Znajdę Cię Wszędzie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Znajdę Cię Wszędzie
Znajdę cię wszędzie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70  56 
Znajdę cię wszędzie
Audio
Znajdę cię wszędzie
Audiobook
Czyta Katarzyna Puchalska
35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V

Pociąg, wiozący Dominikę w nieznaną przyszłość, zatrzymał się na jakiejś stacji. Zaniepokojona ciszą, jaka zapanowała w przedziale, wychyliła się spod kurtki w momencie, kiedy młody mężczyzna, współpasażer, wychodził z przedziału, zmagając się ze swoim ogromnym plecakiem. Zanim zamknął za sobą drzwi, spojrzał przeciągle na Dominikę, skinął w jej kierunku głową, uśmiechając się życzliwie. Mówiąc „do widzenia” omiótł wzrokiem pozostałe osoby i z niemałym trudem ruszył do wyjścia.

Dominika spojrzała z zaciekawieniem w okno, na peron pełen ludzi i białą tablicę z napisem: „Opole Główne”. A więc jestem w Opolu – pomyślała chłodno, bez cienia refleksji, jakby zadowalała ją sama informacja o tym, gdzie się obecnie znajduje. Wyglądała na bardziej spokojną niż wcześniej. Nie na tyle jednak, aby zebrać myśli i zastanowić się nad tym, co ją czeka, co będzie robić dalej. Natłok problemów i waga podjętej decyzji były żywo obecne w jej myślach.

Po chwili pociąg ruszył w dalszą trasę. Dominika patrząc przez jakiś czas za okno, odprowadzała obojętnym wzrokiem budynki, ulice, parki, coraz niższe i rzadsze zabudowania pozostającego w tyle miasta. Spojrzała przelotnie na siedzące w przedziale kobiety pogrążone w płytkim śnie, będącym najlepszym sposobem na skrócenie czasu podróży. Poszła w ich ślady, znikając pod połami swojej kurtki.

Znowu śniła o Wiktorze, o kolejnej awanturze, pełnej wrzasków, wyzwisk i zadawanego jej bólu. Nie potrafiła wyciszyć, wymazać z pamięci bolesnych wspomnień, które nawiedzały ją nawet podczas krótkiej drzemki.

Nagle obudził ją zaskakujący dźwięk telefonu. Trzymała go w wewnętrznej kieszeni kurtki, która przylegała bezpośrednio do ucha. Jego sygnał wydał się tak głośny, że odruchowo odrzuciła go od siebie, jakby opędzała się od natrętnej osy. Z niepokojem rozejrzała się po przedziale. Była wyraźnie zdezorientowana.

Młodsza z kobiet, siedząca naprzeciwko niej, gestem ręki uniesionej do ucha dała jej do zrozumienia, że to telefon. Pełne taktu zachowanie współpasażerki świadczyło o tym, że doskonale rozumie reakcję kobiety i nie widzi w tym niczego niestosownego.

Dominika zorientowawszy się w czym rzecz, drżącą dłonią sięgnęła po aparat, o którego istnieniu zupełnie zapomniała. Wyjmując go z kieszeni, była pełna najgorszych myśli. A więc on już wie, pomyślała z przerażeniem. Teraz się zacznie. Prorokowała najgorsze, zanim jeszcze upewniła się, kto faktycznie dzwoni. Miała jeszcze nadzieję, że się myli, że Wiktor nie odkrył jeszcze jej ucieczki. Przecież było na to zdecydowanie za wcześnie. Mimo to przed oczami stanęły jej obrazy, których wolałaby nie pamiętać. Znowu widziała jego wykrzywioną z nienawiści twarz, słyszała chrapliwy głos, krzyk, brzęk tłuczonych naczyń, czuła ból po uderzeniach.

Nie mogła dłużej przeciągać swojego niezdecydowania, które w jej mniemaniu trwało całą wieczność. Dźwięk telefonu był nie do zniesienia, także dla siedzących w przedziale kobiet. Spojrzała na ekran i była już pewna.

Nie myliła się. Dzwonił Wiktor. W jednej chwili poczuła się całkowicie bezbronna, jakby on znalazł się nagle obok niej i znowu zaczynał panować nad jej życiem. Patrzyła na telefon jak zahipnotyzowana, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Jego wibracje potęgowały wrażenie, że to on potrząsa jej dłonią.

Siedząca naprzeciwko niej kobieta obserwowała dyskretnie zachowanie Dominiki i widziała malujące się na twarzy zagubienie.

– Proszę odrzucić rozmowę – poradziła jej ciepłym, pełnym zrozumienia głosem. – Nie musi pani odbierać, jeśli… – urwała, uświadamiając sobie, że być może nie powinna udzielać komuś obcemu tak osobistych rad.

Dominika zdawała się nie słyszeć słów kobiety, nie zareagowała na nie, najdrobniejszym nawet gestem, niemniej zrobiła tak, jak jej radziła.

W przedziale zapanował pozorny spokój. Gdyby nie metaliczne odgłosy kół pędzących po szynach, szum wiatru i zmieniające się za oknem obrazy, można było odnieść wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu.

Nietrudno było wyobrazić sobie, co w tym momencie czuła, jakie myśli zaprzątały jej umysł. Mimo że była już wolna i – tak naprawdę – nic jej nie groziło ze strony męża, odczuwała paraliżujący strach. Nie zdążyła jeszcze przyzwyczaić się do myśli, że sytuacja uległa radykalnej zmianie, że Wiktor nie może wyrządzić jej żadnej krzywdy.

Po chwili telefon odezwał się ponownie. Spojrzała na ekran i mniej już przerażona przyjęła do wiadomości, że to znowu Wiktor. Po raz kolejny odrzuciła połączenie i z nutką budzącej się dumy spojrzała za okno. Poczuła coś w rodzaju ulgi i cienia satysfakcji.

Ten z pozoru drobny epizod uświadomił jej, że od kilku godzin jest naprawdę wolna, że może przeciwstawić się woli tyrana. Z przyjemnością wyobraziła sobie, jak musi być teraz wściekły, a przy tym taki bezradny.

Myśl o tym poprawiła jej samopoczucie. Nareszcie jestem górą – pomyślała z nadzieją na przyszłość.

– Proszę mi wybaczyć. – Ten sam ciepły głos wyrwał ją z zamyślenia. – Proszę mi wybaczyć – powtórzyła młoda kobieta – że się wtrącam, ale widząc pani niezdecydowanie, chciałabym doradzić, żeby na jakiś czas wyłączyła pani telefon. To pozwoli pani oderwać się od kłopotów i kontynuować podróż w spokoju.

– Ma pani rację, nie pomyślałam o tym – odpowiedziała z wdzięcznością Dominika i natychmiast wyciszyła sygnał dzwonka. – Bardzo dziękuję, tak będzie rzeczywiście lepiej.

– Tak sądzę. Skoro już ośmieliłam się ingerować w pani sprawy osobiste, to chciałabym się przedstawić. Mam na imię Patrycja.

– Miło mi, ja jestem Dominika. – Kobiety uścisnęły sobie dłonie.

– Jadę do Częstochowy – dodała Patrycja, chcąc najwyraźniej potrzymać rozmowę. – Postanowiłam w końcu odwiedzić swoich rodziców. Dawno się nie widzieliśmy. Od kilku lat mieszkam we Wrocławiu i jakoś trudno mi było wybrać się do nich. Wie pani, jak to jest, praca, piętrzące się obowiązki. Choć tak naprawdę niejeden raz odkładałam wizytę z zupełnie błahych powodów, usprawiedliwiając samą siebie banalną wymówką, że zrobię to później. Jednak ciągle stawało coś na przeszkodzie. Aż w końcu…

– Rozumiem. Tak to czasem bywa – odpowiedziała zamyślona Dominika. – Odsuwamy na dalszy plan rzeczy naprawdę ważne, aż w końcu jest już za późno – westchnęła. – Dobrze pani robi, jadąc w końcu do rodziców. Ja nie mam już nikogo. Moi rodzice odeszli do, jak to się mówi, lepszego świata. Jedno po drugim. Czułam, czuję zresztą nadal, wyrzuty sumienia. Powinnam była odwiedzać ich częściej, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. A oni przecież mieszkali w Lublinie.

Ich rozmowie przysłuchiwała się trzecia z kobiet. Widać było, że z uwagą łowi każde słowo. Cieszyło ją to, z jaką estymą kobiety mówią o swoich rodzicach, wobec których żywią tak ciepłe uczucia, choć – sądząc po ich zwierzeniach – niedostatecznie im to okazywały. Zastanawiała się przez chwilę, czy jej córka czuje podobną bliskość z nią i z jej mężem.

Słuchając tej wymiany zdań, radowała się również z tego, że kobiety nawiązały ze sobą kontakt, że wymieniają się swoimi doświadczeniami. W głębi duszy była wdzięczna Patrycji za to, że wciągnęła Dominikę do rozmowę. Udało jej się nawet skłonić ją do zwierzeń, choć dotyczyły jedynie odległej przeszłości. Niemniej nawiązały ze sobą nić porozumienia, czemu sprzyjał w jakimś sensie fakt, że obie były w podobnym wieku. Postanowiła nie przeszkadzać im w rozmowie i dla niepoznaki zamknęła oczy, aby poczuły się bardziej swobodnie, widząc, że starsza pani usnęła.

Patrycja okazała się bardzo otwartą i przyjazną kobietą, która także miała za sobą nieudany związek z siedem lat starszym od siebie mężczyzną. Poznali się pewnego lata podczas jego pielgrzymki do Częstochowy, kiedy zmęczony całodziennym marszem usiadł na ławce w parku. Traf chciał, że ona wyszła w tym czasie na spacer ze swoim Maksiem, zadziornym yorkiem, który z jakichś powodów zaczął oszczekiwać zaciekle Bogu ducha winnego mężczyznę. Usiłował wręcz urwać się ze smyczy, napiętej niczym struna. Nie pomagały żadne wezwania opiekunki, która rumieniąc się ze wstydu, usiłowała zapanować nad niesfornym pupilem. Poczuła się w obowiązku przeprosić nieznajomego za reakcję psa, co stało się początkiem ich znajomości.

– Teraz, po upływie czasu, kiedy patrzę na nasz związek z dystansu, mam nieodparte wrażenie, że zachowanie Maksia było swego rodzaju znakiem, ostrzeżeniem, którego nie odczytałam właściwie – stwierdziła żartobliwie, kończąc swoją opowieści.

– Interesująca historia, można by powiedzieć, z morałem – wyznała Dominika. – Jakie płyną z niej wnioski? Trzeba baczniej obserwować tego typu sygnały i głębiej je analizować, o ile to w ogóle możliwe. Nie wdając się w szczegóły, bo są one zbyt żywe, powiem, że u mnie zaczęło się jakoś podobnie. Od upadku, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu – przerwała, zastanawiając się jak opowiedzieć o swoim zdarzeniu, aby nie było zbyt zawiłe. – Pewnego popołudnia, idąc do kawiarni na spotkanie z przyjaciółką, potknęłam się o kamienny próg i upadłam w ramiona obcego mężczyzny. I to był początek naszej znajomości. Później, podobnie jak w twoim przypadku, wszystko potoczyło się, można by powiedzieć, sielskim rytmem. Czy tamten upadek był czymś w rodzaju ostrzeżenia? Nie wiem, nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Teraz myślę, że na pewno.

VI

Pogoda za oknami pędzącego pociągu uległa radykalnej zmianie. Po ulewie, która przechodziła rano nad Wrocławiem, po ciężkich ołowianych chmurach wiszących nad ziemią nie pozostało ani śladu.

Kiedy Dominika wychyliła się spod kurtki i spojrzała za okno, ujrzała piękny słoneczny dzień z silnie grzejącym słońcem, któremu nie przeszkadzał żaden, nawet najmniejszy obłoczek. Niebo było błękitne, wiosenna zieleń ożyła soczystością barwy, a wschodzące na polach zboża przypominały gigantyczne zielone kobierce.

 

Ten widok sprawił, że poczuła przypływ dobrej energii. Świat, nie tylko ten za szybą wagonu, wydał jej się bardziej przyjazny od tego, który przywitał ją o poranku.

Zaciekawiona wyjęła z kieszeni telefon, aby sprawdzić, co się w tym czasie wydarzyło na łączach. Z zaskoczeniem odkryła całą listę komunikatów o nieodebranych połączeniach i wiadomościach tekstowych od Wiktora. Kilka z nich pochodziło również od jej przyjaciółki Sabiny.

A to ci heca, pomyślała. Na nowo wróciły przeżycia, ale teraz wyraźnie odmienne od tych, jakie jeszcze godzinę temu wytrąciły ją z jako takiej równowagi. Wiktor szaleje, ale nic mu po tym – stwierdziła z satysfakcją. Drżącą dłonią, z silnie bijącym sercem otworzyła pierwszą wiadomość: „Hej, gdzie ty jesteś? Próbuję się do ciebie dodzwonić. Czy coś ci się stało?”. Drugi wysłany dziesięć minut później: „Dominika, dlaczego nie odbierasz telefonu, dlaczego nie odpowiadasz? Odpisz albo najlepiej oddzwoń. Proszę cię!”. Trzecia wiadomość napisana po upływie kolejnych kilkunastu minut: „Dominisia, jeśli to ma być kara za wczorajszy wieczór, to rozumiem i bardzo cię przepraszam. Wybacz mi, Skarbie. Strasznie żałuję tego, co się stało. Obiecuję, że już nigdy więcej czegoś podobnego nie zrobię. Wiesz przecież, jak bardzo cię kocham! Zadzwoń albo napisz chociaż kilka słów. Proszę. Chcę wiedzieć, czy nic ci nie jest”.

Ty skurwysynu, chcesz wiedzieć, czy nic mi nie jest?! Taki jesteś troskliwy? Odpieprz się, draniu, raz na zawsze. Potok cierpkich słów cisnął jej się na usta, była gotowa wykrzyczeć mu je w twarz.

W czwartym SMS-ie łatwo można było wyczuć moment, kiedy puszczają mu nerwy i staje się tym samym bezwzględnym oprawcą, który nie dalej jak wczoraj pokazał, jak wygląda jego miłość: „Kurwa, gdzie ty, do diabła, jesteś? Wydaje ci się, że możesz sobie pozwalać na takie gierki. Pożałujesz tego. Pogadamy w domu. Przeczołgam cię tak, jak na to zasługujesz. Sama doprowadzasz mnie do takiego stanu”.

Piąty SMS przeraził Dominikę nie na żarty. Uświadomił jej, jak niebezpiecznym jest człowiekiem: „Miałem jeszcze nadzieję, że to tylko takie gierki, odwet za wczoraj. Chciałem cię nawet przeprosić i zmienić się, byłem gotów zrobić to dla ciebie. Ale ty przegięłaś na całej linii. Za cienka jesteś, za głupia, żeby mi uciec. Ze mną się tak nie postępuje. Nawet Matka Boska ci nie pomoże. Dorwę cię. Do zobaczenia, prędzej niż ci się wydaje”.

Ależ ja jestem głupia! – pomyślała przerażona słowami, jakie przeczytała. Przecież on wie, gdzie ja teraz jestem. Kto, jeśli nie on, ekspert komputerowy, miałby namierzyć mój telefon? Przecież to dla niego dziecinnie proste, że też ja o tym nie pomyślałam. On jest w stanie określić miejsce mojego pobytu z dokładnością do jednego metra. Ależ ja jestem naiwna.

Rzeczywiście, ustalenie miejsca, w którym aktualnie znajdowała się Dominika, nie stanowiło dla Wiktora żadnego problemu. Od jakiegoś już czasu obserwował ją niemal na bieżąco. Niemniej, mimo wrodzonego sprytu i swoich umiejętności, zawiódł go zdrowy rozsądek. Nerwy i chorobliwa nienawiść owładnęły nim do tego stopnia, że w gniewie wyjawił to wszystko Dominice. Zdradził się, pisząc: „Nawet Matka Boska ci nie pomoże”. Kiedy Dominika spojrzała w okno dostrzegła majaczące na widnokręgu zabudowania miasta. Na dodatek Patrycja szykowała się powoli do wyjścia. Częstochowa była celem jej podróży.

Co robić? – rozważała nerwowo w myślach. Była w końcu żoną informatyka i siłą rzeczy słyszała nieraz rozmowy, z których wynikało, że po wyjęciu karty SIM z telefonu staje się on nie do namierzenia. Postanowiła to teraz wypróbować. Czym prędzej otworzyła telefon i wyjęła z niego niewielką elektroniczną kostkę. Dla pewności wymontowała również baterię. Nie pójdzie ci tak łatwo jak sądzisz – pomyślała z satysfakcją. Po raz kolejny poczuła przypływ dobrej energii i narastającą pewność siebie. Była z siebie dumna. Okazało się, że ona też coś potrafi.

Patrycja z zaciekawieniem obserwowała zachowanie Dominiki. Widziała, jak zmienia się na twarzy, czytając kolejne wiadomości, jak dopada ją strach, a po chwili odzyskuje spokój, jak nerwowo rozpoławia swój telefon i wyjmuje z niego kartę SIM.

Kiedy Dominika podniosła wzrok i spojrzała na Patrycję, ona gestem uniesionej dłoni z wyciągniętym ku górze kciukiem wyraziła jej swoje uznanie. Widziała, że nowo poznana kobieta, borykająca się z problemami, zaczyna myśleć racjonalnie. Zanim Patrycja wysiadła z pociągu, wymieniły się jeszcze numerami telefonów.

– Ależ ze mnie gapa, przecież mój numer będzie już nieaktualny – przypomniała sobie w ostatniej chwili Dominika. – Zmienię przecież kartę! Ale mam twój numer, odezwę się.

– Będę czekała. Tymczasem trzymaj się i bądź dzielna. Jak sobie wszystko poukładasz, zadzwoń. A może potrzebujesz pieniędzy, mogę ci pożyczyć, wprawdzie niewiele, ale to zawsze coś – zaproponowała niepodziewanie Patrycja.

– Jesteś cudowna, ale nie potrzebuję pieniędzy. Miałam trochę odłożonych, więc na początek powinno wystarczyć – odpowiedziała z nutką prawdziwego wzruszenia.

– Gdybyś jednak potrzebowała jakiejś pomocy, jestem do twojej dyspozycji – powiedziała Patrycja na odchodne, posyłając w jej kierunku przyjazny pożegnalny uśmiech.

Odprowadzając kobietę wzrokiem, Dominika wróciła na chwilę wspomnieniami do czasu, kiedy odwiedziła Częstochowę po raz pierwszy. To było chyba w siódmej klasie szkoły podstawowej. Pojechała do Sanktuarium Matki Boskiej z wycieczką parafialną zorganizowaną przez siostry dominikanki. Pożałowała, że nie opowiedziała o tym Patrycji. Mogłaby z jej pomocą odświeżyć zacierające się w pamięci wspomnienia, przypomnieć sobie miejsca, w których była. Pamiętała bardzo dobrze wrażenie, jakie wywarł na niej moment odsłonięcia Cudownego Obrazu. Nawet teraz, po tylu latach, czuła przejmujące dreszcze.

Kiedy pociąg ruszył w dalszą trasę, starsza kobieta poczuła się w obowiązku podtrzymać rozmowę, jaką toczyły wcześniej młode kobiety.

– Widzi pani, życie jest jak ten pociąg, do którego wsiadają różni ludzie z najprzeróżniejszymi problemami, marzeniami – ciągnęła starsza pani. – Przez jakiś czas są razem, poznają się bliżej, zaprzyjaźniają, czasem zakochują się w sobie, łączą w pary. Jedni na dłużej, na zawsze, inni na krócej. Po przejechaniu jakiegoś kawałka drogi poznają się na tyle dobrze, aby odkryć w sobie to, czego wcześniej nie dostrzegali – swoje wady, przywary. Czasem udaje się coś tam pozszywać, posklejać, zacerować dziury na przysłowiowych łokciach. Innym razem nie pozostaje nic innego jak wysiąść z pociągu, który zaczyna zmierzać w złym kierunku. Lepiej w porę zawrócić z drogi niż jechać bezmyślnie na krańce takiego ponurego świata. Każda z nas, jak tu siedziałyśmy, miała swoje dobre dni, pełne radości, szczęścia, ale i piekiełka. Ja ze swoim starym po kilku gorzkich latach jakoś się w końcu dogadaliśmy. Każde z nas ustąpiło troszkę drugiemu i żyjemy razem do dzisiaj. Powiedziałabym nawet, że całkiem dobrze. Ale córka już nie dała rady jechać dalej. Musiała wysiąść ze swojego pociągu. Wprawdzie jest jej na razie dosyć ciężko, ale i tak lepiej niż wcześniej. Z czasem i ona znajdzie swój właściwy pociąg – westchnęła ciężko, kończąc swój nieco filozoficzny monolog, który miał być, i z pewnością był, pouczającą refleksją doświadczonej życiowo kobiety.

Dominika słuchała z uwagą tej prostej w przekazie, bardzo obrazowej opowieści. Wiedziała, że została wygłoszona na jej użytek. Miała być pokrzepieniem w wyborze, jakiego dokonała. Ta cudowna, wrażliwa na krzywdę ludzką kobieta chciała w ten sposób utwierdzić ją w przekonaniu, że zmierza we właściwym kierunku.

– Bardzo pani dziękuję za te słowa – powiedziała z nieskrywaną wdzięcznością. – Z każdą chwilą utwierdzam się w przekonaniu, że zrobiłam to, co należało. Długo, zbyt długo to odkładałam. W końcu nie miałam już innego wyjścia. – W tym momencie pomyślała o dziecku, którego serduszko biło w jej łonie.

Starsza pani wysiadła na kolejnej stacji, a żegnając się, niespodziewanie wcisnęła jej do ręki zmięty banknot. Dominika wzbraniała się przed tym zaskakującym gestem, czując zażenowanie, ale była wobec jej zdecydowania bezradna.

– Jedź, moje dziecko, po to swoje szczęście, po spokój i na nic się nie oglądaj! Będę się modliła za ciebie.

– Dziękuję pani za wszystko, tylko że ja nawet nie wiem, jak pani ma na imię – powiedziała, patrząc na wysiadającą kobietę.

– Genowefa. Bóg z tobą, dziecinko! – odpowiedziała, zbliżając się do drzwi wyjściowych.

To były ostatnie słowa, jakie wymieniły między sobą.

Expres Inter City relacji Wrocław – Kraków znowu osiągnął zawrotną prędkość i gnał z całą mocą, mijając pojawiające się za oknem i znikające miasta, miasteczka, rozsiane wśród pół i łąk wioski, pojedyncze zabudowania stojące gdzieś pod lasem, na zupełnym odludziu. Te obrazy budziły w Dominice refleksje. Myślała o ludziach tam żyjących, dla których ta z pozoru szara, ustronna rzeczywistość jest często całym światem. Na fasadach domów połyskiwały w słońcu czasze anten satelitarnych, na posesjach stały okazałe samochody, czasem nawet dwa. Widać było, że wszędzie, nawet w tak nieciekawych z pozoru miejscach, można mieć marzenia, realizować życiowe plany, budować swoją teraźniejszość i przyszłość.

A jaki będzie mój świat? Czy uda mi się go zbudować na nowo? Gdzie będzie mój dom? – zadawała sobie w myślach pytania, na które nie znajdywała odpowiedzi.

Pocieszające było to, że w końcu zaczęła je sobie stawiać. Po raz pierwszy od kilkunastu godzin pomyślała o tym, co będzie robić dalej, jaki ją czeka los. Zaczynał docierać do jej świadomości fakt, że pociąg dotrze wkrótce do końcowej stacji, że będzie musiała z niego wysiąść i stanąć oko w oko z nieznanym, z przyszłością bez adresu.

Wprawdzie Dominika miała odziedziczone po rodzicach mieszkanie w Lublinie, które od kilku lat wynajmowała i mogłaby poczynić starania, aby je odzyskać, jednak to nie wchodziło w grę ze względu na Wiktora. To będzie jedno z pierwszych miejsc, o których on pomyśli. Tam będzie jej poszukiwał. Zarówno mieszkanie, jak i sam Lublin, musiały pozostać poza jej planami.

Pozostawał więc Kraków, który dziwnym trafem pojawił się na jej drodze. Przypadek sprawił, że wsiadła do tego właśnie, a nie innego pociągu. Zaczynała wierzyć, że to może być jakiś znak, zrządzenie losu.

Znała to piękne miasto z przeszłości, choć dosyć pobieżnie. Tyle, ile można zapamiętać z wycieczek szkolnych. Była w Krakowie tylko dwa razy, ale już to wystarczyło, żeby się w nim zakochać. W jakimś sensie przypominał jej Lublin, ale Kraków był znacznie większy i posiadał bogatszą przeszłość.

Oba grody miały swoje zabytkowe centra, rynki, starówki, dużą liczbę świątyń, urokliwych kamieniczek, wąskich i krętych uliczek, wabiących malarzy, nie mówiąc już o zamkach. W Krakowie królował przepiękny monumentalny Wawel, a w Lublinie nieco skromniejszy zamek, nazywany przez niektórych królewskim. Wszystko w różniących się od siebie proporcjach.

Tylko dzięki dziewczęcej wyobraźni i bezgranicznej miłości do miasta swojego dzieciństwa można było pokusić się o podobne zestawienie podobieństw. Prawdziwą wisienką na tym torcie było to, że oba grody posiadały dzielnice o identycznych nazwach – Bronowice, a w tych lubelskich urodziła się Dominika.

Wracając myślami do SMS-ów wysłanych przez Wiktora, przypomniała sobie, że były tam również wiadomości od Sabiny. Poruszona jego groźbami zupełnie o nich zapomniała. Chciała jak najprędzej wyłączyć telefon, aby nie mógł jej dalej śledzić i nie zdążyła ich przeczytać.

Cholera, co ja teraz mam zrobić? – zastanawiała się, czując całkowitą bezradność. Włączyć telefonu nie mogę, nawet na chwilę, bo Wiktor natychmiast dowie się, że nie wysiadłam w Częstochowie i jadę dalej.

Trzymając w dłoni aparat, wcisnęła przycisk, aby go uruchomić bez jakiejkolwiek nadziei, że to coś da. Niestety, nie było w nim baterii. Po chwili wahania zdecydowała się włożyć ją na próbę, ale nie instalować karty SIM. Kiedy ekran zajaśniał błękitną poświatą, pojawiły się komunikaty o nieprzeczytanych wiadomościach, których nadawcą była Sabina.

– Hura, są, mogę je odczytać! – krzyknęła z radości i czym prędzej otworzyła pierwsza z nich:

„Domi, co się z Tobą dzieje? Nic ci nie jest? Wypytywał mnie o ciebie Wiktor. Był wyraźnie podminowany, chciał koniecznie wiedzieć, czy nie powiedziałaś mi przypadkiem, co zamierzasz dzisiaj robić”.

– Tego można się było spodziewać – powiedziała do siebie ze złością Dominika.

Sabina była żoną Mateusza, wspólnika jej męża. Pracowały razem przez dłuższy czas, prowadząc sprawy finansowe firmy swoich mężów. Przyjaźniły się, były ze sobą w jak najlepszych relacjach, wiedziały o sobie niemal wszystko, choć nie do końca to, jak traktował ją mąż. Dominika starała się ukrywać przed Sabiną i jej mężem to, co i tak było tajemnicą poliszynela. Oboje byli oburzeni, widząc, w jakim stanie pojawiała się co jakiś czas w pracy. Przestali wierzyć w ich pokrętne, coraz bardziej niepokojące wymówki. Ślady na ciele Dominiki wykluczały przypadkowe zdarzenia, na które się powoływała. Tak było do momentu, kiedy Wiktor kazał żonie zwolnić się z pracy i zająć się wyłącznie domem.

 

Druga wiadomość od Sabiny była dowodem na to, jak rozwijała się sytuacja w firmie: „Domi, on znowu był u mnie i naciskał, abym powiedziała mu wszystko, co wiem. Jest pewien, że maczałam w tym palce. Boję się o ciebie, ale jestem z tobą. Jeżeli zrobiłaś w końcu to, o czym myślę, powiem krótko – nareszcie! Nie poddawaj się! Pomożemy ci, jeśli tylko powiesz, co możemy zrobić. Pa”.

Kochana Sabina – czytając jej słowa, Dominika poczuła dławiący uścisk w gardle. Zawsze wiedziała, że może na nią liczyć. Przyjaciółka od dawna sugerowała jej, aby poszła w końcu na policję i zgłosiła przemoc w rodzinie. „Założą ci niebieską kartę, tak się to chyba nazywa, i odtąd będziesz pod ich stałym nadzorem” – przekonywała przyjaciółkę, która upierała się przy swoim, zapewniając, że w jej domu nie dzieje się nic złego.

Wsłuchiwała się w jej rady, ale nie do końca ją przekonywały. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby donieść na swojego męża, ujawnić przed obcymi to wszystko, co dzieje się w ich domu. Tak została wychowana. Na dodatek cięgle wierzyła w jego zapewnienia, ufała, że to się w końcu zmieni, że wystarczy, aby ona stała się bardziej uległa i nie prowokowała konfliktowych sytuacji. Choć tak naprawdę nie była niczemu winna i na dobrą sprawę nie wiedziała, co mogłaby jeszcze zrobić. Wyłączyła się niemal zupełnie z życia, nigdzie nie bywała, przestała nawet chodzić po zakupy bez jego wyraźnej zgody. Podawała mu obiadki z iście zegarmistrzowską punktualnością, starając się, aby zupa nie była zbyt gorąca albo co gorsza za zimna, za słona, czy Bóg wie co jeszcze. W przeciwnym razie wszystko lądowało na podłodze, często wprost na niej, za co była później szarpana, bita i wyzywana od nieudaczników.

Trzeci SMS informował ją o tym, do czego ona sama doszła w drodze dedukcji: „Dominika, on oszalał na całej linii. Był już w domu i wie, że uciekłaś. Wścieka się, naciska na mnie, bo podejrzewa mnie o pomoc. Ale jest coś gorszego! On wie, że jesteś pod Częstochową. Namierzył twój telefon. Wyłącz go jak najprędzej, bo Wiktor wybiera się już po ciebie. Chciałabym, żebyś wiedziała, że całkowicie pochwalam twoją decyzję. Uciekaj jak najdalej i spróbuj ułożyć sobie życie z dala od niego. Tacy ludzie nigdy się nie zmieniają. Wiem od Marcina, że to jest u nich rodzinne. Jego ojciec był podobny. To dlatego Wiktor uciekł czym prędzej z Lublina do Wrocławia. Telefon wyrzuć gdzieś, najlepiej przez okno. Jak będziesz mogła, odezwij się, jesteśmy gotowi pomóc ci. Pamiętaj, że nie zostaniesz sama. Pa, skarbie”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?