Dziewięć rozmów o aborcjiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Rozmowa pierwsza. Rita

Rozmowa druga. Nikt nie powiedział: „Nie bój się”

Rozmowa trzecia. Nie chciałam i nie mogłam

Rozmowa czwarta. Byłam morzem

Rozmowa piąta Żałuję

Rozmowa szósta. Zły związek

Rozmowa siódma. Straszna cisza

Rozmowa ósma. Świat miał należeć do mnie

Rozmowa dziewiąta. Obudziła się solidarność międzypokoleniowa

Okładka


Copyright © Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce

Getty Images

Korekta

Iwona Romaniuk

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

www.olesiejuk.pl


ISBN 978-83-7700-285-8

Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kiedy dostałyśmy propozycję napisania tej książki, najpierw poczułyśmy strach. Jak nam się uda dotrzeć do bohaterek? Kto opowie nam swoje historie? Zaczęłyśmy rozpytywać wśród znajomych. Siedziałyśmy kiedyś w gronie czterech kobiet. I jedna z nich powiedziała: „Według statystyk co czwarta kobieta w Polsce dokonuje aborcji. No to odliczmy: jeden, dwa, trzy, cztery. Padło na mnie i trafnie, bo ja poddałam się aborcji”.

Aborcja jest powszechnym zjawiskiem. Żadna ustawa jej nie powstrzymuje. Ta książka jest dla tych, którzy mają ugruntowane zdanie na jej temat, ale także tych, którzy nie wiedzą, co o niej myśleć. Dla jej zwolenników, bezwzględnych przeciwników i tych, którym odpowiada wieloletni kompromis w tej sprawie. Po przeczytaniu tej książki trudniej będzie formułować jednoznaczne sądy na ten temat. Z Dziewięciu rozmów o aborcji wynika, że nic nie jest łatwe, także sąd nad nią jest trudny. Łatwo wygłaszać oceny, kiedy nie zna się osobiście historii kobiety, która za nią stoi. Łatwo jest powiedzieć: „Ja nigdy” albo „Ja zawsze”. Sytuacja się komplikuje, kiedy poznamy bliżej czyjąś historię – wówczas pogląd, wiara, idea odchodzą na dalszy plan. Okazuje się, że życie ich nie dogania.

Przedstawiamy historie ośmiu kobiet mających doświadczenie aborcyjne. Dziewiąta rozmowa to wywiad z osobą pracującą z kobietami w skrajnych sytuacjach związanych z ciążą, rodzeniem, aborcją czy terminacją ciąży. Poznajcie je, wysłuchajcie ich, niech staną się waszymi sąsiadkami, koleżankami, siostrami. Później zadajcie sobie pytanie: „Jaki jest mój pogląd na temat aborcji?”. Może już nie być tak łatwo.

Rozmawiałyśmy z kobietami, które zdecydowały się usunąć ciążę nielegalnie. Także z takimi, które nie zdecydowały się tego zrobić, choć miałyby do tego prawo. I z takimi, które chciały terminować ciążę: miały do tego prawo ze względu na wadę płodu, ale nie mogły – uniemożliwiono im to, zmuszając do urodzenia nieuleczalnie chorego dziecka. Za każdą z tych historii stoi jakiś dramat albo trauma. I nie chodzi o syndrom postaborcyjny. Aborcja to trauma, bo zawsze wiążą się z nią dramatyczne okoliczności. Toksyczny związek, choroba, zły stan psychiczny, zła sytuacja finansowa. Co oznacza lęk przed posiadaniem dziecka w takiej sytuacji, może wiedzieć tylko ta kobieta, która go przeżyła.

Siadając naprzeciwko naszych rozmówczyń, byłyśmy ciekawe, co to znaczy nie chcieć ciąży. Wydaje się, że taka sytuacja jest wewnętrznie sprzeczna – ciąża to przecież coś, co instynktownie chce się chronić. Jak można jej nie chcieć? Pytałyśmy o to, a każda odpowiedź była inna. I każda nas przekonała. Rozumiemy wszystkie nasze rozmówczynie, które nie chciały ciąży. Żeby to jednak pojąć, trzeba poznać sytuację i problemy wyboru. A wtedy o wiele trudniej będzie formułować uniwersalne oceny: „To jest życie poczęte” albo „To jest tylko zarodek”. Bo może być tak i tak.

Trauma wiąże się ze wstydem i lękiem, że „się wyda”. Ten strach jest wielki szczególnie na prowincji, gdzie aborcja może stać się powodem do napiętnowania. To nie znaczy, że tam jej nie ma. Ale kobiety zrobią wszystko, żeby nikt się o niej nie dowiedział. Dlatego tak ciężko było nam dotrzeć do kobiet z małych miasteczek i wsi. Jedna z naszych niedoszłych rozmówczyń zgodziła się na rozmowę. Już umówiła się na spotkanie w miasteczku oddalonym o 20 kilometrów od jej wsi, w zaparkowanym samochodzie. Miała tylko potwierdzić datę. I przestała odbierać telefony. Do rozmowy nie doszło. Miała urodzić dziecko z zespołem Downa. Po długim rajdzie po szpitalach, gdzie była odsyłana od drzwi do drzwi, trafiła w końcu do jednego ze stołecznych szpitali, gdzie wykonano w ostatniej chwili legalny zabieg. Gwarantowałyśmy jej całkowitą anonimowość, chciałyśmy, żeby opowiedziała, dlaczego tak się bała. Ale ona wolała o wszystkim jak najszybciej zapomnieć i wrócić do codziennego życia, jakby ciąży i aborcji nie było.

Inna nasza niedoszła rozmówczyni w skrajnie złej sytuacji finansowej, mieszkająca w jednym ledwo ogrzewanym pomieszczeniu z kilkuletnią córką, przeszła przez piekło, próbując dokonać legalnej aborcji z powodu bardzo poważnych wad genetycznych płodu. Chciałyśmy posłuchać, jak ją odsyłano, jak wykorzystywano jej nieznajomość własnych praw i brak odwagi, by zaprotestować wobec odmowy lekarzy. Ten sam scenariusz – umówiła się, a potem przestała odbierać telefony, chociaż wiemy, że miała potrzebę wyżalić się. Bała się sąsiadów.

Ten strach bierze się z tego, że aborcja zakodowała się w polskim potocznym myśleniu jako zło. Niektórzy przypisują to ustawie dopuszczającej ją tylko w skrajnych sytuacjach. W krajach europejskich, w których w pierwszych tygodniach ciąży jest całkowicie legalna, nie mówi się tyle na jej temat, co w Polsce. Nie ma tam Czarnych Protestów, a organizacje katolickie nie mają tyle siły przebicia, by umieścić w parlamentach projekty ustaw na temat jej całkowitego zakazu. U nas jednak aborcję stawia się na równi z zabójstwem nie tylko na pikietach, ale też w Sejmie, w mediach, w publicznej dyskusji. A to przekłada się na jej powszechny odbiór. Jeszcze 30 lat temu nie mówiliśmy na płód „życie poczęte”, później sformułowanie to weszło do codziennego słownictwa. A za językiem idzie wyobraźnia. I łatwo w aborcji zobaczyć zabójstwo. Dlatego kobiety, które dokonały aborcji, nie zaznają spokoju. Nawet jeśli są przekonane, że zrobiły dobrze, i nigdy nie żałowały swoich decyzji, boją się agresji albo potępienia. Dlatego nie podajemy ich nazwisk – większość z nich tego nie chciała.

Strach jest też konsekwencją łamania prawa. Kobiety, które usuwają ciążę, wprawdzie nie są za to karane, ale ci, którzy im pomagają – już tak. A więc mężowie, partnerzy, lekarze, przyjaciele. Jedna z kobiet opowiadała (nie ma jej w książce, bo nie wszystkie nasze rozmowy się w niej znalazły), że rozmawiała na ten temat z mężem i lekarzami, wyłącznie pisząc na kartkach, które później niszczyła. Była przekonana, że może być podsłuchiwana przez telefon komórkowy. „Myślę, że handlarz narkotyków boi się mniej” – mówiła.

Żadna z tych historii nie jest taka sama. Każda decyzja wynikała z innych okoliczności, każda aborcja przebiegała inaczej i każda jest inaczej przeżywana. Część z naszych rozmówczyń wyobraża sobie dziecko, które urodziłoby się z przerwanej ciąży, i tęskni za nim. Jednak gdyby znowu stanęły w podobnej sytuacji, jak wtedy, kiedy dokonały aborcji, zrobiłyby to samo. Są też takie, które drugi raz by tego nie zrobiły, żałują i czują się winne. Ale wszystkie, każda z nich, są za prawem do wolnego wyboru w tej sprawie. Nikogo nie można zmuszać do urodzenia dziecka – powtarza to każda z nich, nawet ta, która uważa, że aborcja była najgorszą rzeczą, jaką w życiu zrobiła.

Historie naszych bohaterek nie są oczywiste, nie nadają się na transparenty. One nie krzyczą. Jeżeli coś je łączy, to smutek, z którym opowiadają o swoich przeżyciach, i samotność, bo wiele z nich podczas aborcji było zupełnie samych. Nawet jeśli partner je wspierał, kiedy czekał pod drzwiami lekarza albo był przy telefonie, to kiedy połknęły tabletki wywołujące poronienie, kiedy miały zabieg w szpitalu lub nielegalnie w prywatnym gabinecie, były same i bardzo się bały. Aborcja jest sprawą kobiet, ich zmartwieniem, strachem i smutkiem. Nie jest jednak sprawą ich brzucha, jak piszą na transparentach niektóre feministki. To sprawa głowy. „Moja głowa, moja sprawa” – raczej tak powinno brzmieć znane z ulicznych demonstracji hasło. To nie jest tylko biologia, to także rzecz duszy.

 

Jednak w czym innym organizatorki pikiet w sprawie liberalizacji przepisów aborcyjnych mają rację – usuwaniu ciąży towarzyszy hipokryzja. Tak, to znany slogan, ale bogatsze o rozmowy, które przeprowadziłyśmy, wiemy, że prawdziwy.

Ustawa zakazująca aborcji sprawia, że zabieg ten robi się niebezpieczny, zwłaszcza dla kobiet, które nie mogą pozwolić sobie finansowo na wyjazd do zagranicznej kliniki. A więc znowu poszkodowane są najbardziej niezamożne mieszkanki małych miejscowości czy takie, które nie mogą powiedzieć o swoich planach partnerowi. Tak, oczywiście, że mogły nie zachodzić w ciążę, jak nie miały warunków, jednak my nie o tym mówimy. One zaszły w tę ciążę i jeśli nie chcą w niej być, to najprościej jest im kupić na czarnym rynku, przez internet, od nieznanego dostawcy tabletki poronne. Tylko skąd wiadomo, jaki skład ma pigułka kupiona z nieznanego źródła? Jednak łykają je, ryzykując zdrowie i życie. To są fakty, które przerastają ideologię.

Znajomi lekarze opowiadali nam, że przychodzą do nich zadeklarowane katoliczki i proszą, żeby „zatrzymać to dziecko”, bo nie może przejść im przez gardło to straszne słowo „aborcja”. A inne mówią: „Jak mi pani nie pomoże, to skoczę z okna”. Taki jest właśnie efekt słów, jakie padają codziennie w Polsce na temat aborcji. Słów o zabijaniu, o wyskrobywaniu się, o używaniu aborcji jak środka antykoncepcyjnego. Zanim ktoś z państwa będzie chciał powtórzyć te słowa, niech przeczyta najpierw opowieści, które są w tej książce. Mędrca szkiełko i oko to w tym wypadku czysta arogancja. Aborcja nie jest sprawą uniwersalną, każda jest inna. I nie jest też czymś, co można rozpatrywać w kategorii dobra i zła.

Wbrew naszym obawom nie miałyśmy problemów ze znalezieniem rozmówczyń do tej książki. Mogłybyśmy rozmawiać jeszcze długo, bo tyle jest wokół historii na ten temat. Chciałybyśmy podziękować wszystkim kobietom, które zgodziły się opowiedzieć nam swoje historie. Cieszymy się, że nie zostaną one zapomniane. Chciałybyśmy także podziękować lekarzom pomagającym nam w dotarciu do tych bohaterek, którym nikt nie pomógł w terminacji ciąży. Niestety, żaden z nich nie zgodził się na to, by jego nazwisko znalazło się w książce. I to jest także jeden z wymiarów wielkiego strachu i wielkiej samotności.

Krystyna Romanowska

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin


Rozmowa pierwsza
Rita


Agnieszka, 40 lat

Poniedziałek

22. tydzień – badanie połówkowe. W warszawskiej prywatnej przychodni pracuje lekarka, która mnie kojarzy z badań w czasie ciąży z drugim synkiem. Fajna, komunikatywna osoba. Wiem, że ma dwie córeczki.

Kładę się, smaruje mi brzuch żelem. Przykłada głowicę do brzucha. Nagle przeklina i mówi, że nienawidzi swojego zawodu w takich sytuacjach.

Już wiem, że jest źle. Truchleję. Pytam, co się dzieje? „Olbrzymie wodogłowie” – mówi. „Główka przysłania wszystko”.

Patrzymy dalej. „Zaciśnięte piąstki. Będziemy patrzeć, może podczas badania chociaż troszkę je otworzy. To byłby dobry znak”.

„Stopy powykrzywiane, końskie, szpotawe” – ogląda dalej. „Serce bije normalnie, w takim rytmie jak trzeba. Zniekształcona buzia, cofnięta broda”.

Bada mnie półtorej godziny, cały czas patrząc na te nierozwarte dłonie. Podczas badania nie porusza się ani jeden paluszek. Ale całe dziecko się rusza.

„Chce pani znać płeć?” – pyta.

„Wiem, że to dziewczyna” – mówię.

Tydzień wcześniej jeździłam na rowerze i zastanawiałam się nad imieniem. Przyszła mi do głowy Rita. Myślę, dlaczego właśnie Rita? Taki straszny życiorys. Ale jak ją zobaczyłam na USG, to wiedziałam: św. Rita, patronka od spraw beznadziejnych. Nie miałam wątpliwości, że to imię nie przyplątało mi się przypadkiem.

Na USG ma poskręcane nogi. Widzę ją całą, bo jest ten moment, kiedy można dziecko całe zobaczyć. Ma trzy razy okręconą pępowinę wokół szyi. Nie wytrzymuję. Ryczę jak bóbr. Wygląda jak mały wisielec. Taka biedna cała, z tą wielką głową. I wtedy myślę, że ona prosi mnie, żeby ją uwolnić.

W wyniku badania lekarka wpisuje wielowadzie, wymieniając sporo terminów medycznych i wodogłowie. Patrzy mi w oczy i mówi: „Ma pani dwóch zdrowych, małych synków, którzy bardzo pani potrzebują. Ja proponuję tylko jedną opcję, wie pani, o czym mówię?”.

„O co chodzi?” – pytam przerażona.

„Można terminować taką ciążę, ma pani bardzo mało czasu, bo to jest 22. tydzień. Ale zgodnie z prawem może pani to zrobić. Wady są straszne, to nie rokuje życia. Teraz musi pani bardzo uważać, ponieważ wszyscy będą chcieli dodatkowymi badaniami odwlec w czasie waszą decyzję”.

Chce mnie umówić z genetykiem, ale on odmawia – nie obejmuje go kontrakt z NFZ.

Wybiegam z przychodni bez kurtki. Dzwonię do Pawła. Opowiadam o wszystkim. Oboje jesteśmy przerażeni. Mówię mu, że wrócę na piechotę do domu, to mi się głowa przewietrzy. Jednak w odpowiedzi słyszę, że starszy synek obudził się z bólem oka i ucha – musieliśmy jechać szybko na pogotowie. Ocieram łzy w rękaw, żeby nie widział mnie w takim stanie. I zaczęło się. Zapalenie oka i ucha, wkrótce pochorował się drugi syn. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero później do mnie dotarło, że my byliśmy całkiem rozedrgani, a oni przejmowali nieświadomie te emocje. Zaczęło się podrzucanie ich do babci. My na badania.

Wtorek

Moja ciąża zaczęła się jako bliźniacza. W ósmym tygodniu jedno dziecko zmarło. Wyglądało na to, że drugie także umrze, ale – ku zdziwieniu lekarzy – okazało się, że dziecko rośnie prawidłowo, że się rozwija. Na poprzednich USG wszystko wyglądało dobrze.

Idziemy do mojego lekarza prowadzącego – profesora. Opowiadamy o wynikach ostatniego USG. Mówi: „W Polsce TEGO nikt nie zrobi”. Nie używa słowa „terminacja” czy „wcześniejszy poród”, czy nawet „aborcja”. Mówił: „to”, „tego”. „Państwo nie mają wyjścia, trzeba donosić” – wyrokuje.

Podważa wyniki badania lekarki z poprzedniego dnia. Mówi, że potrzebuje badań referencyjnych. Wychodzimy ze skierowaniem do szpitala.

W domu rozmawiamy, zastanawiamy się. Mamy dwa tygodnie do namysłu, teoretycznie terminacja ciąży jest dozwolona do 24. tygodnia. Tymczasem znajoma mojej znajomej opowiada, że terminowała ciążę w specjalnej klinice terminacji ciąży w Holandii. O tym, że jej dziecko jest nieuleczalnie chore, dowiedziała się w 18. tygodniu. W domu miała trójkę dzieci.

„Idzie się do tej kliniki, podejmuje decyzję, ma się tydzień na przemyślenie. I jeżeli nic się nie zmieni, oni wywołują poród. Możesz się pożegnać z dzieckiem, pochować, pomagają ci we wszystkim. Tak po ludzku” – powiedziała mi.

Bardzo mi odpowiada taka opcja, byłoby mi łatwiej wierzyć, że jest to wszystko, co mogę dla Rity zrobić.

Ale nie możemy podjąć żadnej decyzji. Wiadomo – na początku człowiek szuka, zastanawia się: może Rita ma szansę żyć? A może z wodogłowiem da się, a może zastawka? Internet, burza mózgów, siedzimy z Pawłem całe noce, sprawdzamy, czytamy historie innych dzieci. Dzieci z wodogłowiem żyją…

Środa

Rano rejestrujemy się na kolejne USG. 20 minut wypełniania wszystkich papierów, zakładanie karty. Czekamy przed gabinetem. Kobiety w ciąży wchodzą, wychodzą. Wiadomo, tak wygląda badanie USG w szpitalu. Szpital okropny, brakuje tylko biegających szczurów. Brudno. Czas mija. Paweł co godzinę przedłuża parkomat. Wychodzi po raz kolejny, a wtedy drzwi się uchylają, pada pytanie: „Kto następny?”. Zrywam się i biegnę do drzwi. W środku okazuje się, że lekarz chce mnie odesłać, bo nie byłam wcześniej zapisana, ale mówię, że jestem od pana profesora.

„Nie robiła pani amniopunkcji?” – pyta.

„Nie robiłam”.

„No jak to? Nikt pani nie zlecił?!” – lekarz zaczyna na mnie krzyczeć.

„Proszę na mnie nie krzyczeć” – odpowiadam.

Przykłada głowicę do brzucha, przez trzy minuty robi 20 rzutów czaszki Rity i nagle wybiega. Krzyczy w przelocie, że musi się skonsultować. Leżę z żelem na brzuchu, obok siedzi dwójka znudzonych studentów. Lekarz wraca po pięciu minutach w towarzystwie dziesięciu osób. Każda z nich chce chwycić za głowicę i jeździć mi po brzuchu.

„Zobacz, zobacz!” – wyszarpują sobie przyrząd z rąk.

„Boże, niech się to już skończy, chcę stąd uciec” – myślę. Znowu zaczynają się pytania o amniopunkcję. Pouczanie, że ciąża bliźniacza, jednokosmówkowa to wiadomo, że jest zagrożona.

„Ale co wiadomo, co wiadomo?! Lekarz prowadzący nic mi nie powiedział, dziecko było zdrowe. Nic się nie działo!” – odpowiadam.

Z grupy badających sytuację zaczyna uspokajać kobieta ordynator. Tonuje ten zbiorowy jazgot. Mówi, że wymagam skrupulatnych badań. Muszę się położyć w szpitalu. Ustalamy, że jutro rano położę się na oddziale.

Część lekarzy już wybiega, część zaczyna się o coś kłócić, a ja leżę z żelem na brzuchu, bo błyskawicznie o mnie zapomniano. Podnoszę się sama i kuśtykam do podajnika ręczników papierowych. Na korytarzu widzę Pawła, który wrócił przed chwilą, poszedł kupić mi coś do jedzenia.

Wychodzę ze szpitala i krzyczę z bezsilności.

„Nie wrócę tutaj” – mówię Pawłowi. „Musimy wymyśleć coś innego”.

Wieczorem dzwonienie po znajomych. Ktoś nam poleca prenatalne hospicjum dla dzieci. Wchodzę na jego stronę internetową i czytam: „Kobieta powinna móc podjąć decyzję, czy chce donosić ciążę, która jest śmiertelnie zagrożona, czy chce ją terminować”. W tym samym czasie rozpętuje się wielkie polityczne piekło: cztery tysiące złotych trumienkowego i inne takie. Obserwuję to z boku. Nie interesuję się polityką, to nie mój prezydent ani premier. Ale te polityczne układy, zastraszanie, piętnowanie lekarzy nagle zaczynają mnie dotyczyć. Ja zawsze byłam zero-jedynkowa. Aborcja? Nigdy w życiu. Może ewentualnie, gdy chodzi o dzieci z gwałtu. Ale nie zawracałam sobie tym głowy, bo mnie to nie dotyczyło. Teraz pomyślałam, że hospicjum to może być dobre wyjście.

Czwartek

Nie idę do szpitala. Spotykamy się z panią psycholog w hospicjum. Słyszymy, że jakąkolwiek opcję wybierzemy, oni będą z nami. Umawia nas na wizytę u genetyka na poniedziałek.

Sobota

Budzę się z bardzo mocnymi bólami brzucha. Jedziemy do szpitala, w którym rodziłam chłopców. Wiem, że tam mają historię moich dwóch cesarek. Dostaję zastrzyk rozkurczowy, nic nie wskazuje na to, że to wcześniejsza akcja porodowa. Rita jest dobrze osadzona. Młody lekarz sugeruje, żebyśmy się zdecydowali na terminację ciąży.

„Przy tych wadach to po prostu nie rokuje” – słyszymy. „Będziecie się obie strasznie męczyć, okrutnie, do końca ciąży. Może nawet się uda w tym szpitalu, bo myśmy terminacje robili, tylko musiałbym z szefem porozmawiać. Jak się państwo zdecydują, to zapraszam”.

Mówi też, że może być tak, że dziecko w pewnym momencie zdecyduje, że już nie da rady żyć z tymi wadami.

Poniedziałek

Jedziemy do hospicjum. Genetyk robi mi USG. Mówi, że jest specjalistą od serca. Serce Rity jest w miarę zdrowe. Przez tydzień wodogłowie bardzo się powiększyło. Genetyk zostawia nitkę nadziei – Rita może żyć, serce bije, ona rośnie. Nie mówi, że wady są śmiertelne. Przypominam sobie wtedy słowa lekarki o odwlekaniu terminu i wysyłaniu na kolejne badania.

Genetyk skonsultował się z panią profesor z hospicjum i dochodzą do wniosku, że muszę jednak zrobić amniopunkcję, żeby wiedzieć, czy wady są genetyczne. To byłoby wskazanie do terminacji ciąży zgodnie z prawem, bo wady byłyby letalne. Czuję, że badania mogą dać wynik negatywny, bo przecież wcześniej urodziłam dwójkę zdrowych dzieci. Ale postanawiam je zrobić.

 

Wtorek

Jedziemy do jednego z większych warszawskich szpitali. USG robi mi lekarka. Dobrze, że kobieta. One mają jednak więcej empatii, nie uciskają tak mocno brzucha, nie traktują jak rzecz.

Ordynator wchodzi do gabinetu tylko na chwilę. Patrzy na ekran, pyta, który to tydzień, wychodzi z opuszczoną głową. Paweł powie mi później, że ta wizyta pomogła mu podjąć decyzję.

Jeden z lekarzy patrzy na mnie: „Ale ja nie widzę w pani oczach, żeby pani chciała zrobić amniopunkcję”.

„Bo nie chcę, uważam, że to bez sensu, ale wszyscy na mnie krzyczą, więc robię to dla świętego spokoju” – odpowiadam.

Badanie jest bardzo nieprzyjemne, tak jak przypuszczałam. Pobierają mi wody płodowe, a ja ciągle płaczę.

Lekarka mówi: „Bije serce, niech pani posłucha”.

Inny z lekarzy: „Pani donosi tę ciążę, nie ma żadnych przeciwwskazań, nie odkleja się łożysko, nic się nie dzieje. Dziecku jest tam dobrze, dopóki tam jest, jest bezpieczne. Wady będą się pogłębiać, ale dziecko może się urodzić i żyć”.

Ale jak to – bez mózgu? Przecież nie ma kory mózgowej, wodogłowie jest tak duże, że działa tylko pień mózgu. Ona nigdy nie będzie słyszeć, widzieć, czuć, nigdy nie ruszy nawet palcem. Co to jest za życie?

Dwie ampułki z moimi wodami płodowymi włożyli do gumowej rękawicy, trzeba je ukryć w biustonoszu, żeby było ciepło, i zawieźć do szpitala na Kasprzaka do laboratorium, bo będzie szybciej, niż jak oni to wyślą. Nie mogę się powstrzymać od płaczu. Biorę płyn w gumowej rękawiczce, wkładam do biustonosza. Widzę znowu Pawła i jego pytanie w oczach, czy mnie bardzo boli. Wyszliśmy, prawie wybiegliśmy. Na Kasprzaka jest takie okienko, gdzie się te ampułki przekazuje.

„Rita, musimy być cholernie mocni, żeby to przetrwać, bo to wszystko jest po prostu przerażające” – mówię do brzucha.

Wyniki miały być za dwa dni.

„Słuchaj, weźmy chłopaków, jedźmy pod Kraków, w góry, gdziekolwiek, bo zwariujemy” – mówię do Pawła.

Paweł już wie, co powinniśmy zrobić, ja jeszcze nie jestem przekonana, mnie jest trudniej o tym myśleć. Mówię mu, żebyśmy poczekali na tę genetykę. Założyłam sobie, że to jest taki mój deadline. Okazało się oczywiście, że wyniki nie były za dwa dni, tylko za trzy. Miały być w czwartek, były w piątek.

Środa-czwartek-piątek

W środę jadę na spotkanie w kościele, by się wyciszyć, podjąć ostateczną decyzję. Przed samym wejściem dzwoni psycholog z hospicjum, rozmawiamy chwilkę. Pytam wprost, czy jeśli podejmiemy decyzję o terminacji, możemy liczyć na pomoc w znalezieniu lekarza, szpitala, psychologa. Słyszę, że jeśli wybieramy łatwiejszy wariant (!!!), to oni nam nie pomogą, bo nie mają takich mocy przerobowych. Mają tyle rodzin, które decydują się na donoszenie ciąży, że to ich pochłania całkowicie. Podziękowałam i rozłączyłam się, zdążyłam jej jeszcze powiedzieć, że to równie trudna decyzja. Dobrze, że wchodziłam do kościoła, bo chyba zaczęłabym wrzeszczeć. Zapominam o tym hospicjum, ci też nam nie pomogą.

W czwartek jedziemy w góry. Podczas jazdy dzwoni do mnie znajoma i opowiada o hospicjum Gajusz w Łodzi. „Przemyślcie, może warto tam pojechać” – mówi.

Paweł kiwa sceptycznie głową.

W górach chłoniemy przyrodę, neutralizujemy emocje, chłopcy przestają kaszleć, nie rozmawiamy o Ricie. Jest spokojnie. Tylko wieczorami siadamy do internetu i szukamy informacji.

W piątek dowiadujemy się, że genetyka jest czysta. To było do przewidzenia, mamy dwoje zdrowych dzieci. Rita nie ma wad letalnych. Trzy dni później fakt ten okaże się dla nas kluczowy.

Poniedziałek

Jesteśmy w Łodzi w hospicjum. Tym razem nikt nas nie ocenia. Psycholog jest znakomita. Od lekarza hospicyjnego dowiadujemy się, że są to jednak wady letalne, że Rita prawdopodobnie nie przeżyje pierwszego oddechu. Szefowa schodzi do nas i się przedstawia. Pyta, co chcielibyśmy zrobić dla Rity; oni są otwarci. Kapitalne miejsce i ludzie oddani sprawie. Mówi nam: „Słuchajcie, w jaki sposób można wam pomóc, jeżeli możemy zorganizować coś, co wam choć trochę osłodzi ten smutek, to mówcie”.

W hospicjum pokoje urządzone są w stylu komnat księżniczek i królewiczów… Spotykamy ludzi niepodszytych strachem.

Podjęłam decyzję już w górach. Pawła jest taka sama.

Wtorek

Stawiam się u swojego lekarza prowadzącego, bo muszę mieć skierowanie do szpitala. Mówię, że z własnej woli decyduję się na terminację. Siedzi długo nad druczkiem skierowania i mówi: „Nie sądzę, aby panią przyjęli”.

Nie daję się wciąnąć w dyskusję. „Potrzebuję tego skierowania” – powtarzam. A w myślach: „Nic więcej od ciebie nie chcę”. Po pięciu minutach zawieszenia długopisu nad kartką w końcu pisze, że to na moją prośbę.

Jedziemy do szpitala, tego, gdzie rodziłam moich synów, gdzie pracuje personel, któremu ufam. Spakowałam do torby czapeczkę dla Rity. Dostałam ją od dziewczyny, która bardzo się zaangażowała w pomoc nam.

Dziś na dyżurze jest ten sam młody lekarz, który przyjmował mnie z bólami i proponował terminację. Mówi, że musi się skonsultować z szefem. Znika na 15 minut. Wraca i mówi, że z moją historią dwóch cesarek wywołanie porodu może trwać dwa tygodnie, że cesarka w ogóle nie wchodzi w grę, bo nie mają nawet chirurga, który podwiązałby mi tętnice udowe i tak dalej. No i brakuje nam jednego dokumentu, że wady są letalne. Zgodnie z ustawą taki dokument musi być. Pytamy, kto w Warszawie jest władny taki dokument wystawić. Padają dwa nazwiska, wybieramy to drugie i jedziemy.

Konsultanta krajowego łapiemy między jedną operacją a drugą, w kitlu, w maseczce. Siada z nami w pokoju, patrzy na wyniki.

„Wady nie są letalne, musi pani tę ciążę donosić. Miała pani dwie cesarki, w 37. tygodniu można zrobić cięcie. Jest duże prawdopodobieństwo, że główkę małej trzeba będzie odbarczać przed urodzeniem. Jest już za późno na terminację ciąży”.

Dziękujemy, podajemy sobie ręce na pożegnanie, wychodzimy. Już wiemy, że nikt nam nie pomoże.

* * *

Przytoczyłam zapis 13 dramatycznych dni z twojego życia. Powiedz, co było dalej, kiedy się okazało, że nikt wam nie pomoże. Odpuściliście?

Tak, zajęliśmy się chłopakami, bo oni ciągle wchodzili z infekcji w infekcję. To wszystko działo się pod koniec listopada. W grudniu stwierdziliśmy z Pawłem, że nic nie wymyślimy, a musimy chłopakom poświęcić czas. Starszy powinien wrócić na zajęcia w przedszkolu, a ja wyjść do ludzi i porozmawiać o czymś innym. Podarowaliśmy sobie ten czas.

Ale wiedziałam, że w końcu muszę wrócić do lekarza prowadzącego. Poszłam w grudniu. „Przyszła pani na ostatnią wizytę do profesora?” – zapytała pielęgniarka. „Dlaczego ostatnią?” – zdziwiłam się. „Bo profesor dziś ostatni dzień jest w pracy, od jutra już tu nie pracuje” – odpowiedziała. I tak straciłam lekarza prowadzącego. Myślę, że od jakiegoś czasu wiedział, że odchodzi, ale mnie jako pacjentki o tym nie poinformował. Weszłam do niego. Popatrzył, czy mam brzuch. „Nie przyjęli pani na oddział?” – zapytał. „Nie, bo nie mieliśmy dokumentu, że wady są letalne” – odpowiedziałam. „Bo w tym kraju tak jest, tu się wszyscy boją” – stwierdził. „Szkoda tylko, że w tym strachu lekarze zapominają, kim są i jak powinni dbać o pacjentów” – powiedziałam. „Jestem dla was śmierdzącym jajem, każdy z was mnie wypycha do kogoś innego”.

Nie dał mi skierowania na USG do szpitala, na którym mi bardzo zależało, gdzie powinnam pojechać, żeby ewentualnie odbarczono głowę Rity.

Znalazłam w końcu lekarkę od beznadziejnych przypadków. Badała mnie półtorej godziny. To ona pierwsza mi powiedziała, że Rita nie przełyka wód płodowych, przez co mam duże wielowodzie. Dostałam od niej skierowanie do profesor w hospicjum. Nie chciałam, ale pojechaliśmy. Prawie trzy godziny czekania. Z chłopakami, którzy dosłownie stawali na uszach. To nie działa tak, jak powinno działać. Na USG nie można było mnie zbadać, bo traciłam oddech. Czułam i cały czas czuję, jakbym oddychała przez rurkę. Na koniec profesor powiedziała, że dzieci z wodogłowiem mogą żyć, mogą się rozwijać.

Nie zapytałam ze zmęczenia, jak wygląda ten rozwój. Ruszenie palcem? Co się nazywa rozwojem u takiego dziecka, które nie ma mózgu? Zrośnięty przełyk – operacja. Szpotawe nóżki – operacja.

W drodze powrotnej szukaliśmy z Pawłem różnych opcji. Myśleliśmy: serce jest dobre. Może w tym jest ukryty sens – żeby to serce biło w innym dziecku? Niestety, w Polsce nie jest unormowane prawnie pobieranie organów na przeszczep od tak małych dzieci.

Jak w tej chwili wyglądają twoje pobyty w szpitalu?

Z lekarką od spraw beznadziejnych pożegnałam się po tym, gdy z bólami jechałam do szpitala i zapytałam, do którego najlepiej. Odpowiedziała mi krótko: „Do innego”.

Niedawno dostałam mocnych bólów brzucha. Wytrzymałam do rana, myśląc, że to jakoś rozejdzie się po kościach, ale nie. Pojechaliśmy do szpitala. Izba przyjęć, ludzi niezbyt wiele, ale „pani procedura” działa i wszyscy mają czekać. Jednak widząc wyniki naszej Rity, pani w rejestracji spasowała, weszliśmy bez kolejki do lekarza i wylądowaliśmy na porodówce. Dostałam zastrzyk rozkurczający, kroplówkę i czekamy. Wytłumaczyłam lekarzowi, że nie chcemy uciążliwej terapii, że w razie porodu chcemy, żeby nasza córka mogła spokojnie odejść. Za parawanem, taką zasłonką prysznicową, właśnie zaczęła rodzić kobieta. Przeżywamy poród z nią. Kiedy urodzony maluch zaczął płakać, nie wytrzymałam i zaniosłam się szlochem. Dotarło do mnie, że nasza Rita nigdy tak nie zapłacze. To mnie dobiło. Niewiarygodne, że położne nie wpadły na pomysł, żeby mnie wypchnąć na chwilę na korytarz. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, dobrze, że był Paweł, bo mój płacz byłby słyszalny chyba na całym oddziale.