Znajdę Cię Wszędzie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Znajdę Cię Wszędzie
Znajdę cię wszędzie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70  56 
Znajdę cię wszędzie
Audio
Znajdę cię wszędzie
Audiobook
Czyta Katarzyna Puchalska
35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III

Dominika urodziła się w Lublinie. Była późnym, długo oczekiwanym dzieckiem niemłodych już rodziców. Ojciec miał czterdzieści sześć lat, a mama trzydzieści pięć. Kiedy upragniona córeczka przyszła w końcu na świat, w rodzinie zapanowała ogromna radość.

Mieszkali w dzielnicy Bronowice, która nie cieszyła się najlepszą reputacją wśród lublinian. Ta nie do końca sprawiedliwa opinia przywarła do tej okolicy w czasach, kiedy zamieszkiwały ją głównie rodziny o niskim statusie materialnym. Skutkiem tego ich dzieci miały trudniejsze warunki życiowe, ograniczone możliwości edukacyjne i stwarzały spore problemy wychowawcze.

Teraz zmieniło się to na lepsze, aczkolwiek stan tutejszej infrastruktury pozostawiał nadal wiele do życzenia. Zaniedbane budynki i skromne jak na tak dużą aglomerację standardy mieszkaniowe sprawiały, że władze miasta nadal utrzymywały tu wiele mieszkań socjalnych.

Nie dotyczyło to jednak rodziny Wrzołkowskich, która w sposób zauważalny odróżniała się od statystycznych mieszkańców Bronowic. Ojciec Dominiki, Teofil, pracował w zakładach gazowniczych na intratnej posadzie, a mama, Stefania, kobieta urocza pod każdym względem, prowadziła cudowny, ciepły, pełen miłości dom.

Mimo że ich córeczka dorastała wśród nie zawsze dobrze ułożonych rówieśników, potrafiła znaleźć z nimi wspólny język i mądrze spędzać czas, nie tracąc przy tym nic ze swojego dobrego, mieszczańskiego wychowania.

Uczyła się bardzo dobrze w pobliskiej podstawówce, do której miała przysłowiowe dwa kroki. Wystarczyło przejść w poprzek park przylegający do ich kamienicy, prześliznąć się przez dziurę w ogrodzeniu, aby w pięć minut znaleźć się w klasie.

Ów niewielki, pełen kwiatów i ozdobnych krzewów park był najczęstszym miejscem jej dziecięcych zabaw. Tu wraz z najbliższą przyjaciółką Wiesią i kilkoma innymi koleżankami spędzała większość wolnego czasu. Dzięki ich dziewczęcej fantazji parkowe ławki zmieniały się w stragany, na których sprzedawały rajskie jabłuszka, żołędzie czy owoce kasztanów. Za pieniądze służyły im liście klonów i platanów.

Zimą z usypanego w parku niewielkiego pagórka zjeżdżały na sankach, beztroskim chichotem wypełniając całą przestrzeń. Latem opalały się nad brzegiem pobliskiej Bystrzycy, która nieco sennym nurtem sprzyjała dziecięcym igraszkom w wodzie. Znad zielonego brzegu rzeki, służącego im za plażę, widać było w oddali górujące nad starym miastem wieże kościołów, a przede wszystkim mury Zamku, który był chlubą tego historycznego grodu.

Kiedy Dominika była w siódmej klasie, przeżyła swój pierwszy dziewczęcy koszmar. Pewnego popołudnia dała się namówić nieco starszemu od siebie koledze na spotkanie. Chciała w ten sposób dorównać przyjaciółkom, które od jakiegoś już czasu chodziły z chłopakami na randki.

Podczas niewinnego spaceru po parku zalotnik zapragnął pocałować Dominikę wbrew jej woli. Nie zważając na sprzeciw oburzonej dziewczynki, przyparł ją siłą do opasłej lipy i za wszelką cenę usiłował dopiąć swego. Jego zdecydowanie graniczące z brutalnością przeraziło Dominikę nie na żarty. Próbowała ze wszystkich sił wyzwolić się z jego napastliwych ramion, ale była na to za słaba. Desperacko uderzała krzepkiego amanta po twarzy, co nie dawało oczekiwanych rezultatów. Przerażona, zaczęła więc krzyczeć wniebogłosy, oczekując pomocy ze strony przypadkowych osób.

Kiedy w końcu wyrwała się z rąk łobuza, pobiegła jak oszalała w kierunku domu. Była zszokowana tym, co ją spotkało. Kryjąc się w najciemniejszym zakamarku korytarza, usiłowała dojść do siebie. Wiedziała, że w takim stanie nie może pokazać się rodzicom na oczy.

Ten incydent na długo pozbawił ją ochoty na spotykanie się z chłopakami sam na sam, a już szczególnie po zmroku. Mogła mówić o dużym szczęściu. Ta nieroztropna randka miała w sumie szczęśliwy finał. Podobne przypadki, kończące się nawet gwałtem, nie należały w tej dzielnicy do rzadkości.

Dominika była dziewczynką z natury pogodną i spokojną, można by nawet powiedzieć – nazbyt skromną. Dzięki swojej nietuzinkowej urodzie, wrodzonemu wdziękowi i wynikom osiąganym w szkole wyróżniała się na tle rówieśników. Nigdy jednak nie okazywała z tego powodu cienia wyższości, jak to się często zdarza. Wręcz przeciwnie, trzymała się raczej na uboczu, nie zabiegała o względy, nie pretendowała do klasowych elit, zawsze jednak otwarta i gotowa uczestniczyć w każdym ważnym wydarzeniu szkolnym.

Niemały wpływ na jej wychowanie i usposobienie miały nie tylko wzorce i nawyki wyniesione z domu, ale także bliskość kościoła. Naprzeciwko ich domu, stojącego na rogu Fabrycznej i Łęczyńskiej, znajdowała się świątynia należąca do parafii pod wezwaniem świętego Michała Archanioła, przy której pełniło swoją misję niewielkie Zgromadzenie Sióstr Dominikanek.

Czy to był czysty przypadek, czy też bogobojni rodzice z rozmysłem nadali swojej upragnionej córeczce imię patronki sąsiadującego z nimi zakonu, nikt tego jednoznacznie nie potwierdził. Choć mówiło się czasem, że faktycznie otrzymała je w dowód wdzięczności za spełnienie klasztornych modlitw o długo oczekiwane dziecko.

Dorastająca Dominika była częstym gościem w kościele, na plebanii, a przede wszystkim u zakonnic, które z czasem stały się dla niej wzorcem duchowym. Spędzała wśród nich wiele czasu, prowadziła pouczające rozmowy, uczestniczyła w organizowanych przez siostrzyczki zajęciach i akcjach. To wszystko sprawiło, że z biegiem czasu zaczęła coraz poważniej rozważać możliwość wstąpienia do klasztoru.

Kiedy zwierzyła się z tego swojej ulubionej siostrze Matyldzie, usłyszała słowa, których prawdziwą wartość doceniła dopiero kilka lat później. Ta uduchowiona i mądra zakonnica przekazała Dominice wiele cennych rad, które w sposób zasadniczy wpłynęły na zmianę dziewczęcych marzeń o zakonie. Początkowo dziewczynka miała nawet do niej żal o to, że w takim świetle ukazała jej rzeczywistość panującą za murami wymarzonego klasztoru.

Siostra czuła się jednak w obowiązku otworzyć oczy tej dobrze zapowiadającej się dziewczynce na rzeczy, o których ona nie miała zielonego pojęcia. Dominika czuła się bardzo zawiedziona. Potrzebowała czasu, aby oswoić się z tą wiedzą. Nie przypuszczała, że w tym wyidealizowanym świętym miejscu rozgrywają się czasem rzeczy, o których wolałaby nie wiedzieć.

Szkołę podstawową ukończyła z wyróżnieniem. Rodzice byli z niej bardzo dumni, szczególnie tata, który otaczał swoją ukochaną córeczkę niezwykłą atencją. Potem przyszedł czas pierwszych ważnych wyborów w życiu Dominiki. Musiała zdecydować, kim zamierza zostać w przyszłości. Wbrew pozorom nie stanowiło to dla niej większego problemu. Była bardzo zdolną uczennicą i mogła właściwie pójść do każdej szkoły. Zdecydowała się, podobnie jak jej najlepsza przyjaciółka Wiesia, na najbardziej prestiżową placówkę w mieście. Wybrała Zespół Szkół Ekonomicznych imienia A. J. Vetterów.

Cztery lata nauki w szkole średniej były dla Dominiki czasem radosnym i satysfakcjonującym. Uczyła się znakomicie, przechodząc z klasy do klasy z wyróżnieniami. To był również znaczący okres dla jej rozwoju fizycznego, a przede wszystkim mentalnego. Z roku na rok, z nieco zamkniętej, wycofanej, skromnej dziewczynki stała się otwartą, pełną wdzięku nastolatką, która budziła coraz większe zainteresowanie wśród rówieśników. Nabrała nie tylko pewności siebie, ale także kobiecych atrybutów, nadrabiając wcześniejsze „zapóźnienia” natury fizycznej, dotyczące choćby wzrostu. Teraz nie była już najniższą dziewczyną w klasie.

Z przysłowiowego, nie tyle może brzydkiego, co nieopierzonego kaczątka, stała się ze wszech miar pięknym łabędziem. Była czarującą szatynką z sięgającymi ramion włosami, dużymi brązowymi oczami i ładnie wykrojonymi ustami. Taka właśnie, czarująca, intrygująca, z nutką ujmującej skromności panienka, przystąpiła do matury, którą zaliczyła bez najmniejszych trudności.

Następnie bez ingerencji ze strony rodziców, a ostatecznie ku ich pełnej satysfakcji, zdecydowała się na KUL, który od czasu przemian ustrojowych w kraju stał się na powrót uczelnią prestiżową. Absolwenci z dyplomem tej szacownej Alma Mater nie mieli większych problemów ze znalezieniem pracy.

Decyzja Dominiki była w tym względzie podobnie oczywista jak przy wcześniejszym wyborze Vetterów. Postanowiła też pozostać wierną swojej dotychczasowej edukacji i poszła na ekonomię, w odróżnieniu od Wiesi, która wybrała uniwersytet i pedagogikę. Zawsze chciała być nauczycielką. Miała ku temu wrodzone predyspozycje.

* * *

Pod koniec drugiego roku studiów Dominika poznała przystojnego młodzieńca, Wiktora, który właśnie kończył informatykę na politechnice. Trafili na siebie zupełnie przypadkowo. A gdyby nie to, że pewnego piątkowego popołudnia umówiła się z Wiesią na pogaduchy w ulubionej kawiarence Między Słowami, być może ich drogi nigdy by się nie przecięły.

Wchodząc do obszernej sieni starej, nieco zaniedbanej kamienicy przy ulicy Rybnej, gdzie znajdowało się wejście do lokalu, nieopatrznie zawadziła butem o kamienny próg i – niemal bezwładnie – wpadła w czyjeś ręce. Gdyby nie pomocne ramiona przypadkowego mężczyzny, mogłaby doznać poważniejszych obrażeń.

Kiedy wyswobodziła się z objęć tajemniczego wybawiciela, zła jak osa na swoją niezdarność, stanęła na równie nogi i – z nieuzasadnionym wyrzutem w oczach – spojrzała na nieznajomego.

Młodzieniec, bo na pierwszy rzut oka widać było, że jest w podobnym do niej wieku, widząc miotający pioruny wzrok dziewczyny, uśmiechnął się rozbrajająco. Za nic sobie miał jej mało przyjazne spojrzenie.

– O, jak miło, wpadła pani w moje ręce, niczym gwiazdka z nieba – rzucił jak na zawołanie, śmiejąc się przy tym beztrosko.

Tymczasem Dominika, wstydząc się swojego niefortunnego potknięcia, była nadal wściekła na cały świat.

 

– Wszystko OK, nic się pani nie stało? – zapytał młodzieniec, nie tracąc dobrego humoru i naturalnej pewności siebie.

– Tak, dziękuję. Dziękuję za pomoc – zdobyła się w końcu na grzeczność.

– Przyjmuję pani wdzięczność z satysfakcją i cieszę się, że nic pani nie jest – dodał, promieniejąc dobrym nastrojem.

Dominika, widząc naturalny luz młodzieńca, słysząc trafność zabawnych uwag, zaczęła inaczej patrzeć na swojego dobroczyńcę. Dostrzegała w nim kogoś naprawdę intrygującego. Mimo rozdrażnienia, które nadal kąsało ją od środka, zaczynała ulegać coraz przyjemniejszemu wrażeniu.

– Nie, a co by miało być? – odpowiedziała nieco opryskliwie, zamierzając wyminąć go, aby – mimo kiełkującego w niej zainteresowania – wejść do kawiarenki.

– Zaraz, zaraz – usłyszała z ust nieustępliwego mężczyzny. – Czy przypadkiem swoim heroicznym wyczynem nie zasłużyłem na odrobinę wdzięczności?

– Jak to? O czym pan mówi? – Dominika poczuła się nieco zakłopotana. – Przecież podziękowałam panu.

– No tak, ale to mi, jakby to delikatnie ująć, nie wystarcza – nieznajomy nie dawał za wygraną i, popisując się gierkami słownymi, usiłował zatrzymać interesującą go coraz bardziej złośnicę.

Dominika, mimo okazywanej irytacji, wywarła na nim zaskakujące wrażenie i nie zamierzał zaprzepaścić okazji, aby poznać ją bliżej.

– Jak już mówiłem, wpadła pani w moje ramiona niczym gwiazdka z nieba – kokietował zjawiskową w jego oczach dziewczynę. – Tego nie można tak zostawić.

– Żarty się pana trzymają, a na mnie w środku czeka przyjaciółka. Na dodatek już wcześniej byłam spóźniona. Śpieszę się – próbowała puścić mimo uszu jego zaloty, choć czyniła to trochę na przekór swoim odczuciom.

– Mam rozumieć, że kawy dzisiaj nie wypijemy?

– Jakiej kawy, o czym pan znowu mówi? – nadal udawała, że nie pojmuje, o co mu chodzi.

– Kawy wdzięczności, ma się rozumieć. Mówiąc serio... – zaczął, ale widząc jej kwaśną minę, postanowił zmienić sposób perswazji. – Może moglibyśmy wypić niezobowiązującą kawę? Zrządzeniem losu poznaliśmy się, to znaczy, w jakimś sensie. W każdym razie początek mamy już za sobą, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy się poznali bliżej – zawieszając głos, kusił Dominikę ujmującym spojrzeniem i czarującym uśmiechem, eksponując przy tym garnitur nieskazitelnie białych zębów.

– Mówiłam panu, że jestem umówiona, ktoś czeka na mnie w środku – odpowiedziała z udawanym zniecierpliwieniem, wyraźnie jednak mięknąc.

Chłopak był naprawdę fajny, dobrze ułożony, a przy tym... te jego oczy.

– Jasne, rozumiem. Nie myślałem, żeby dzisiaj. Może jutro? – kuł żelazo, póki było jeszcze gorące, co zapewne wyczytał z jej błysków w oczach.

– Czy ja wiem? Dobrze, niech będzie. Jutro o tej samej porze – dodała niby od niechcenia i nie czekając na odpowiedź, czym prędzej weszła do lokalu.

Idąc spiesznie w kierunku stolika, przy którym siedziała Wiesia, czuła, jakby za chwilę z jej policzków miała trysnąć krew. Ciśnienie w jej głowie sięgało zenitu. Była tak podekscytowana, że nie mogła opanować oddechu, nie mówiąc już o rozszalałych myślach.

– Boże, gdzieś ty była tyle czasu? Czekam tu i czekam. Już miałam dzwonić, czy przypadkiem coś ci się nie stało! – przyjaciółka przywitała Dominikę tyradą.

– A żebyś wiedziała, że stało, ale przede wszystkim przepraszam cię za spóźnienie – pokajała się, mimo buzujących emocji, które nie opuszczały jej ani na chwilę.

– Mówże wreszcie, co się stało, bo widzę, że trzęsiesz się cała.

– Wyobraź sobie, że wchodząc do holu...

Dominika opowiedziała przyjaciółce o feralnych zdarzeniach, jakie ją spotkały, a w zasadzie, jakie ona sama wywołała swoją niezdarnością.

Wiesia słuchała opowieści przyjaciółki z nie mniejszym uniesieniem. Była pod wrażeniem sytuacji, na dodatek rozgrywającej się tuż obok miejsca, w którym się znajdowała. Żałowała, że tego nie widziała. Nie rozśmieszyło jej nawet to, że przyjaciółka zawadziła niezdarnie nogą o stopień i runęła w objęcia mężczyzny, co musiało wyglądać dosyć zabawnie. Z nutką nieskrywanej zazdrości słuchała peanów na temat walorów urody i intelektu tajemniczego ratownika, wyobrażając go sobie na swój sposób.

– Ty to masz, kobieto, szczęście. Takie ciacho trafia ci się w zwykłe piątkowe popołudnie, w jakiejś małej ponurej uliczce. – Zazdrościła przyjaciółce, sama bowiem ciągle nie mogła sobie znaleźć kogoś godnego uwagi. – I co? Zamierzasz pójść na to spotkanie?

– Dobre pytanie. Teraz gdy nieco ochłonęłam, sama nie wiem – zastanawiała się z powagą malującą się na twarzy. – Mam wrażenie, że postąpiłam zbyt pochopnie. Co on sobie o mnie pomyśli? Wystarczyło kilka okrągłych słówek, powłóczyste spojrzenia, błysk uzębienia, a ja, gęś nieopierzona, połknęłam haczyk.

– Coś ty, nie wygłupiaj się! – Wiesia, przybierając pozę adwokata, stanęła w jej obronie. – Każda znajomość ma jakiś początek, mniej lub bardziej banalny. Jednak ty umówiłaś się, dałaś słowo. Głupio byłoby teraz wycofywać się rakiem. Jeśli już, zrób to po spotkaniu. Przecież nie ma żadnego przymusu, aby to kontynuować.

– Sama nie wiem. Jestem głupia, że dałam się ponieść chwili. W jednym masz rację, zgodziłam się przecież na to z własnej, nieprzymuszonej woli i muszę przez to przejść. Co będzie później, zobaczymy. Jeśli okaże się zwykłym łowcą przygód, poślę go gdzie pieprz rośnie. Niech sobie nie myśli.

IV

Kiedy zegar na Bramie Krakowskiej wybijał godzinę dziewiętnastą, Dominika mijała Czarcią Łapę. W zasięgu jej wzroku znajdował się rynek starego miasta, pełen turystów, którzy spacerowali wokół Trybunału z typową dla zwiedzających beztroską. Tymczasem ona bardzo się spieszyła. Znowu była spóźniona. Towarzyszące jej wyrzuty sumienia sprawiały, że próbowała przyspieszyć kroku, co nie było wcale takie łatwe. Musiała się nieźle nagimnastykować, aby utrzymać narzucone sobie tempo i nie potrącić przy tym któregoś z przechodniów. Nie zawsze było to możliwe.

Dotarła w końcu do bramy prowadzącej w kierunku Rybnej, przy której znajdowała się kawiarenka. Już z pewnej odległości dostrzegła mężczyznę spacerującego niecierpliwie tam i z powrotem przed wejściem do lokalu. Poczuła zmieszanie.

– O, jest moja gwiazdka z nieba – usłyszała z pewnej odległości jego krotochwilne zawołanie. – Już się zacząłem zastanawiać, czy nasze wczorajsze spotkanie nie było li tylko snem – żartował dosyć archaicznie, jak na swój wiek i wygląd.

– Bardzo przepraszam, ale nie wyrobiłam się – odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech. – Na dodatek rynek pełen turystów nie ułatwił mi życia.

– Rzeczywiście. Widać wyraźnie, że sezon rozpoczął się już na dobre – rzucił pojednawczo, nie zamierzając kontynuować tematu jej spóźnienia. Najwyraźniej nie był człowiekiem drobiazgowym. – To dla pani. – Wręczył Dominice bukiecik wiosennych kwiatów, krygując się nieco użytym wobec niej słowem „pani”. Miał wrażenie, że zabrzmiało niezbyt naturalnie, że trąciło „starzyzną”.

– O, dziękuję, są śliczne – zachwyciła się Dominika, wchłaniając z uniesieniem subtelną woń filetowych irysów. – Pachną cudownie.

– Jeśli pani pozwoli, chciałbym nadrobić swój wczorajszy nietakt. Zaaferowany zdarzeniem, nie przedstawiłem się. Wiktor – powiedział z przywołaną naprędce powagą, oczekując na wyciągnięcie ręki przez Dominikę.

– Tak, faktycznie. Można powiedzieć, że jak dotąd, znamy się tylko z widzenia. Ja mam na imię Dominika – odpowiedziała z wdziękiem, podając mu dłoń.

– Teraz możemy już chyba wejść do środka i zamówić naszą „kawę wdzięczności”, jak ją, dosyć chyba banalnie, wczoraj nazwałem – skwitował ceremonię przywitania. – Który lokal wybieramy? – zapytał ku wyraźnemu zaskoczeniu Dominiki.

W sieni, przed którą właśnie stali, znajdowały się wejścia do dwóch różnych przybytków gastronomicznych. Po lewej stronie mieściła się ulubiona kawiarenka Dominiki, o kameralnym, wyraźnie literackim charakterze, a po prawej pub z całkowicie odmiennym klimatem, stylizowanym na amerykański, o czym Dominika zdawała się nie pamiętać.

– Rzeczywiście. Mamy dylemat. Jeżeli wybór należałby do mnie, to wskazałabym kawiarenkę – odpowiedziała niepewnie, nie znosząc dokonywania jakichkolwiek wyborów z myślą o sobie.

– OK, nie ma problemu. Prawdę mówiąc, spodziewałem się tego – uśmiechnął się ujmująco.

Nadal był czarujący i szarmancki, o czym Dominika zdążyła już pomyśleć, porównując ich dzisiejsze spotkanie do wczorajszego, które zrobiło na niej tak dobre wrażenie.

– Pamiętałem, że właśnie tu umówiła się pani z przyjaciółką. Domyślałem się, że to jest pani ulubiona przystań – coraz bardziej drażniła go oficjalna forma, co dało się nawet słyszeć w sposobie, w jaki akcentował słowo „pani”.

– I taka jest prawda, lubię tu od czasu do czasu posiedzieć z przyjaciółmi – odpowiedziała z większą już pewnością siebie i wyraźnym zamiarem wejścia do środka.

Lokal, składający się z kilku niewielkich pomieszczeń, przypominający typowe lokatorskie mieszkanie, sprawiał miłe wrażenie. Panował w nim przyjemny, niepowtarzalny klimat. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, znajdowały się zabytkowe szafy, witryny i regały wypełnione książkami. Podobna w stylu była także pozostała część wyposażenia kawiarenki, na którą składały się stoliki o różnych kształtach, stojące na nich lampy z abażurami, wokół archaiczne krzesła, a gdzieniegdzie wygodne fotele, a nawet sofy. Całości dopełniały liczne ozdoby, gustownie dobrane bibeloty, wiszące na ścianach płótna oraz grafiki. W jednym z pomieszczeń znajdowało się wyjście do niewielkiego patio, gdzie stało kilka stolików dla gości ceniących sobie plener i naturalną zieleń roślin.

Całe wnętrze lokalu kojarzyło się w sposób sugestywny z mieszkaniem, w którym urządzono księgarnię, czytelnię i kawiarnię w jednym. Wisząca obok niewielkiego bufetu huśtawka, dostępna dla gości, przydawała temu miejscu specyficznego charakteru z wyraźnie relaksacyjnym przesłaniem.

– Rzeczywiście, przyjemnie tutaj – stwierdził Wiktor, siedzący naprzeciwko Dominiki i rozglądający się z zaciekawieniem wokół siebie. – Aż się sobie dziwię, że bywając tak blisko, nigdy tu nie zajrzałem.

– Rozumiem z tego, że jest pan raczej miłośnikiem pubów – skwitowała jego słowa Dominika.

Używając słowa „pan”, teraz i ona poczuła jakąś nienaturalność. Nie była jednak gotowa, aby zaproponować przejście na „ty”.

– Tak, faktycznie, przynajmniej do tej pory tak było. Myślę, że teraz się to zmieni – odpowiedział z nutką zamyślenia. – Ale, zanim... Mam propozycję, choć jest ona raczej domeną kobiet, ale zaryzykuję. Mówmy sobie po imieniu. Przyznam, że męczy mnie ta oficjalna forma.

– Nie mam nic przeciwko temu. Mnie ona również nie do końca odpowiada – zgodziła się Dominika, widząc miłe zaskoczenie w jego oczach.

– Super, aż mi lżej – wyraźnie się ożywił. – Wracając do pubu, tego z naprzeciwka, to bardzo lubię jego klimat muzyczny. Można tam posłuchać dobrego jazzu, który snuje się w tle, ba, czasem też i na żywo. Okazjonalnie goszczą tam różni młodzi utalentowani instrumentaliści.

– To ciekawe. Nie wiedziałam o tym, choć bywam tu dosyć często – nie kryła zaskoczenia Dominika. – Wygląda na to, że słabo u nich z promocją.

Ich drugie, może jeszcze nie randkowe, spotkanie rozkręcało się dosyć nieporadnie. Z chwilą kiedy przestali zajmować się oceną wnętrza kawiarenki, poczuli coś w rodzaju onieśmielenia. Pojawiały się krępujące chwile milczenia i wyraźny brak tematów do rozmowy. Na szczęście bariery zaczęły powoli znikać, a Wiktor stawał się tym samym wyluzowanym chłopakiem, jakiego poznała dzień wcześniej. Widać było, że spodobali się sobie. W ich rozmowie pojawiły się coraz bardziej wyczuwalne emocje i chęć zrobienia na sobie jak najlepszego wrażenia.

Dominika, słuchając sympatycznego chłopaka, który z entuzjazmem opowiadał o swoich informatycznych pasjach, miała możliwość przyjrzenia mu się dokładniej, choć robiła to w sposób możliwie dyskretny.

Już przed wejściem do kawiarenki stwierdziła, że jest o głowę wyższy od niej, co uznała za duży plus, że ma wysportowaną sylwetkę i modnie się ubiera. Teraz, siedząc naprzeciwko niego, przy niewielkim okrągłym stoliku, widziała z bliska te wyraziste szafirowe oczy w ciemnych oprawach, którymi patrzył na nią w taki sposób, że momentami czuła przebiegające ją dreszcze. Był szatynem, miał gęste włosy z zaczesaną do góry grzywką, spadającą zalotnie na prawą połowę czoła, do tego ciemną karnację skóry. Słowem ciacho, jak go trafnie określiła jej przyjaciółka.

Słuchając go z uwagą, odnosiła wrażenie, że chłopak z minuty na minutę staje się bardziej stonowany, uładzony, można by rzec normalny. Jego wczorajsza, nieco irytująca pewność siebie, rozpłynęła się gdzieś niepostrzeżenie w kawiarnianej przestrzeni. Być może wówczas była to jedynie poza, jego sposób na zrobienie dobrego wrażenia przy pierwszym poznaniu.

 

Dominice bardziej odpowiadał ten obecny, dobrze ułożony młodzieniec, mający swoje fascynacje i skrystalizowane plany na przyszłość. Nie znosiła szpanerów, którzy za wszelką cenę usiłowali imponować w towarzystwie. On na szczęście okazał się inny niż można było sądzić. Wydawało się, że gdzieś w głębi jego duszy kryje się bardzo wrażliwy i wartościowy człowiek.

Wiktor po ukończeniu studiów zamierzał otworzyć własną firmę informatyczną, zajmującą się szeroko rozumianymi usługami komputerowymi, a przede wszystkim grafiką i reklamą. Jego wielką pasją były wszelkiego rodzaju animacje, gry elektroniczne, które wciągały go do tego stopnia, że opowiadanie o nich zaczęło dominować nad przebiegiem spotkania. Z zapałem zajmował się również kreowaniem witryn internetowych, organizowaniem sieci i ich zabezpieczaniem przed hakerami. Był dobrze znany w światku cybernetycznym, udowadniając różnej maści programistom, że potrafi się włamać do każdego praktycznie systemu. Z czasem jednak zaprzestał tych szpanerskich gierek, stając po stronie legalu i bezpieczeństwa internetowego.

Kiedy się w końcu zorientował, że brnie w ślepy zaułek, przerwał w jednej chwili swoje wywody, przepraszając Dominikę za gadulstwo.

– Ze mną to tak zawsze – przyznał z wyraźnym zażenowaniem. – Jak już wpadnę w te swoje komputerowe koleiny, to nie mam umiaru. Na przyszłość upoważniam cię, a nawet proszę, abyś przywoływała mnie do równowagi. Mówię szczerze.

Ona tymczasem, doceniając jego otwartość i zapał, z jakim opowiadał o swoich zamierzeniach, czuła swego rodzaju satysfakcję. Nie dość, że siedzący naprzeciwko niej chłopak podobał jej się zewnętrznie, to na dodatek zwierzał się w sposób otwarty ze swoich, bardzo osobistych, planów życiowych. Szczególnie że ich realizacja była tuż tuż. Kończył właśnie studia i zamierzał wyjechać do Wrocławia. Właśnie tam pragnął urzeczywistniać swoje marzenia.

– Dlaczego akurat Wrocław? – Dominika, nieco zawiedziona perspektywą jego wyjazdu z Lublina, próbowała wybadać, jak poważne są to zamierzenia.

– Wybór Wrocławia nie jest przypadkowy – z wyraźną ochotą podjął temat. – Kiedyś, zupełnie przypadkowo, poznałem w necie kolesia, który ma podobne zainteresowania do moich. Na dodatek on realizuje aktualnie swoje pasje w praktyce, właśnie we Wrocławiu. Założył firmę i usiłuje podbić rynek. Znaleźliśmy dosyć szybko wspólny język, dogadaliśmy się i zamierzamy pociągnąć ten interes razem, poszerzając znacznie działalność – naszej już – spółki.

– Rozumiem, ale dlaczego nie chcesz robić tego tutaj, na miejscu? – dopytywała Dominika. – Byłoby ci dużo łatwiej. Po pierwsze masz gdzie mieszkać, po drugie znasz ludzi, nie mówiąc już o ogólnych warunkach.

– Pozornie tak, ale Wrocław to zupełnie inny świat, inne możliwości – tłumaczył z pełnym przekonaniem Wiktor. – Tam są dużo szersze perspektywy. Kocham Lublin – dodał z nutką nostalgii – to moje rodzinne miasto, niemniej ciągle nieco senne, nazbyt tradycyjne, w jakimś sensie zapóźnione. Nie czuję tu tego pędu, dynamiki, symptomów prawdziwego rozwoju.

– A mnie się wydaje, że Lublin ma ogromny potencjał, wprawdzie niewykorzystywany jeszcze tak do końca, ale stwarzający duże szanse. – Dominika broniła ukochanego miasta, w którym przeżyła całe swoje dotychczasowe życie i nie widziała powodów, aby to zmieniać. – Ja z kolei dostrzegam właśnie tu szanse, o których mówisz, i dlatego uważam, że tacy ludzie, jak ty, jak ja, młodzi i wykształceni, są temu miastu bardzo potrzebni. Szczególnie teraz – dodała z naciskiem. – Po to, aby przyspieszyć, wesprzeć jego kurs ku nowoczesności. Czy ty naprawdę nie dostrzegasz tego wszystkiego, co się w ostatnich latach dzieje w naszym mieście, jak się zmienia, nowocześnieje, pięknieje?

– No tak, ale jak się to wszystko wlecze. Życia nam nie starczy, aby doczekać pełnego rozkwitu – uparcie trwał przy swoim.

Widać było, że Wiktor ma już wszystko poukładane w głowie i na tym etapie nie ma żadnych szans na to, aby zmienił swoje plany.

Ta konstatacja trochę zasmuciła Dominikę. Gdzieś tam, na dnie jej serca kiełkowała nadzieja na bliższą znajomość, tymczasem rzeczywistość stała w wyraźnej kontrze do rodzących się wyobrażeń. Poczuwała nutkę zawodu, choć starała się tego nie okazywać. Na tym etapie znajomości byłoby to co najmniej niestosowne.

Ale mimo pewnego rozczarowania, spotkanie z Wiktorem było według niej udane. Przy bliższym poznaniu okazał się chłopakiem nie tylko przystojnym, mądrym i rozsądnym, ale także wyraźnie zainteresowanym podtrzymaniem ich znajomości. Przy każdej nadarzającej się sposobności usiłował robić na Dominice dobre wrażenie, komplementując jej wypowiedzi, gloryfikując poglądy, okazując szczere zainteresowanie jej spostrzeżeniami. Wreszcie też patrząc na nią w taki sposób, że krew w jej żyłach krążyła z zawrotną wręcz prędkością.