrego gospodarzenia.

Połowa wiosek w Normandii szczyciła się produkcją najmocniejszego cydru, lecz Ragna nie powiedziała tego głośno.

– Co zrobicie z niedojrzałymi jabłkami?

– Nakarmimy nimi kozy, żeby ser z ich mleka był słodki.

– Kto jest najlepszym serowarem we wsi?

– Renée – odparł bez namysłu Gerbert. – Używa owczego mleka.

Słysząc to, niektórzy pokręcili głowami.

– A waszym zdaniem? – zwróciła się do nich Ragna.

– Torquil – odparło parę osób.

– Chodźcie więc ze mną, wszyscy. Skosztuję sera od obojga.

Wieśniacy podążyli za nią ochoczo. Z chęcią witali wszystko, co stanowiło odmianę od codziennej rutyny, i każda okazja był dobra, żeby oderwać się od pracy.

– Nie jechałaś taki szmat drogi, by kosztować sera, prawda? – zagadnął Ragnę Louis. – Czy nie przyjechałaś tutaj, żeby rozstrzygnąć spór?

– Tak. I zamierzam to zrobić. Cierpliwości, ojcze.

Louis burknął coś pod nosem.

Ragna nie wsiadła z powrotem na konia, lecz ruszyła do wsi piechotą, piaszczystą drogą między złocistymi łanami zbóż. W ten sposób po drodze mogła rozmawiać z ludźmi. Szczególną uwagę poświęcała kobietom, one bowiem opowiadały jej ploteczki, którymi mężczyźni nie zawracali sobie głowy. Tak właśnie dowiedziała się, że Renée jest żoną Gerberta, a jej brat, Bernard, ma stado owiec i prowadzi spór z Gastonem, który odmówił płacenia dzierżawy.

Zawsze starała się zapamiętać imiona. Dzięki temu ludzie czuli, że nie są jej obojętni. Gdy podczas rozmowy słyszała czyjeś imię, notowała je w pamięci.

Po drodze dołączali do nich kolejni mieszkańcy, a w wiosce czekało ich jeszcze więcej. Ragna wiedziała, że ludzie na polach komunikują się w jakiś mistyczny sposób: nie rozumiała tego, ale mężczyźni i kobiety pracujący milę dalej zawsze dowiadywali się o przybyciu gości.

We wsi stał uroczy, mały kamienny kościółek z równymi rzędami łukowatych okien. Wiedziała, że tamtejszy ksiądz, Odo, służy w tej i trzech innych wioskach, co niedziela odwiedzając inną. Dziś jednak był w Saint-Martin, zupełnie jakby do niego również dotarły wieści o jej przybyciu.

Aldred niezwłocznie poszedł porozmawiać z ojcem Odo. Louis nie; być może uznał, że rozmowa z wiejskim księdzem jest poniżej jego godności.

Ragna spróbowała sera Renée i Torquila i uznawszy, że oba są tak dobre, że nie potrafi wybrać zwycięzcy, ku uciesze wszystkich kupiła po kręgu jednego i drugiego.

Przechadzała się po wsi, zaglądała do każdej chaty i stodoły. Pilnowała, by zamienić słowo z każdym dorosłym i z dziećmi, a gdy miała pewność, że przekonała mieszkańców o swej dobrej woli, była gotowa rozsądzić spór.

Zwykle postępowała jak jej ojciec. Hrabia chętnie spotykał się z ludźmi i wiedział, jak sprawić, by go lubili. Kiedyś być może niektórzy z nich staną się jego wrogami – żaden władca nie jest w stanie dogodzić wszystkim – lecz niechętnie mu się sprzeciwią. Wiele nauczył córkę, a ona dowiedziała się jeszcze więcej, obserwując go.

Gerbert przyniósł krzesło i ustawił je przed zachodnią ścianą kościoła. Ragna usiadła, podczas gdy wszyscy inni stali wokół niej. Gerbert przedstawił Gastona, rosłego, silnego chłopa, który wyglądał na trzydzieści lat i miał gęstą czarną czuprynę. Jego twarz wyrażała oburzenie, lecz Ragna podejrzewała, że zwykle jest przyjazny.

– Gastonie – zwróciła się do niego – teraz możesz wyjaśnić mnie i swoim sąsiadom, dlaczego odmawiasz płacenia dzierżawy.

– Pani, staję przed tobą…

– Zaczekaj. – Uniosła dłoń. – Pamiętaj, że to nie dwór króla Franków. – Wieśniacy zachichotali. – Nie trzeba nam górnolotnych słów. – Gaston nieczęsto miał okazję przemawiać w ten sposób, lecz z pewnością by to uczynił, gdyby nie jej upomnienie. – Wyobraź sobie, że pijesz cydr z grupą przyjaciół, którzy proszą cię, byś opowiedział im, czemu się tak złościsz.

 

– Tak, panienko. Nie płacę dzierżawy, bo nie mogę.

– Bzdura – mruknął Gerbert.

Ragna spiorunowała go wzrokiem.

– Zaczekaj na swoją kolej – upomniała go ostro.

– Tak, panienko.

– Gastonie, ile wynosi twoja dzierżawa?

– Hoduję bydło, pani, i każdego roku w wigilię świętego Jana winienem darować twemu ojcu dwa roczniaki.

– Których, jak twierdzisz, nie masz?

– Właśnie że ma – wtrącił się znowu Gerbert.

– Gerbercie!

– Wybacz, panienko.

– Zagrabiono mi pastwisko. Całą trawę zżarły owce Bernarda. Musiałem karmić krowy samym sianem, więc przestały dawać mleko i straciłem dwa cielaki.

Ragna rozejrzała się dookoła, próbując przypomnieć sobie, który z mężczyzn to Bernard. Jej wzrok spoczął na niskim, chudym człowieczku z włosami jak słoma. Nie mając pewności, czy to on, podniosła wzrok i powiedziała:

– Wysłuchajmy Bernarda.

Okazało się, że miała rację. Chudy człowieczek zakasłał.

– Gaston jest mi winien cielaka – oświadczył.

Domyślała się, że chodzi o dawne zaszłości.

– Chwileczkę – rzuciła. – Czy to prawda, że twoje owce wyskubały pastwisko Gastona?

– Tak, ale on miał u mnie dług.

– Wrócimy do tego. Wypuściłeś swoje owce na jego pastwisko.

– Miałem powód.

– Ale przez to zdechły cielaki Gastona.

Głos zabrał starszy wioski.

– Tylko te, które urodziły się w tym roku. Wciąż ma dwa byczki z zeszłego roku. Dwa roczniaki, które może oddać hrabiemu.

– Jeśli je oddam, w przyszłym roku nie będę miał żadnych roczniaków – bronił się Gaston.

Ragna poczuła zawroty głowy, jak zawsze, gdy próbowała rozeznać się w chłopskich kłótniach.

– Milczcie wszyscy – uciszyła ich. – Na razie ustaliliśmy, że Bernard wypasał na pastwisku Gastona… o tym, czy słusznie, zdecydujemy później. I dlatego Gaston uważa, słusznie albo i nie, że jest zbyt biedny, by w tym roku zapłacić dzierżawę. A teraz, Gastonie, czy to prawda, że jesteś winien cielaka Bernardowi? Odpowiedz „tak” lub „nie”.

– Tak.

– Więc dlaczego mu go nie dałeś?

– Dam, pani. Po prostu teraz nie mogę.

– Spłaty nie można odkładać w nieskończoność – odezwał się z oburzeniem Gerbert.

Ragna słuchała cierpliwie wyjaśnień Gastona o tym, dlaczego zadłużył się u Bernarda i co sprawiło, że nie mógł spłacić długu. Po drodze wyszły na jaw inne, mniej istotne, rzeczy: wzajemne obrażanie siebie i swoich żon, dyskusje o tym, co i jakim tonem powiedziano. Ragna słuchała cierpliwie. Ci ludzie potrzebowali dać upust złości. W końcu jednak zabrała głos.

– Dość już usłyszałam – stwierdziła. – Oto moja decyzja. Po pierwsze, Gaston jest winien mojemu ojcu dwa roczne cielaki. Żadnych wymówek. Źle zrobił, że odmówił ich wydania. Nie zostanie ukarany za swój występek, ponieważ został sprowokowany. Ale dług musi spłacić.

Jej decyzja spotkała się z różnymi reakcjami. Niektórzy mruczeli z niezadowoleniem, inni kiwali głowami. Twarz Gastona przypominała maskę zranionej niewinności.

– Po drugie, Bernard jest odpowiedzialny za śmierć dwóch cielaków Gastona. Niezapłacony dług Gastona nie tłumaczy występku Bernarda. Tak więc Bernard jest mu winien dwa cielaki, ale Gaston już wcześniej był winien jednego cielaka Bernardowi, zatem musi oddać tylko jednego cielaka.

Teraz to Bernard wyglądał na zaskoczonego. Ragna była surowsza, niż się tego spodziewano. Nikt jednak nie protestował, jej decyzje były zgodne z prawem.

– Uważam też, że ten konflikt został niepotrzebnie zaogniony i winę za to ponosi Gerbert.

– Mogę zabrać głos, pani? – spytał oburzony starszy wioski.

– Nie – odparła Ragna. – Miałeś swoją szansę. Teraz moja kolej. Milcz.

Gerbert zamilkł.

– Gerbert jest starszym wioski – ciągnęła – i już dawno temu powinien był rozsądzić ten spór. Przypuszczam, że nie zrobił tego za namową swojej żony, Renée, która chciała, by opowiedział się po stronie jej brata, Bernarda.

Renée wyglądała na zmieszaną.

– Ponieważ wszystko to jest po części winą Gerberta, to on odda cielaka. Wiem, że go ma… widziałam na podwórzu. Zrzeknie się go na rzecz Bernarda, a ten odda go Gastonowi. Tak oto długi zostaną spłacone, a winni ukarani.

Od razu wiedziała, że mieszkańcom wioski spodobał się taki werdykt. Zadbała o to, by przestrzegano prawa, lecz zrobiła to w bardzo sprytny sposób. Zobaczyła, że ludzie patrzą na siebie i kiwają głowami. Niektórzy się uśmiechali, nikt jednak nie oponował.

– A teraz – wstała z krzesła – możecie mnie poczęstować kubkiem waszego słynnego cydru. Gaston i Bernard mogą napić się razem i zapomnieć o urazach.

Zrobiło się gwarno, wszyscy bowiem zaczęli rozmawiać o tym, co się wydarzyło. Ojciec Louis podszedł do Ragny.

– Debora była jedną z sędziów w Izraelu – powiedział. – Stąd twój przydomek.

– Otóż to.

– Była jedyną kobietą sędzią.

– Do tej pory tak.

– Dobrze się spisałaś. – Pokiwał głową.

W końcu zrobiłam na nim wrażenie, pomyślała Ragna.

Wypili cydr i opuścili wioskę. W drodze powrotnej do Cherbourga rozpytywała księdza o Guillaume’a.

– Jest wysoki – odparł.

To może okazać się pomocne, przyszło jej do głowy.

– Co go złości?

Spojrzenie Louisa zdradzało, że przejrzał przemyślność jej pytania.

– Niewiele – odrzekł. – Guillaume jest oazą spokoju. Może się zdenerwować, gdy służący okazuje bezmyślność: jeśli jedzenie jest niedobre, siodło luźno przypięte, a pościel w łożu pomięta.

Wygląda na kogoś przesadnie skrupulatnego, pomyślała Ragna.

– W Orleanie mówi się o nim wyłącznie w samych superlatywach – ciągnął ksiądz. Orlean był główną siedzibą francuskiego dworu. – Jego wuj, król, bardzo go lubi.

– Czy Guillaume jest ambitny?

– Nie bardziej niż każdy szlachetnie urodzony młodzieniec.

Była to ostrożna odpowiedź, więc Guillaume był albo przesadnie ambitny, albo wręcz przeciwnie.

– Co go interesuje? Polowania? Hodowla koni? Muzyka? – dopytywała się dalej.

– Miłuje piękne rzeczy. Kolekcjonuje dekorowane emalią brosze i bogato zdobione końcówki pasów. Ma dobry smak. Nie zadałaś mi jednak pytania, które spodziewałbym się usłyszeć od każdej młodej panny.

– Czyli?

– Czy jest przystojny.

– Ach… w tej materii sama muszę zdecydować.

Kiedy wjeżdżali do Cherbourga, zauważyła, że wiatr się zmienił.

– Wasz statek wypłynie wieczorem – zwróciła się do Aldreda. – Za godzinę zacznie się przypływ, ale lepiej będzie, jeśli zawczasu wejdziecie na pokład.

Wrócili do zamku, skąd Aldred zabrał swoją skrzynkę z księgami. Louis i Ragna towarzyszyli mu, kiedy prowadził Dyzmę na nabrzeże.

– Miło było panienkę poznać, lady Ragno – powiedział Aldred. – Gdybym wiedział, że istnieją takie kobiety jak panienka, być może nie zostałbym mnichem.

Była to pierwsza zalotna uwaga, jaką uczynił wobec niej, i wiedziała, że po prostu chciał być miły.

– Dziękuję za komplement – odparła. – Ale i tak zostalibyście mnichem.

Uśmiechnął się smutno, najwyraźniej rozumiejąc, co miała na myśli.

Pomyślała z żalem, że prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczy.

Wraz z przypływem do przystani zbliżał się statek. Wyglądał jak angielska łódź rybacka. Załoga zwinęła żagiel i statek dryfował w stronę brzegu.

Aldred i jego kuc weszli na pokład łodzi, której załoga odwiązywała cumy i podnosiła kamień kotwiczny. Tymczasem ludzie uwijający się na angielskim statku robili coś dokładnie odwrotnego.

Mnich pomachał do Ragny i Louisa i jego łódź powoli zaczęła odbijać od brzegu. W tym samym czasie ze statku zeszła na ląd niewielka grupa załogantów. Ragna przyglądała się im z ciekawością. Mieli długie wąsy, lecz nie nosili bród, co zdradzało, że są Anglikami.

Jej uwagę przykuł najwyższy z nich. Na oko czterdziestoletni, miał gęstą czuprynę jasnych włosów. Targaną wiatrem niebieską opończę przytrzymywała na szerokich ramionach wymyślna srebrna szpila. Jego pas miał bogato zdobioną srebrną klamrę, a rękojeść jego miecza była inkrustowana cennymi kamieniami. Ragna słyszała, że angielscy złotnicy nie mają sobie równych w całym chrześcijańskim świecie.

Mężczyzna szedł pewnym krokiem, podczas gdy jego towarzysze próbowali za nim nadążyć. Kierował się w stronę Ragny i Louisa, zapewne wnioskując z ich ubrań, że są ważnymi osobami.

– Witamy w Cherbourgu, Angliku – powitała go Ragna. – Co was tu sprowadza?

Mężczyzna ją zignorował i pokłonił się Louisowi.

– Dzień dobry, ojcze – przemówił kiepską francuszczyzną. – Przybyłem porozmawiać z hrabią Hubertem. Jestem Wilwulf, ealdorman Shiring.

*

Wilwulf nie był tak przystojny jak Aldred. Ealdorman miał duży nos i szczękę jak łopata, a jego dłonie i ramiona były oszpecone bliznami. Mimo to wszystkie pokojówki w zamku rumieniły się i chichotały, kiedy je mijał. Cudzoziemcy zawsze byli intrygujący, lecz urok Wilwulfa zasadzał się na czymś więcej. Miał coś wspólnego z jego wzrostem, swobodą, z jaką się poruszał, i jego przenikliwym wzrokiem. Przede wszystkim jednak miał w sobie pewność, która sprawiała, że zdawał się gotowy na wszystko. Patrząc na niego, dziewczyna czuła, że w każdej chwili może bez trudu wziąć ją na ręce i porwać.