Nowe przygody grzecznego psaTekst

Z serii: Grzeczny pies #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spiderpies

Wieczorem przyszedł do Alka kolega, ale zamiast się ze mną bawić, włączyli telewizor, rozsiedli się na kanapie i tylko gapili w ekran. W telewizorze strasznie coś migało, aż mnie od tego rozbolała głowa. Słyszałem, jak rozmawiali o jakimś Spidermanie, a potem jeszcze o pająku. A właściwie to o człowieku pająku. Nic z tego nie rozumiałem. Co innego człowiek, co innego pająk. Pająk to takie śmieszne małe stworzonko, które całymi dniami plecie tę swoją pajęczynę, a w najmniej odpowiednim momencie spada na nos. Nie przepadam za pająkami. Za to z ludźmi bywa różnie, ale generalnie ich lubię.

Hanka naszykowała Alkowi i temu drugiemu – Jaśkowi, mnóstwo małych kolorowych kanapeczek i innych smakowitych przekąsek (nawet kilka mi dali na spróbowanie, ale były skandalicznie małe). Kanapki i przekąski szybko się skończyły, a potem to już nie było co robić. Nudziłem się. Od czasu do czasu trącałem Alka i Jaśka nosem, ale najwyraźniej woleli tego całego Spidermana. Nie mogłem zrozumieć, co takiego ciekawego jest w tym, że człowiek jest pająkiem, czy na odwrót? Jednak oni widocznie uważali, że to jest ciekawe, bo z wypiekami wgapiali się w ekran. Zerknąłem w telewizor raz i drugi… i przechyliłem głowę, żeby lepiej widzieć, aż Alek krzyknął:

– Zobacz, Winter ogląda Spidermana!

Strasznie zaczęli się śmiać z tym całym Jasiem, zupełnie nie wiem z czego. Nie widzieli, żeby pies oglądał telewizję? Zresztą to oglądanie okazało się męczące, więc dla odmiany usiadłem naprzeciw Alka i zacząłem się na niego intensywnie gapić. Może by tak przypomniał sobie wreszcie o wieczornym spacerku? Alek nie domyślił się, o co chodzi, tylko delikatnie wziął mnie za obrożę i próbował przesunąć.

– Przesuń się, Winter, zasłaniasz uszami cały ekran.

Udawałem, że nie wiem, o co chodzi, i siedziałem twardo na swoim miejscu. Niech spróbują mnie ruszyć! Alek z westchnieniem poszedł do kuchni i jak tylko otworzył lodówkę – natychmiast zrezygnowałem z miejscówki przed telewizorem. Wyszedł z parówką na dwór – ja oczywiście pobiegłem za nim, ale jak już zjadłem parówkę, to okazało się, że drzwi do domu są zamknięte. Skoczyłem na klamkę, a potem parę razy pacnąłem w drzwi łapą. Wszystko na nic.

Po jakimś czasie drzwi otworzył mi Henryk.

– Co ten pies tu robi? – zaczął zawodzić. – I dlaczego zdemolował mi nowiutkie drzwi?

Nie chciało mi się go słuchać, więc wbiegłem do domu i ułożyłem się pod schodami. Alek z Jaśkiem wciąż oglądali film. Z pokoju dobiegały dziwne dźwięki. Trochę myślałem o tym człowieku pająku, ale głównie o parówce i o tym, że jedna parówka to bardzo mało jak na tak dużego malamuta.

I nagle… zaczęło się dziać coś dziwnego. Poczułem, jak moje ciało niesamowicie się zmienia, robiłem się coraz lżejszy i lżejszy, aż ze zdumieniem odkryłem, że moje łapki robią się lepkie i że bez trudu potrafię chodzić po ścianach i suficie. A potem, sam nie wiem jak, wyleciałem przez komin i poszybowałem nad dachami, a nawet zrobiłem jeden czy dwa fikołki w powietrzu. Kurczę, to naprawdę fantastyczne uczucie! Już wiedziałem, że jestem Spiderpsem, takim latającym psem do specjalnych zadań. Okrążyłem nasze osiedle. Na drodze do lasu zauważyłem bernardyna, tego samego, który kilka razy obsikał nasz parkan. Zniżyłem lot i znienacka kłapnąłem mu zębami tuż nad uchem. Bernardyn podskoczył ze strachu na dwa metry i z podkulonym ogonem poleciał do lasu. Nie wiedziałem, że bernardyny potrafią tak szybko biegać. Hurra!!! To się nazywa Spiderpies! Teraz dla odmiany ruszyłem galopem między domami. Ale to nie był zwykły galop. Byłem szybki jak wiatr, a nawet jeszcze szybszy. Wpadłem przez okno do jakiegoś domu – cała rodzinka siedziała przy stole, a ja przeleciałem nad nim, chwytając zębami pieczoną kaczkę.


Obudził mnie chóralny, głośny śmiech. Alek, Jasiek, Henryk i Julia stali nade mną i gapili się, jak na jakieś widowisko.

– Dlaczego Winter tak szybko rusza we śnie łapami i do tego kłapie zębami? – zachichotała Julia.

– Może coś mu się śni? – zamyślił się Alek.

– Nie sądzę, żeby psom się coś śniło – stwierdził kategorycznie Jasiek.

Specjalista się znalazł, od razu widać, że nigdy nie miał psa i nie zna się na psiej psychologii.

Wstałem i otrzepałem się energicznie, a potem trąciłem Alka nosem. Może przypomni sobie wreszcie o wieczornym spacerku? Alek założył mi szelki, a potem przypiął linkę do pasa i wyszliśmy na dwór. Rozpędziłem się i chciałem wystartować w powietrze, ale… okazało się, że nie umiem już latać. Mimo tego spacer był naprawdę udany, chociaż nie spotkaliśmy bernardyna.

W drodze

Kończyły się wakacje i Alek namawiał rodziców, żeby na ostatni weekend sierpnia koniecznie gdzieś pojechać.

– Ale gdzie, dokąd? – zastanawiał się Henryk.

– Jest mnóstwo możliwości, na przykład… Mazury.

– No dobrze, niech będzie, ale teraz na Mazury? Woda jest już zimna i nie można się kąpać, chcecie dostać reumatyzmu? – zatroskał się Henryk. – Na dodatek nad jeziorem strasznie śmierdzi glonami.

– To pojedźmy nad morze – próbował Alek.

– W porządku, niech będzie nad morze. Z tym że jest koniec sierpnia. Nie cierpię, jak wieje zimny wiatr i sypie mi piachem prosto w oczy. Poza tym na pewno będzie sztorm.

– A góry? – Alek już lekko zwątpił.

Henryk aż gwizdnął.

– Świetnie. Tylko pamiętajcie, że o tej porze roku w górach jest murowany TŁUM ludzi. Istnieje także duże prawdopodobieństwo, że będzie padać.

– To pojedźmy zwiedzić jakieś fajne miasto, na przykład… – zaczął Alek.

– Czemu nie? Tylko że… miasta są bardzo niezdrowe – oświadczył Henryk. – Wiecie, ile w mieście jest dwutlenku węgla, dwutlenku siarki i różnych szkodliwych dla zdrowia pyłów?

Alek zrobił niewyraźną minę, a Hanka powiedziała szybko:

– Mam pomysł. Pojedźmy na wieś, do jakiegoś gospodarstwa agroturystycznego.

– Ale… – zaczął Henryk.

Hanka spojrzała na niego dziwnym wzrokiem i wtrąciła tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Ani słowa! Pooddychasz świeżym, zdrowym powietrzem bez dwutlenku węgla i dwutlenku siarki, nie będzie ci wiało piachem w oczy i będziesz mógł poczytać gazetę.

– Niech wam będzie, ale…

– Henryk! – krzyknęła Hanka.

– Dobrze, dobrze, już nic nie mówię.

– Zaraz znajdę coś ciekawego w necie – zaoferował się Alek.

I w ten sposób razem z Rudym znaleźliśmy się w bagażniku kombi, a bagaże podróżowały na dachu, w specjalnym pojemniku. Strasznie długo wyjeżdżaliśmy z miasta, bo były jakieś korki, czy coś w tym rodzaju, i Henryk narzekał na złą organizację ruchu. Zaraz za miastem zacząłem piszczeć, bo podczas porannego spaceru zapomniałem się załatwić. Stanęliśmy na leśnym parkingu i zrobiłem, co trzeba. A potem znów jechaliśmy i czas mi się bardzo dłużył. Popiskiwałem z nudów, ale Henryk nie zwracał na mnie uwagi.

– Tato, on piszczy – powiedziała Julia.

– Nic nie słyszę – oświadczył Henryk.

– Może musi się załatwić?

– Przecież przed chwilą się załatwiał. Nie możemy zatrzymywać się co minutę, bo straciliśmy już kilka godzin w korkach – zdenerwował się Henryk. – Chcecie tam dojechać przed północą?

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak nudno jest w bagażniku kombi. Nic, ale to zupełnie nic się nie dzieje. Znów zacząłem popiskiwać – trochę z nudów, a trochę tak dla wprawy. Minęło parę minut bez żadnego rezultatu, więc lekko podniosłem głos, to znaczy zawyłem po prostu, jak to malamut. Samochodem gwałtownie zarzuciło.

– Uciszcie tego wyjca, bo dostanę zawału! – ryknął Henryk.

– A może boli go brzuszek? – zmartwiła się Hanka. – Albo chce siku?

– Ja też chcę – dodała szybko Julia.


– Jeszcze pięć, najwyżej dziesięć kilometrów. Pamiętajcie, że mamy poważne opóźnienie – bronił się przed postojem Henryk.

– Jakie opóźnienie? To nie żaden wyścig – zaczęła Hanka. – Poza tym nie musiałeś się tak grzebać rano. Brałeś prysznic godzinę, a potem przez następną godzinę szukałeś kluczyków od samochodu.

– Czy to moja wina, że kluczyki mają nogi? – zdenerwował się Henryk.

– A czyja? Może Wintera?

I tak prowadzili sobie rozmowy, a mnie się już dosłownie chciało wyć z nudów. Zdwoiłem wysiłki i po chwili dołączył się Rudy, który co prawda zawodził bardzo niemrawo, ale razem daliśmy naprawdę niezły koncert. W pewnej chwili samochód zwolnił, a potem gwałtownie zatrzymał się na poboczu.

Zadowolony, wyskoczyłem z bagażnika i porządnie się otrzepałem. A potem z Alkiem i Rudym pobiegliśmy do pobliskiego lasu. Gdy wróciliśmy – Henryk zły jak osa chodził tam i z powrotem wzdłuż drogi. Wszyscy zajęli swoje miejsca, ale Henryk nadal krążył wokół samochodu ze wzrokiem wbitym w ziemię i z marsową miną.

– Wsiadasz w końcu? – zdenerwowała się Hanka.

– Muszę się uspokoić. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że kierowcy nie można denerwować!

– A czym się tak zdenerwowałeś?

– Tym, że pies robi, co chce, i że jakiegoś psa traktuje się lepiej niż mnie, głowę rodziny! – wypalił Henryk.

– Jakiego psa? – zdziwiła się Julia.

– Nie wiesz? To zajrzyj do bagażnika.

– Tam jest przecież tylko Winter z Rudym. – Julia była jeszcze bardziej zdziwiona.

 

– To nie są psy? – wkurzył się Henryk.

– Tato, to są NASZE psy – zaoponował Alek.

– To Winterek i Rudziaczek. – Julia zaczęła płakać.

– Henryk! – powiedziała Hanka dziwnym głosem.

– Już dobrze. – Henryk przygarbił się i wsiadł do samochodu.

Jechaliśmy w kompletnej ciszy, nie licząc warkotu samochodu. Panowało napięcie, które i nam się udzieliło. Rudy, swoim zwyczajem, najeżył się jak szczotka do włosów. A mnie się nawet piszczeć nie chciało. W pewnym momencie Henryk bez słowa skręcił na leśny parking. A potem odwrócił się i spojrzał na nas wzrokiem spaniela.

– Wiecie co? – zaczął. – Przepraszam, sam nie wiem, co mnie napadło. Chciałem tylko jak najszybciej dojechać. Kocham was wszystkich, tych na dwóch i tych na czterech łapach.

Nie rozumiałem tekstu o tych łapach, ale pobiegłem wesoło za Alkiem i Julią. Za nami pałętał się Rudy, a Hanka z Henrykiem, trzymając się za ręce, poszli w przeciwnym kierunku, rozmawiając o czymś cicho. Zrozumiałem, że ludzie, żeby się cieszyć, muszą się najpierw smucić. Dlaczego? To było jeszcze dziwniejsze od faktu, że chodzą tylko na dwóch łapach, podczas gdy nawet najgłupszy pies wie, że wygodniej jest biegać na czterech. Jednak po chwili przestałem się nad tym zastanawiać, bo rozpierała mnie ogromna radość życia, a świat był jeszcze piękniejszy niż zwykle.

Dlaczego nie lubię miodu?

Wieczorem dotarliśmy do gospodarstwa, które nazywało się ARIZONA. Teren był bardzo duży, otoczony drewnianym ogrodzeniem. Supersprawa, mogłem biegać, gdzie chciałem. Szybko zaprzyjaźniłem się z miejscowymi psami – Dakotą i Teksasem. W gospodarstwie mieszkał też czarno-biały kot wielkości Rudego – nazywał się Kolorado.

– Czuję się, jakbym był w Ameryce – zauważył Henryk z przekąsem.

Nie wiem, co to jest Ameryka, ale bardzo mi się to miejsce podobało. Chciałem przywitać się z kotem, ten jednak zjeżył się i wygiął grzbiet, jak to koty potrafią, a potem zwiał na drzewo. Chciałem za nim pobiec, ale niestety, okazało się, że nie umiem wchodzić na drzewa. To była dla mnie przykra niespodzianka i trochę się zniechęciłem do tego miejsca. No, ale w końcu nie jestem wiewiórką, a ten cały Kolorado niech sobie łazi, gdzie chce.

Następnego ranka przy śniadaniu gospodarz – pan Ignacy, częstował wszystkich jakimś specjalnym miodem ze swojej pasieki.

– W życiu nie jadłem tak pysznego miodu – stwierdził Henryk.

– Rewelacja – zachwycała się Hanka.

Ciekawe, jak to smakuje? Postanowiłem spróbować tego całego miodku i wyrobić sobie na ten temat własne zdanie. Stanąłem na tylnych łapach i wsadziłem pysk prosto do talerza Henryka. Pan Ignacy jakoś tak dziwnie chrząknął, a Julia zaczęła chichotać.

– Nie wiem, co mu strzeliło do głowy, nigdy się tak nie zachowuje – wymamrotał zaczerwieniony Henryk i wyrzucił mnie na dwór.

Nie lubię, jak się mnie wyrzuca, ale był piękny dzień, świeciło słońce i… szybko zapomniałem o miodzie. Zrobiłem dwie rundki dookoła domu, żeby rozprostować kości i niechcący przebiegłem po kogucie, który strasznie się wściekł i nawymyślał mi od turkuci podjadków. Pojęcia nie mam, co to lub kto to, ale kogut się obraził i zanim mi to wyjaśnił – zniknął w kurniku. Straszny z niego nerwus.

Przybiegła Dakota i zachęciła mnie do zabawy. Po chwili dołączył do nas Teksas i bawiliśmy się w ganianego. A potem… pokazali mi dziurę w płocie. Dakota i Teksas bez problemu wydostali się na zewnątrz, za to ja utknąłem w połowie drogi. Fatalna sytuacja. Coś uwierało mnie w brzuch i zrobiło mi się duszno. Zacząłem się coraz mocniej szarpać. Nagle rozległ się trzask, odpadła jakaś deska i… byłem wolny! Cudowne uczucie!

Ruszyliśmy galopem przez pole – wiatr świstał mi w uszach i byłem naprawdę szczęśliwy. Zapomniałem o wszystkich problemach, o tym, że Henryk nie dał mi spróbować miodu i że nie umiem wspinać się po drzewach.

Zbliżaliśmy się już do lasu, gdy nagle stanąłem jak wryty. Spomiędzy drzew wynurzył się pochrząkujący, niezgrabny futrzany stwór z wielkimi kłami, sterczącymi z pyska. Za dziwacznym stworem biegło stadko pasiastych maluchów. Ze zdziwieniem zauważyłem, że Teksas i Dakota zawrócili nagle i ruszyli dzikim galopem w kierunku domu. Czyżby bały się takiej sfilcowanej pokraki?

Popatrzyłem na stwora – on też wlepiał we mnie te swoje małe, śmieszne oczka. Poczułem się odrobinę nieswojo, ale… co ten dziwny osobnik może mi uczynić? Zrobiłem krok w jego kierunku, machając ogonem, i wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, stwór wycelował we mnie kły, ryknął głośno i ruszył do ataku. Leciał na mnie z szybkością pociągu ekspresowego, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Uszy mi lekko oklapły i poczułem jakieś delikatne mrowienie przy nasadzie ogona. Nie żebym się bał, ale… Te jego kły zrobiły się nagle dwa razy większe, ogromne! No dobra, przyznaję, że czułem się dość nieswojo – w dodatku przypomniało mi się, że mam coś do załatwienia w innym miejscu, więc zrobiłem w tył zwrot i ruszyłem przed siebie najszybszym galopem w mojej karierze. Rwałem do przodu w kierunku gospodarstwa, frunąc prawie nad zaoraną ziemią, jakby od tego miało zależeć moje życie. Tymczasem włochaty potwór po pewnym czasie zrezygnował z pogoni i na czele stadka pasiastych stworków wrócił do lasu, machając krótkim, skręconym w sprężynę ogonem.

Przed ogrodzeniem usłyszałem dziwne bzyczenie i gwałtownie przyhamowałem. Pod dużym drzewem zauważyłem kolonię małych domków ze spiczastymi daszkami, a wokół nich ogromną ilość żółtych, fruwających stworzonek, bardzo czymś zaaferowanych. W porównaniu z włochatym potworem wyglądały przyjacielsko. Podbiegłem do pierwszego z brzegu domku, oparłem się łapami o daszek i próbowałem zajrzeć do środka. Niestety – domek się przewrócił, a moje łapy wpadły w jakąś okropną, lepką, słodką maź. Pysk też mi się cały kleił. Fuj! Potem bzyczenie stało się nie do zniesienia i… to był ostatni moment, który jako tako pamiętam. Coś mnie obsiadło, coś mnie ukłuło, coś mi bzyknęło w uchu. Pędziłem, ile sił w łapach, w kierunku jeziora, otoczony chmurą tych żółtych drani.

Gdy wskoczyłem do jeziora – bzyczenie ucichło. Po chwili wyszedłem z wody i rozejrzałem się ostrożnie – wokół panowała cisza i nigdzie nie było widać żółtych stworzonek, tylko na pomoście siedział jakiś pan w kapeluszu i trzymał wędkę. Chciałem się grzecznie przywitać, ale ten pan był chyba chory, bo gdy wszedłem na pomost, wskoczył do jeziora z okrzykiem: „Wilk! Wilk! Ratuj się, kto może!”. Rozejrzałem się nerwowo, jeszcze mi tylko wilka brakowało do kompletu. Ale nie, na szczęście w pobliżu nie było żadnych wilków ani żółtych stworzonek, ani włochatych stworów. Powlokłem się w stronę domu, lekko kuśtykając. Z daleka usłyszałem rozpaczliwe krzyki Henryka:

– Winter, Wiiinter!

A ten czemu się tak znowu wydziera? Może potrzebuje pomocy? Ruszyłem szybko w stronę domu – wpadłem zdyszany na podwórko, ale zobaczyłem, że nic złego się nie dzieje. Henryk biegał przy płocie i krzyczał to swoje „Wiiinter!”. Z tej radości jednym susem powaliłem go na ziemię i polizałem po twarzy. Jakoś dziwnie mnie ucieszył widok własnego stada. Henryk ściskał mnie jak szalony, za chwilę przyłączyła się Hanka, a gdy nadbiegła Julia z Alkiem – to mało mnie nie zadusili. Lizałem wszystkich naokoło, jak się dało, i nawet Rudy przyszedł się przywitać, co było w jego wykonaniu szczytem elegancji. Sytuacja rozwijała się sympatycznie – do momentu, kiedy pojawił się pan Ignacy i machając rękami, zaczął coś krzyczeć o miodzie i o pszczołach. Wszyscy zaczęli się na mnie gapić.

– To raczej nie on – wymamrotał Henryk.

– Winter jest grzeczny, na pewno tego nie zrobił! – pisnęła Julia.

Pan Ignacy popatrzył na mnie podejrzliwie. Pokazał na moje łapy i pysk, wciąż oblepione czymś lepkim.

– Proszę spojrzeć, przecież on jest cały w miodzie! – wykrzyknął oskarżycielsko.


Aha, więc to jest ten miód? Przejechałem jęzorem po pysku. Nic nadzwyczajnego, wolę pieczeń albo szynkę. Rozpoczęła się dyskusja, z której nie wszystko zrozumiałem, bo wszyscy się przekrzykiwali. Krótko mówiąc, ktoś przewrócił i zniszczył jakiś ul i teraz pszczoły są wściekłe, bo nie mają gdzie mieszkać. Pan Ignacy podniesionym głosem upierał się, że Henryk musi pokryć wszystkie koszty. Nie rozumiem tego Henryka, co mu przeszkadzał pszczeli domek? Ale znacie mnie, nie miałem ochoty się na niego gniewać. Naprawdę, nie po takim dniu.

Na dodatek usłyszałem znajome bzyczenie i zobaczyłem, że koło mojego nosa latają dwa żółte stworzonka. Wydawało mi się, że nie mają dobrych zamiarów, więc na wszelki wypadek pobiegłem do domu i wszedłem pod łóżko.

Teraz już wiecie, dlaczego nie lubię miodu?

Zakaz kąpieli

Następnego dnia rano poszliśmy nad jezioro. Alek z Julią długo pompowali coś, co się nazywa ponton – a potem wrzucili to do wody, wsiedli i odpłynęli. Zrobiło się nudno. Kręciłem się tu i tam, przywiązany do słupa z tablicą: „Zakaz…”. Nie wiem, czego to był zakaz, bo reszta napisu była nieczytelna, jak powiedziała Julia. Henryk z mozołem dmuchał od godziny w dziwny, różowy przedmiot, który robił się coraz większy.

– Pilnuj psów, idę popływać na materacu – powiedział do Hanki, która opalała się na kocu.

– Czy Winter jest dobrze przywiązany? – spytała.

– Zrobiłem podwójny, żeglarski węzeł – zapewnił Henryk z zadowoleniem. – Nie rozwiąże się, spokojna głowa.

– Tylko nie odpływaj daleko i… uważaj na dzieci – poprosiła Hanka.

Henryk wszedł do wody i położył się na materacu, a potem delikatnie powiosłował rękami i odpłynął od brzegu.

No i zostaliśmy sami. Właściwie to ja zostałem sam, bo Rudy chrapał w cieniu pod drzewem, a Hanka usiadła na leżaku i wzięła się do czytania książki. Co oni sobie w ogóle myślą? Mam tak tkwić cały dzień pod tą idiotyczną tablicą? Popatrzyłem na linkę przypiętą do mojej uprzęży – to po prostu okrutne tak przywiązać mnie do słupa. Energia buzowała w moich mięśniach, było mi gorąco, w dodatku przeleciało nade mną jakieś ptaszysko i czułem instynktownie, że się ze mnie nabija. A przecież wiadomo, że jestem stworzony do wielkich czynów. Skoncentrowałem się, stanąłem dęba, a potem… z całej siły szarpnąłem. Słupek wyskoczył do góry jak korek z butelki. Ruszyłem radośnie do wody, ciągnąc za sobą ciężki słup z tablicą – na szczęście węzeł żeglarski się rozwiązał i byłem wolny! Po chwili płynąłem w kierunku Henryka, opalającego się na materacu. Z oddali słyszałem szczekanie Rudego i wołanie Hanki:

– Winter, wróóóć!!!

Pedałowałem radośnie pod wodą – tylko nos, oczy i uszy wystawały mi nad powierzchnię. Miałem wielką ochotę wdrapać się na materac, tak dla towarzystwa. Nie wiem dlaczego Henryk, gdy mnie zauważył, nagle zbladł i zaczął gwałtownie machać rękami, jakby się opędzał od jakiejś muchy.

– Winter, uciekaj! Sio! Winter, wracaj!


Ani mi się śni. Nie po to płynę taki kawał, żeby teraz zawracać. Zdwoiłem wysiłki i powoli zbliżyłem się do materaca. Henryk obserwował mnie przez chwilę z bardzo dziwną miną, a potem niespodziewanie wstąpił w niego ogień. Położył się na brzuchu i zaczął szybko przebierać rękami jak jakiś pająk wodny, najwyraźniej starając się ode mnie uciec.

– Winter, wracaj. Do domu!!! – wykrzykiwał, wiosłując jak szalony.

O co mu chodzi? Chce się ze mną ścigać, czy może bawić w ganianego? Jak już zapewne wiecie, jestem grzecznym psem i odgaduję życzenia swojego pana, więc przyspieszyłem. Henryk oglądał się co chwila, dalej wiosłując energicznie na środek jeziora.

– Winter, do domu!!! – wrzeszczał.

Podoba mi się ta zabawa! Mocno przebierałem wszystkimi czterema łapami i zacząłem doganiać materac. Byliśmy już prawie na środku jeziorka, kiedy z daleka zobaczyłem płynący w naszym kierunku ponton z Alkiem i Julią. Henryk nie dawał za wygraną, resztkami sił usiłował przyspieszyć.

– Winter, wracaj, sio! – wysapał.

Właśnie wtedy udało mi się dogonić materac. Henryk zrobił się czerwony i zaczął machać rękami. Nie zwracając uwagi na jego dziwne zachowanie, oparłem się łapami o materac i właśnie zaczynałem się na niego wspinać, gdy usłyszałem głośny syk.

– Ratunku, topię się! – ryknął Henryk.

 

– Henryk, nie wygłupiaj się, przecież umiesz pływać! – zawołała z brzegu Hanka.

– No, nie wiem, już dawno nie pływałem! – panikował Henryk. – Winter, zabieraj te łapska!

Próbowałem wdrapać się na materac, ale… to wcale nie było łatwe zadanie. Po pierwsze – materac kolebał się na wszystkie strony, a po drugie – nie rozumiem, dlaczego Henryk usiłował zepchnąć mnie do wody. Nieładnie z jego strony. Na szczęście materac trochę sflaczał i wtedy jakoś na niego wpełzłem. Nie wiem, jak to się stało, ale w tej samej chwili Henryk wpadł do wody z głośnym pluskiem.

– Ratunku!!! Człowiek za burtą! – zaczął się wydzierać, ale potem przestał, bo poszedł pod wodę, puszczając przy tym mnóstwo bąbelków.

Już chciałem go szukać, ale po chwili coś się wynurzyło. To był ociekający wodą Henryk z ponurą miną. Stał zanurzony po szyję, a na włosach miał coś zielonego. Właśnie wtedy nadpłynęli Alek z Julią na pontonie.

– Tato, masz we włosach pełno wodorostów – zachichotała Julia.

– Bardzo śmieszne – mruknął zirytowany Henryk.

Alek wciągnął na ponton sflaczały materac i powiosłował do brzegu. Ja popłynąłem za nimi, a Henryk przyszedł chwilę później, jak już zdjął z siebie te wszystkie glony i wodorosty.

– Widziałaś? Własny pies by mnie utopił! – poskarżył się Hance.

– Słyszałam, że byłeś mistrzem szkoły w pływaniu kraulem… – zaczęła Hanka, ale popatrzyła na zgnębionego Henryka i nie dokończyła.

A potem Henryk długo się męczył, żeby ustawić wyrwaną tablicę „Zakaz…” na swoim miejscu.

– Tato… – powiedział z namysłem Alek. – Tu chyba było napisane „Zakaz kąpieli”?

– Niemożliwe – zdenerwował się Henryk i przetarł okulary.

– Jak mogłeś tego nie zauważyć? – zapytała Hanka z wyrzutem.

Henryk, jak już wkopał tablicę – to zasnął na kocu. Ja też zrobiłem się senny. Ogarnęło mnie błogie zmęczenie i poszukałem sobie spokojnego miejsca. Najlepsze było to na kocu, obok Henryka. Wyciągnąłem się leniwie i zamknąłem oczy. Tylko nie mogłem zasnąć, bo Henryk strasznie głośno chrapał.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?