Wyżej niż wysokoTekst

Z serii: Plus minus 16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Katarzyna Ryrych

Wyżej niż wysoko

© by Katarzyna Ryrych

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka: Elżbieta Chojna

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

pierwsze w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-8208-956-1

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Sebastianowi, Jankowi i innym, ze szczególnym uwzględnieniem pewnej daty – 9.09.2017

ONI o sobie…

Gecko, WARSZAWA: Cała prawda o nas. Dlaczego to robimy? Jak zaczynałem, robiłem to po prostu dla jaj. Potem zrozumiałem, że cały sens polega na tym, żeby robić coś innego. To nie chodzi o adrenalinę, chociaż pewnie jest coś takiego. To są moje Himalaje.

Janek, na co dzień aktor, akrobata: To jak pani zatrzasnęła mieszkanie… Nie ma sprawy. Pierwsze piętro? Spokojnie. Pani poda adres i otwieramy. ☺

Cichociemny: Wchłonąłem tę książkę w ciągu jednej nocy. Ja nie czytam. Nie przeczytałem ani jednej książki, nie uwierzysz, ale to prawda. A tę… oderwać się nie mogłem. Ktoś napisał o nas. Teraz żałuję, że nie czytałem, bo może odpuściłem sobie parę fajnych książek. Ale nadrobię, słowo… harcerza. ☺

Seba, NO ENTRY KRAKÓW: Ten moment, kiedy czytasz i masz to wszystko przed oczami – mega.

Pająk: Uważam, żeby nie skończyć tak, jak ten w książce. Co mogę powiedzieć innym? Nie chciałbym dawać złego przykładu ani zachęcać do niepotrzebnego ryzyka. Wszystko może być niebezpieczne, jeśli… nie masz oczu na czubkach palców (ha, ha). Ale serio, chcę robić coś innego. I będę to robił.

Pająk spada dwieście metrów w dół, a Ola właśnie odbiera esemesa: OBUDZIŁO SIĘ DZIDZI? Idzie do kuchni w tym swoim za dużym szlafroku, bez makijażu wygląda jak czternastoletnia gówniara, a tego dnia skończy osiemnaście, i cieszy się, bo już będzie mogła wyprowadzić się z domu i zamieszkać z Pająkiem, co to już wyremontował małe mieszkanie tuż pod dachem, taki niby-loft z ukośnym sufitem, ale jaki z niego widok… Mózg się marszczy… Ważne, żeby wysoko było, żeby były dachy, no i Szkieletor, od którego wszystko się zaczęło, jak środkowy palec sterczący w niebo.

Kiedy zasypują piaskiem plamę krwi na chodniku, Ola akurat kończy myć zęby i robi sobie selfie w łazience. Zaraz wyśle je Pająkowi, wpisane w serducho, i napisze, że DZIDZI SIĘ OBUDZIŁO i pojedzie po południu do IKE-i kupić dwa wielkie kubki, czarny i biały, bo w mieszkaniu wszystko ma być czarno-białe. I z tych kubków będą sobie – kiedy już zamieszkają razem – pić zieloną herbatę, choć, żeby się wszystko zgadzało, powinna być czarna.

Szkieletor, miejsce dla nas święte. Pająk zajawił się na niego, jak go pierwszy raz zobaczył. I pociągnął nas za sobą.

Okej, nie do końca.

Zaczęło się trochę inaczej.

Zakuwałem do jakiegoś sprawdzianu, kiedy zadzwonił Pająk i zapytał, czy mam ochotę wpaść na grilla. Powiedziałem mu, że chyba go porąbało, bo środa to nie najlepszy czas na imprezę, że starsza nie puści mnie z domu, a on na to, że jak nie, to nie. Że się dla nas starał. A my ewidentnie mamy go w dupie.

Pomyślałem, że gada jak nawiedzony, że mu się coś poprzestawiało, ale ciekawość zwyciężyła.

Starsza oglądała sobie serial, kawusia i papierosik, a ciastko schowane za fotelem, żebym nie zauważył, bo cały czas jest opcja na odchudzanie. Żeby się nie nazywało, że łamie postanowienia.

– A ty dokąd? – zapytała.

– Tam, gdzie mnie jeszcze nie ma.

– Nie pyskuj.

– Coś nie tak powiedziałem?

– Już ja wiem, co jest tak, a co nie tak.

– Zaraz wracam.

– Już ja znam to twoje zaraz.

Taka rozmowa, nic nowego. Wyszedłem, bo byśmy się tak przegadywali w plus minus nieskończoność.

Pająk czekał na dole i był strasznie nakręcony.

A potem czekaliśmy razem na Sebastiana i Kudłatego, żeby być w komplecie.

– Dobra – powiedział, kiedy się pojawili. – Idziemy.

– No i co to ma być? – zapytał Seba, gdy podeszliśmy pod blok, w którym mieszkał Pająk.

– Gdzie ty chcesz tego grilla robić? W łazience? – zażartował Kudłaty.

Ale Pająk tylko wzruszył ramionami.

– Zobaczycie – odparł. – Jeszcze wam oczy na wierzch wyjdą.

No i prawie wyszły, kiedy wdrapaliśmy się za Pająkiem na drabinkę, a potem na dach.

– O ku… – wyrwało się Kudłatemu.

Ale bynajmniej nie na widok stojących na dachu wersalki i grilla. Chodziło o laskę, która smażyła szaszłyki. Jezu, to była najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek w życiu spotkałem. Może to sprawiło miasto, które leżało pod nami? Niebieskie światła samochodów policyjnych, tramwaje, samochody, okna, setki, tysiące okien. Zupełnie jakbym patrzył w ogromne palenisko, jak wtedy, kiedy zaglądałem do pieca u babki na wsi, migotało, bliżej i dalej, jarzyło się i gasło. A może naprawdę była taka piękna.

– To jest Ola – przedstawił ją Pająk.

Zachowywał się tak, jakbyśmy byli u niego w mieszkaniu. „To jest Ola”. Nieźle.

– Siadajcie, chłopaki – wskazał nam wersalkę.

Trochę mało nowa była, wyłaziły z niej sprężyny, ale jak się uważało, to można było siedzieć. Zresztą… komu by się chciało tkwić w miejscu. Łaziliśmy po tym dachu, a Pająk szczerzył się do nas.

– I jak, fajnie? – zapytał. – Powiedziałem, że zapraszam na grilla.

– Zajebiście – stwierdził Seba. – Jak ci to przyszło do głowy?

– Człowiek potrzebuje prywatności – Pająk wzruszył ramionami. – No to sobie zrobiłem.

Wiedziałem, o co mu z tą prywatnością chodziło. Mieszkanko malutkie, kuchnia ślepa i trzy pokoje, dwa mikro, a trzeci to jakiś żart, nadałby się dla kota. I w tym mieszkanku mamuśka, tatuś pijaczek, braciszek, dwie siostry, no i Pająk. Ten najmniejszy pokój to właśnie Pająka i braciszka.

Wyglądało to na niezłą patologię, ale Pająk trzymał głowę wysoko, nawet jak mu przychodziło zbierać tatusia z trawnika. Tak jakby to, że tatuś orbituje ubłocony jak prosiak, było najnormalniejszą pod słońcem rzeczą.

– No dobra – odezwał się praktycznie Seba, który także wgapiał się w zjawisko przy szaszłykach. – A jak będzie lało? Zamokną ci te graty.

– Nie bój żaby – Pająk ruchem głowy wskazał niewielką betonową nadbudówkę tuż obok komina. – Jak będzie trzeba, to się schowa.

Poszedłem za nim do tego bunkra i zobaczyłem, że nieźle się urządził. Biureczko z trash-handu, krzesełko, śpiwór, a na ścianach, wszędzie, foty tej od szaszłyków.

– Super – powiedziałem. – Jakżeś to wszystko tutaj wyniósł?

– Windą – odparł z rozbrajającym uśmiechem. – Jak wyjedzie na samą górę, to ściągasz sufit i jazda. Wyciągnęliśmy na sznurkach.

– Wyciągnęliśmy?

– No, ja i Ola. Sam nie dałbym rady.

Ja i Ola. To znaczy, że już wtedy było wiadomo, że planowali coś nie na chwilę. To dziwne, bo nikt z nas nigdy wcześniej jej nie spotkał.

Pająk uchylił potem rąbka tajemnicy, że on i Ola spotkali się w trochę dziwnych okolicznościach, to znaczy Ola z dobrego domu, takiego, w którym się nie pije, chyba że na sylwestra, nikt na nikogo głosu nie podnosi, prywatne lekcje angielskiego, tenis i takie tam, a on akurat wracał od Siemachy i jak ją zobaczył na ulicy, to poszedł za nią jak pies, no bo po prostu go poraziło. No i zaczęli się spotykać.

Czas mijał i powoli wszystko wyłaziło na wierzch jak sprężyny z tej wersalki. Okazało się, że rodzina Oli to takie same patole jak rodzina Pająka, tylko inaczej. Każdy robił swoje po cichu, a wszyscy udawali, że jest w porzo. Ojciec zdradzał matkę, matka zdradzała ojca, no po prostu w pale się nie mieści, że w porządnym domu mogą dziać się takie rzeczy. I w tym wszystkim Ola, trochę pogubiona, trochę zbuntowana.

– Chłopaki, szaszłyczki gotowe – powiedziało zjawisko w kolorowym fartuchu.

Rzuciliśmy się na te szaszłyczki tak, jakbyśmy się rzucili na nią, ale nikt nie próbował jej rwać, bo już wtedy wiedzieliśmy, że Pająk i Ola oprócz siebie naprawdę nie mają nikogo. A poza tym przyjaźń dla nas była święta. Mogliśmy tłuc się jak młode koty, ale jak przychodziło co do czego, to staliśmy za sobą murem. Ta sama dzielnica, to zobowiązuje.

Jak zmietliśmy wszystko z grilla, było już zupełnie ciemno. Nawet nie myślałem o tym, co będzie, kiedy wrócę do domu, bo było – a skąd u mnie nagle się takie słowa wzięły? – było pięknie.

– Widzisz to? – zapytał Pająk, wskazując na coś palcem.

– Błękitek – skwitował Seba.

Błękitka, nazywanego tak od niebieskich szyb, przerobiono na biurowiec, podczas gdy drugi z wieżowców, wybudowany chyba kiedy jeszcze na świecie mnie nie było, straszył na odległym końcu miasta.

– Stamtąd musi być widok. – Pająk zapalił papierosa. – Całe miasto i pewnie jeszcze dalej.

– Cały świat – rozmarzył się Kudłaty. – Kosmos.

Patrzyliśmy na światło spełzające po ścianie Błękitka i milczeliśmy, bo żadne z nas nie miało odwagi, żeby powiedzieć, co czuje. A to mogły opisać tylko słowa z lektur, słowa, które nie istniały w naszym słowniku. A może inaczej – istniały pochowane po kątach, jak bite szczeniaki. Tylko nam było wstyd, że są takie inne od codziennych. Nie używaliśmy ich. Potrafiliśmy wyrazić wszystko – od zachwytu do przerażenia, poprzez zdumienie, złość i żal – jednym słowem, które było samo w sobie zdaniem, przecinkiem, kropką i przerywnikiem. Można powiedzieć, że opisywało cały świat.

 

– Popatrzeć stamtąd – rzucił Pająk. – To by dopiero było, nie?

Przytaknęliśmy. Bo skoro z normalnego mrówkowca mieliśmy taki widok…

Kiedy wróciłem do domu, starsza zjechała mnie solidnie, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia, bo przed oczyma cały czas miałem to wszystko, co pokazał nam Pająk.

Musiałem być naprawdę odklejony, bo kazała mi chuchnąć, a potem zaczęła mi się przyglądać podejrzliwie. W ubiegłym tygodniu w budzie było takie spotkanie, najpierw dla młodzieży, czyli dla nas, a potem dla rodziców. O narkotykach i dopalaczach. Żal mi było gościa, który opowiadał, co z nim te świństwa zrobiły, bo wyglądał tak, jakby miał ochotę uciec. To było bardzo nie w porządku pokazywać człowieka jak małpę w cyrku, choćby nawet miało ustrzec nas przed zgubnym nałogiem…

Nawijał o swoim upadku, o strasznych konsekwencjach, ale dla mnie najstraszniejsze było to, że gada do bandy smarkaczy, którzy w ogóle go nie słuchają, tylko cieszą się, że przepadła hista, majca albo gejca.

Starsza wzięła sobie to do serca i ile razy wracałem do domu, zawsze kazała mi chuchać, a potem zaglądała mi w oczy. Widać słabo ją wyedukowali, bo należało jeszcze na ręce popatrzeć, ale nie moja sprawa.

Nie piłem, nie brałem, chociaż znałem takich, którzy robili jedno i drugie.

Zresztą… po tym, co zobaczyłem tamtego wieczora, nie miałbym ochoty na nic podobnego. To było coś. To było prawdziwe. Żadne tam haluny.

Na drugi dzień wydzwoniłem Pająka, żeby wyszedł na skrawek, to znaczy taki niewielki kawałek trawnika, gdzie srały wszystkie osiedlowe psy, ale nam to nie przeszkadzało, mieliśmy swoją ławkę, gdzie się spotykaliśmy.

– No i jak? – Pająk wiedział, że poprzedni dzień został we mnie jak drzazga za paznokciem. – Warto było, nie?

Jasne, że było warto. Nic to, że zlałem sprawdzian koncertowo. Siedziałem i gapiłem się na kartkę, w głowie totalna pustka, a przed oczami…

Wiedziałem, byłem pewien, że tego widoku nie pozbędę się do końca życia.

I poszło.

Brat Pająka, ten, który jeździł na skuterze, kompletnym dezelu, bo tylko na taki było go stać, i rozwoził pizzę, załatwił nam karnet na ściankę i dwa razy w tygodniu chodziliśmy się wspinać. Po dwóch miesiącach przestały mnie boleć palce, a pęcherze zamieniły się w nagniotki.

Seba wpadł na pomysł, żeby do tego wszystkiego dołożyć bieganie, bo to się może przydać, jak będzie trzeba wiać przed psami. Czyli przed policją.

No to biegaliśmy.

Jeśli chodziło o to, moja starsza trochę mi zazdrościła, bo biegałem codziennie, nawet kiedy lalo jak z cebra. Dzięki temu przestałem spóźniać się do budy i to też był plus.

– Też byś mogła pobiegać – powiedziałem pewnego dnia i starsza wzięła sobie to do serca, bo zakupiła dres, butelkę na napój izotoniczny i jakiś dinx, który zakładała na rękę, czyli cały szpanerski outfit. Tylko że skończyło się na jednym razie, bo dostała piekielnych zakwasów i nie chciała uwierzyć, że w końcu pobiegnie i nic nie będzie bolało. Dres i butelka wylądowały w szafie, a starsza wróciła do oglądania seriali.

– To chyba dublerzy biegają – zauważyła odkrywczo, patrząc, jak bohaterka serialu truchta parkową alejką.

Amerykę odkryła – pomyślałem. Takiej celebrytce akurat chciałoby się biegać. Ale nie powiedziałem tego głośno.

Ogólnie to biedna była ta moja starsza. Praca, a potem telewizor, zero czasu na prywatność.

Raz spróbowałem usiąść obok i obejrzeć jakiś odcinek czegoś tam, ale to było nudne.

Brała mnie chęć, żeby opowiedzieć jej o grillu u Pająka, ale wiedziałem, że nie czai bazy.

Może by jej to otworzyło oczy?

No, ale ostatecznie nie zrelacjonowałem.

– Moi starzy też nie wiedzą – przyznał Pająk. – Zaraz by się zaczęło… Tak jakby im specjalnie na mnie zależało. Spokój chcą mieć i tyle.

No i ostatecznie żaden z nas nie uświadomił rodziny, co robimy popołudniami – no bo po co. Mieliśmy przecież swój cel.

Cel nazywał się Szkieletor. Kiedy wyłaziliśmy na dach, siadaliśmy na tej Pająkowej wersalce i gapiliśmy się na niego. Dziwny był. Trochę groźny, a trochę smutny. Ciekawe, że ktoś, kto zadbał o jego brata bliźniaka, nie pomyślał, żeby i z nim zrobić coś sensownego. Błękitek świecił nocą, Szkieletor straszył w dzień. Osypywały się z niego kawałki betonu, a po deszczu stał w kałużach, w rdzawej wodzie.

Szkieletor zdychał powoli w samym sercu miasta i właściwie to nie wiadomo, po co w budce przy wejściu tkwił smutny facet w mundurze ochroniarza.

– Czego tu?! – warknął, kiedy pewnego dnia podeszliśmy zbyt blisko.

– A tak łazimy sobie – odpowiedział Kudłaty. – Co mamy lepszego do roboty?

– Uczyć się – ochroniarz rzucił niedopałek w kałużę.

– No, akurat… Jak pan miał tyle lat, ile my, to się pan uczył – odciął się Seba.

– Nie twoja sprawa, gówniarzu – zdenerwował się ochroniarz.

– No, ale czemu nie możemy sobie popatrzeć? – zapytał Pająk.

– Bo nie – usłyszał w odpowiedzi.

– Przecież tam nie wleziemy – Pająk wskazał żelazną szynę.

– To patrzeć możecie sobie stamtąd – ochroniarz palcem wskazał bramę.

Wyszliśmy na ulicę niby to grzecznie i posłusznie, ale każdy wiedział już swoje.

– Gościu za kołnierz nie wylewa – oświadczył Pająk. Co jak co, miał w domu praktykę i alkusa poznawał na kilometr. – Jak sobie wypije, to przyśnie, a my…

– Przez tę dziurę w siatce – rzekł Kudłaty. – Widzieliście tę dziurę, nie?

Trudno było dziury nie zauważyć.

Kiedy wróciliśmy na skrawek, plan był prawie gotowy. Ale należało jeszcze się przygotować. Porządnie.

Pająk wpadł na pomysł, żeby na początek wejść na coś niewielkiego, jakiś budynek, najlepiej taki, co to nikogo w nim nie ma w nocy, i to był dobry pomysł.

Szukaliśmy po osiedlu, aż w końcu padło na ośrodek zdrowia tuż obok domu, w którym mieszkała Ola.

Nakłamałem, że mamy w szkole dyskotekę i w ten sposób udało mi się wyjść, bo koniec roku się zbliżał i starsza zaczęła robić się nerwowa. Zupełnie niepotrzebnie, ale nie szło jej przekonać.

Pająk poradził, abyśmy ubrali się na czarno, żeby nas jak najmniej było widać, i spotkaliśmy się pod domem Oli.

Jej też udało się wcisnąć starszym jakiś kit, no i byliśmy w komplecie.

– Dwa piętra – powiedział Kudłaty, a Seba orzekł, że to buła z masłem.

Pająk powiedział, że pójdzie pierwszy i pocałował Olę, tak jak widziałem to na filmach. No i zaczął włazić.

Dałbym głowę, że zrobił to już kilka razy, ale za-przeczył.

Oczywiście mu uwierzyłem. Bo jak by można było inaczej?

Kiedy stanąłem na górze obok niego, jeszcze do mnie nie docierało, że to zrobiłem.

Ale zrobiłem to. Podobnie jak Seba i Kudłaty.

– Czemu ona nie włazi? – zapytał Seba, patrząc w dół, gdzie stała Ola.

– Bo jak spadnę, ktoś będzie musiał mnie pozbierać – odpowiedział Pająk.

Przypomniało mi się to potem jak kawałek filmu, kiedy zadzwonił Kudłaty, żeby powiedzieć, co się stało.

Spadł?

Pająk spadł?

Niemożliwe.

Nie mogłem w to uwierzyć. Raczej uwierzyłbym w zamach, New World Order albo jakąś teorię spiskową, ale nie w to.

– Spadł – powtórzył Kudłaty.

– Jezu – tylko tyle mogłem z siebie wykrztusić.

Miałem jedynie nadzieję, że zginął na miejscu. Żeby nie skończył jako warzywo.

No ale jak mogło się skończyć inaczej, jeśli ktoś spada dwieście metrów w dół?

Odłożyłem telefon i usiadłem na krześle.

– Adi? – matka wsunęła głowę do pokoju.

Musiałem wyglądać strasznie, bo zaczęła się dopytywać, co się stało.

A co ja mogłem jej powiedzieć?

Przecież nie wiedziała nic o tym, co robimy. Ale wkrótce miała się dowiedzieć. Bo na osiedlu wieści rozchodziły się szybciej niż szybko.

„Bo jak spadnę, ktoś będzie musiał mnie pozbierać” – zadźwięczały mi w uszach słowa Pająka. Jezu, mieliśmy wtedy po czternaście lat. A ja pamiętałem.

Zapomniałem zapytać, czy Ola… Telefon leżał na wersalce, ale matka dalej tkwiła w drzwiach i nadal chciała się dowiedzieć, co się stało.

– Dowiesz się – powiedziałem. – Naprawdę się dowiesz.

Postała jeszcze chwilę i poszła, a ja zostałem z natłokiem myśli.

Jak to jest, kiedy palce tracą przyczepność? Kiedy noga nie trafia na żaden załom, chociaż przed chwilą jeszcze gdzieś był?

I to najgorsze: co myślał. Czy w ogóle myślał o czymś? Czy próbował się ratować? Czy się bał? Tego nie mogłem się już dowiedzieć.

Po co tam polazł? Przecież znał tę wieżę jak własną kieszeń. Nawet nie pamiętałem, ile razy tam byliśmy. Wszyscy czterej.

– Adi – matka najwyraźniej postanowiła nie dać mi spokoju.

Pewnie miała rację. Gdybym był na jej miejscu, chyba zachowywałbym się tak samo.

Po raz kolejny w życiu zrobiło mi się jej żal. Bo co tak naprawdę z tego życia miała? Seriale i pracę, a o mnie nie wiedziała nic.

Może miała tylko frajdę, jak zdałem maturę i dostałem się na studia. No i w pewnym momencie przestałem sprawiać problemy.

A z drugiej strony – co ja wiedziałem o niej? Też tyle, co nic.

– Telefon ci dzwoni – matka wskazała palcem na moją komórkę i wyszła. Miałem wrażenie, że stoi pod drzwiami, ale nie.

– Adrian, już wiesz? – głos Seby brzmiał tak, jakby wydobywał się z głębokiej studni.

– Wiem.

– Chodź na skrawek.

Wstałem. Nogi miałem miękkie jak z waty, ale jakoś dobrnąłem do drzwi. Na klatce schodowej, na samym dole, wlazłem na Franiakową.

– Adrian – zaczęła i już wiedziałem, co chce mi powiedzieć.

– Wiem – warknąłem i zataczając się jak pijany, wyszedłem na zewnątrz. Słońce brutalnie dało mi po oczach.

Seba siedział na ławce z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Gdybym, kurwa, potrafił płakać – mruknął.

Pomyślałem, że rżnie twardziela, ale wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że do trzynastego roku życia wykorzystał cały zapas łez i nic mu nie zostało.

W dniu, kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik i byliśmy o jakieś sześć godzin od zdobycia Szkieletora, brat Pająka wjechał na tym swoim dezelu pod ciężarówkę.

Czyli że jakaś szczęśliwa rodzinka nie dostała pizzy na czas.

Zginął na miejscu, a Pająk powiedział, że miał szczęście, bo jeśli ktoś leży połamany i myśli o tym, że już nigdy nie ruszy tyłka, to jest to prawdziwa tragedia.

Pod tą pizzerią, w której pracował, koledzy położyli kwiatki i zapalili znicze, a na pogrzeb przyjechali na skuterach.

Było smutno i poważnie, a stary Pająka znalazł kolejną okazję, żeby się napić. Zaczął już na cmentarzu, a kiedy wychodziliśmy, opowiadał wszystkim, jakiego miał wspaniałego syna.

– A gówno o nim wiedział – zdenerwował się Pająk.

No właśnie. Co wiedział o nim i o Pająku? Tyle, że byli. Opróżniali lodówkę i robili bajzel.

W tej sytuacji było jasne, że nie pójdziemy na Szkieletora. Pająk był naprawdę rozbity. Siedzieliśmy na dachu, w tym jego kawałku prywatności, i milczeliśmy, bo o czym tu gadać. Najgorsze, że myśleliśmy o tym samym – o jego bracie, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że rozwoził pizzę, co ją zamawiały sobie szczęśliwe rodzinki albo weekendowi imprezowicze.

A potem okazało się, że brat Pająka też miał swój kawałek prywatności, dziewczynę, przyjaciela, i że odkładał kasę na motor. Taki prawdziwy.

Za tę kasę starsi wystawili mu nagrobek, że „ZGINĄŁ TRAGICZNIE”. Przez kilka tygodni kumple z pizzerii przychodzili wypić piwko na jego grobie. A potem nadeszła głęboka jesień i zima, a na wiosnę nikt już nie pamiętał.

– Takie są prawa życia – mówił Pająk, który nie zapomniał i od czasu do czasu wpadał na cmentarz, aby powycierać z płyty ptasie kupy, bo na cmentarzu było w cholerę drzew, a na każdym z nich po kilkanaście gniazd.

– A tobie się wydaje, że jemu to przeszkadza? – zapytał pewnego dnia Kudłaty.

Ale Pająk nie odpowiedział.

Dopiero kiedy wracaliśmy na osiedle, rzucił, że nie chciałby tak. Pod ziemią. Bo stamtąd gówno widać.

 

Temat Szkieletora powrócił na wiosnę, kiedy wszyscy mieliśmy naprawdę rewelacyjną kondycję.

Odbieraliśmy świat palcami, stopami, skórą, jak młode zwierzęta.

– Teraz to już naprawdę to zrobimy – oświadczył Seba.

I zrobiliśmy.

Stróż siedział w swojej kanciapie, klikał coś na lapku i nawet się nie domyślał, że weszliśmy przez dziurę w siatce.

Wszystko było zarośnięte trawą i innym paskudztwem i należało uważać, żeby nie wejść w kupę, bo okoliczni menele też odkryli wejście na teren i chętnie z tego korzystali.

– Co za syf – mruknął Kudłaty.

Pod nogami chrzęściły małe kawałki betonu, tego, co to osypywał się z góry, odsłaniając żelazne dźwigary.

Stojąca w kałużach woda pachniała rdzą, a powietrze też miało dziwny, metaliczny zapach.

Pomyślałem, że jest pięknie i strasznie, i zdziwiłem się, skąd u mnie takie skojarzenia.

Działo się ze mną coś, czego nie rozumiałem.

– No to jazda – powiedział Pająk.

Przybiliśmy sobie piątkę i przez chwilę patrzyliśmy w górę, tam, gdzie pomiędzy belkami świecił księżyc.

– Zaklinował się – zażartował Pająk i ruszył w górę.

Podciągnął się na rękach w taki sposób, jakby nie robił nic innego przez całe życie.

Przez chwilę migotało światełko czołówki, które sobie założył, a potem zniknął w mroku.

– No to… – zaczął Seba. – Który?

– Ja – rzuciłem.

Chciałem to mieć za sobą, pierwszy kontakt: palce – beton, skóra – metal, pierwsze ugryzienie strachu.

Zaatakowałem szybę ostrożnie, bo wszędzie były czujniki ruchu.

Ale nie było aż tak źle.

Gdzieś nade mną był Pająk, czułem okruchy betonu osypujące się spod jego butów, słyszałem oddech i od czasu do czasu zapadała cisza, chwila, w której szukał oparcia dla stóp lub czegoś, za co mógłby się złapać.

Czekał na mnie na wysokości trzeciego piętra, a potem razem czekaliśmy na resztę.

– No i co? – zagadnął, kiedy byliśmy już w komplecie.

– Jajco – odpowiedział Seba.

Czułem się tak, jakbym wypił kilka browarów, kompletny zawrót głowy, ale to była adrenalina, taka, że lepiej nie mówić.

I zero zmęczenia.

– To co, panowie, leziemy dalej? – zapytał Pająk.

Nie trzeba było nic mówić. Nie trzeba było nas zachęcać. Przekonywać, że warto. Chcieliśmy tam wejść, zdobyć Szkieletora jak szczyt, nasze miejskie K-2, dach naszego świata.

Gdzieś pod nami tętniło miasto.

Słyszałem, jak obok mnie oddycha Seba. Kudłaty też był gdzieś niedaleko. Tylko Pająk przebywał gdzie indziej. Wyżej niż my, sam na sam z narastającą ciszą.

Nie wiem, jak długo się wspinaliśmy. Trudno myśleć o czasie, kiedy słyszy się łomot własnego serca, kiedy każdy fałszywy ruch może zakończyć się tam, na dole, pośród kawałków betonu, chwastów i śmieci.

Wszedłem na top zaraz po Pająku, który siedział na żelaznej belce i przyświecając sobie czołówką, skrobał coś kawałkiem szkła na betonie. Zajrzałem mu przez ramię.

– No entry – przeczytałem.

Czyli wejście bez granic. Czy coś w tym sensie.

– Tak się będziemy nazywać – powiedział Pająk, ciskając kawałek szkła w ciemność. Tego cieć nie mógł usłyszeć. A nawet jeśli… mógł nam po prostu skoczyć. – Pokażemy, że nie ma takiego miejsca, gdzie nie moglibyśmy wejść. Że będziemy wszędzie tam, gdzie to się jeszcze nikomu nie udało.

– Brzmi nieźle – odezwał się ktoś w mroku i w jego głosie nie było drwiny.

Nie był to ani Seba, który gramolił się po mojej lewej, ani Kudłaty, który marudził gdzieś tam piętro niżej.

Obcy był drobny i niewysoki, twarz osłaniała mu kominiarka.

– Cześć – powiedział, wyciągając rękę do Pająka. – Janek.

– Pająk.

Potem odwrócił się do mnie.

– Adi – mruknąłem.

Ręka obcego była szorstka jak papier ścierny.

– Czekałem na was – rzucił.

– Doczekałeś się – stwierdził Pająk.

Stali naprzeciw siebie, przyglądając się jeden drugiemu.

– Też łazisz, co? – zagadnąłem.

Obcy wzruszył ramionami.

– Łażę.

– Czyli robimy to samo – zażartował Pająk.

– Robię to sam – obcy zdjął kominiarkę.

Nie widziałem go nigdy wcześniej.

– Sam – powtórzył Pająk. – No to chyba nie będę cię zapraszał do grupy.

– Chyba nie – zgodził się.

Seba i Kudłaty pojawili się niemal jednocześnie.

– Reszta grupy – przedstawił ich Pająk.

– Zatem powodzenia.

Obcy podniósł z belki zwój liny i zarzucił go sobie na ramię.

– Bawcie się dobrze – pożegnał nas. – Nie jesteśmy wrogami, jasne? – dodał. – Po prostu zawsze chodzę sam.

I zniknął.

– Twardy gość – orzekł Pająk. – Szacun.

Usiedliśmy obok siebie. Nie rozmawialiśmy o nieznajomym.

Po prostu był i poszedł, tak jak przychodzą i odchodzą osiedlowe psy i koty.

– Pamiętacie grilla? – zapytał Seba.

Tak jakby można było zapomnieć ten pierwszy wieczór ponad miastem, ponad chodnikami, garażami, jakby można było zapomnieć cud-dziewczynę podającą nam szaszłyki w taki sposób, jakbyśmy byli na grillu w ogródku.

– Całe miasto widać – rzucił Kudłaty. – I jeszcze coś. Tam!

Wskazał szereg migających czerwonych świateł daleko na horyzoncie.

– Chorągwica – mruknął Pająk.

– Kiedy? – zapytałem, a Pająk uśmiechnął się.

– Kiedy tylko nam się zechce. Wtedy.

– Zanim on to zrobi – warknął Seba.

Myślę, że tamtej nocy na szczycie Szkieletora pozostało coś więcej niż napis wyskrobany kawałkiem szkła.

Zostało tam nasze szczeniactwo, pod gołym niebem, ponad miastem, które zaczęło powoli budzić się ze snu.

Jakoś łatwiej było przed samym sobą przyznać się do tego, że jest pięknie. Epicko, fantastycznie, nie – zajebiście. To wszystko rodziło się samo, zupełnie jakby do piękna trzeba było dorosnąć.

Nie rozmawialiśmy o tym, ale dałbym sobie uciąć rękę, że każdy myślał o tym samym.

Schodzenie było o wiele trudniejsze niż wchodzenie. Stawialiśmy stopy, brodząc w pustce, na ślepo szukając oparcia, ostrożnie, powoli, żeby nie obsunąć się, nie odpaść.

Na koniec stanęliśmy na ziemi pośród zielska, szkła, betonu i kup. Nie tylko psich, trzeba dodać.

Spojrzałem w górę. Nie mogłem uwierzyć, że tam byliśmy.

Ola i Pająk stali przytuleni do siebie, jak zakochani na filmach, ale nikogo z nas to nie śmieszyło.

Przecież wrócił do niej stamtąd, skąd mógł jedynie domyślać się, że jest tam, na dole, i czeka, zacisnąwszy kciuki.

Miała prawo być z niego dumna.

Miała prawo kochać go.

Bo tak naprawdę oprócz siebie nie mieli nikogo.

Patrzyłem na nich i zazdrościłem im tej desperackiej miłości, tego, że nie zwracali uwagi na otaczający ich świat, że – mówiąc krótko – mieli ten cały świat gdzieś, z jego nakazami i zakazami.

Tak jakby urodzili się po to, aby razem łamać bariery.

– Chodźmy do mnie – zaproponował Seba.

Był weekend i jego starsi wybyli gdzieś w miasto, zostawiając pełną lodówkę i pustą chatę.

Byliśmy zmęczeni i głodni jak psy.

Wyżarliśmy z lodówki wszystko, co się dało.

– No to będziesz mieć sajgon – powiedział Kudłaty, ale Seba wzruszył ramionami.

– Pojechali na grilla, nie poumierają z głodu. Spoko.

– Może grillują na jakimś dachu! – zażartowałem.

– Gdzie tam – Seba wyjął z szafki pudełko z herbatą. – Chociaż mój stary…

– Co twój stary? – podchwycił Kudłaty.

– Nic. Kiedyś łaził po górach. Dawno temu. Nawet nieźle mu szło. Podobno.

– To czemu dalej nie łazi? – zdziwił się Pająk.

– Matka mu nie pozwala – wyjaśnił Seba. – Boi się, że stary spadnie i zostanie sama z kredytem.

– Nigdy nie wezmę kredytu – rzucił Kudłaty.

Wiedziałem, czemu to powiedział.

Chciał być wolny.

Olę znaleźliśmy w mieszkaniu Pająka, w którym przebywała częściej niż u siebie. Stała przy oknie i gapiła się w przestrzeń. Naprzeciw niej sterczał Szkieletor, pamiątka z czasów, kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło, gdy byliśmy wszyscy razem i każdemu z nas wydawało się, że tak będzie zawsze.

Nie płakała – i to było dla mnie najgorsze.

Bo kiedy człowiek płacze, to wywala z siebie emocje, tak mówił Pająk. Że trzeba po równo umieć śmiać się i płakać. Że ludzie śmieją się otwarcie, a płaczą po kątach.

A ci, co duszą wszystko w sobie, to potencjalni samobójcy.

– Zrobić wam herbaty? – zapytała bezbarwnym, matowym głosem.

– Nie – odpowiedziałem za wszystkich.

Jakie miało znaczenie, czy napijemy się herbaty, czy nie, skoro nie było Pająka?

– Zostaję tutaj – powiedziała, przekładając jakiś drobiazg na inne miejsce. – Dam sobie radę.

Nie chciało mi się wierzyć, że dziewczyna może być taka twarda.

Ale to przecież była dziewczyna Pająka.

A Pająk…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?