Kocie kłopoty Grzecznego psaTekst

Z serii: To lubię
Z serii: Grzeczny pies #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Polecają:


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

To nie jest prawda, że psy nie lubią kotów. Psy są naprawdę bardzo przyjacielskie (przynajmniej większość z nich). Psa może wyprowadzić z równowagi tylko wyjątkowo bezczelny i gwiżdżący na wszystko kot. Wiem coś na ten temat – w końcu jestem psem. Poza tym, jak już jesteśmy przy kotach – ci wąsaci spryciarze cały czas kombinują, nigdy nie wiesz, co takiemu kotu wpadnie do głowy… Ale może opowiem wam o kotach od początku.

Moje kocie kłopoty zaczęły się pod koniec wakacji, kiedy na wycieczce w górach przyplątał się do nas kot. Mały, szary, pręgowany, z aroganckim białym pyszczkiem, nastroszonymi wąsami i monstrualnym apetytem – przyjechał z nami do Warszawy. Po nieudanej próbie sprezentowania go sąsiadce zamieszkał na dobre ze mną, czyli wyjątkowo grzecznym malamutem Winterem, i moim stadem: Henrykiem, Hanką, Alkiem, Julią i Rudym.

Szybko zauważyłem, że sposób rozumowania kotów jest mi zupełnie obcy. Milion razy lepiej dogaduję się z Rudym, który bywa krnąbrny i uparty, ale w końcu jest psem i dość szybko zorientował się, kto jest w naszym domu przewodnikiem stada. Natomiast Marian (tak się nazywa bezczelne kocisko), od kiedy tylko się pojawił, panoszył się po całym domu, mrucząc jak rozklekotany traktor, wyjadał w nocy jedzenie z mojej miski, robił fikołki, a potem uciekał na szafę (albo na drzewo) i śmiał mi się prosto w nos. Takie zachowanie coraz bardziej działało mi na nerwy. A skoro ludzie nie dawali sobie z nim rady – sam postanowiłem go wychować.

Tymczasem nasz dom powoli zapełniał się kocimi gadżetami – na każdym kroku potykałem się o jedną z czterech kuwet, jakieś drapaki, kocie domki, pluszowe myszy, piłeczki z piórami. Marian dostał nawet własne miniaturowe posłanie dla yorków, ale spał w nim tylko kilka razy. Zauważyłem, że koty są bardzo kapryśne i humorzaste. Próbowałem go pilnować, ale on co kilka dni zmieniał swoje zwyczaje. To spał w łóżku z Henrykiem, Hanką, Alkiem albo Julią, to w koszyku Rudego, czasem na kanapie albo w szafie, czy w jakimś zakamarku. Posunął się nawet do tego, że kiedyś uciął sobie drzemkę w MOIM ulubionym miejscu pod schodami. Próbowałem dać mu do zrozumienia, że zachowuje się bardzo niegrzecznie. Warknąłem ostrzegawczo i miałem nadzieję, że jakoś zareaguje, ale on tylko ziewnął i odszedł tym swoim skradająco-kołyszącym się krokiem na krzywych łapkach.

Z kotem bezustannie bawiliśmy się w podchody. Jak pilnowałem kącika pod schodami – kocisko kręciło się koło mojej miski. Gdy pilnowałem fotela, Marian już leżał pod schodami albo w koszyku Rudego. Albo na blacie kuchennym. Nie mogłem być w tych wszystkich miejscach naraz, więc pewnego dnia trochę się zdenerwowałem i postanowiłem przejść do ataku.


Poranek zacząłem od próby zajęcia kociego wiklinowego domku. Wsadziłem tam pysk – było ciasno, ale ja się łatwo nie zrażam, więc zajrzałem głębiej i… zaklinowałem się razem z uszami. Wokół zrobiło się ciemno i chyba straciłem wzrok. Szarpnąłem pyskiem raz i drugi. Nic, ciemno i duszno. Zacząłem się tarzać, waląc łapami w moją pułapkę. Wciąż nic. Nie powiem, żebym wpadł w panikę, ale… ruszyłem galopem przed siebie, bo chwilowo nie miałem lepszego pomysłu. Po drodze walnąłem w coś twardego, potem obiłem się o jakąś ścianę i zobaczyłem gwiazdy. Coś mnie uciskało w szyję i zaczynało mi brakować powietrza. Miotałem się, nic nie widząc, co chwila wpadały na mnie jakieś przedmioty. Słyszałem wokół brzęk tłuczonego szkła i różne głuche, dziwne odgłosy, jakby coś się przewracało. W końcu z oddali dobiegł mnie krzyk Henryka:

– Co tam się dzieje? Wiiinter?!

Skoczyłem w stronę, z której dobiegał znany mi głos. Po drodze o coś jeszcze zawadziłem, a potem, kierując się nosem, wbiegłem po schodach na górę, skoczyłem w prawo i wylądowałem na czymś miękkim, co nagle zaczęło głośno sapać i się wiercić. Dotarł do mnie znajomy zapach Henryka.

– Czyś ty oszalał, Winter?! – ryknął. – Co ty robisz z koszykiem Mariana na łbie?

A potem poczułem mocne szarpnięcie i… nagle odzyskałem wzrok. Widok był przedziwny. Leżałem na Henryku, który – zły jak osa i czerwony na twarzy – usiłował się spode mnie wydostać. Pidżamę miał całą wymiętą, ale nie będę go krytykował, bo to jego sprawa, w czym lubi spać. Obejmował kurczowo zaśliniony koci koszyk. Co Henryk robi w łóżku z kocim posłaniem? Zacząłem się nad tym zastanawiać, ale nagle zaburczało mi w brzuchu (znacie pewnie to uczucie szalonego głodu) i szybko zapomniałem o kłopotach z kocim koszykiem, bo miałem na głowie poważniejszy problem – pusty brzuch. Zbiegłem po schodach i ruszyłem w stronę kuchni, przebiegając przez salon, który wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Poprzewracane krzesła i stoły, porysowane ściany, zwalone lustro i wszędzie na podłodze pełno szkła.

Bruuu, briii, bruuum, braaammm!!! – rozległo się w moim brzuchu. W dwóch susach znalazłem się w kuchni przy misce.

Myślicie, że czekało na mnie jedzenie? Nic z tego – moja miska była pusta. PUSTA! Kilka razy trąciłem ją nosem, ale nikt się nie pojawiał. Wreszcie usłyszałem jakieś kroki na schodach – nadstawiłem uszu, ale zamiast „czas na śniadanko” albo „chodź na obiadek” usłyszałem z salonu ryk Henryka:

– Ratunku, trzymajcie mnie! Ja tego nie wytrzymam!

– Co się dzieje?! – krzyknęła z sypialni Hanka.

– Kataklizm, katastrofa i kompletna degrengolada! Trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu! A poza tym czeka nas remont domu. To się dzieje!

Zajrzałem do salonu, ale na mój widok Henryk zaczął machać rękami, jakby opędzał się od natrętnej muchy.

– Idź stąd, Winter! Niegrzeczny pies!

O co mu chodzi? Biega po rozbitym szkle, demoluje salon, robi mnóstwo hałasu i ma do mnie pretensje nie wiadomo o co. I to ja jestem niegrzeczny?

– A co tu się stało? – Hanka stanęła w progu salonu i przetarła oczy ze zdumienia.

– Ten pies z piekła rodem… – zaczął Henryk podniesionym głosem, ale nie dokończył.

– Zamiast lamentować, idź po odkurzacz – przerwała mu Hanka. – Chodź, Winter, na śniadanko.

Wreszcie usłyszałem słowa, na które czekałem tak długo, i poleciałem prosto do mojej miski. Na środku kuchni siedział Marian (skąd on się tam wziął?) i mrużył te swoje zielone ślepia. Wydawało mi się, że jakoś tak prowokacyjnie machnął wąsem w stronę mojej miski, ale postanowiłem to zignorować, bo jak jestem na czczo, to nie mam ochoty na wychowywanie kota.


Już miałem zabrać się do jedzenia, gdy nagle coś szarego świsnęło mi przed nosem i przeleciało po kuchni jak Pendolino. Spojrzałem groźnie na Mariana, ale on już spokojnie siedział na kuchennym blacie i patrzył znudzony przez okno.

Gruuum, griiiiim, groooom!!! – mój brzuch głośno domagał się posiłku.

Otworzyłem paszczę i… znowu coś przemknęło mi przed nosem. Warknąłem ostrzegawczo. Kot siedział na krześle, zajęty czyszczeniem swojej łapki. Zaraz, co jest?! Nic nie rozumiem, czy Marian może przebywać w kilku miejscach naraz?

Zbliżyłem nos do miski, ale najpierw na wszelki wypadek zerknąłem na kota, żeby ustalić, gdzie aktualnie przebywa. Marian czyścił sobie drugą łapkę i nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Przeżuwałem właśnie pierwszy kęs, kiedy coś szarego przeleciało mi nad głową jak szybowiec, a potem (to już szczyt wszystkiego!) z plaśnięciem wylądowało w mojej misce. Zaryczałem z oburzeniem, tak jak to robią głodne malamuty. Marian wyskoczył na metr do góry – po czym dał nura przez okno, dziko miaucząc.

Nie rozumiem jeszcze jego mowy, ale to chyba nie było nic miłego.

Czary-mary, hokus-pokus

W sobotę były urodziny Julki. Hanka od rana piekła tort, a Henryk snuł się po ogrodzie z drabiną i rozwieszał różowe balony. Nawet kilka udało mi się upolować – ale był przy tym huk! Potem Henryk zaczął rozbijać na trawniku kolorowe namioty, połączone jakimiś tunelami. Wszystko co chwilę mu się myliło, plątało i wywracało, więc cały czas tylko wzdychał i narzekał pod nosem. Wreszcie udało mu się ustawić całą konstrukcję, usiadł na trawie i otarł pot z czoła. Był jakiś taki przygaszony, więc chciałem mu poprawić humor i zacząłem biegać wokół namiotów, a potem z rozpędu wpadłem do środka. Próbowałem przelecieć przez tunel, ale okazał się za ciasny, i utknąłem gdzieś w połowie drogi.

Nie lubię być uwięziony, a tym bardziej w coś owinięty – wpadłem w lekką panikę i zacząłem się szarpać i przebierać łapami jak szalony. Z oddali dobiegały mnie rozpaczliwe krzyki Henryka. W końcu rozległ się nieprzyjemny trzask i… byłem wolny. Na widok błękitnego nieba wpadłem w euforię i zrobiłem radosne kółko wokół domu. Gdy wróciłem do Henryka, oglądał podarte na strzępy resztki namiotu, wykrzykiwał coś o psach psujach (chyba to Rudy narozrabiał) i w końcu pojechał do sklepu po nowy namiot, a ja przysnąłem.

Obudzili mnie pierwsi goście, którzy stali przy furtce – dziwnie ubrani chłopiec i dziewczynka z tatą. Dziewczynka miała różową sukienkę, przyczepione do pleców skrzydełka i różową spiczastą czapkę, a chłopiec, też w spiczastej czapce, nosił długą czarną pelerynę. W ręku trzymał coś w rodzaju miotły. Julia (w śmiesznym zielono-czerwonym stroju ze skrzydełkami) otworzyła im furtkę, a ja natychmiast pobiegłem się przywitać.

 

– Zosia, Staś… witajcie na zlocie czarodziejów! – powitała ich Julia.

Nie wiem, kim są czarodzieje, ale to ma chyba jakiś związek ze skrzydełkami.

– Jaki piękny pies! – uśmiechnął się ich tata, a ja pomachałem ogonem, bo jestem bardzo towarzyskim psem.

Skoczyłem w kierunku Stasia, ale on zaczął wymachiwać miotłą i coś krzyczeć w niezrozumiałym języku.

– Hokus-pokus, abrakadabra!

Dziwne, nic nie zrozumiałem. Chciałem przywitać się z Zosią, ale świsnęła mi przed nosem różdżką i wyszeptała:

– Czary-mary! Sim-sala-bim!

Co to ma znaczyć? Stanąłem jak wryty i zastrzygłem uszami.

– Widzicie? Czary na niego działają! – ucieszyła się Zosia.

Teraz miotła Stasia znowu świsnęła mi przed nosem.

– Bim-bam! Basala-dusala-dim!

Na wszelki wypadek odskoczyłem.

– Przestańcie męczyć psa – wtrącił wreszcie nieśmiało ich tata.

– Oj, tata, kiedy my go wcale nie męczymy! – zaśmiał się Staś.

– Wypróbowujemy na nim magiczne moce.

Tata tylko cicho westchnął, a miotła i różdżka znów poszły w ruch. Przezornie oddaliłem się w kierunku stołu, gdzie Hanka szykowała jedzenie.

– Sio, Winter, uciekaj stąd! – przegoniła mnie ścierką.

Nie było to z jej strony uprzejme, ale ponieważ uwielbiam towarzyskie imprezy, szybko o tym zapomniałem i pobiegłem przywitać kolejnych gości.

Wkrótce w ogrodzie zaroiło się od dziwnych stworków ze skrzydełkami, różdżkami i miotłami. Trzeba było uważać, żeby nie dostać miotłą, więc Rudy na wszelki wypadek schronił się w garażu, a Marian gdzieś się ulotnił. Kręciłem się po ogrodzie i przez przypadek znalazłem się koło stołu. Smakowicie zapachniało i poczułem się odrobinkę głodny – wspiąłem się na dwóch łapach i już prawie chwytałem apetyczną kanapkę, gdy ktoś mocno szarpnął mnie za ogon.

– Klaaatu barada-nikto!

Za mną stał chłopiec owinięty w zieloną pelerynę, w spiczastej czapce nasuniętej na oczy. Celował we mnie różdżką. Udało mi się jakoś capnąć kanapkę i pogalopować w głąb ogrodu. Zielona Peleryna pobiegł za mną, ale wczołgałem się w krzaki, by spokojnie zjeść, obserwując czarodzieja z bezpiecznej odległości. Nagle koło drzewa wiśni pojawił się nie wiadomo skąd Marian. Miauknął i przeciągnął się leniwie, kiedy nagle złapała go jakaś dziewczynka w błękitnej sukience ze złotymi skrzydełkami.

– Zobaczcie, mam kota! – krzyknęła. – To czarodziejski kot i nazywa się Rademenes!

Dzieci obległy dziewczynkę – każdy chciał dotknąć Mariana, który zaczął się wyrywać i przeraźliwie miauczeć.

– Kici, kici, Rademenes! Czary-mary, hokus-pokus!

Marian miauknął rozpaczliwie i w końcu udało mu się zeskoczyć na ziemię, ale w tym momencie chłopiec w zielonej pelerynie zarzucił na niego sieć.

– Może lepiej go zostawcie, on się boi – zaniepokoiła się Julia.

– Czekaj, tylko go odczaruję – zachichotał Zielona Peleryna i nachylił się do Mariana z różdżką. – Abrakadabra! Zmień swoją postać!

Spanikowany Marian miotał się w sieci jak ćma i wydawał dźwięki jak ranny tygrys. Zielona Peleryna nie zwracał na to najmniejszej uwagi – uparcie pukał kota różdżką i mruczał swoje zaklęcia. Mam swoje zdanie na temat naszego kota, ale z tym czarowaniem to była jednak lekka przesada. Wynurzyłem się z krzaków i w trzech susach znalazłem się przy Zielonej Pelerynie. Trąciłem go łapą, ale nie zwrócił na mnie uwagi.

– Czary-mary! Wzywam cię do przemiany! – chłopiec wrzasnął Marianowi nad głową i pacnął go różdżką.

Miauuuu! – rozniosło się po ogrodzie.

Stanąłem za plecami chłopca i szturchnąłem go nosem. Zielona Peleryna obejrzał się nagle, a ja spojrzałem mu prosto w oczy. Nie wiem dlaczego, chłopiec zbladł, puścił sieć i pędem ruszył w kierunku domu, gubiąc po drodze swoją czarodziejską różdżkę. Spod sieci wyprysnął Marian i jak szara błyskawica przemknął na drzewo. A ja, korzystając z zamieszania, wyczarowałem sobie (czary-mary, hokus-pokus!) jeszcze jedną kanapkę.

I tak zostałem czarodziejem.


Pali się!

Nad ranem, gdy spałem przy łóżku Henryka, obudził mnie dziwny dźwięk – coś między alarmem samochodowym a piłą mechaniczną.

– Co to było? Słyszałaś? – zaspany Henryk otworzył jedno oko i trącił Hankę.

– Henryk, jest piąta rano… – mruknęła.

– Piła mechaniczna? W niedzielę? Ci ludzie nie mają wstydu! – zdenerwował się Henryk i zerwał się z łóżka, potykając się o mnie. – Winter, nie plącz się pod nogami, dobrze? – prychnął zirytowany.

Też coś, nawet nie mam zamiaru! Poleciałem do kuchni, do mojej miski, ale bardzo się rozczarowałem – była pusta. Przy okazji przyłapałem Rudego, jak opróżniał miskę Mariana. Jeśli chodzi o mnie, to jedzenie kociej karmy jest poniżej mojej godności. Co prawda kiedyś, jak mnie głód przycisnął, zdarzyło mi się podjeść co nieco z kociej miski. Raz albo dwa, no góra trzy razy… zresztą dokładnie nie pamiętam. Po chwili do kuchni przywlókł się Henryk i po omacku włączył ekspres do kawy. Z letargu wyrwał go donośny dźwięk dzwonka domofonu.

– O tej porze? W niedzielę? Pali się, czy co?

Henryk nałożył dres na pidżamę i wybiegł na dwór. Furtkę zostawił otwartą, więc poleciałem za nim na ulicę. Na samym czubku najwyższej topoli na naszej uliczce siedział Marian i… tak, to był ten dźwięk. Coś między alarmem samochodowym a piłą mechaniczną.

Pod drzewem miotał się Henryk z zadartą głową.

– Marianku, Marian! Chodź, masz! Kici, kici… Maniutek!

Henryka obserwowała grupka rozzłoszczonych sąsiadów. Marian ani myślał schodzić, tylko wydał z siebie serię kolejnych dzikich miauknięć.

– Potworność, oszaleć można! – zirytowała się pani w szlafroku.

– Coś strasznego, niech pan coś zrobi z tym kotem! Od piątej rano z mężem nie śpimy! – dołączyła się inna.

– Bardzo mi przykro, to nie moja wina – tłumaczył się niezręcznie Henryk. – Kot jest młody, dziki.

– Jak kot jest dziki, to trzeba go pilnować! – prychnął z oburzeniem starszy pan.

– Marianek! Kici, kici! – wydzierał się Henryk.

Powietrze rozdarło głośne miauknięcie. Nadbiegła przejęta Hanka z Alkiem i Julią. Za nimi leciał Rudy, ujadając.

– Marian, Marianek! Chodź, masz! – krzyczeli wszyscy, biegając wokół drzewa. – Marian… kici, kici!

Było to w sumie dosyć zabawne, więc też zacząłem za nimi biegać, poszczekując. Za mną latał Rudy i podgryzał mnie w tylne łapy. Marian chyba nam zazdrościł dobrej zabawy, bo miauczał jak opętany. Pani w szlafroku jęknęła, a potem zatkała sobie uszy.

– Proszę państwa, tak się nie da żyć! – zdenerwował się starszy pan. – Ja tego nie wytrzymam, ja oszaleję, ja zwariuję! Od samego rana pod oknem kocia muzyka!


Miauuu! Mrauuu!

– Niech pan dzwoni po straż pożarną, bo nie ręczę za siebie – dodał gruby, czerwony na twarzy sąsiad.

Marian miauczał, a ja z Rudym ganialiśmy się w najlepsze pod drzewem. Po pewnym czasie dołączył do nas owczarek z sąsiedniej ulicy, a potem jeszcze trzy znajome yorki. Hanka z Julią nawoływały Mariana, a Alek próbował mnie złapać. Henryk odszedł na bok i bardzo przejęty tłumaczył coś komuś przez telefon. Tymczasem pod drzewem powoli robiło się coraz większe zbiegowisko – pojawiali się kolejni sąsiedzi, parę osób przyjechało na rowerach, jakieś dzieci zaczęły grać w piłkę… słowem, było coraz ciekawiej. Trochę sobie poszalałem, ale potem, niestety, Alek mnie złapał i mocno trzymał za obrożę, więc nie mogłem poganiać za piłką, co bardzo lubię.

W końcu nadjechał wielki czerwony wóz straży pożarnej – nowiutki i błyszczący. Wszyscy zgromadzili się dookoła i oglądali go z zachwytem.

Strażacy rozmawiali z Henrykiem, który rozgorączkowany pokazał im Mariana na czubku drzewa. Po chwili z samochodu zaczęła się powoli wysuwać drabina – wokół rozległy się pomruki uznania, a dzieci zaczęły bić brawo. Rudy ujadał i podgryzał owczarka, a owczarek ganiał się z yorkami. Tylko ja tkwiłem przy parkanie, do którego przywiązał mnie Alek. Zrozumiałem, że to niesprawiedliwe i nie w porządku, więc zebrałem się w sobie i skoczyłem do przodu. Rozległ się trzask, poczułem gwałtowne szarpnięcie, a po chwili przyłączyłem się do ogólnej zabawy. Zrobiło się spore zamieszanie i już nie wiem dokładnie, kto kogo ganiał. Ktoś kogoś przewrócił (chyba owczarek sąsiada), a potem yorki rzuciły się na Rudego i musiałem interweniować.

Jak już Henrykowi udało się mnie złapać, to akurat jeden ze strażaków zaczął mozolnie wspinać się po drabinie. Wszyscy odruchowo spojrzeli w górę.

– A gdzie Marian??! – krzyknęła Julia.

Rzeczywiście, na czubku drzewa nie było nikogo, nie licząc sroki, która przysiadła na chwilę na gałęzi, ale zaraz gdzieś poleciała.

– Ktoś widział mojego kotka? – zdenerwował się Henryk. – Marian, Maniulek… Kici, kici! – Henryk ruszył truchtem w stronę domu, ale zatrzymał go jeden ze strażaków.

– Chwileczkę, nie tak szybko, musi pan uregulować rachunek!

– Jaki rachunek? – wybąkał Henryk.

– Płaci pan pięćset złotych. Za dojazd i akcję straży pożarnej – dodał drugi strażak.

– Panowie, ale za co? Kot przecież zszedł o własnych siłach – jęknął Henryk.

– Myśli pan, że można tak sobie, dla kaprysu, wzywać straż pożarną? – zdenerwował się strażak.

– To jest nieodpowiedzialne! W tym samym czasie mógł gdzieś wybuchnąć prawdziwy pożar! – wtrąciła pani w szlafroku.

– Ale… – oklapł Henryk i zrezygnowany powlókł się do domu po portfel.

Poczułem burczenie w brzuchu – zbliżała się pora śniadanka, więc też pobiegłem do domu. Wszystkie miski były puste. Trąciłem swoją nosem.

– Zaraz, Winter, nie mogę znaleźć portfela – burknął zirytowany Henryk.

Nagle, nie wiadomo skąd, przy misce pojawił się Marian. Zajrzał do niej i zaczął głośno miauczeć. Henryk jęknął i złapał się za głowę, a potem jak gdyby nigdy nic wsypał do miski Mariana te jego miniaturowe bobki i wyleciał z domu z portfelem. Kot, pomrukując, zabrał się do jedzenia.

I wtedy doszedłem do wniosku, że to jest niesprawiedliwe! Chyba będę musiał nauczyć się miauczeć i chodzić po drzewach. A jak przyjedzie po mnie straż pożarna, to wtedy zobaczymy!


Lekcje przyrody

Od kilku dni w domu panowała napięta atmosfera. Julia popłakiwała po kątach, Henryk chodził nabzdyczony, zaś Hanka była dziwnie milcząca. A wszystko zaczęło się od awantury o jakąś lekcję przyrody.

– Czy mogę wziąć do szkoły Wintera? – spytała przy obiedzie Julia.

– Słucham?! – Henryk zakrztusił się zupą.

– Na lekcji przyrody będziemy mówić o naszych zwierzątkach domowych. Zosia przynosi swojego chomika, Franek myszy…

– O zwierzątkach domowych? – upewnił się Henryk.

– Najbardziej bym chciała wziąć Wintera, Rudego i Mariana! – oświadczyła Julia.

– Ależ proszę bardzo – syknął Henryk. – Możemy jeszcze wypożyczyć z zoo słonia i aligatora.

Julia zaczęła płakać, a Henrykowi zaraz zrobiło się głupio.

– Kochanie, zastanów się, to dosyć nierozsądne – wybąkał.

– A Dominika bierze swoje kalaruchy… – wychlipała.

– Chyba karaluchy – wtrącił Alek.

– Nie przedrzeźniaj mnie! – zdenerwowała się Julia i z płaczem wybiegła z pokoju.

Hanka poszła ją pocieszać, a Henryk westchnął ciężko, otarł pot z czoła i po chwili powlókł się za nimi.

Kilka dni później, wczesnym rankiem, Hanka starannie mnie wyczesała, Julia postawiła mi grzywkę na żel, a potem założyły mi jeszcze czerwoną obrożę i kolorowe szelki. Wylądowałem w samochodzie razem z Marianem, który miauczał zamknięty w kocim transporterku. Henryk co chwilę oglądał się na mnie z niepokojem.

 

– Nie wiem, czy to jest dobry pomysł… – zaczął Henryk, ale nie dokończył, bo Julia zrobiła smutną minę.

Do klasy weszliśmy spóźnieni. Akurat Zosia opowiadała o swoim chomiku, który siedział przed nią w klatce.

– To jest Sprytek. Lubi jeść marchewkę, kręcić się w kółku, gryźć pręty klatki i dropsy o smaku marchewkowym… – dziewczynka urwała i zaczęła się na mnie gapić.

– Dzień dobry, bardzo przepraszamy za spóźnienie – uśmiechnął się do nauczycielki Henryk.

Młoda, miła nauczycielka spojrzała na mnie lekko spłoszonym wzrokiem, ale przyjacielsko pomachałem do niej ogonem i chyba nabrała do mnie zaufania.

– Proszę wejść, zapraszamy.

Henryk przekazał Hance smycz i się ulotnił, a ja rozejrzałem się po klasie. Panowała ożywiona atmosfera – ze wszystkich stron słyszałem gwar, śmiechy i chichoty. W pierwszej ławce siedziała dziewczynka z cienkim warkoczykiem, a przed nią stała klatka z nakrapianymi szczurami, przy której tłoczyły się dzieci. Piegowaty chłopiec pilnował klatki z białymi myszkami. Ruda dziewczynka zaglądała do niewielkiego terrarium, w którym przyczaiło się kilka wielkich karaluchów. Z transporterka dobiegało monotonne miauczenie Mariana.

Nauczycielka wyglądała na trochę zdenerwowaną, więc żeby rozluźnić atmosferę – wyszedłem na środek klasy, stanąłem obok tablicy i pomachałem przyjacielsko ogonem, a potem wskoczyłem przednimi łapami na ławkę. W klasie rozległy się piski i okrzyki podziwu. Julia, pękając z dumy, podrapała mnie za uchem.

– To jest mój pies polarny Winter… – zaczęła, ale nie dokończyła, bo wszystkie dzieci ruszyły ze swoich ławek i otoczyły mnie ciasnym kręgiem.

Nagle zrobił się koło mnie tłok i zgiełk. Każdy chciał mnie dotknąć i pogłaskać. Ktoś tarmosił mnie za ogon, ktoś inny chciał, żebym podał mu łapę, ktoś całował mnie w nos, ktoś szarpał za obrożę. Zaczęło mi się robić duszno i poczułem, że długo tego nie wytrzymam.

– Kochani, spokój! – klasnęła w ręce nauczycielka. – Bardzo proszę, wszyscy natychmiast na miejsca!

Ale chyba nikt jej nie słyszał – w klasie panował ogłuszający hałas, a wokół mnie robiło się coraz ciaśniej.

– Zobaczcie, będę jeździł na koniu! – krzyknął jakiś chłopiec, złapał mnie za kark i wskoczył mi na grzbiet.

Nie jestem koniem i tego już było za wiele… jednym desperackim skokiem wyrwałem się z tłumu dzieci i wyskoczyłem do przodu. Wylądowałem między ławkami, zahaczając o transporterek z Marianem, który otworzył się, spadając na podłogę. Kot wydostał się na zewnątrz z dzikim miauknięciem. Skoczył na metr do góry, a następnie wylądował na klatce z białymi myszkami i znieruchomiał, wpatrzony w jej zawartość. Wszyscy także zamarli i trwali tak w bezruchu przez kilka sekund. Nagle Marian odżył i zaczął galopować po ławkach. Przewrócił dużą klatkę ze szczurami, które rozbiegły się po całej klasie.

– Kapsel, Wąsik, Neonek! – zaczęła histerycznie nawoływać je dziewczynka z warkoczykiem i rzuciła się za nimi w pogoń, zawadzając o terrarium z karaluchami.

Rozległ się głośny brzęk zbitego szkła i coś z prędkością światła rozpierzchło się po podłodze. Hanka zaczęła przeraźliwie krzyczeć, a spanikowane dzieci wskakiwały na ławki. W klasie zapanował chaos, który próbowała opanować nauczycielka. Niestety, udało jej się złapać tylko jedną białą myszkę. Hanka, gdy już trochę doszła do siebie, chwyciła Mariana i właśnie pakowała go do transporterka, gdy do klasy wpadł niski pan z brodą, czerwony na twarzy.

– Co tu się dzieje?! – zapytał podniesionym głosem.

– Zaraz wszystko wyjaśnię, panie dyrektorze – zaczęła słabym głosem nauczycielka. – To miała być nietypowa lekcja przyrody…

– Właśnie widzę, że BARDZO nietypowa – powiedział dyrektor kwaśno i rozejrzał się dookoła groźnym wzrokiem.

Pod nogami dyrektora przebiegła biała myszka, a za nią przemknął karaluch. W klasie zapadła głucha cisza. Nawet Marian przestał miauczeć. Tylko gdzieś między ławkami przeleciał, popiskując, nakrapiany szczur.

– Chciałam rozwinąć w uczniach kreatywność i zaciekawienie światem przyrody – dodała nieśmiało nauczycielka.

Dyrektor zmarszczył brwi i już miał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo skoczyłem na niego, żeby się przywitać. Bardzo polubiłem pana dyrektora i, gdy tylko podniósł się z podłogi, chciałem powtórzyć powitanie, jednak zaczerwieniona Hanka mocno złapała mnie za obrożę.

– Bardzo przepraszam, panie dyrektorze, nie wiem, co mu strzeliło do głowy… – wybąkała zakłopotana Hanka.

– Drobiazg, nic się nie stało – dyrektor energicznie otrzepał ubranie i przezornie wycofał się w kierunku drzwi.

Dzieci wraz z nauczycielką ruszyły między ławki w poszukiwaniu swoich ulubieńców. Dyrektor zatrzymał się jeszcze w progu.

– Czy potrzebna jest jakaś pomoc w wyłapaniu… zwierzątek? Może wezwać Ekopatrol?

– Dziękuję, damy sobie radę – nauczycielka wynurzyła się spod ławki z nakrapianym szczurem w garści, energicznie ruszającym wąsikami.

Dyrektor wzdrygnął się nieznacznie i pospiesznie opuścił klasę. My też zaraz wyszliśmy, a szkoda, bo nie zdążyłem się z nikim pożegnać. Muszę przyznać, że lekcja przyrody bardzo mi się podobała!

Nigdy bym nie przypuszczał, że w szkole jest tak wesoło.