Historia leśnych kochankówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Spis treści

Karta redakcyjna

Samotność mężczyzny

Ciemne drzewa

Krótka historia miłosna

Otwórz i zamknij drzwi

Pokój

Gdzie drzewa szumią do snu

Gałązki klonu

Nauczyciel muzyki

Wielbłąd

Duży i mały Loga

Żona cieśli

Czerwone kalosze

Pragnienie

Gałązka bzu

Za tych, co rządzą

Druciany lis

Wszystkiego najlepszego

Stań pod murem

Pustynia Gobi

Pamięć

Wyspa koników polnych

Ból

Zimna Elka

Śmierć na motorynce

Praska ulica

Za niebieskimi drzwiami

Dziewczyny na łyżworolkach

Chrystus był Żydem

Rozmowa o gwiazdach

Leśniczy Sobota

Cyganek

Pięć małych jeży

Pessarra

Historia leśnych kochanków

Żurawiny

Póki jasno, póki czas

Najpiękniejsza pora roku

Poziomki

Kosmiczne pytania

Śmierć kuny

Bułanek

Wielkogłowy

Zielona tasiemka

Litość

Co nam zostaje w oczach

Ojciec wraca na ziemię

Nota redakcyjna

Opieka redakcyjna: KRZYSZTOF LISOWSKI

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: BARBARA GÓRSKA, ETELKA KAMOCKI, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, LIDIA TIMOFIEJCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce: © Image Source/Corbis/Fotochannels

Skład i łamanie: Infomarket

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Kazimierz Orłoś

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2013

ISBN 978-83-08-05253-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Samotność mężczyzny

Kiedy chłopiec przyszedł, mężczyzna drzemał. Ręce trzymał na poręczach ławki, głowę przechylił na bok. Miał otwarte usta.

– Tato – powiedział chłopiec.

Mężczyzna zachrapał krótko. Mógł mieć czterdzieści lat. Chłopiec stał chwilę bez ruchu – patrzył na otwarte usta mężczyzny, na jego zarost, rozpięty kołnierzyk koszuli i kropelki potu na czole. Potem powiedział głośniej:

– Tato!

Mężczyzna otworzył oczy. Uśmiechnął się i wyprostował.

– Siadaj, Stasiu. – Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć chłopca. Chłopiec stał za daleko i mężczyzna opuścił rękę. – Siadaj, Stasiu – powtórzył. – Czekam i czekam, w końcu zasnąłem. Wiesz, jak to jest: człowiek nie dosypia. – Uśmiechnął się i zamilkł.

Chłopiec usiadł na brzegu ławki. Wyglądał na czternaście lat. Był w kusym granatowym ubranku. Rękawy marynarki były za krótkie. Z nogawek wystawały chude łydki. Od czasu do czasu szybkim ruchem odgarniał włosy opadające na czoło.

– Co tam u ciebie? – spytał mężczyzna. – Wszystko w porządku?

– W porządku, tato.

– Jak w szkole? Nauka idzie ci dobrze?

– Dobrze, tato.

– A w domu? Co robi mama?

– Pracuje – powiedział chłopiec. Schylił się, podniósł patyk i zaczął rysować na ścieżce.

Słońce przeświecało przez gałęzie kasztanu nad ławką. W miejscu, gdzie chłopiec kreślił patykiem, przesuwały się jasne plamy. Mężczyzna przyglądał się chłopcu.

– Matka nie mówiła nic o mnie? – zapytał po chwili.

Chłopiec przecząco pokręcił głową. Potem popatrzył na mężczyznę i uśmiechnął się.

– Opowiadała, jak tato upił się i pobił pana Dutkiewicza.

Mężczyzna zamilkł.

– Nic więcej nie mówiła? – spytał po chwili.

– Nic – powiedział chłopiec. Znów zaczął rysować patykiem na ścieżce.

– Wujek dla ciebie dobry?

– A dlaczego miałby być zły? – odpowiedział chłopiec, nie podnosząc głowy.

Mężczyzna patrzył na chude ramiona chłopca, na jego duże ręce i na włosy, które chłopak od czasu do czasu odgarniał szybkim ruchem na bok. Ścieżką przeszedł znajomy mężczyzny.

– Dzień dobry, panie Woźniak – powiedział.

Mężczyzna nie odezwał się. Chłopiec popatrzył za znajomym.

– Tato, ten pan mówił dzień dobry.

Mężczyzna sięgnął po teczkę schowaną pod ławką. Była to stara ceratowa teczka z metalowymi zamkami. Wyjął z niej słoik owinięty w gazetę.

– Masz. Napij się kompotu.

– Dziękuję, tato – powiedział chłopiec. – Nie chce mi się pić.

– Pij. Babka specjalnie dla ciebie gotowała. Tu są pierożki z jagodami – postawił na ławce drugi słoik. – A tu śmietankowe babki z kremem – odwinął papier. – Wszystko co lubisz.

– Dziękuję, tato – powtórzył chłopiec. Wziął jedną ze śmietankowych babek i zaczął jeść. Okruchy spadały na ścieżkę.

Mężczyzna przyglądał się, jak chłopiec je.

– Opowiedz coś – poprosił. – Nie chcesz nic powiedzieć?

– O czym mam mówić? – Chłopiec odgarnął włosy z czoła.

– O wszystkim. Mów, o czym chcesz.

– Wszystko jest w porządku – powiedział chłopiec z przekonaniem.

Ścieżką przeszła młoda kobieta z wózkiem, potem mężczyzna z psem. Chłopak patrzył na kobietę, potem przyglądał się psu.

– U mnie też wszystko w porządku – odezwał się mężczyzna po chwili. – Gdyby matka o to pytała, to tak powiedz. Zarabiam nieźle, babka prowadzi dom. Co więcej trzeba, tak?

– Tak – zgodził się chłopiec. – To jest najważniejsze.

Jakiś czas nie mówili nic. Potem chłopiec wstał.

– Muszę już iść, tato.

– Czekaj – powiedział mężczyzna. – Wypij choć trochę kompotu.

– Nie chce mi się pić.

 

– Pierożki też ci nie smakują? Spróbuj, tu jest łyżka.

– Dziękuję. Niedawno jadłem śniadanie.

Mężczyzna patrzył na chłopca. Na jego czoło z opadającymi kosmykami włosów, wąskie ramiona w przykusej marynarce, duże ręce.

– Zostań jeszcze chwilę – poprosił.

– Nie mogę. Matka mówiła, żebym był o czternastej.

– Zdążysz – powiedział mężczyzna. – Jeszcze pięć minut możesz zostać.

– Nie mogę – powtórzył chłopiec. Chciał odejść.

Mężczyzna powiedział prędko: – Za dwa tygodnie zobaczymy się w tym samym miejscu. Pamiętaj. Gdyby deszcz padał, będę czekał na dworcu.

– Dobrze. Będę pamiętał.

– Masz tu na drobne wydatki. – Mężczyzna wyjął z kieszeni zwinięte sto złotych.

– Dziękuję, tato. – Chłopiec schował banknot. – To do widzenia.

– Do widzenia, Stasieńku – powiedział mężczyzna.

Chłopiec odszedł. Mężczyzna patrzył za nim, póki chłopak nie skręcił w boczną ścieżkę. Potem owinął słoiki w gazetę i schował do teczki.

Zatrzasnął metalowe zamki. Pod ławką, w miejscu gdzie siedział chłopiec, zostało trochę okruchów po śmietankowej babce i kilka kresek narysowanych patykiem.

1966

Ciemne drzewa

Szli drogą, nad rzeką, którą przesłaniały drzewa. Było południe – chłopiec rozpiął guziki koszuli na piersiach i podwinął rękawy. Szedł pochylony, dźwigając wypłowiały plecak z grubego płótna. Mógł mieć piętnaście lat. Mężczyzna szedł kilka kroków za nim. Od czasu do czasu ścierał pot z karku i z czoła zmiętą chustką. Był w czarnym garniturze i w koszuli z krawatem. Niósł niedużą ceratową walizkę. Granatowy kapelusz zsunął na tył głowy. Miał opaloną twarz i siwe włosy na skroniach. Obaj mieli zakurzone buty.

– Daleko jeszcze? – zapytał chłopiec, nie odwracając się.

– Możemy odpocząć – powiedział mężczyzna. – Jeszcze będzie z pięć kilometrów.

– Mam już dość! – zdenerwował się chłopiec. – Dwa dni jechać pociągiem, nie spać, mało jeść, a potem jeszcze iść piechotą pięćdziesiąt kilometrów. To za dużo jak dla mnie!

– Nie pięćdziesiąt, najwyżej dwadzieścia.

– Wystarczy po dwóch nocach.

Naokoło, w trawach, grały świerszcze – słyszeli niemilknące głosy jak muzykę. Za drzewami płynęła rzeka i czuli od czasu do czasu chłodny powiew. Na drodze kamienie obrastały trawą. Nie było nikogo.

Doszli do strumienia przecinającego ścieżkę. Stary drewniany mostek zapadł się – woda wyżłobiła koryto między spróchniałymi deskami. Chłopiec rzucił plecak na ziemię. Usiadł nad wodą i zaczął rozsznurowywać buty.

– Zaziębisz się, synu – powiedział mężczyzna. – Woda tu zimna.

Chłopiec zdjął buty i zanurzył bose nogi w wodzie.

– Przyjemnie – westchnął. Położył się na wznak, mrużąc oczy przed słońcem.

Mężczyzna siedział na starej belce leżącej na brzegu. Ceratową walizkę postawił obok. Zapalił. Papieros wydawał się mały jak słomka w jego dużych rękach.

– Najdalej za godzinę powinniśmy tam być – powiedział. – Zjemy coś i napijemy się na miejscu.

– Mówisz tak, jakby ktoś tam na nas czekał – zaśmiał się chłopiec. – A może naprawdę ktoś tam mieszka?

– Na pewno nie. Nikt tu nie chce wracać. Za dużo krwi wsiąkło w ziemię.

– Mówisz jak z książki – oświadczył chłopiec i ziewnął.

Mężczyzna nie odpowiedział. Słuchali niemilknącego chóru świerszczy.

– Przynajmniej dobrze, że nie ma deszczu – odezwał się po chwili chłopiec. – Nie wyobrażam sobie, jak byśmy szli, gdyby padał deszcz.

Mężczyzna wstał. Odrzucił niedopałek, poprawił kapelusz i podniósł ceratową walizkę.

– Chodźmy! Nie warto tracić czasu.

– Idź – powiedział chłopiec. – Jeszcze chwilę mam ochotę poleżeć.

Mężczyzna przeszedł po zwalonych deskach starego mostu. Odszedł pustą drogą między łąką a rzędem drzew, za którymi płynęła rzeka.

Chłopiec dogonił go w miejscu, gdzie zaczynał się las. Minęli ruiny jakiegoś domu, porośnięte chwastami, i stary cmentarz. Rosły tu siwe jodły i tuje. W ich cieniu, w kępach chwastów, widać było pochylone kamienne i żelazne krzyże. Chłopiec zrównał się z mężczyzną, który szeptał coś, jakby powtarzał wyuczoną lekcję.

– Mówisz do siebie?

– Modliłem się – odpowiedział mężczyzna po chwili. – Za wieczny odpoczynek tych, którzy tu leżą.

– I po co my tam idziemy? Nie zobaczę meczu. W sobotę miała być zabawa. Jeszcze Franek Słomkiewicz mówił, żebym z nim szedł.

Wspinali się wolno kamienistą drogą na wysoki brzeg. W dole rzeka błyszczała w słońcu. Mężczyzna odezwał się, kiedy byli blisko szczytu:

– Mówiłem ci już dlaczego. Chcę, żebyś to miejsce choć raz zobaczył. Nim umrę – dodał. Starł z czoła pot.

– Myślisz o śmierci?

– Jak każdy. To ludzka rzecz.

– Ja tam nie myślę – powiedział chłopiec i kopnął kamień.

Zatrzymali się na wysokim brzegu. Za plecami mieli las, w dole srebrzysty łuk rzeki płynącej po kamienistym dnie. Stali, patrząc na rzekę.

– Tu były najlepsze pstrągi – odezwał się mężczyzna. – Takie jak ręka.

– U nas, na zachodzie – powiedział chłopiec – są takie szczupaki i karpie.

– Najlepsza ryba to pstrąg. Łowiliśmy je pod kamieniami. Kiedy byłem taki jak ty i młodszy jeszcze, przychodziliśmy tutaj łowić.

– Ja tam uznaję tylko szczupaki. Wiesz, jakie ciągnęliśmy u nas. Jak dwie twoje ręce.

– Najlepszy jest pstrąg – powtórzył mężczyzna. – Nie ma lepszej ryby.

Ruszyli dalej. Droga wznosiła się i opadała. Minęli ruiny kapliczki z okrągłą kopułą z zardzewiałej blachy. Na szczycie był mały, trójramienny krzyżyk, nieco przekrzywiony i zardzewiały tak samo.

– Nie zaglądaj tam – powiedział mężczyzna. – Mogą być węże.

– Co tam węże! Mało to żmij nałapaliśmy z Frankiem Słomkiewiczem?

– Będzie dwadzieścia lat – powiedział mężczyzna, kiedy ruszyli dalej – jak stąd wyjechałem. A jednak pamiętam i ten zakręt rzeki, i tę kapliczkę, i cmentarz. Tędy do nas się szło. Tu, niedaleko, spotykałem się z matką, kiedy była młoda.

– Żal ci? – spytał chłopiec.

– Tak już jest w życiu, synu – powiedział mężczyzna. – Nie poradzisz nic.

Szli w cieniu drzew, rzeka płynęła znów blisko, widzieli srebrny odblask słońca tuż obok, za drzewami. Wyszli na dużą polanę – las skończył się, dalej od brzegu rosło dużo zdziczałych owocowych drzew. Poczuli zapach kwiatów, kiedy powiał wiatr.

Ruszyli w tamtą stronę. Rzeka została z tyłu, jej szum przycichł. Chłopiec rozglądał się, idąc. Po obu stronach rzeki wznosiły się wzgórza porośnięte lasem, tylko ta polana jakby odepchnęła zbocze góry dalej od wody.

Mężczyzna wszedł w cień owocowych drzew. Stanął obok kępy kwiatów przypominających młode słoneczniki. Chwiały się lekko na długich łodygach, poruszane wiatrem.

– To chyba tu – powiedział cicho. Stał bez ruchu, odwrócony do chłopca plecami, w kapeluszu zsuniętym na tył głowy, ściskając uchwyt ceratowej walizki.

Chłopiec rzucił plecak pod pień zdziczałej gruszy i usiadł na nim. Na ziemi, w trawie, leżało dużo zielonych, niedojrzałych ulęgałek. Skosztował jedną i szybko wypluł. Miała cierpki, prawie gorzki smak.

– Zmęczyłem się – powiedział. – Chce mi się pić. Nawet herbaty już nie ma.

Mężczyzna zbliżył twarz do kwiatów na wysokich łodygach. Chłopiec zaśmiał się głośno.

– Wąchasz kwiaty?

Ojciec nie odpowiedział. Odszedł od kępy kwiatów i chwilę chodził między drzewami zdziczałego sadu. Oparł się o pień rozłożystej jabłoni. Chłopiec obserwował go. Odczekał chwilę.

– Tato! – zawołał.

Mężczyzna odwrócił się szybko. Wrócił pod pień gruszy, gdzie siedział chłopiec. Usiadł na kamieniu naprzeciw.

– Tu urodziłem się – powiedział. – Te kwiaty sadziła matka.

Odstawił ceratową walizkę i zdjął kapelusz. Czoło miał pokryte kroplami potu.

– Ładne miejsce – zgodził się chłopiec. – Tylko trochę za daleko od ludzi.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Synu, tu było dwieście numerów. Wszyscy musieli wyjechać. Mówiłem ci już: ta ziemia przesiąkła krwią.

Chłopiec znów ziewnął. Chwilę siedzieli w milczeniu. Słychać było stłumiony szum rzeki na drugim końcu polany. Powiał wiatr i pochylił nisko łodygi wysokich kwiatów. Nad lasem zataczał koła wielki ptak. Mężczyzna trzymał ręce opuszczone. Strużki potu z czoła ściekały po jego skroniach.

– Pamiętam, jak wieczorem śpiewali – odezwał się. – Dziś tak pięknie ludzie nie umieją śpiewać.

Chłopiec wstał i klęknął obok plecaka. Wyjął bochenek chleba, nóż, masło owinięte w kawałek białego płótna. Układał wszystko na trawie.

Mężczyzna podniósł się z wysiłkiem. Podszedł do sterty szarych kamieni porośniętych chwastami. Odwrócił się ucieszony do chłopca.

– Tu była piwnica! Poznaję! Zawsze stąd nosiłem matce ziemniaki i kapustę zimą.

– A dom? – zapytał chłopiec, nie odwracając się. – Gdzie stał dom?

Mężczyzna spochmurniał. Rozejrzał się dokoła.

– Był drewniany – powiedział. – Kiedy spalił się, nie zostało śladu.

– Powinny choć fundamenty zostać – upierał się chłopiec.

Mężczyzna odszedł kilka kroków od sterty kamieni. Szedł schylony, zatrzymał się niedaleko rozłożystej jabłoni.

– Chyba tu. – Zrobił ruch ręką.

– Na którą stronę wychodziły okna?

– Stał frontem do rzeki. W zimie, kiedy na drzewach nie było liści, widzieliśmy brzeg.

– Chodź, tato – powiedział chłopiec. – Trzeba coś zjeść.

Mężczyzna wrócił wolno i usiadł na tym samym kamieniu. Podparł głowę rękami. Chłopiec zabrał się do rozpalania ogniska. Przyniósł dwa kamienie. Ułożył przy nich stos z patyków, pod spód nawtykał suchej trawy. Z plecaka wyjął nieduży garnek.

– Idę po wodę – powiedział.

Mężczyzna siedział bez ruchu.

– Idę po wodę – powtórzył chłopiec, ale mężczyzna i tym razem nie powiedział nic.

Wielki ptak zataczał koła nad lasem, łodygi wysokich kwiatów chwiały się na wietrze. Kiedy chłopiec wrócił, ostrożnie niosąc garnek z wodą, mężczyzna siedział, jak przedtem, z głową wspartą na dużych dłoniach.

Zjedli i siedzieli potem w tym samym miejscu – chłopiec pod pniem gruszy, mężczyzna na kamieniu. Patrzyli na niebo, milczeli. Kiedy słońce schowało się za zbocze góry, mężczyzna sięgnął po ceratową walizkę. Otworzył i wyjął butelkę owiniętą w gazetę. Ostrożnie odwinął papier. Była to napoczęta półlitrówka. Odbił korek i podniósł butelkę do ust. Wypił do połowy, skrzywił się i otarł usta dłonią. Podał butelkę chłopcu.

– Czemu mi dajesz? – zdziwił się chłopiec. – Matka byłaby zła.

– Wolę, żebyś ode mnie dostał. Nie od chłopaków pod płotem.

Chłopiec wypił duży łyk i zakrztusił się. Szybko odstawił butelkę. Sięgnął po chleb. Ukroił grubą kromkę.

– Dobrze – pochwalił mężczyzna. – Zagryzaj chlebem.

Chłopiec znów podniósł butelkę do ust. Pił teraz małymi łykami. Twarz mu poczerwieniała.

– Myślisz, że nigdy nie piłem? – spytał.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Dzieciaku – powiedział.

Pokiwał głową.

Kiedy ściemniło się i na czystym niebie zapaliły się pierwsze gwiazdy, chłopiec wyjął z plecaka dwa szare koce. Podał jeden ojcu, drugi rozłożył pod pniem gruszy.

– Będziemy spać, co, tato?

– Tak jest – zgodził się mężczyzna. – Jutro skoro świt trzeba wstać.

– I znowu dwa dni mordęgi – westchnął chłopiec. – Warto to było jechać taki kawał, iść, spać tu na ziemi i wracać?

Mężczyzna nie odpowiedział. Wstał i odszedł na chwilę. Chłopiec ułożył się na kocu – owinął nogi, pod głowę wsunął sweter. Patrzył w ciemność, w to miejsce, gdzie znikł mężczyzna. Usłyszał jego kroki. Nad nimi, na tle gwiazd, przelatywały nietoperze. Słyszeli szum w gałęziach starej gruszy. Mężczyzna także położył się na kocu. Chwilę leżeli, nie mówiąc nic.

– Tato, czy to prawda, co mówią o kobietach i mężczyznach? – zapytał chłopiec.

– Co?

– Że jest tak, jak mówią. I że z tego biorą się dzieci.

– Prawda.

Chłopak zaśmiał się cicho.

– Nie śmiej się. Tak i ty zostałeś poczęty.

Zamilkli. Chłopiec patrzył na gwiazdy.

– Ile gwiazd – powiedział. – Myślisz, że jest Bóg?

– Matka mówi, że jest.

– Bo jej ksiądz mówił. Ale ty powiedz od siebie.

Mężczyzna milczał.

– Śpisz? – zapytał chłopiec po chwili.

– Nie.

– O czym myślisz?

– O tym, jak tu śpiewali. Gdybym potrafił śpiewać, zaśpiewałbym ci te piosenki.

 

– Jeszcze kręci mi się w głowie – poskarżył się chłopiec. – Wydaje mi się, że niebo spada na nas.

– Przejdzie. Śpij.

– Za dużo dałeś mi wypić.

– Śpij.

– Te drzewa naokoło takie ciemne. Nic nam tu nie grozi?

– A co by nam miało grozić? Tu był nasz dom.

Mężczyzna usłyszał znowu cichy śmiech chłopca, a potem jego głos:

– To będę spał, tato.

– Śpij, synu – powiedział.

Chłopiec zamknął oczy. Czuł jeszcze zawroty głowy – wydawało mu się, że ziemia pod nim kołysze się jak łódka. Kilka razy odbiło mu się nieprzyjemnie. Leżał bez ruchu, zaciskając powieki.

Słyszeli tylko głosy świerszczy w trawach i szum wiatru w gałęziach gruszy, jakby tam, nad nimi, płynęła rzeka.

1968

Krótka historia miłosna

Kapral Rzeźnicki z jednostki, która budowała drogę niedaleko wsi, często tu zachodził i przesiadywał przy stoliku pod oknem z pelargoniami albo stał oparty o krawędź bufetu, sącząc piwo i gapiąc się na Jadźkę, która obsługiwała gości. Z początku nie wiedzieliśmy, dlaczego tak często zachodzi – inni żołnierze z jednostki nie mieli tyle czasu co on i rzadziej przychodzili – dopiero później stało się jasne dla wszystkich, że myśli o Jadźce.

Na Jadźkę to wielu z nas miało ochotę i – jak mówili – niejednemu się śniła: duża, dorodna dziewczyna, jak grusza na polu. Jej włosy były ciemne, oczy piwne, a piersi ciasno opinał stanik chyba największego rozmiaru. Miała dziecko – pięcioletnią dziewczynkę, Małgosię. Kto był ojcem tego dziecka, nie wiedział nikt, bo Jadźka przyjechała tu z centralnej Polski, będzie już ze dwa lata, i od razu Dusza przyjął ją do pracy w bufecie. Mówili, że z początku sam do Jadźki przystawiał się i że kilka razy żona robiła mu o to awantury kończące się biciem i tłuczeniem talerzy. Dopiero kiedy zagroziła, że wyrzuci dziewczynę z domu, Dusza uspokoił się i przestał o Jadźce myśleć. Ale inni, których żony tu nie zaglądały, nie przestali i każdy był z nią poufały, może aż zanadto – uczciwej kobiety, mężatki czy choćby panny, ale bez dziecka, żaden by tak nie traktował. Byli tacy, co nie dawali jej żyć: tylko po to do gospody Duszy przychodzili, żeby pogapić się na Jadźkę, dogadać, a kiedy stawała przy stoliku, niejeden chwytał za gładkie białe kolano albo usiłował wsunąć rękę wyżej, pod spódnicę dziewczyny. Jadźka śmiała się, opędzała od nich jak od os, biła po natrętnych rękach, usuwała szybko przed ramieniem, kiedy któryś chciał ją objąć. Śmiała się głośno z komplementów, jakie jej prawili.

Ale nie była szczęśliwa, bo jak szczęśliwa być mogła – z dzieckiem, sama, bez męża, pod obcym dachem, żyjąc za te parę groszy, które Dusza jej płacił, od rana do nocy za bufetem, w dusznej sali, gdzie tylko dzwoniły kufle i słychać było pijacki bełkot nad stołami. W oparach dymu, piwa i wódki, której u nas nie żałował sobie nikt. Mówili, że czeka na męża, na kogoś, kto by ją stąd wywiózł, zabrał – żona Duszy tak opowiadała. Później, po tych pierwszych awanturach, kiedy uspokoiło się, zaprzyjaźniła się nawet z Jadźką, polubiła i często z dziewczyną rozmawiała. Swoją drogą, mówiła, przydałby się jej uczciwy chłopak albo mężczyzna, z dobrym zawodem – nie za bogaty i nie za biedny, jak z miasta, to przynajmniej z własnym mieszkaniem, a jeśli byłby ze wsi, to z własnym kawałkiem pola.

Ale przez te dwa lata nie pojawił się nikt taki, żaden kandydat, i tylko codziennie Jadźka podsuwała kufle ludziom od nas, młodym i starym, mniej i bardziej podpitym, którzy zagadywali do niej, usiłowali obejmować, robili dwuznaczne propozycje i gapili się na nią łakomie jak głodne psy.

Kiedy kapral Rzeźnicki zaczął przychodzić, Jadźka zmieniła się, jakby na niego tylko czekała. Odmłodniała, staranniej zaczęła czesać włosy i codziennie wkładała czystą bluzkę. Każdemu z nas ta zmiana rzucała się w oczy – śmieliśmy się z niej i dogadywali jeszcze bardziej. Dopiero kiedy kapral Rzeźnicki zjawiał się, każdy milkł i niby obojętnie patrzył, jak oni rozmawiają przy bufecie i jak czasem Jadźka wybucha krótkim, głośnym śmiechem.

Nie można powiedzieć, ten kapral był do rzeczy – takiego chłopaka rzadko której udaje się przygadać. Wysoki, szeroki w plecach i wąski w biodrach. Cerę miał tylko bladą – skóra na słońcu nie brązowiała, tylko czerwieniała, a brwi i włosy miał białe jak z jasnego piasku. Kiedy zdejmował czapkę z dwoma belkami na granatowym otoku, widać było biały pas skóry tuż przy włosach. Niżej twarz była czerwona, tylko brwi i rzęsy odcinały się wyraźnie.

O czym mówili – nie wiedział nikt. Czasem tylko widzieli, jak kapral bierze Jadźkę za rękę. Ona z początku odsuwała się, czerwieniała, ale po chwili zapominała o tym – jej mała dłoń ginęła w potężnej ręce kaprala Rzeźnickiego i stali tak trochę zawstydzeni, milcząc, tylko z tyłu, za nimi, podzwaniały kufle na stołach, pijani bełkotali, zwieszając nisko głowy, i całą salę wypełniał powszedni śmiech i gwar.

Tego dnia zobaczyliśmy, że kapral czegoś od Jadźki chce, o coś prosi – nawet czapki nie zdjął, stał przy bufecie schylony, szeptał jej do ucha, głaskał po rękach, ten i ów widział, jak ukradkiem całował w policzek. Jadźka dwa razy odwracała się i odsuwała od kolan dziecko – ta Małgosia czasem z dworu, przez kuchnię, wpadała i chwytała matkę za kolana. Kapral wtedy posępniał, odwracał się i patrzył na nas, mrugając jasnymi jak piach rzęsami, a my wszyscy udawaliśmy, że ta sprawa nie interesuje nikogo. W końcu, po godzinie, gdzieś tak o dwunastej w południe, wyszli oboje z gospody i trzymając się za ręce, poszli w stronę lasu. Wychodząc, Jadźka powiedziała do Duszy:

– Szefie, będę za pół godziny.

Tylko tyle – nic więcej. Zamurowało nas. Zaniemówiliśmy. Dusza siedział chwilę odwrócony do drzwi, z na wpół otwartymi ustami, jakby zobaczył zjawę czy usłyszał głos z zaświatów. Popatrzyliśmy jeden na drugiego.

– Dopiął swego – powiedział któryś. – Ma, co chciał.

Ktoś się zaśmiał.

– Chciałbyś teraz być w jego skórze, co?

Dusza tylko wymamrotał:

– Co za wstyd, co za wstyd!

A oni poszli drogą, trzymając się za ręce. Za wsią skręcili na ścieżkę przez pola w stronę świerkowego lasu. Nie było słońca, zaczął mżyć deszcz i na włosach Jadźki zabłysły drobne krople. Nie mówili nic, kapral tylko ściskał rękę Jadźki coraz mocniej, a potem, blisko lasu, objął dziewczynę wpół i tak znikli między drzewami. Chwilę szli wśród małych choin, strząsając krople z igieł. Jadźka była tylko w białej bluzce – czuła te krople na plecach, bluzka zaczęła przemakać, czuła także, jak ostre trawy kłują w łydki. Przez cały czas nie mówili nic. Stanęli na małej polanie, między niskimi świerkami, na wilgotnym mchu. Nie było tu żadnych ścieżek – pusta, mała polana, mokry mech, kępy kłujących traw, krople oblepiające każde źdźbło.

– Tutaj – powiedział kapral Rzeźnicki. Klęknął na mchu i objął dziewczynę wpół. Czapka mu spadła z głowy.

Jadźka stała zamyślona, gładząc kaprala po białych włosach.

– Chodź, kochana, chodź – mówił. – Nikt tu nie przyjdzie.

– Czekaj. Mieliśmy rozmawiać.

– Później porozmawiamy. Później.

Dziewczyna nie chciała ustąpić. Kapral ciągnął ją za ręce coraz silniej. Chciał, żeby usiadła na mchu. Pociły mu się dłonie.

– Kochasz mnie? – spytała.

Nie odpowiedział. Szarpnął mocno – wykręcił rękę, aż syknęła z bólu. Upadła na mech.

– Puść! – krzyknęła, ale on już przygniótł ją, przyparł do ziemi. Wolną ręką uderzyła go w twarz – z całej siły, na odlew, pięścią. Nie ustąpił, zlizał trochę krwi z rozbitej wargi. Słychać było tylko ich oddechy, z gałązek świerków bezgłośnie skapywały zimne krople. Palce kaprala Rzeźnickiego pachniały tytoniem.

– Jadziu, Jadziu – szeptał. Ochrypł i głos mu się łamał.

Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą czerwoną twarz, kołnierz munduru, białe brwi i włosy. Wyżej chwiały się gałęzie świerku całe w kroplach, jak przystrojone na święta. Szare niebo. Wtedy uniosła dłoń i pogładziła szorstki policzek mężczyzny. Potem zarzuciła ręce na jego szyję i zacisnęła powieki. To było tak, jakby zaczęła spadać z wysoka, z krawędzi grani, gdzieś w górach, na twardy kamienny próg.

Kiedy otworzyła oczy, wydało jej się, że jest jaśniej – niebo nie jest takie szare, zieleń świerków świeża i krople na gałęziach błyszczą jak w słońcu. Kapral osunął się na mokry mech. Grubymi palcami zapinał spodnie. Leżeli chwilę bez ruchu. Potem Jadźka uniosła się na łokciu i pocałowała Rzeźnickiego w policzek.

– Kochany – szepnęła. – Mój.

Nie odpowiedział. Oczy miał zamknięte. Białe rzęsy zakrywały je, jakby miał na oczach piach.

– Powiedz coś – szepnęła po chwili. – Kochasz mnie teraz więcej? Kiedy stąd wyjedziemy? Czy twoja matka tak samo mnie pokocha?

Nie odpowiedział. Pochyliła się nad nim i znów pocałowała. Potrząsnęła za ramię:

– Słuchaj! Popatrz na mnie.

Nie otworzył oczu. Oddychał równo, jakby spał.

Kiedy wróciła i chwilę stała w niedomkniętych drzwiach, wszyscy popatrzyliśmy na nią. Kaprala Rzeźnickiego nie było – musieli pożegnać się przed progiem. Weszła do izby z podniesioną głową, nie patrząc na nikogo, jakby nikogo nie było i niczego nie potrzebowała się wstydzić. A jeszcze źdźbła trawy miała we włosach, a na białej bluzce, z tyłu, odciśnięty był ślad wilgotnego mchu. Przez mokry materiał przeświecał różowy stanik. Chwilę było cicho, a potem jeden przez drugiego zaczęliśmy dogadywać jej i śmiać się, jakby wszyscy tylko na tę chwilę czekali.

– Dobrze było, co? Jak się starałaś, Jadziu?

– A on z życiem chłopak czy bez?

– Oj, nagnietliście tam mchu, nagnietli!

– Jeszcze trawę ma we włosach.

– A jaka spódnica zmięta!

– Teraz tylko patrzeć, jak brzuch urośnie!

– Nie mieli szczęścia, bo deszcz.

– Co za wstyd, co za wstyd! – powtarzał Dusza.

Nie odezwała się, jakby nie słyszała nic. Stała odwrócona plecami do sali i płukała brudne kufle.

W dwa dni potem jak zwykle siedzieliśmy nad piwem, kiedy Władek Bąk stanął w drzwiach i krzyknął do Jadźki:

– Dziewczyno, czy chociaż adres jego znasz? Ty tu myjesz kufle, a tam wojsko odjeżdża!

Z tyłu, za plecami Władka, narastał szum motorów. Rzeczywiście – jednostka odjeżdżała. Musieli skończyć ten odcinek drogi, który budowali, i teraz wracali do koszar.

Wyszliśmy na drogę i stanęli przy furtce. Jadźka została w progu. Widzieliśmy, jak każdą z przejeżdżających ciężarówek odprowadza wzrokiem. Szukała kaprala.

Żołnierze siedzieli pod plandekami ciasno stłoczeni. Słychać było śpiew, gwar i śmiechy – niektórzy machali do nas na pożegnanie. W jednej z ostatnich ciężarówek jechał kapral Rzeźnicki. Siedział w szoferce. Jadźka zobaczyła go i wybiegła na drogę. Chciała coś krzyknąć, podniosła rękę. Może myślała, że on zatrzyma wóz? Ale kapral nie odwrócił nawet głowy – rozmawiał z kierowcą, gestykulował. Na pewno to był on – poznaliśmy po włosach jak nadrzeczny piach. Jadźka nie powiedziała nic. Stała jeszcze chwilę, patrząc za ciężarówką, potem wolno wróciła do izby. Trzasnęły drzwi.

Kiedy ostatni wóz przejechał, wróciliśmy także. Jak wtedy posypały się żarty.

– Trzeba było położyć się na drodze. Może by stanęli?

– Teraz czekaj na list.

– Prędzej brzucha doczeka się niż listu!

– Nie masz szczęścia do żołnierzy, Jadziu – powiedział Władek Bąk. – Miał, co chciał, to i odjechał.

Zaśmieliśmy się wszyscy.

– Tylko wstyd, tylko wstyd – powtarzał Dusza.

Jadźka płukała kufle. Mokrą ręką odgarniała włosy z czoła. I jakoś tak nagle umilkliśmy – nikt już nic nie mówił. Władek Bąk zakaszlał, Dusza dłubał wykałaczką w zębie. Brzęczały muchy na szybach, Jadźka z rozmachem stawiała puste kufle na blaszanym bufecie. Z trzaskiem otworzyły się drzwi do kuchni i wbiegła ta mała Małgosia. Usłyszeliśmy, jak skarżyła się, obejmując kolana matki:

– Mamo, oni mówią, że jestem dzieckiem panny. Co to znaczy?

Jadźka nie powiedziała nic. Jakby nie zauważyła w ogóle małej, jakby była tu sama. Płukała kufle. Małgosia odczekała chwilę.