Spotkanie w Paryżu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hewitt
Spotkanie w Paryżu

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ammar Tannous rozglądał się po zatłoczonej sali balowej paryskiego hotelu z zaciśniętymi ustami i chłodną, obojętną twarzą. Gdzieś pośród tego tłumu czekała jego żona – choć „czekała” nie było właściwie odpowiednim słowem. Noelle nie miała pojęcia, że on tu jest, może nawet nie wiedziała, że jeszcze żyje.

Mrużąc oczy, przepychał się przez tłum. Na jego widok rozmowy milkły i zalegało zdziwione milczenie. Wiedział, że przed dwoma miesiącami, po katastrofie helikoptera, gazety pisały o jego cudownym ocaleniu, ale te relacje nie były opatrzone krzykliwymi nagłówkami. Ammar nigdy nie był postacią z pierwszych stron gazet, nie starał się robić szumu wokół swojej osoby. Praca dla Tannous Enterprises wymagała, by trzymał się w cieniu. Mimo wszystko niektórzy go rozpoznawali.

– Pan Tannous. – Szczupły, nerwowy mężczyzna, który stanął przed nim, wydawał się bezgranicznie przerażony. Ammar próbował sobie przypomnieć jego nazwisko, ale na co dzień miał do czynienia z tyloma ludźmi, że nie był w stanie pamiętać każdej wystraszonej istoty, która miała nieszczęście dostać się pod karzącą pięść Tannous Enterprises. – Chciałbym się umówić na spotkanie z panem – wyjąkał mężczyzna z przepraszającym gestem. – Słyszałem o tym, co się stało, i…

Wiadomość o tym, że przeżył katastrofę, dla większości ludzi nie była dobrą nowiną. Teraz Ammar przypomniał sobie tego człowieka, choć wciąż nie pamiętał jego nazwiska. Był to właściciel niedużej szwalni pod Paryżem. Ojciec Ammara miał w niej udziały i tuż przed śmiercią wystąpił o zwrot pożyczki, pragnąc doprowadzić szwalnię do bankructwa i zlikwidować konkurencję dla własnych interesów.

– Nie w tej sprawie tu przyszedłem – odrzekł Ammar szorstko. – Jeśli chce się pan ze mną spotkać, proszę zadzwonić do biura.

– Tak. Oczywiście.

Ammar poszedł dalej. Mógł zapewnić tego człowieka, że nie będzie się domagał zwrotu długu, ale słowa nie chciały mu przejść przez gardło. W tej chwili interesowała go tylko Noelle. To jej twarz, wspomnienie o niej pozwoliło mu przetrwać, gdy umierał z głodu i pragnienia. Ranny i w gorączce, tęsknił za nią. Nie widział jej od dziesięciu lat. Odesłał ją w kilka miesięcy po ślubie, ale teraz zamierzał ją odnaleźć i przypomnieć, że jest jego żoną.

Szedł przez tłum z coraz bardziej zaciętym wyrazem twarzy.

– Ktoś cię szuka.

Noelle Ducasse odwróciła się na głos swojej przyjaciółki Amelie.

– Czy powinnam się bać?

– Możliwe. – Amelie sięgnęła po kieliszek szampana, unosząc z zaciekawieniem elegancko wydepilowane brwi. – Metr dziewięćdziesiąt, głowa ogolona prawie na zero i okropna blizna na twarzy. Wygląda całkiem seksownie, ale też groźnie. Czy ten opis z czymś ci się kojarzy?

Noelle spojrzała na nią rozbawiona.

– Prawdę mówiąc, nie. Brzmi to jak opis skazańca.

– Możliwe, ale frak ma pierwsza klasa.

– Ciekawe – mruknęła, choć w gruncie rzeczy nie była szczególnie zaciekawiona. W paryskim towarzystwie można było się natknąć na rozmaite barwne postacie. Odstawiła na wpół opróżniony kieliszek z szampanem na tacę krążącego po sali kelnera i dodała: – Nogi mnie bolą. Chyba już pójdę do domu.

– Mówiłam, że nie wytrzymasz długo na tych obcasach – stwierdziła Amelie z satysfakcją, bowiem to ona sama miała ochotę założyć piętnastocentymetrowe srebrne szpilki, po raz pierwszy zaprezentowane na wybiegu w marcu, podczas paryskiego tygodnia mody. Arche, drogi dom towarowy, w którym obydwie pracowały, miał wyłączność na ich sprzedaż tej jesieni.

Noelle filozoficznie wzruszyła ramionami.

– To tylko część pracy.

Firma wymagała, by menedżerowie sprzedaży pokazywali się w paryskim towarzystwie w sprzedawanych przez nią ubraniach i by starali się wyglądać jak najlepiej. Po pięciu latach Noelle miała już dość udawania dwudziestolatki, ale wiedziała, że musi dotrzymać zobowiązań. Za kilka miesięcy miała awansować na starszego menedżera i z działu z akcesoriami i butami przejść do działu z ubraniami dla dojrzałych kobiet.

Amelie wydęła usta.

– Nie możesz jeszcze wyjść. Jest dopiero jedenasta.

– Jutro rano muszę być w pracy. Zresztą ty też.

– A co z twoim groźnym wielbicielem?

– Będzie mnie musiał wielbić z daleka. – Ogolona głowa i blizna? Ten opis nie pasował do tłumu celebrytów. Mimo wszystko Noelle miała teraz ochotę tylko na łóżko i coś gorącego do picia. No, może jeszcze na dobrą książkę. Ten straszny wielbiciel będzie się musiał jakoś pogodzić z rozczarowaniem.

Pomachała ręką Amelie, która ruszyła w stronę kolejnej grupki gości, i stojąc pośrodku ruchliwego tłumu, naraz poczuła się bardzo samotna. Starała się nie dopuszczać do siebie tego uczucia od dziesięciu lat, odkąd odeszła od męża i zbudowała swoje życie na nowo. Lubiła Amelie i inne przyjaciółki, ale nie były to pokrewne jej dusze. Już dawno zrezygnowała z poszukiwania bratnich dusz. Westchnęła, tłumiąc żal. Chciała po prostu wrócić do domu i wreszcie zrzucić z nóg te okropne buty.

Przepychanie się przez tłum zajęło jej cały kwadrans. Dotarła w końcu do pustego holu i naraz usłyszała za plecami głos:

– Prawie cię nie poznałem.

Zastygła. Dobrze wiedziała, czyj to głos, choć nie słyszała go od dziesięciu lat. Odwróciła się powoli i stanęła naprzeciw byłego męża. W pierwszej chwili poczuła się wstrząśnięta. Włosy miał ostrzyżone bardzo krótko, prawie jak rekrut. Długa, czerwona blizna biegła od linii włosów aż do szczęki, rozdzielając na pół prawy policzek. Zatem to był ten groźny wielbiciel, o którym wspominała Amelie. Ammar. Nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy, że będzie jej szukał.

– Ciebie też trudno poznać – odrzekła chłodno, choć na sam jego widok ugięły się pod nią kolana. Wydawał się wyższy i potężniejszy niż kiedyś, choć musiała to być iluzja. Usta miał mocno zaciśnięte, a oczy przymrużone. Wyglądał zupełnie inaczej niż mężczyzna, w którym się kiedyś zakochała.

– Czego chcesz?

– Ciebie.

Serce zabiło jej mocno. Kiedyś już zapytała go, czego chce i czy chce jej, ale wówczas głośno i dobitnie odpowiedział, że nie. Nawet teraz, dziesięć lat później, płonęła z upokorzenia na to wspomnienie.

– Muszę z tobą porozmawiać, Noelle.

– To ciekawe. Nie rozmawialiśmy od dziesięciu lat – odrzekła chłodno. – Nie mamy sobie nic do powiedzenia.

On jednak wciąż patrzył na nią z napięciem.

– Ja mam ci coś do powiedzenia.

Poczuła ciężar w piersi i oczy zaczęły ją piec. Kiedyś, dawno temu, bardzo go kochała. Teraz nie mogła o tym myśleć spokojnie i nie miała ochoty słuchać tego, co chciał jej powiedzieć.

Podszedł bliżej. Był potężnie zbudowany i umięśniony, ale zauważyła, że znacznie stracił na wadze.

– Słyszałaś chyba o moim wypadku?

– Tak, ojciec mi powiedział. O twoim cudownym ocaleniu też.

– Nie wydajesz się szczególnie zadowolona z tego, że przeżyłem.

– Przeciwnie, Ammar. Ucieszyło mnie to. Bez względu na to, co wydarzyło się między nami, nigdy nie życzyłam ci źle. Przykro mi z powodu twojej straty – dodała sztywno. – Mam na myśli śmierć ojca.

Ammar tylko wzruszył ramionami. Wciąż nie mogła zrozumieć, skąd się tu wziął. Znała tylko podstawowe fakty. Przed dwoma miesiącami ojciec zadzwonił do niej z wiadomością, że Ammar i jego ojciec zginęli w katastrofie helikoptera. Nie chciał, żeby dowiedziała się o tym z mediów. Noelle była mu za to wdzięczna, ale nie miała pojęcia, jak zareagować. Czy powinna czuć smutek? Gniew? Dziesięć lat już minęło od anulowania ich małżeństwa, ale cierpienie po rozpadzie związku prześladowało ją przez cały czas. Była jak odrętwiała. Dopiero po kilku tygodniach, gdy kłąb emocji nieco się rozluźnił, przekonała się, że czuje przede wszystkim żal po utracie tego, co kiedyś mogło między nimi zaistnieć – szczęścia, które skradziono jej tak okrutnie.

A potem ojciec znów zadzwonił i powiedział, że Ammar żyje. Jacyś rybacy znaleźli go na odludnej wysepce. Wrócił i przejął firmę ojca, Tannous Enterprises. Żal, z którym Noelle zaczynała już sobie radzić, natychmiast zmienił się w gniew. Cholerny Ammar! Przed laty złamał jej serce, odrzucił ją, a teraz wrócił i znów poruszył bolesne emocje.

Popatrzyła na niego twardo.

– Mówiłam już, że nie mamy sobie nic do powiedzenia.

Próbowała go wyminąć, ale chwycił ją za rękę.

– Zaczekaj. Chcę tylko porozmawiać.

– To mów. Masz trzydzieści sekund, bo potem zrobię scenę. – Spojrzała wymownie na brązowe palce otaczające jej przegub. – I nie chciałabym, żeby zostały mi siniaki.

Gwałtownie puścił jej rękę.

– To zajmie więcej niż trzydzieści sekund – powiedział szorstko. – I nie mam zamiaru prowadzić tej rozmowy w holu hotelowym.

– A ja nie mam zamiaru nigdzie z tobą iść.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, z głową przechyloną na bok.

– Jesteś zła – stwierdził w końcu.

Zaśmiała się bez humoru. Gdy widzieli się po raz ostatni, klęczała na łóżku w jego pokoju hotelowym w samej tylko koronkowej bieliźnie, powstrzymując szloch, a on zimnym głosem kazał jej wyjść. Ale to była przeszłość. Powinna go teraz potraktować obojętnie, może nawet z odrobiną życzliwości, niczym przypadkowego znajomego, i w żaden sposób nie pokazać, do jakiego stopnia wciąż potrafi poruszyć jej uczucia.

– Nie jestem zła – skłamała. – Ale nie widzę sensu tej rozmowy.

– I zupełnie cię nie interesuje, co chciałbym powiedzieć?

 

Dopiero teraz spojrzała na niego uważniej. Na twarzy miał grymas goryczy. Wydawał się jakiś inny i nie chodziło tylko o bliznę i ogoloną głowę. To było coś w pochyleniu ramion, w cieniach pod bursztynowymi oczami. Wyglądał jak człowiek, który musiał znieść zbyt wiele i jest bliski załamania.

Przez krótką chwilę miała ochotę go pocieszyć, sprawić, by się uśmiechnął, wysłuchać i zrozumieć. Ale Ammar Tannous kiedyś już wykorzystał jej zainteresowanie i współczucie. Zakochała się w nim, a on złamał jej serce i zrujnował życie. Potrzebowała potem wielu lat, by odbudować swoje życie i stworzyć nową siebie. Nie była pewna, czy podoba jej się to nowe wcielenie, ale w każdym razie należało tylko do niej. Była silna, zdeterminowana, nikogo nie potrzebowała i wiedziała, że kilkuminutowa rozmowa nie jest w stanie tego zmienić.

– Idź do diabła, Ammar – rzuciła, po czym wyminęła go i odeszła w mrok.

Ammar patrzył ze złością na wyprostowane, sztywne plecy oddalającej się Noelle. Jak mogła tak od niego odejść? Nie poświęciła mu nawet dwóch minut, chociaż chciał tylko porozmawiać. Ale co właściwie chciał jej powiedzieć? Nigdy nie radził sobie dobrze ze słowami i nie znosił mówić o emocjach. Jednak od czasu wypadku czuł, że znów jej potrzebuje. Nie przestawał o niej myśleć od chwili, gdy odzyskał świadomość, osamotniony i ranny na skrawku pustej plaży. Przypominał sobie jej uśmiech, przechylenie głowy, gdy go słuchała, śnił o niej, walcząc z gorączką, wyobrażał sobie jej dłonie w swoich włosach i ciało przyciśnięte do swojego ciała. To było oczywiste delirium, bo nigdy nie kochali się fizycznie i nie zanosiło się na to, by miało się tak stać w przyszłości.

Zaklął na głos, uświadamiając sobie, że zabrał się do tego od zupełnie nieodpowiedniej strony. Nie powinien jej osaczać i stawiać żądań, ale co innego mógł zrobić? Był człowiekiem czynu, przywykłym do wydawania poleceń. Nie miał zwyczaju owijać niczego w bawełnę i rzadko używał słowa „proszę”. A Noelle była kiedyś jego żoną. Chyba coś to jeszcze dla niej znaczyło? Przez krótką chwilę, ułamek sekundy, patrzyła na niego tak jak kiedyś: w jej piwnych oczach błysnęły emocje, twarz rozjaśniła się uśmiechem. Przez tę krótką chwilę poczuł błysk szczęścia, cień nadziei. Ale jak miał z nią rozmawiać? Co miał zrobić, żeby zechciała go wysłuchać?

„Bierz, co chcesz. Nigdy nie proś; proszą tylko słabi. Ty żądaj”. Szorstki głos ojca dobiegł go tak wyraźnie, jakby stał tuż obok niego. To były lekcje, których uczył się od dzieciństwa, słowa wyryte w sercu na zawsze.

Usłyszał pisk opon odjeżdżającej taksówki i podjął decyzję. Powie swojemu bratu Khalidowi, że chce odzyskać żonę i oczyścić imię Tannous Enterprises. Chciał wreszcie zrobić coś dobrego ze swoim życiem i pracą. Musiał odzyskać Noelle, firmę i własną duszę.

Zatrzymała taksówkę, wsunęła się do środka i dopiero teraz uświadomiła sobie, że drży. Z irytacją zrzuciła buty i podała kierowcy adres przy Ile St-Louis.

Ammar. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę go widziała i że chciał z nią rozmawiać. O czym? Lepiej było się nad tym nie zastanawiać. Przymknęła oczy i oparła głowę o siedzenie.

Po raz pierwszy spotkała go, gdy miała trzynaście lat. Była wtedy chuda i długonoga jak źrebak, ze szparą między górnymi jedynkami i pryszczem na brodzie. Przyjechał z ojcem w interesach do domu jej rodziców pod Lyonem. Był chudym, ponurym siedemnastolatkiem i starannie jej unikał, Noelle jednak postawiła sobie za cel wywołać na jego twarzy uśmiech. Potrzebowała do tego całych dwudziestu minut. Próbowała wszystkiego: opowiadała dowcipy, kpiła z niego, wystawiała język, a nawet próbowała z nim flirtować, ale on przez cały czas zachowywał kamienną twarz i w milczeniu patrzył na brudny Ren na skraju starannie utrzymanego ogrodu.

Nadmiernie pobudzona Noelle w pewnej chwili straciła równowagę i upadła twarzą na ziemię. Podniosła się niezgrabnie, płonąc z upokorzenia, i zobaczyła przed sobą wyciągniętą do pomocy twardą dłoń. Przyjęła ją i gdy palce Ammara otoczyły jej palce, przeszył ją dziwny dreszcz. Podniosła wzrok na jego twarz i zobaczyła na niej cień uśmiechu, który zaraz zniknął.

– Czy nic ci się nie stało? – zapytał, starannie dobierając słowa.

– Nic – odrzekła sztywno. Wyrwała mu rękę i otrzepała się. Czuła się jak dziecko.

Ammar pochylił się i dotknął jej kolana.

– Krew ci leci.

To było nic nieznaczące zadrapanie. Po skórze spływało kilka kropel krwi. Niecierpliwie machnęła ręką.

– Nic mi nie jest – powtórzyła.

Jeszcze przez chwilę patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, a potem uśmiechnął się – naprawdę się uśmiechnął. Ten uśmiech zupełnie zmienił jego twarz i całą sylwetkę. Napięcie znikło z ciała, oczy rozświetliły się złotym blaskiem, błysnęły białe zęby. Trzynastoletnia Noelle uświadomiła sobie wyraźnie, że stoi przed nią starszy od niej i ogromnie przystojny chłopak. Odwróciła wzrok i znów się zarumieniła.

Zapadło niezręczne milczenie. Chwilę później ojciec Ammara wyszedł z domu i zawołał do syna coś po arabsku. Chłopak skinął głową i odszedł.

– Lubię, kiedy się uśmiechasz! – zawołała w ostatniej chwili.

Odwrócił się i ich spojrzenia się spotkały. Nieoczekiwanie Noelle pomyślała z wielką pewnością: kiedy będę starsza, zostanę jego żoną i sprawię, że będzie się uśmiechał przez cały czas.

Nie widzieli się długo. Gdy po dziesięciu latach ich ścieżki znów się przecięły w Londynie, zaczęli się spotykać. Były to nieśmiałe zaloty. Na to wspomnienie Noelle znów czuła ból. A jednak w ciągu jednego dnia, dnia ich ślubu, Ammar oddalił się od niej. Stał się obcy i zimny i dziesięć lat później wciąż nie rozumiała dlaczego. Patrząc na światła Paryża rozmywające się w szybach taksówki, powiedziała sobie, że to dobrze, że wyszła z hotelu, zanim Ammar zdążył cokolwiek powiedzieć. Zanim zdążył znów ją zranić.

Ale następnego ranka, gdy bladozłote słońce wpadło do jej sypialni, powróciło do niej inne wspomnienie. Miała dwadzieścia trzy lata i szła w towarzystwie Ammara przez Regent’s Park w Londynie. Słońce przeświecało przez liście drzew. Usta Noelle jak zwykle się nie zamykały. Naraz jednak ucichła, pochyliła głowę i zapytała ze skrępowaniem:

– Chyba zupełnie cię zanudziłam?

– Nigdy w życiu – powiedział Ammar z tak szczerym i głębokim przekonaniem, że natychmiast mu uwierzyła. Przymknęła oczy, gdy dotknął jej policzka. Spotykali się od dwóch tygodni; była w nim zakochana. Była w nim zakochana od wielu lat i miała nadzieję, że on też coś do niej czuje, chociaż nigdy jej tego nie powiedział ani nigdy jej nie pocałował. Jednak gdy byli razem, cały świat przestawał dla niej istnieć. Noelle czuła się szczęśliwa i chciała, by Ammar uśmiechał się przez cały czas.

Uśmiechnął się wtedy, a ona, odurzona, przymknęła oczy i uniosła twarz. Równie dobrze mogłaby sobie napisać na czole: pocałuj mnie. I zrobił to. Oparła dłonie na jego piersi, a on na krótką chwilę czułym gestem przyłożył czoło do jej czoła, zaraz jednak pochwycił ją za ramiona i odsunął od siebie. Już wtedy powinna zrozumieć, że żaden inny mężczyzna, szczególnie tak atrakcyjny jak Ammar, nie poprzestałby na krótkim pocałunku ani nie powstrzymałby się przed pójściem z nią do łóżka. Tymczasem Ammar ożenił się z nią, a w noc poślubną odwrócił się do niej plecami.

Prawda wyglądała tak, że nigdy jej nie pragnął. Nie kochał jej i żałował, że w ogóle wdał się w ten związek. Po prostu zabrakło mu wyobraźni, by jej o tym powiedzieć, zanim było za późno.

Przewróciła się na bok i podciągnęła kolana do piersi, niezadowolona z kierunku, jaki obrały jej myśli. Już dawno przestała to wszystko rozpamiętywać, choć wymagało to od niej sporo wysiłku i determinacji. Pewnej soboty, jakieś trzy lata po anulowaniu małżeństwa, wybrała się z rodzicami na lunch do restauracji na brzegu Sekwany i powiedziała stanowczo:

– Dałam już sobie z tym radę, ale nie rozmawiajmy o nim nigdy więcej.

Przystali na to, przepełnieni ulgą, że Noelle wreszcie jest w stanie ruszyć dalej, choć po zakończeniu małżeństwa oni również czuli złość i żal w jej imieniu. Jej ojciec zerwał wszelkie kontakty z Tannous Enterprises i nikt już w jej obecności nie wymieniał nazwiska Ammara Tannousa. Jej znajomi i przyjaciele nie wiedzieli nawet, że była kiedyś mężatką. Ani jej rodzinie, ani rodzinie Ammara nie zależało, by ten fakt stał się publicznie znany. Było tak, jakby to małżeństwo w ogóle nie zostało zawarte.

Ale potem zdarzyła się katastrofa helikoptera. Ojciec Ammara zginął, a on sam cudem wrócił do życia, a wraz z nim zmartwychwstały wszystkie wspomnienia i uczucia, które Noelle pogrzebała na samym dnie duszy. Złościło ją to, że Ammar wciąż jest w stanie wzbudzić w niej jakieś uczucia. Żałowała, że poprzedniego wieczoru zachowała się jak obrażone dziecko. W końcu cudem uszedł śmierci i przeszedł długą rekonwalescencję. Poza tym kiedyś go kochała, a w każdym razie tak jej się wydawało. Może powinna jednak wysłuchać tego, co miał do powiedzenia? Kto wie, może chciał ją przeprosić za to, co zdarzyło się przed laty? Nie była pewna, czy przyjęłaby przeprosiny, ale w każdym razie byłoby miło je usłyszeć.

Westchnęła i podniosła się z łóżka z postanowieniem, że jeśli Ammar znów się do niej zbliży, spróbuje go wysłuchać. Może ta rozmowa pozwoli jej raz na zawsze zamknąć ten rozdział życia?

Pół godziny później, ubrana w wąską szarą sukienkę i czarne czółenka, z włosami związanymi w węzeł, wyszła z mieszkania na ostatnim piętrze osiemnastowiecznej kamienicy i ruszyła w stronę stacji metra. Była już spóźniona i nie zwracała uwagi na otoczenie. Szła prawie pustą uliczką. Jedyną osobą w zasięgu jej wzroku była starsza kobieta w fartuchu, zamiatająca powoli chodnik po przeciwnej stronie.

Naraz czyjaś dłoń mocno zacisnęła się na jej ramieniu. Zarzucono jej na głowę coś ciemnego i zanim zdążyła krzyknąć, ktoś wrzucił ją do samochodu, który natychmiast ruszył.

ROZDZIAŁ DRUGI

Budziła się powoli, jak nurek wynurzający się na powierzchnię morza. Świadomość wracała jej w pojedynczych przebłyskach. W końcu z trudem rozchyliła ciężkie powieki. Leżała na łóżku w jakimś ciemnym pomieszczeniu. W oddali słyszała szum silnika i czuła wibracje w całym ciele. Była w samolocie.

Ogarnięta paniką, próbowała sobie przypomnieć, co się zdarzyło. Szła do pracy, kiedy ktoś ją pochwycił, zarzucił jakąś szmatę na głowę i wciągnął do samochodu. Wbiła paznokcie w czyjąś twarz, a potem usłyszała słowa w niezrozumiałym języku, poczuła ukłucie w ramię i dalej nie pamiętała już nic.

Przerażenie ścisnęło jej gardło. Została uprowadzona w biały dzień z jednej z najlepszych dzielnic Paryża. To wydawało się niemożliwe, a jednak… Dokąd leciał ten samolot i czego chcieli porywacze? Okupu? Jej rodzina była wystarczająco bogata, by brać taką możliwość pod uwagę. A może chodziło o coś innego, coś gorszego – o jakąś współczesną formę niewolnictwa? Pomyślała, że jeśli rzeczywiście wpadła w ręce handlarzy ludźmi, to zabije się przy pierwszej sposobności.

– Obudziłaś się.

Dopiero teraz zauważyła postać siedzącą na krześle w kącie pomieszczenia. Nie mogła dostrzec twarzy, ale rozpoznała ten głos. Ammar.

– To ty – szepnęła z trudem, ochrypłym głosem. Zakaszlała i Ammar podszedł do niej ze szklanką wody. Upiła łyk i odepchnęła szklankę ze złością.

– Porwałeś mnie – wykrztusiła.

– Mówiłem przecież, że muszę z tobą porozmawiać.

Oparła się o poduszki i zaśmiała się z niedowierzaniem.

– I dlatego mnie porwałeś?

– Czasami radykalne metody są konieczne.

Potrząsnęła głową. Była wstrząśnięta i zła, ale czy rzeczywiście się go bała? Nie, chyba nie. Prawdę mówiąc, poczuła ulgę, że to on, a nie jakiś nieznany bandyta.

– Przykro mi, że tak skrajne środki były konieczne.

– Brzmi to tak, jakbyś nie miał żadnego wyboru i musiał mnie porwać, Ammar. Jakbym ja sama cię do tego zmusiła. – Przymknęła oczy. – Obwiniasz mnie za coś, co sam zrobiłeś. Skąd ja to znam?

– Nigdy za nic cię nie winiłem – powiedział cicho.

I może nawet była to prawda, ale Noelle zawsze miała wrażenie, że to ona jest winna temu, że w jednej chwili była mężatką pełną marzeń o szczęśliwym życiu, dzieciach i domku pod Paryżem, a w następnej mąż przestał się do niej odzywać bez żadnego wyjaśnienia.

– Zapal światło – poprosiła. Chciała zobaczyć jego twarz. Ammar odsunął zasłonę na jednym z okien i do kabiny wpadło jaskrawe światło słońca. Ammar wyglądał okropnie: nieogolony, z jaskrawoczerwoną blizną na policzku. Choć miał na sobie odprasowaną koszulkę polo i czarne dżinsy, wydawał się bardziej zaniedbany niż poprzedniego wieczoru. Zresztą Noelle nie miała pojęcia, ile czasu minęło od chwili, gdy ją porwał.

 

– Jesteśmy w samolocie?

– W moim prywatnym odrzutowcu.

– Dokąd mnie zabierasz?

– Do domu.

– Na Alhaję? – Nie znosiła tej wyspy, którą jego ojciec nazywał domem. Był to bunkier przypominający więzienie, umieszczony pośród wspaniałych ogrodów na prywatnej wyspie na Morzu Śródziemnym. Spędziła tam samotne dwa miesiące, zanim w końcu udało jej się uciec.

– Nie. Alhaja nigdy nie była moim domem – odrzekł twardym, mrocznym głosem. Zacisnął dłoń w pięść, a potem powoli rozprostował palce. – Jedziemy do mojej willi w północnej Afryce, na skraju Sahary.

– Masz willę na Saharze?

– Tak.

Wciąż nie potrafiła tego wszystkiego zrozumieć. Czego od niej chciał? Przymknęła oczy, zbyt zmęczona, by pytać dalej, i usłyszała skrzypnięcie krzesła. Ammar wstał. Poczuła na czole dotyk jego chłodnej, twardej dłoni.

– Powinnaś się jeszcze przespać.

– Nie chcę spać. – Nie była to jednak prawda. Czuła, że morzy ją senność. Głos Ammara dochodził do niej jakby z bardzo daleka.

– Dolecimy na miejsce za kilka godzin. Zostanę tu, dopóki się nie obudzisz.

Była zbyt zmęczona, by stawiać opór.

Patrzył na jej twarz, rozluźnioną we śnie, i znów poczuł dręczące wyrzuty sumienia. Nie opuszczały go od chwili, gdy wymyślił to porwanie. Nie powinien tego robić. To było przestępstwo.

Oparł się wygodnie na krześle, położył dłonie na kolanach i nie odrywał od niej wzroku. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale jaki miał wybór? Nie mógł przecież ganiać za nią po całym Paryżu i błagać, by zechciała poświęcić mu kilka minut. Miał nadzieję, że gdy znajdą się sami, uda mu się odtworzyć to, co kiedyś między nimi istniało…

„Teraz zapamiętasz, że nigdy nie należy wierzyć kobiecie. Nie wolno okazywać słabości”. Ojciec drwił z niego nawet po śmierci. Ammar przełknął przez wyschnięte gardło. Nienawidził wspomnień o nim. Nienawidził reakcji, jaką te wspomnienia mimowolnie w nim wywoływały – lęku, upokorzenia i tęsknoty. Odepchnął to wszystko od siebie. Nie myśl o tym, co robisz. Nie myśl, kogo przy tym ranisz. Nie myśl. Wziął głęboki oddech, pochylił się w krześle i czekał, aż Noelle się obudzi.

Gdy się obudziła, wyczerpanie minęło, ale czuła się dziwnie osłabiona. Ammar wciąż siedział obok jej łóżka. Na wpół drzemał, ciemne rzęsy rzucały cienie na policzki. Wyglądał teraz jak mężczyzna, za którego uważała go kiedyś.

Otworzył oczy i zatrzymał na niej spojrzenie pełne napięcia i czegoś przypominającego tęsknotę. Zaraz jednak wyprostował się, zerknął na zegarek i urok chwili prysł.

– Za dwadzieścia minut będziemy w Marakeszu.

– A potem?

– Helikopter zabierze nas do willi. To kilka godzin lotu.

Powoli potrząsnęła głową.

– Ammar, po co mnie tam zabierasz? Czego ode mnie chcesz?

Zacisnął usta i odwrócił spojrzenie.

– Porozmawiamy o tym później. Teraz powinnaś się odświeżyć. W głównej kabinie czeka posiłek.

– Nie mów mi, co mam robić.

– Jak wolisz. Chciałem tylko o ciebie zadbać.

– Zadbać o mnie? Gdybyś naprawdę chciał to zrobić, to byś mnie nie porywał!

Usłyszała głębokie westchnienie.

– Powiedziałem ci przecież, że to było konieczne.

– Odurzyłeś mnie jakimś gazem.

– To był najbezpieczniejszy sposób, żeby cię dostarczyć do samolotu. Nie chciałem, żebyś zrobiła sobie jakąś krzywdę.

– Pomyślałeś o wszystkim – mruknęła z ironią.

– Staram się – odrzekł z cieniem uśmiechu. Dopiero po chwili Noelle uświadomiła sobie, że to miała być próba żartu.

– Postaraj się bardziej – odparowała.

Ammar zatrzymał na niej smutne, ciemne spojrzenie.

– Będę się starał – odrzekł miękko.

Serce Noelle drgnęło, ale nie mogła sobie pozwolić na słabość. Musiała pamiętać, że ten człowiek bardzo ją zranił w przeszłości, a dzisiaj porwał. Kim właściwie był? Przed ślubem uważała, że jest łagodny, czuły i kochający, choć zbyt powściągliwy w uczuciach. Spotykali się przez trzy miesiące i był to okres sielanki. Noelle chciała mu oddać wszystko, całe swoje życie i duszę, i wydawało jej się, że on również tego pragnie. Czasami, gdy sądził, że ona tego nie widzi, patrzył na nią z zachwytem, jakby nie mógł uwierzyć, że Noelle naprawdę należy do niego.

A potem, gdy wypowiedzieli słowa przysięgi ślubnej, w ciągu kilku godzin zmienił się diametralnie. Stał się obcym i oschłym mężczyzną, którego nie znała i nie rozumiała. Dopiero wtedy zobaczyła prawdziwą twarz Ammara.

Wzięła się w garść i rzekła stanowczo, jakby miała do czynienia z niesfornym dzieckiem:

– Skoro już tu jestem, to powiedz, co masz mi do powiedzenia, i odwieź mnie z powrotem do Paryża. Mogę złapać jakiś samolot z Marakeszu.

W bursztynowych oczach pojawił się dziwny błysk.

– Nie.

– Nie? – powtórzyła, zaciskając palce na kocu.

– Nie mogę cię odesłać do Paryża. Jeszcze nie teraz.

– A kiedy?

Wzruszył ramionami. To nie była żadna odpowiedź.

– Ammar, czego ode mnie chcesz? – Znów ujrzała ten dziwny błysk w jego oczach. Czy to mogły być wyrzuty sumienia? – Wiesz, że popełniasz przestępstwo. Możesz zostać za to aresztowany.

Odwrócił wzrok.

– Robiłem już wiele rzeczy, za które mógłbym zostać aresztowany. Jedna mniej, jedna więcej, to nie ma żadnego znaczenia.

Krew w żyłach Noelle zlodowaciała. Wolała nie wiedzieć, o czym on mówi.

– Mój Boże – wykrztusiła. – Kim ty właściwie jesteś?

Znów na nią spojrzał i tym razem dostrzegła w jego oczach determinację.

– Jestem twoim mężem.

Zesztywniała i koc wyśliznął jej się spomiędzy zaciśniętych palców.

– Nie jesteś moim mężem od dziesięciu lat – stwierdziła po długiej chwili pełnej napięcia.

– Wiem o tym. – Odwrócił wzrok i podniósł się z krzesła. – Porozmawiamy o tym później. Zaraz będziemy lądować. Pozbieraj się. W szafie znajdziesz ubrania. Będę na ciebie czekał w głównej kabinie.

– Zostanę tutaj – odrzekła buntowniczo. W tej chwili tylko na tyle było ją stać.

Ammar wzruszył ramionami.

– Jak wolisz – powiedział i zniknął.

Ammar przechadzał się niespokojnie po głównej kabinie. On również czuł się pochwycony w pułapkę. Nic nie szło tak, jak miał nadzieję. Teraz dostrzegał, że od samego początku wszystko robił źle. Miał do dyspozycji nieograniczone finanse i tysiące pracowników gotowych na każde jego skinienie, mnóstwo ludzi patrzyło na niego z lękiem i podziwem, a jednak ta krucha, drobna kobieta wciąż stawiała mu opór. Wszystko, co chciał jej powiedzieć, wszystko, co czuł, splotło się w jeden wielki kłąb i w żaden sposób nie potrafił tego wyrazić. Nie wiedział, jakich słów mógłby użyć. Tęsknił do niej, pragnął jej, ale jak miał jej to przekazać, nie wydając żadnych rozkazów?

Nie był w stanie zignorować ani złamać zasad, które ojciec dosłownie wbił w niego pięścią. Zaczęło się to, gdy Ammar skończył osiem lat. W dzień jego urodzin Balkri Tannous zabrał go z pokoju dziecięcego do swojego gabinetu, a tam bez ostrzeżenia mocno uderzył go w twarz. Od tej chwili zaczęła się jego edukacja, kształtowanie charakteru. Jak miał to z siebie zrzucić, jak miał się zmienić?

W drzwiach stanął Abdul, członek załogi.

– Za dziesięć minut będziemy lądować.

– Doskonale. – Ammar spojrzał na drzwi sypialni i po chwili wahania głośno zastukał. – Noelle, lądujemy. Bezpieczniej będzie, jeśli usiądziesz tutaj, w fotelu.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i zobaczył Noelle wciąż w tej samej pomiętej, szarej sukience. Umyła twarz i uczesała włosy, ale pod oczami wciąż miała ciemne kręgi, a twarz zagniewaną. Bez słowa przesunęła się obok niego, usiadła i zapięła pas. Ammar usiadł naprzeciwko niej, zastanawiając się, co powiedzieć, by zasypać przepaść między nimi, ale żadne słowa nie przychodziły mu do głowy.

– Przepraszam – powiedział w końcu.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach.

– Za co?

– Za to, że cię porwałem.

– I sądzisz, że powinnam przyjąć przeprosiny? – zaśmiała się nieprzyjaźnie i potrząsnęła głową z niechęcią. – Nie ma problemu, Ammar, każdy z nas popełnia błędy.