Rok pozytywnego myślenia

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hardy
Rok pozytywnego myślenia

Tłumaczenie:

Katarzyna Ciążyńska

PROLOG

Na widok swojej najlepszej przyjaciółki, która weszła do szpitalnej stołówki z nogą w gipsie, Hayley przetarła oczy.

– Co się stało, Dani? – spytała, kiedy Danielle ostrożnie usiadła naprzeciw niej i oparła kule o ścianę. – Złamałaś nogę w kostce?

– Nie jest tak źle. To złamanie zmęczeniowe kości śródstopia – wyjaśniła Danielle, krzywiąc wargi.

Hayley ściągnęła brwi. Dwa dni wcześniej były razem na zajęciach z aerobiku tanecznego i Danielle świetnie sobie radziła.

– Kiedy to się stało?

– Ortopedzi mówią, że trzy albo cztery tygodnie temu. Na zdjęciach rentgenowskich wygląda to, jakby złamanie zaczęło się zrastać. Ale diagnozę dostałam dziś. – Danielle urwała na moment. – Ta stopa pobolewała mnie od pewnego czasu – przyznała.

A Dani, jak to Dani, to zignorowała, bo była zbyt zajęta.

– Czemu mi nic nie powiedziałaś? – spytała Hayley. – Mogłyśmy nie pójść na aerobik.

Danielle machnęła ręką lekceważąco.

– Czułam się dobrze.

Hayley uniosła brwi.

– Dość dobrze, żeby teraz nosić gips?

– Nie sądziłam, że to coś poważnego. Ale wczoraj poczułam się gorzej i doszłam do wniosku, że lepiej to sprawdzić. Byłam prawie pewna, że lekarz przewróci oczami i powie, że muszę po prostu przyzwyczaić się do nowych butów do biegania. Zamiast tego przysłał mi wynik prześwietlenia. Najwyraźniej wszyscy ze złamaniem zmęczeniowym mówią to samo co ja: nie przypominają sobie, żeby robili coś innego niż zwykle albo właśnie kupili nowe buty.

– Jak długo masz nosić gips? – spytała Hayley.

– Kości będą się zrastać od jednego do trzech miesięcy – odparła Danielle. – Chodzę trochę o kulach, ale muszę oszczędzać nogę.

Słowo odpoczynek nie istniało w słowniku Danielle. Hayley wiedziała, że przyjaciółka oszaleje, jeśli będzie zmuszona siedzieć bezczynnie.

– Lekarz mnie ostrzegł, że jeśli nie będę odpoczywać jak należy, sytuacja się pogorszy, a wtedy jedynym ratunkiem będzie operacja. Rekonwalescencja po operacji byłaby jeszcze dłuższa, więc wolałabym jej uniknąć. – Danielle zrobiła nieszczęśliwą minę. – Nie mogę trenować do biegu charytatywnego, który ma być w październiku. Nie wolno mi nawet przejść tego dystansu spacerkiem.

Dani bardzo zależało na uczestnictwie w biegu z powodu nowego rezonansu magnetycznego dla noworodków na oddziale położniczym, który mieli sfinansować sponsorzy.

– Chyba że organizatorzy pozwolą mi biec zamiast ciebie – rzekła z namysłem Hayley.

Danielle spojrzała na nią zdumiona.

– Nie mam prawa cię o to prosić. Nie znosisz biegać.

– Owszem, ale cel jest szczytny. Zastąpię cię. Pamiętaj, umówiłyśmy się, że to jest „Rok mówienia Tak”. Obie miałyśmy koszmarny poprzedni rok. – Życie Hayley załamało się przed rokiem, kiedy jej narzeczony Evan zginął w pożarze. Z kolei mąż Danielle dziewięć miesięcy temu niespodziewanie zostawił ją dla innej.

Hayley i Dani wspierały się w trudnych chwilach. Gdy zapadł wyrok w sprawie rozwodowej Dani i minęła rocznica śmierci Evana, przyjaciółki obiecały sobie, że w kolejnym roku nie odrzucą żadnej szansy, jaka się pojawi. Że będą żyć pełnią życia. Dani twierdziła, że to najlepsza zemsta na jej byłym. Nie zamierzała przez resztę swoich dni płakać za kimś, kto już jej nie kocha.

– Przyrzekłyśmy sobie wykorzystywać wszystkie życiowe okazji – przypomniała jej Hayley. – Musisz się zgodzić, żebym cię zastąpiła. Porozmawiamy z organizatorami, żeby lekko nagięli zasady, jeśli to konieczne. Nie mogą oczekiwać, że pobiegniesz ze złamaną stopą, a lepiej żeby ktoś cię zastąpił niż żeby szpital stracił pieniądze sponsora.

– Jeżeli jesteś pewna – odparła Danielle z wahaniem. – Bardzo ci dziękuję. Ale to jeszcze nie najgorsza rzecz. – Wzięła głębszy oddech. – Przepraszam, ale nie pojadę z tobą do Islandii w przyszłym tygodniu. Lekarz chciał mi dać zwolnienie, ale powiedziałam, że pracuję głównie na siedząco. – Uniosła rękę. – To prawda, więc nie dyskutuj. Zgodzili się, żebym pracowała, pod warunkiem że będę oszczędzać nogę. Ale powiedzieli też, żebym wybiła sobie z głowy wyprawę do Islandii. Pamiętam nasze plany. Nie ma mowy, żebyś mnie pchała na wózku po wyboistych drogach, wulkanicznym piasku i śliskich kamieniach.

– W takim razie zmienimy termin – odparła Hayley.

– Chciałaś jechać w lecie, zobaczyć dzień polarny. Jeśli zmienimy termin, musiałybyśmy czekać cały rok, a ty naprawdę potrzebujesz odpoczynku. Zwłaszcza że za dwa tygodnie czekają cię nowe obowiązki.

Awans na etat starszego rezydenta był dla Hayley słodko-gorzki, ponieważ brakowało Evana, który cieszyłby się, że jej ciężka praca się opłaciła.

– Nic mi nie jest – powiedziała Hayley.

– To ma być „Rok mówienia Tak” – przypomniała Danielle. – Mamy dobrze się bawić, a nie płakać.

– Nie wiem, czy samotny wyjazd to dobra zabawa – zaoponowała Hayley.

– Zobaczysz wieloryby, gejzery i lodowiec, odhaczysz to wszystko ze swojej listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Potrzebujesz odpoczynku, Haze. Jedź i baw się dobrze.

– To niesprawiedliwe, żebyś straciła taki wyjazd.

– Zaplanujemy coś innego, jak stopa się zrośnie – uspokoiła ją Danielle. – Możemy w grudniu polecieć do Wiednia na jarmark świąteczny. Najemy się pierniczków i wypijemy najlepszą czekoladę na świecie.

– Może.

– Zdecydowanie – upierała się Danielle. – Przyślesz mi zdjęcia z Islandii. – Uśmiechnęła się. – Na twoim miejscu dobrze wykorzystałabym ten czas, bo jeśli poważnie mówisz o uczestnictwie w biegu, przez dwa miesiące musisz ciężko trenować.

– Dwa i pół miesiąca minus tydzień w Islandii – zauważyła Hayley.

– Trening powinien trwać dwanaście tygodni – rzekła Danielle – ale ponieważ dwa razy w tygodniu chodzisz na aerobik taneczny, nie zaczynasz od zera.

Dani namówiła Hayley na ten aerobik dwa tygodnie po pogrzebie Evana, by przyjaciółka nie siedziała w czerech ścianach. Hayley musiała przyznać, że połączenie muzyki i ruchu naprawdę poprawiało jej samopoczucie, choćby na chwilę. Z tego samego powodu ona nakłoniła Dani, by nie przerywała zajęć, kiedy Leo ją rzucił.

– Okej, znajdź mi program treningowy, a ja to zrobię.

Danielle ścisnęła jej rękę.

– Jesteś najlepszą przyjaciółką na świcie.

– Nie, to ty jesteś najlepszą przyjaciółką – odparła Hayley. – Siedź tu, a ja przyniosę ci jakiś lunch. Z tymi kulami nie dasz sobie rady z tacą i gorącą kawą.

– Chcesz się przekonać?

– Bądź grzeczna – powiedziała Hayley z uśmiechem.

– Tak, proszę pani. Masz rację, nie mogę trzymać kuli i kubka jednocześnie – przyznała Danielle i sięgnęła do torebki po pieniądze. – Dzięki, Haze. Weź jakąś kanapkę, co ci tam wpadnie do ręki. – Urwała. – Obiecujesz, że nie odwołasz wyjazdu?

– To „Rok mówienia Tak” – rzekła Hayley – więc pojadę. – Choć samotna wycieczka nie była zachęcająca. Hayley wiedziała jednak, że przyjaciółka ma rację. Powinna się zrelaksować. Być może odhaczenie jakiegoś punktu z listy rzeczy do zrobienia pomoże jej żyć dalej.

Zawsze będzie tęskniła za Evanem, lecz miała też świadomość, że on by nie chciał, by resztę życia spędziła w samotności. A zatem powie tak. I zgodnie z tą umową umówi się na randkę z pierwszym mężczyzną, który ją o to poprosi.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kraina dnia polarnego. Hayley była oszołomiona samą jakością światła od pierwszej chwili, gdy wylądowali. W Reykjaviku wszystko zdawało się jaśniejsze.

Evan byłby zachwycony, pomyślała, czując ukłucie bólu. Zwłaszcza wycieczką, podczas której miała zobaczyć wieloryby. Statek wypłynął już na pełne morze, temperatura gwałtownie spadła, ale słońce wciąż świeciło jasno. Hayley słuchała przewodniczki i starała się dojrzeć maleńkie maskonury z pomarańczowymi dziobami.

– Przed nami widać mnóstwo ptaków tuż nad powierzchnią wody. To często oznacza, że są tu walenie. Ptaki będą chwytać kawałki ryb, które pozostawią za sobą walenie – mówiła przewodniczka, a chwilę później zawołała: – Wieloryb wypuścił wodę na dziewiątej.

Hayley zobaczyła fontannę, którą wypuścił wieloryb. Ku jej zdumieniu wyglądało to tak jak w filmach dokumentalnych, które obejrzała. Para wodna tworzyła idealny lejek.

– A oto i nasz płetwal karłowaty – oznajmiła przewodniczka.

Statek zatrzymał się, Hayley widziała ciemny grzbiet wieloryba – niewielkie wzniesienie nad powierzchnią wody. Moment później pojawiła się płetwa grzbietowa, biała na tle morza i nieba, niemal jakby wieloryb do nich machał.

To było magiczne.

Zrobiła kilka zdjęć z nadzieją, że okażą się udane. Potem, ku jej wielkiej radości, wieloryb wyskoczył z wody, nad powierzchnią pojawił się najpierw jego nos, a potem całe ciało, tworząc idealny łuk. Pokazał swój biały brzuch, po czym z pluskiem wpadł znów do wody.

Nigdy nie wiedziała czegoś równie zachwycającego. Wieloryb po raz kolejny wynurzył nos, a następnie płetwę ogonową. Hayley zdążyła zobaczyć charakterystyczną końcówkę ogona, nim wieloryb znów zanurkował.

– Na pewno wszyscy widzieliście płetwę ogonową, to ogon wieloryba. Zazwyczaj oznacza to, że wieloryb zanurkował głębiej – powiedziała przewodniczka. – A zatem płyniemy dalej.

To doświadczenie uczy pokory, pomyślała Hayley, szczerze ciesząc się, że żyje.

Ale już kilka minut później usłyszała głos przewodniczki:

– Czy na pokładzie jest lekarz?

 

Serce Hayley zabiło mocniej. Kiedy przewodnik wypowiada te słowa, może to oznaczać pilną potrzebę pomocy, a oni w tym momencie znajdowali się godzinę drogi od Reykjaviku. Nie miała pojęcia, jak działają tu służby ratunkowe. Czy przyślą helikopter, czy przewodniczka skróci wycieczkę i popłyną z powrotem do miasta?

Ruszyła w stronę przewodniczki.

– Hayley Clark, jestem lekarką z Anglii. W czym mogę pomóc?

– Mój mąż ma atak astmy – poinformowała jakaś Amerykanka, wykręcając ręce ze zdenerwowania. – Nie wzięliśmy z sobą inhalatora.

– Czy mogłaby pani spytać, czy ktoś ma inhalator i mógłby go pożyczyć? – Hayley zwróciła się do przewodniczki. – Może być nawet inhalator o działaniu prewencyjnym.

– Zaraz spytam – odparła przewodniczka.

Hayley odwróciła się do Amerykanki.

– Zaprowadzi mnie pani do męża? Jestem Hayley, pracuję na oddziale ratunkowym jednego z londyńskich szpitali.

– Lulu Adams. Dzięki Bogu, że pani z nami płynie. – Kobieta poprowadziła Hayley na niższy pokład. – To niewiarygodne, że Milton dostał tu ataku. Jest uczulony na pyłki i sierść kota.

– Zimno też może spowodować atak astmy, a tu powietrze jest dość chłodne – wyjaśniła Hayley. – Lepiej nosić przy sobie inhalator, nawet jeśli człowiek się nie spodziewa kontaktu z czymś, co zwykle wywołuje atak. Czy mąż regularnie korzysta z inhalatora?

– Jest mężczyzną, niczego nie można mu nakazać – odparła kobieta z westchnieniem.

Zapewne mieli do czynienia z pacjentem, który lekceważył prewencyjne działanie inhalatora, pomyślała Hayley. Lekarz Miltona Adamsa powinien z nim porozmawiać o konieczności kontrolowania astmy. Hayley miała nadzieję, że zdoła go ustabilizować, nim uda im się zdobyć dla niego leki rozszerzające oskrzela.

– Czy mąż jeszcze na coś choruje? – spytała.

– Tylko na astmę.

Z którą sobie nie radził.

– Okej, dziękuję.

Czy na pokładzie jest lekarz?

Statkiem płynęły ze dwie setki osób, istniała jednak szansa, że Sam był tu jedynym lekarzem. Poza tym to byłby dla niego test, sprawdziłby, czy postąpił słusznie, przyjmując etat w londyńskim szpitalu, czy też doświadczenie z Manchesteru zniszczyło jego romans z medycyną do tego stopnia, że nie chce do niej wracać?

Ruszył w stronę mostka, by porozmawiać z przewodniczką, a po drodze usłyszał prośbę o pożyczenie inhalatora.

– Nazywam się Sam Price, jestem lekarzem z Anglii. Macie zdaje się pasażera z atakiem astmy, który nie ma inhalatora. Mogę jakoś pomóc? – spytał.

– Pani doktor już poszła do pacjenta, może pan do niej dołączyć, jeśli ma pan ochotę – odparła przewodniczka. – Jest na niższym pokładzie, ma na sobie żółty płaszcz przeciwdeszczowy.

– Okej, dziękuję. Czy znalazł się inhalator?

– Jeszcze nie, ale zaraz znów spytam.

Atak astmy może być niebezpieczny. Sam pomyślał, że mógłby przynajmniej pomóc uspokoić chorego, by ta druga lekarka bez problemów się nim zajęła. Skierował się na niższy pokład, gdzie zobaczył kobietę w żółtym płaszczu. Rozmawiała z mężczyzną, który był spanikowany i ciężko dyszał, zaś druga towarzysząca im kobieta wykręcała nerwowo ręce i sprawiała wrażenie wystraszonej.

– Witam, jestem Sam Price, lekarz ratownik – przedstawił się, gdy do nich dołączył. – Mogę w czymś pomóc?

– Hayley Clark, lekarz ratownik z Londynu – odparła kobieta w płaszczu przeciwdeszczowym.

Sam zauważył niezwykły błękit jej oczu – jak letnie islandzkie niebo – i rozjaśnione słońcem włosy związane w koński ogon. Miękkie kosmyki otaczały jej owalną twarz.

Co on, do diabła, robi? Zajmuje się kolorem oczu tej kobiety, kiedy pacjent potrzebuje pomocy? Poza tym nawet gdyby miał chęć się z kimś związać – a po zerwaniu z Lyndą nie miał na to ochoty – ta kobieta z pewnością nie była samotna. Zły na siebie za brak profesjonalizmu, starał się skupić na słowach Hayley Clark.

– To Milton Adams i jego żona Lulu – ciągnęła. – Milton nie ma przy sobie inhalatora. Prawdopodobnie to zimne powietrze wywołało atak astmy. Pan Adams nie cierpi na żadne inne dolegliwości.

– Przewodniczka obiecała po raz drugi spytać, czy ktoś z pasażerów ma inhalator – odrzekł Sam. – Ale nawet jeśli go nie znajdziemy, możemy panu pomóc, panie Adams.

Mężczyzna wciąż dyszał spanikowany.

Właściwie powinni go przenieść w jakieś ciepłe miejsce, ale zważywszy na jego problemy z oddychaniem i wyraźną nadwagę nie wchodziło w rachubę, by był w stanie wejść po stromych schodach do wnętrza statku. Po pierwsze, pomyślał Sam, muszą go ustabilizować, by się uspokoił i zwolnił oddech. Lęk, że nie można oddychać, zaciska mięśnie klatki piersiowej, co utrudnia oddychanie, a to z kolei zwiększa panikę pacjenta, przez którą mięśnie zaciskają się jeszcze bardziej.

– Panie Adams, proszę usiąść prosto – Sam zwrócił się do chorego. – To pomoże panu oddychać, bo kiedy się pan pochyla, zaciska pan mięśnie.

Milton Adams posłuchał rady Sama.

– Rozluźnię panu krawat i rozepnę kołnierzyk koszuli – powiedziała Hayley. – To też przyniesie ulgę. W porządku?

Mężczyzna skinął głową.

– Mówiłam mu, żeby wziął inhalator.- Pani Adams była bliska łez.

Hayley ścisnęła jej rękę.

– Pani Adams. Mogę zwracać się do pani Lulu? – Kiedy kobieta przytaknęła, Hayley podjęła: – Wiem, że niepokoi się pani stanem męża, ale bardzo proszę, żeby pani coś dla mnie zrobiła. Proszę głośno liczyć, dobrze?

– Dobrze – odparła pani Adams drżącym głosem.

Świetnie sobie poradziła, pomyślał Sam o Hayley. Odwróciła uwagę żony chorego, dając jej zadanie do wykonania. Zgadywał, że Hayley zamierza zastosować tę samą metodę, do której on by się uciekł.

– Panie Adams, mogę mówić do pana Miltonie? – spytał Sam, a pan Adams kiwnął głową. – Chcielibyśmy, żeby się pan postarał wziąć długi oddech. Wiem, że teraz wydaje się to panu niemożliwe, ale obiecuję, że poczuje się pan lepiej. Na cztery proszę wciągnąć powietrze nosem, a na sześć wypuścić je ustami. Może pan to dla nas zrobić?

Pan Adams skinął głową, wciąż ciężko oddychając.

– Może pani liczyć na głos, Lulu? – poprosiła znów Hayley. – Na cztery wdech, na sześć wydech. Na początek proszę liczyć ze mną, żebyśmy złapali rytm. Jeden, dwa, trzy, cztery…

Sam wziął mężczyznę za rękę.

– Okej, proszę wciągnąć powietrze, a teraz je wypuścić. – Oddychanie w rytm odliczania miało zwolnić oddech. – Proszę ściągnąć wargi, kiedy wypuszcza pan powietrze, Miltonie – dodała Hayley. – Dzięki temu zwolni pan oddech i utrzyma drożność dróg oddechowych. Właśnie tak.

Mężczyzna nadal dyszał, ale nie był już tak blady.

– Może pan położyć jedną rękę na brzuchu, tuż pod żebrami? – poprosił Sam. – Jak wciągnie pan powietrze, proszę się skupić na tym, żeby wciągnąć je do brzucha. Niech pan też użyje mięśni brzucha, żeby pomóc sobie przy wydechu – ciągnął. – To się nazywa oddychanie przeponowe i pomoże panu oddychać głęboko i powoli.

W końcu oddech mężczyzny się unormował.

Sam spotkał się wzrokiem z Hayley.

– Zejdziemy na dół? Tam będzie cieplej.

– Poprosimy kogoś z załogi o miskę gorącej wody i ręcznik.

– Dobry pomysł – rzekł Sam, wiedząc, że wdychanie wilgotnego powietrza poprawi samopoczucie pacjenta.

Pasażerowie statku znajdowali się na górnych pokładach, podziwiali dwa wieloryby, które bawiły się w wodzie, więc Sam, Hayley i małżeństwo Adamsów bez problemu zeszli na dół, choć stracili wyjątkowy widok. Kiedy posadzili Miltona przy stoliku, ten niestety znów ciężko dyszał.

– Mogłaby pani przynieść mężowi filiżankę kawy z baru? – Hayley zwróciła się do pani Adams.

– On nie lubi kawy – odparła kobieta. – Ani herbaty. Tylko gorącą czekoladę.

– To niech to będzie słodka kawa z mlekiem -zasugerowała Hayley. – Struktura chemiczna kawy jest podobna do teofiliny, składnika większości leków na astmę, więc kawa pomoże skrócić oddech i zmniejszy ucisk w piersi. Poza tym gorący płyn uwolni flegmę i śluz, co też ułatwi panu oddychanie.

– Wypiję kawę – wydyszał pan Adams.

– Świetnie. – Hayley przeniosła wzrok na Sama. – Zostanie pan z Miltonem, a ja pójdę poprosić o ręcznik i gorącą wodę?

– Jasne – odparł. – Miltonie, chciałbym, żeby pan siedział prosto i policzył wszystkie niebieskie przedmioty w tym pomieszczeniu.

– Niebieskie przedmioty?

– Niebieskie przedmioty – potwierdził Sam. – Proszę je policzyć i oddychać tak, jak robił pan to na górze. Ja będę głośno liczył, a pan oddychał. Na cztery wdech, na sześć wydech.

Zgodnie z oczekiwaniami Sama niewielki wysiłek związany z poszukiwaniem niebieskich przedmiotów odwrócił uwagę starszego mężczyzny od problemów z oddychaniem. A kiedy po chwili wypił kawę, a Sam i Hayley przygotowali mu miskę z gorącą wodą i ręcznik, stan pacjenta uległ wyraźnej poprawie.

Kiedy statek dopłynął do przystani, na lądzie czekała karetka. Sam i Hayley opowiedzieli ratownikom, co się wydarzyło.

– Dziękuję za pomoc. – Pani Adams przygryzła wargę. – Nie skorzystaliście państwo z wycieczki, nie widzieliście przez nas wielorybów. Bardzo mi przykro.

– Możemy zorganizować kolejną wycieczkę za darmo – wtrąciła przewodniczka. – Ja też chciałabym państwu podziękować. Mamy wśród załogi osoby wyszkolone do udzielania pierwszej pomocy, ale w tym wypadku potrzebowaliśmy lekarza.

– Nie ma sprawy – odparła Hayley.

– Proszę zadzwonić do biura i wpaść, kiedy będzie państwu odpowiadało – podjęła przewodniczka. – Umówimy się na inny termin.

– Powinnam państwu zapłacić – stwierdziła pani Adams.

– Nie trzeba – odparł Sam. – Jesteśmy lekarzami, pomaganie chorym to nasza codzienność.

– Pełna zgoda. Chociaż jeśli chce pani nam się odwdzięczyć – dodała Hayley – proszę obiecać, że porozmawia pani z lekarzem rodzinnym o tym, co się dzisiaj stało. A pan powinien zawsze mieć przy sobie inhalator, bo tylko regularne korzystanie z niego zapewni panu dobre samopoczucie.

Milton sprawiał wrażenie lekko zawstydzonego.

– Obiecuję.

– To dobrze. – Hayley poklepała go po ramieniu. – Wszystkiego najlepszego i miłych wakacji.

– Dziękuję i nawzajem.

Kiedy drzwi karetki się zamknęły i Adamsowie udali się do szpitala, Sam spojrzał na Hayley.

– Ma pani ochotę na kawę? A może musi pani wracać do swojego towarzysza podróży?

– Jestem tu sama – odparła. – Z przyjemnością napiję się kawy. Chyba że pan musi wracać do swojej towarzyszki?

– Ja też jestem tu sam – odparł. – Chce pani najpierw ustalić nowy termin wycieczki statkiem?

Hayley zmarszczyła nos.

– Widziałam jednego wieloryba, który wyskoczył z wody, a potem zanurkował. Oczekiwanie czegoś więcej byłoby z mojej strony pazernością. Chociaż gdyby pan zechciał…

Uśmiechnął się.

– Ja jestem dość pazerny, ale oglądam je co tydzień.

– Co tydzień? – Wyglądała na zaskoczoną. – Pracuje pan w tutejszym szpitalu, tak?

– Nie, powiedzmy, że jestem na urlopie – wyjaśnił. – Mój brat prowadzi tu biuro podróży, które specjalizuje się w wyprawach ekstremalnych. Pomagam mu. W każdy poniedziałek po południu płynę oglądać wieloryby.

Hayley kiwnęła głową.

– To było nasze marzenie, moje i Dani.

– Danny? – Oczywiście, że kobieta tak ładna jak Hayley jest zajęta, pomyślał Sam.

– Danielle. Moja najlepsza przyjaciółka.

Jego radość, że chodzi o przyjaciółkę, a nie o partnera, była naprawdę idiotyczna. Nie planował kolejnego związku, zwłaszcza że za dwa tygodnie zaczynał nową pracę.

A jednak Hayley Clark miała w sobie coś, co go przyciągało. To dziwne. Całe lato miał do czynienia z turystkami, które wręcz mu się narzucały, lecz żadna z nich go nie zainteresowała.

– Złamała sobie kości śródstopia i ortopeda zabronił jej wyjazdu – ciągnęła Hayley.

Sam spotkał się z tego rodzaju złamaniem w swojej karierze.

– Przyjaciółka biega?

– Trenowała do biegu charytatywnego. Musiała z niego zrezygnować, więc przekonałyśmy organizatorów, żeby pozwolili mi ją zastąpić.

– Czyli pani też biega?

– Nie, prawdę mówiąc, nie znoszę biegać. Ale to jedyny sposób, żeby Dani nie straciła pieniędzy sponsorów.

– To bardzo szlachetne z pani strony.

– Jest moją najlepszą przyjaciółką, wiele przeszła. Dzięki temu, że za nią pobiegnę, mam mniejsze wyrzuty sumienia, że przyjechałam tu sama. – Hayley zmarszczyła nos. – Choć jestem pewna, że w biurze podróży znaleźliby wycieczkę dla osób na wózkach i zobaczyłaby wieloryby.

 

– Ale obie wiele byście straciły. Nie wszystkie ścieżki wokół wodospadów i gejzerów są dostępne dla wózków – odparł Sam. – A niektóre zbocza są niebezpieczne.

– Tak właśnie twierdziła Dani.

Powinien się zamknąć. Powinien zasugerować jej parę godnych zaufania biur turystycznych, by sama mogła zwiedzić wyspę. A jednak to niepojęte przyciąganie kazało mu spytać:

– Długo pani tu zostaje?

– Do piątku.

– W takim razie może popłynęłaby pani obejrzeć wieloryby jutro rano? – zaproponował. – Jeśli ma pani ochotę, zabiorę panią na spersonalizowaną wycieczkę.

Hayley zamrugała.

– Wspomniał pan, że pomaga pan bratu, tak?

Podpowiedziała mu, jak może się wycofać. Wiedział, że powinien to zrobić, lecz jego wargi nadal go nie słuchały.

– Właśnie ktoś odwołał u niego wycieczkę – oznajmił Sam – więc w tym tygodniu jestem wolny, jeśli ma pani ochotę zwiedzać Islandię w moim towarzystwie.

Hayley niemal słyszała, jak Dani krzyczy jej do ucha: Zgódź się. To „Rok mówienia Tak”.

Ale przecież nie znała Sama Price’a.

Nawet jeśli był lekarzem i razem pomogli choremu, był kompletnie obcym człowiekiem. Poza tym z ciemnymi włosami i smutnymi piwnymi oczami był też najbardziej atrakcyjnym mężczyzną. Po Evanie. Pierwszym od roku, który zwrócił jej uwagę. Poczuła się winna.

Znajdowała się w kraju, którego języka nie znała, a choć w Islandii wszyscy mówią perfekcyjną angielszczyzną, to jednak nie była to Anglia. Od domu dzieliły ją trzy i pół godziny lotu. Odmawiając Samowi, wykazałaby się rozsądkiem. Ale to był „Rok mówienia Tak”.

Może też w tym momencie miała potrzebę odsunięcia na bok wahań. Pora ruszyć z tym życiem naprzód.

– Tak – odparła.