Romans z mężem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hewitt

Romans z mężem

Tłumaczenie: Ewa Pawełek

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Claiming My Bride of Convenience

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Kate Hewitt

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6392-4

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z sali balowej dobiegał perlisty śmiech wraz z brzękiem drogich kryształów i najlepszej zastawy. Impreza trwała w najlepsze, powodując u mnie skurcz żołądka i szybsze bicie serca. Czy mogłam to zrobić?

Tak, musiałam. Jaką miałam alternatywę? Schować się w bezpiecznym domu i przez kolejne lata, wiele, wiele lat żyć w zawieszeniu i zastanawiać się? Prawdę mówiąc, chciałam uciec z tego luksusowego hotelu, najbardziej snobistycznego miejsca w Atenach, i wrócić do Amanos, ale nie! Przebyłam zbyt długą drogę, licząc na zbyt wiele, żeby uciekać jak przestraszone dziecko. Jestem kobietą, powtarzałam sobie. W dodatku zamężną kobietą. Po trzech latach małżeństwa wreszcie byłam gotowa, żeby skonfrontować się z mężem, ale najpierw musiałam go znaleźć.

Wyprostowałam się, wygładzając suknię, którą kupiłam tego ranka w jednym z drogich butików w Atenach. Sprzedawczynie wymieniły między sobą roześmiane spojrzenie, gdy jąkałam się, prosząc o pomoc. Miałam dużo pieniędzy, ale małą wiedzę o najnowszych trendach i te kobiety doskonale zdawały sobie z tego sprawę.

Teraz, gdy dostrzegłam swoje odbicie w lustrze, zastanawiałam się, czy rubinowa suknia bez ramiączek jest szczytem elegancji, czy też świadectwem braku gustu. Czy w ogóle pasuje do moich brązowych włosów i brązowych oczu? Panna Nijaka, tak kiedyś nazwał mnie mój mąż… Nie miałam mu za złe. Właśnie takiej żony potrzebował, niewyróżniającej się, uległej, która nie stawia żadnych żądań, nie ma wymagań. I to właśnie dostawał przez ostatnie trzy lata. Teraz jednak po raz pierwszy czegoś od niego chciałam i zamierzałam to dostać. Wzięłam głęboki wdech, zmuszając trzęsące się nogi do ruchu. Zrobiłam wiele, by się tu znaleźć. Najpierw przypłynęłam promem z wyspy, na której spędziłam swe małżeńskie życie, a potem wzięłam taksówkę do Aten. Zarezerwowałam hotel, używając karty kredytowej. Kupiłam sukienkę i wysokie szpilki, na których poruszałam się z wysiłkiem. Poradziłam sobie ze wszystkim, choć kosztowało mnie tu niemało odwagi i energii. Życie na Amanos było proste i przewidywalne. W wielkim mieście, z ruchem ulicznym i hałasem czułam się zagubiona i przerażona. Tylko raz tu byłam, z mężem, którego ledwie znałam.

Matteo Dias, jeden z najbogatszych, najbardziej bezwzględnych mężczyzn, a także znany playboy. A ja byłam jego żoną. Wydawało mi się to wciąż nierealne, mimo podpisanych dokumentów i złożonej przysięgi. Każdego dnia, gdy budziłam się na rajskiej wyspie, z daleka od mojego beznadziejnego, jałowego życia w Nowym Jorku, musiałam się uszczypnąć, bo wciąż nie wierzyłam, że to prawda. A jednak okazało się, że to za mało. Przeniknął mnie niepokój. Może jestem nierozsądna, chciwa? Może głupia? Miałam wspaniały dom, pieniędzy więcej, niż mogłam policzyć, i dobre życie, tak inne od tego, które wiodłam w Kentucky, gdzie dorastałam. Fatalnego epizodu w Nowym Jorku nawet nie brałam pod uwagę. Naprawdę mogłam prosić o więcej? Żądać tego? Tak, mogłam, bo inaczej musiałabym pożegnać się z jednym wielkim marzeniem, jakie zawsze miałam.

Teraz, gdy patrzyłam przez otwarte podwójne drzwi na salę balową, zastanawiałam się, czy w ogóle poznam swojego męża. Oczywiście, że tak. Widziałam jego zdjęcia w tabloidach, prawie zawsze w towarzystwie jakiejś ponętnej blondynki lub innej piękności wiszącej na jego ramieniu. Byłam jego żoną, a nawet go nie znałam. Wszystkie informacje o nim czerpałam z gazet. Wiedziałam więc, że był bezwzględny, ambitny i niesamowity w łóżku. Obiekt pożądania wielu kobiet.

Czytałam, jak prasa spekulowała na temat jego sekretnego małżeństwa, ale większość dziennikarzy była zgodna. Żadna kobieta nie byłaby w stanie usidlić takiego człowieka. Plotki okazały się prawdą. Matteo był żonaty, ale tak naprawdę nigdy go nie usidliłam. Wielokrotnie przypatrywałam się jego zdjęciom w gazetach. Zimne, stalowoszare oczy, ciemne, krótko przystrzyżone włosy i imponująca sylwetka. Pamiętałam, jak podczas nielicznych, króciutkich spotkań czułam się, jakby w pokoju brakowało tlenu, a gdy na mnie patrzył, zapominałam, jak się nazywam.

– Proszę pani? Wchodzi pani? – Kelner, trzymając tacę z kieliszkami, popatrzył na mnie pytająco.

Przełknęłam nerwowo.

– Tak – odparłam drżącym głosem.

Wkroczyłam na salę, gdzie bawiła się cała śmietanka towarzyska tej części Europy. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi i wcale się nie dziwiłam. Byłam nikim. Kelnerką z podrzędnej nowojorskiej knajpy, dziewczyną bez rodowodu, pozycji i stylu. Panna Nijaka w pełnej krasie. Nawet w bardzo drogiej sukni – Matteo był zawsze bardzo hojny – i w butach, które kosztowały więcej niż miesięczne koszty wynajmu mieszkania, byłam nikim. Idiotką z zapadłej dziury, która w pogoni za marzeniami złapała stopa do Nowego Jorku, sądząc, że czeka tam na nią spełnienie snów.

Przeszłam przez tłum, zmuszając się do swobodnego zachowania. Musiałam znaleźć Mattea jak najszybciej, zanim dostanę ataku nerwowego albo złamię kostkę w tych cholernych szpilkach. Nie miałam złudzeń, że będzie zachwycony moją wizytą. Zawarliśmy umowę, którą właśnie łamałam. Minęły jednak trzy lata. Nie mógł oczekiwać, że pozostanę na wyspie aż do starości. Dałam mu to, czego chciał. Teraz moja kolej.

– Powodzenia – mruknęłam do siebie i któryś z gości posłał mi zdumione spojrzenie. Zawsze miałam nieco dziwny zwyczaj mówienia do siebie, a trzy lata na odległej wyspie bardzo mi w tym dopomogły.

Wciąż rozglądałam się za mężem i nagle go dostrzegłam. Jak mogłam to zrobić dopiero teraz, skoro wzrostem górował nad wszystkimi, stojąc na środku sali. Moje kroki stały się ciężkie, podobnie jak oddech. Był jeszcze przystojniejszy, niż zapamiętałam. Zatrzymałam się, wpatrując się w niego z zachwytem. Bez wątpienia zapierał dech w piersi. Mroczny, potężny pan i władca w smokingu najlepszej jakości, rozciągającym się na jego szerokich ramionach, imponującej klatce piersiowej i długich nogach. Nawet z drugiego końca sali widziałam jego błyszczące, stalowoszare oczy i pełne usta. Nigdy się nie całowaliśmy. Właściwie chyba nigdy mnie nie dotknął. Nagle doświadczyłam, czym jest jego osławiony magnetyzm, charyzma i seksapil. Nigdy nawet nie próbowałam sobie wyobrażać wspólnej intymności, bo nasze małżeństwo wykluczało ten aspekt. Matteo postawił sprawę jasno już na samym początku. Chyba nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby mnie dotknąć, a ja wmawiałam sobie, że taki układ bardzo mi odpowiada.

Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam naprzód.

– Matteo – powiedziałam głośno. Kilkoro ludzi odwróciło się w moją stronę. Usłyszałam przytłumione szepty. A więc sukienka nie poskutkowała. Z pewnością zrobiłam się czerwona, ale nie dbałam o to. – Matteo.

Odwrócił się. Jego oczy zwęziły się do srebrnych szparek, a usta zacisnęły się w wąską, surową linię. Nie ucieszył się na mój widok. Nie byłam zaskoczona, a jednak nie potrafiłam ukryć smutku. Kobieta stojąca przy nim, pochyliła głowę ze złośliwym uśmiechem i rozbawieniem w zielonych, kocich oczach.

– Och, Matteo – zawołała donośnie. – Chyba masz wielbicielkę.

Wielbicielka? Nic z tych rzeczy.

– Musimy porozmawiać.

– Porozmawiać?

Uśmiechnęłam się z wysiłkiem.

– Tak. Chyba nie zapomniałeś, kim jestem? Twoją żo…

– Nie tutaj!

Zacisnął palce na moim ramieniu i niemal wypchnął mnie z sali balowej, jakbym była kłopotliwym członkiem personelu. Ledwo za nim nadążałam. Był wściekły. Wprowadził mnie do jakiegoś pokoju i zamknął drzwi.

– Daisy – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Co ty, do diabła, tu robisz?

Prawie jej nie rozpoznałem. Łatwo było ją zapomnieć i dlatego się z nią ożeniłem. Pamiętałem jej imię tylko dlatego, że co miesiąc robiłem przelew na jej konto.

– Ciebie też miło widzieć – rzuciła, z nietypowym dla siebie temperamentem.

Poślubiłem przecież szarą myszkę. Cichą, posłuszną, pospolitą i niewidzialną, która miała być wdzięczna za to, co jej ofiarowałem.

 

– Mieliśmy umowę – przypomniałem.

– Że będę twoim więźniem na wyspie, podczas gdy ty będziesz hulał po całej Europie?

– Co takiego? Naprawdę tak na to patrzysz?

– Jesteśmy małżeństwem, Matteo.

– Podpisałaś umowę. Dostajesz czeki. Mówiłaś, że to ci odpowiada.

Zobaczyłem wściekłość w jej oczach.

– Odpowiadało. Minęły jednak trzy lata i teraz chcę czegoś innego.

– Tak?

Skrzyżowałem ramiona, patrząc na nią z pobłażaniem. Zaproponowałem jej czysty układ, a ona to zaakceptowała.

– I dlatego zdecydowałaś się przyjechać tu i nachodzić mnie na przyjęciu?

– Nie nachodzę cię. Po prostu dowiedziałam się o przyjęciu z gazet i pomyślałam, że tu cię znajdę.

– Nachodzisz mnie – powtórzyłem.

– Można nachodzić własnego męża?

– Można, zwłaszcza w takim małżeństwie jak nasze.

– O tym właśnie chciałam porozmawiać.

Usiadła na krześle.

– Skąd wzięłaś tę ohydną sukienkę? – spytałem, zdając sobie sprawę, że jestem obcesowy, żeby nie powiedzieć chamski. – Wyglądasz jak tubka szminki i to w paskudnym kolorze.

Zarumieniła się, ale nie odwróciła wzroku.

– Wiedziałam, że te wredne ekspedientki mnie wrobiły.

– Nie mogłaś im powiedzieć, że ci się nie podoba?

Choć sukienka była naprawdę okropna, idealnie eksponowała ciało. Mój wzrok zawiesił się na kobiecych krągłościach, skandalicznie opiętych strojem.

– Co to za materiał? Sztuczna skóra?

– Nie wiem. Mówiły, że to nowy trend. Skąd miałam wiedzieć, że sobie ze mnie żartują?

– Rzeczywiście. Okłamały cię.

Z jakiegoś powodu poczułem wściekłość, że jakieś wredne ekspedientki zakpiły sobie z mojej żony. Nasze małżeństwo nie należało do standardowych, ale ta kobieta nosiła moje nazwisko. Nawet jeśli tylko ja o tym wiedziałem.

– Co tu robisz, Daisy? – powtórzyłem. – Przecież się umawialiśmy.

– Tak, pasował ci taki układ.

– Tobie również. Mam ci przypomnieć za ile? – Nie czułem się ani trochę winny. – Mówiłaś, że ci to odpowiada.

– No właśnie, chciałabym to zmienić.

Zaśmiałem się.

– Kontrakt został podpisany i nie podlega już renegocjacji.

– Jesteś pewien?

Gapiłem się na nią z niedowierzaniem. Skąd wzięła tę bezczelną pewność siebie? I czego chce?

– Jeśli chciałabyś unieważnić małżeństwo bez mojej zgody, będziesz musiała mi zwrócić każde euro, które otrzymałaś w ciągu ostatnich trzech lat. Znasz warunki.

Na początek dostała milion, a potem otrzymywała dwieście pięćdziesiąt tysięcy rocznie. I tak miało być aż do śmierci mojego dziadka. Potem mieliśmy się rozejść. Co jej nagle strzeliło do głowy? Siedziała sztywno w sukience, która przypominała kostium żony wampira.

– O co ci chodzi?

– Według umowy mieliśmy być małżeństwem tylko przez dwa lata. Minęły już trzy.

– Cały czas dostajesz za to wynagrodzenie. – I wydawała je. Miałem dostęp do jej konta i widziałem, że wyczyściła je niemal do zera. – O to chodzi? Chcesz więcej pieniędzy?

Jej oczy zabłysły, a usta się rozchyliły. Sukienka wyglądała na niej jak skóra na jabłku, gotowa, by ją zdjąć. Dziwnie się poczułem. Ostatni raz, kiedy ją widziałem, miała na sobie obskurny mundurek kelnerki, włosy związane w kucyk i twarz lśniącą od potu. Nie kusiło mnie wtedy, by sprawdzić jej ciało pod mundurkiem.

– A dałbyś mi więcej pieniędzy?– spytała raczej z ciekawością.

– Nie.

– I dobrze, bo wystarcza mi na wszystko.

– Nie byłbym tego pewien – rzekłem z powątpiewaniem. – Ledwie przeleję ci pieniądze, a już masz konto puste. Nie rozumiem, na co je wydajesz, skoro mieszkasz na wyspie, gdzie żyje niewiele ponad trzysta osób.

– To nie twój interes, prawda?

Próbowała udawać pewną siebie, ale widziałem w jej oczach poczucie winy. Naprawdę byłem ciekaw, co robi z taką sumą pieniędzy. Może zdążyła już dziesięć razy przeprowadzić remont w mojej willi albo kupiła łódź czy helikopter? Z pewnością nie wydała zbyt wiele na markowe stroje, sądząc po jej sukience.

– W takim razie po co przyjechałaś i czego chcesz?

Z niecierpliwością zerknąłem na zegarek. Daisy Cambell, nie, od trzech lat Daisy Dias, zabrała już piętnaście minut mojego cennego czasu. Przechyliła głowę i spuściła wzrok. Widziałem jej długie rzęsy i lekko rozchylone wargi. Nagle ogarnęła mnie pokusa, by ich dotknąć. Pożądanie rozpaliło mnie do gorączki. Natychmiast przywołałem się do porządku. Nie uwiedzie mnie moja Panna Nijaka.

– No więc?

– Już mówię. – Wstała i popatrzyła na mnie z determinacją. Jasnobrązowe włosy opadły jej na twarz. – Chcę unieważnienia małżeństwa. Chcę zakończyć tę farsę i jestem gotowa oddać ci wszystkie pieniądze, żeby to udowodnić.

ROZDZIAŁ DRUGI

Patrzyłam, jak zaskoczenie usztywniło jego potężne ciało. Nie spodziewał się tego. Na pewno uważał, że wydawałam wszystkie pieniądze. Gdyby tylko znał prawdę…

– Dlaczego chcesz unieważnienia? Co się stało?

– Nie twoja sprawa.

Nie zamierzałam mu nic wyjaśniać. Chciałam dać sobie szansę na prawdziwe życie, prawdziwą miłość, a wiedziałam, że Matteo Dias nie może mi tego dać, nawet jeśli jakaś cząstka mnie pragnęła, żeby popatrzył na mnie jak na kobietę. Czerwona, wyzywająca sukienka nie pomogła.

– To jest moja sprawa. W końcu jesteśmy małżeństwem, Daisy.

– Dobrze wiesz, że to nie jest prawdziwe małżeństwo.

– Według dokumentów jest prawdziwe.

– Matteo, jestem w stanie zwrócić ci pieniądze, o co ci więc chodzi?

Zdawałam sobie sprawę, że to ten typ mężczyzny, który nie pozwala, by rządziła nim kobieta. Czułam jego gniew, ale choć drżały mi nogi, nie ruszyłam się z miejsca.

– Zapewniam cię, że dobrze to przemyślałam. Nie oddałabym tak łatwo miliona siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy euro, gdybym nie miała ważnego powodu.

– Jakim cudem masz te pieniądze? – zdziwił się.

– A na co je miałam wydać?

– Bądź poważna, Daisy.

– Zainwestowałam – odparłam. – Zysk pozwoli mi zwrócić ci pieniądze.

Pokręcił powoli głową, jakby nie wierzył, że mogę być aż tak sprytna i tak odważna, by prosić go o unieważnienie małżeństwa. A jednak byłam i odczuwałam z tego powodu wielką dumę.

– Nie chcę unieważnienia.

– Współczuję, ale będziesz musiał się z tym pogodzić.

Jego oczy zalśniły niebezpiecznym błyskiem. Wiedziałam, że nie powinnam go prowokować, ale nie stać mnie było w tym momencie na kluczenie.

– Nasza umowa była jasna, Matteo. Mogę unieważnić ślub, kiedy tylko zechcę, jeśli zwrócę ci pieniądze. Nie sądziłeś, że to zrobię, ale tak właśnie jest.

– Unieważnienie nie jest mi na rękę.

– Och, najdroższy – drażniłam się. – Tak mi przykro.

– Przestań, Daisy.

– Wywiązałam się z umowy, czas na ciebie.

– To śmieszne. Co zrobisz, gdy unieważnimy małżeństwo? Dokąd pójdziesz?

– Zamierzam zostać na wyspie.

– Co? – Gapił się na mnie z niedowierzaniem. – Na pewno nie w moim domu!

– Nie, oczywiście, że nie. Wynajmę dom w wiosce.

Już upatrzyłam sobie mały domek o białych ścianach z jedną sypialnią.

– Skoro zamierzasz zostać na Amanos, to nie możesz wciąż być moją żoną? – Nie odpowiedziałam, a jego oczy zwęziły się w szparki. – Spotkałaś kogoś? Masz romans?

– Nie jestem tobą.

Przygody miłosne Mattea były ulubionym tematem tabloidów.

– Nie? Czyli nie masz romansu z kimś z wyspy? – dopytywał.

Wyglądał na wściekłego, co nie było w porządku wobec mnie.

– Nie, nie mam.

– Ale chciałabyś mieć?

– Nie. Już mówiłam, że nie jestem tobą i nie interesuje mnie ten rodzaj związku.

– A jaki cię interesuje?

Pokręciłam głową.

– Porozmawiajmy o unieważnieniu.

– Muszę wiedzieć, dlaczego tak ci na tym zależy.

– Nie, nie musisz.

– Muszę – nalegał.

– Matteo, przestań.

– Nie chodzi o faceta… – myślał na głos. – W takim razie, o co? Co się stało?

Do głowy mu nie przyszło, że może chodzić o prawdziwą miłość. Pewnie nie wierzył, że ktoś mógłby mnie chcieć. Najwyraźniej dla niego byłam zupełnie pozbawiona jakichkolwiek zalet, które czyniłyby ze mnie interesującą kobietę.

– Mam dwadzieścia sześć lat, Matteo. Pewnego dnia chciałabym prawdziwego małżeństwa i prawdziwej rodziny.

Słyszałam tęsknotę w swoim własnym głosie i wydawało mi się, że on też to usłyszał. Dziecko… tego pragnęłam najbardziej w świecie. Własnej rodziny, której nigdy nie miałam. Oczywiście marzyłam też o mężu, ale jego wizerunek póki co był dość mglisty.

– Rodziny? – Popatrzył zaskoczony. – Chcesz mieć dzieci?

– Tak, dzieci, męża. Większość ludzi tego chce. Ty nie?

Milczał przez moment.

– Pewnego dnia potrzebowałbym ewentualnie dziedzica. Następcy.

– Sam widzisz. Oboje potrzebujemy czegoś więcej niż tylko małżeństwa z nazwy. Unieważnienie przysłuży się nam obojgu.

– Mówiłem ci już, że dla mnie to nie jest dobre rozwiązanie.

– Z powodu twojego dziadka?

– Tak. Dopóki żyje, musimy pozostać małżeństwem, o czym doskonale wiesz.

– To miało trwać najwyżej dwa lata.

– Tyle dawali mu lekarze. Już powinien nie żyć.

Zadrżałam, bo te słowa w jego ustach zabrzmiały wyjątkowo bezdusznie. Matteo zaklął pod nosem i obrócił się, przeczesując ręką ciemne jak atrament włosy. Zmierzwione dodawały mu chłopięcego uroku. Poza tym nie było w nim nic uroczego. Matteo był niebezpieczny, twardy, silny i charyzmatyczny. Pewnie dlatego ciągnęło mnie do niego w jakiś irracjonalny sposób. Zupełnie jak ćmę do ognia, tyle tylko, że wiedziałam, czym to grozi. Był to jeden z powodów, dla którego chciałam unieważnienia.

Znów zwrócił się w moją stronę. Wściekłość na jego pięknej twarzy została zastąpiona lodowatą uprzejmością.

– Nie zgodzę się na unieważnienie.

– Nie masz wyboru – wypaliłam, choć bezlitosny ton jego głosu podziałał na mnie jak zimny prysznic. Miał pieniądze, władzę i mógł zrobić ze mną wszystko, oskubać mnie do ostatniego centa. Trudno, musiałam odzyskać wolność, żeby dać sobie szansę na spełnienie marzeń o miłości i rodzinie. W przeciwnym razie to wszystko nie miałoby sensu. Matteo jednak tego nie rozumiał. Uświadomiłam sobie, że nic nie wiem o tym człowieku, z wyjątkiem tego, co wyczytałam w brukowcach i co mi powiedział, gdy się poznaliśmy. Byłam wtedy w trudnym momencie życia. Od sześciu miesięcy przebywałam w mieście, bez żadnych pieniędzy i bez pracy, którą straciłam, gdy uderzyłam klienta. Próbował mnie obmacywać i nie miałam wyjścia. Skończyło się wielką awanturą i natychmiastowym zwolnieniem. Może dlatego tak łatwo zgodziłam się przyjąć ofertę Mattea.

– Mam dla ciebie propozycję. – To były jego pierwsze słowa. Stałam na ulicy, w ulewnym deszczu, czekając na autobus, kiedy wyszedł z restauracji, z której przed chwilą mnie wyrzucono. Dziwiłam się, co ten elegancki mężczyzna robił w tej podrzędnej knajpie, i nie rozumiałam, czego może ode mnie chcieć.

– Propozycję? – Popatrzyłam na niego nieufnie.

– Tak. Widziałem, co się stało. Zostałaś zwolniona, choć nic złego nie zrobiłaś. Broniłaś się tylko.

– Dziękuję – odparłam z godnością, na jaką było mnie stać. – Niestety to niczego nie zmienia.

Byłam w punkcie krytycznym. Nie miałam rodziny, przyjaciół, pracy, pieniędzy, od miesiąca zalegałam z czynszem.

– Mógłbym ci pomóc – zaczął jedwabistym głosem. – Wyjaśnię ci wszystko, jeśli poświęcisz mi kilka minut.

Rzuciłam mu podejrzliwe spojrzenie. Przyjechałam do Nowego Jorku z głową pełną marzeń, z wiarą, że wszystko się uda, jeśli tylko będę pracowita i zdeterminowana. Cóż, nie udało się, ale przynajmniej próbowałam.

– Nie wydaje mi się, proszę pana. – Wypatrując autobusu,przygrabiłam ramiona smagane deszczem.

– To nie to, o czym myślisz. Zaufaj mi – odparł z uśmiechem.

Zarumieniłam się. Oczywiście, że nie o taką transakcję mu chodziło. Nie zaliczałam się do jego ligi i oboje o tym wiedzieliśmy.

– To całkowicie legalne.

– O co więc chodzi?

– Chciałbym, żebyś za mnie wyszła.

Zatkało mnie. Mój umysł nie był w stanie przetworzyć tych kilku słów. Kiedy szok minął, uznałam, że pewnie sobie ze mnie kpi.

– Mówię poważnie – dodał.

 

Wskazał głową wejście do kawiarni znajdującej się obok knajpy.

– Może zejdziemy z tego deszczu i porozmawiamy spokojnie?

Zawahałam się. Szósty zmysł kazał mi natychmiast odmówić.

– Daj się namówić chociaż na kawę.

Byłam głodna, zmęczona, przemoczona i rozczarowana. Zgodziłam się.

Kilka chwil później usiedliśmy w wygodnych fotelach. Grzałam ręce, obejmując filiżankę, wyczuwając nie tylko zapach podwójnego espresso, ale także męskiej wody po goleniu.

– O co chodzi? – spytałam.

– Jak już powiedziałem, muszę się ożenić. Muszę, to właściwe słowo. Nie szukam żony.

– Czego pan więc potrzebuje?

– Dokumentu, który potwierdzałby, że jestem żonaty. – Upił łyk. – Zapłacę milion euro z góry i potem dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro za każdy rok małżeństwa. Nie będziemy musieli się nigdy widywać.

Pokręciłam głową, nie mogąc tego pojąć. Milion euro. To było szaleństwo. On był szalony.

– Dlaczego to dla pana takie ważne?

– Ponieważ taki warunek postawił mi dziadek. Jeśli chcę przejąć kontrolę nad firmą, muszę być żonaty.

– Z pewnością są kobiety bardziej odpowiednie ode mnie.

– Nie potrzebuję kogoś „odpowiedniego”. Szukam kogoś, kto spełni moje oczekiwania, nie będzie zadawał pytań i będzie się trzymał z dala od mojego życia.

– Czyli szuka pan żony, która nie będzie się zachowywała jak żona?

– Dokładnie.

– Jest mnóstwo kobiet, które zgodziłyby się na taki układ. Dlaczego pan proponuje to mnie? Osobie kompletnie obcej?

Wciąż podejrzewałam, że musi być jakiś haczyk. Nie należałam do jego ligi.

Matteo odchylił się na krześle.

– Śpieszy mi się i nie chcę żadnych komplikacji. Potrzebuję kobiety, która przyjmie moją ofertę z wdzięcznością i nie będzie robiła problemów. – Posłał mi chłodny uśmiech. – Chcę, żeby to było ciche i dyskretne małżeństwo i żeby nie stało na drodze moim… innym planom.

– Rozumiem. Chodzi o to, żeby nie popsuło pana związków z innymi kobietami.

– Nie nazwałbym tego związkami, ale tak. Dobrze zrozumiałaś.

Powinnam była wtedy rzucić jakąś cierpką uwagę, ale nie miałam na to siły. Byłam zdesperowana i dobrze o tym wiedział, dlatego pasowałam do obrazka cichej, formalnej żony.

Mówił szczerze o swoich zamiarach, niczego nie ukrywał i doceniałam to.

– A więc… – zaczęłam. – Pobieramy się, a potem każdy idzie w swoją stronę, czy tak?

– Niezupełnie. Musiałabyś się przenieść na wyspę Amanos, u wybrzeży Grecji, do mojej willi. To piękne miejsce, a dom jest bardzo komfortowy. Byłoby ci tam dobrze.

– Skąd ten warunek? – spytałam nieufnie.

Posłał mi uśmiech, ale w jego oczach zobaczyłam ostrzeżenie.

– Jest według ciebie zbyt trudny do spełnienia?

– Nie, ale chyba nie oczekuje pan, że przeniosę się do obcego kraju, nie zadając żadnych pytań.

– Dobrze, wyjaśnię ci – odparł, pochylając się do przodu. – To bardzo proste. Nasze małżeństwo byłoby fikcją, podpisem na dokumencie i niczym więcej. Nie oczekuję związku fizycznego, emocjonalnego czy jakiegokolwiek innego. Chciałbym, żebyś zamieszkała na Amanos, bo w razie czego zawsze będę mógł cię wezwać. Jeśli zajdzie potrzeba, ktoś po ciebie przyjedzie, a na co dzień usuniesz się w cień. Po roku, najwyżej dwóch, nastąpi unieważnienie i dopiero wtedy każdy odejdzie w swoją stronę, a ty zabierzesz ze sobą ładną sumkę.

– Dlaczego miałby mnie pan wzywać? Po co?

Wzruszył niecierpliwie ramionami.

– Nie sądzę, by do tego doszło, ale…

– Ale…?

– Gdyby mój dziadek chciał cię lepiej poznać albo sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy małżeństwem, wolę, żebyś była na Amanos. To tylko środek ostrożności.

I pewnie środek kontroli, pomyślałam. Matteo z pewnością był mężczyzną, który musiał mieć wszystko pod kontrolą, w tym mnie. Było to coś, czemu instynktownie się opierałam.

– Dlaczego małżeństwo ma trwać rok, dwa?

– U mojego dziadka zdiagnozowano raka. Lekarze dają mu najwyżej dwa lata.

Mówił to tak beznamiętnie, że aż się wzdrygnęłam. Matteo obnażył zęby w ponurym uśmiechu.

– Cóż nie jesteśmy sobie zbyt bliscy – wyjaśnił.

– Więc chce pan, żebym wyszła za pana i zamieszkała na jakiejś wyspie maksymalnie przez dwa lata?

– Są chyba gorsze rzeczy niż dwuletni urlop.

– Tak, ale… Dlaczego miałabym panu zaufać? A jeśli mnie pan gdzieś wywiezie i sprzeda?

Jego oczy zalśniły gniewem.

– Mógłbym cię wywieźć, nie pytając o zgodę. Jeśli potrzebujesz gwarancji, spiszemy natychmiast umowę prawną przy świadku.

– To nie jest wiele warte. Kto wie, w co mnie pan wpakuje i skąd mam wiedzieć, że mnie pan nie skrzywdzi?

Zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów.

– Zaufaj mi. Nie skrzywdzę cię.

Zarumieniłam się i wbiłam wzrok w zawartość filiżanki.

– Wszystko może się odbyć przy świadkach, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej. Zawarcie umowy, małżeństwo, podróż. Zarezerwuję bilet pierwszej klasy w państwowych liniach lotniczych.

Zawahałam się. To znów brzmiało zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe. Już dawno zrozumiałam, że w słodkim miodzie słów można ugrzęzłość i zginąć jak w pułapce.

– Musi być jakiś haczyk – stwierdziłam.

– Żadnych haczyków.

– Zawsze jest jakiś.

– Nie tym razem. – Położył mi rękę na ramieniu, jakbym była jego starą, dobrą przyjaciółką.

Posłał mi ciepłe spojrzenie pełne zrozumienia i współczucia. Przypływ tęsknoty sprawił, że poczułam dziwne ssanie. Tak, pociągał mnie fizycznie, to było nieuniknione, ale nie mogłam sobie pozwolić na zaangażowanie emocjonalne. To było zbyt niebezpieczne.

Odsunęłam się, a on opuścił rękę.

– Rozumiem twój niepokój. Pewnie miałaś złe doświadczenia. Łatwo jest wykorzystać młodą, samotną kobietę. Nie masz nikogo, prawda?

To było bardziej stwierdzenie niż pytanie. Czy to aż tak rzucało się w oczy? Nie miała nikogo, ani rodziny, ani chłopaka, ani przyjaciółki.

– Skąd pan wie?

Matteo wzruszył ramionami.

– Jest w tobie jakiś smutek. Sam nie wiem. – I znów miał rację. A przecież zawsze uchodziłam za optymistkę. Życie szybko uleczyło mnie z tej przypadłości. – Pomyśl, będziesz ustawiona do końca życia. Spiszemy kontrakt, który zabezpieczy twoje i moje interesy. Za godzinę w sądzie będziesz mogła podpisać dokumenty i od razu pieniądze zostaną przelane na twoje konto. Potem zorganizujemy twoją podróż do Aten. Powiedz znajomym, dokąd jedziesz, żebyś się czuła bezpieczniej. Możesz też sama zorganizować wyjazd. Zaufaj mi, Daisy. To twój szczęśliwy dzień.

Zgodziłam się. Omówiliśmy w szczegółach umowę i byłam gotowa, żeby ją podpisać.

– Jesteś pewna? – spytał mnie jeszcze Matteo. I znowu to ciepło w jego oczach ogrzało mnie, zmuszając, bym powiedziała:

– Tak.

To było wariactwo. Miałam porzucić swoje życie i oddać je w ręce człowieka, którego w ogóle nie znałam. A jednak było w nim coś, co pomimo arogancji wzbudzało zaufanie. Mimo że tyle razy zawiodłam się na ludziach, jakaś cząstka mnie wciąż chciała im wierzyć.

Podczas ceremonii zaślubin nie wymieniliśmy pierścionków, nawet się nie dotknęliśmy. Dopiero po wszystkim Matteo wziął moje ręce w swoje, które były ciepłe i kojące. Popatrzył mi w oczy z uśmiechem.

– Dziękuję, Daisy – powiedział ciepło, a moje głupie serce zatrzepotało. Bardzo głupie, bo jego kolejne słowa brzmiały: – Miejmy nadzieję, że już się nigdy nie spotkamy.