O Stephenie Hawkingu, czarnej dziurze i myszach podłogowychTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TRZY


– I niech mnie pochłonie ogień, zaleje woda, przygniecie lawina i wyssie chupacabra – wyrecytowałem moim zdaniem zupełnie bez sensu, ale nagromadzenie możliwych nieszczęść najwyraźniej zrobiło wrażenie na Artku, bo pobladł.

Uroczyście ukłułem go w koniec palca i przycisnąłem palec do papieru. A potem przycisnąłem swój tuż obok.

Poczekałem, aż kropla krwi wyschnie i włożyłem papier do szuflady.

– Czekaj, czekaj. – Artek odzyskał pewność siebie. – Pokaż, co tam jest napisane.

– Proszę bardzo. – Pomachałem kartką przed jego oczami, a Artek przyjrzał się jej podejrzliwie.

– Co to jest? – zapytał, spoglądając na rząd znaczków przypominających łyse drzewka.

– Tajny alfabet – odparłem.

Tak naprawdę były to znaki przepisane z książki Tolkiena, którą dał mi do przeczytania brat.

– Tu jest właśnie napisane to wszystko, co cię spotka, jeśli zdradzisz tajemnicę – powiedziałem.

Artek spojrzał w okno i zamyślił się.

Trafiłem w dziesiątkę! Zachowanie tajemnicy było najcięższą próbą dla plotkarza, który znany był na całej ulicy z tego, że codziennie przynosił do szkoły coraz to nowsze rewelacje.

– Nie powiem nikomu – westchnął ciężko i usiadł na krześle.

Z segregatora ukrytego za książkami wyjąłem rysunek brata i położyłem go na stole.

– To jest Czarna Dziura – powiedziałem, a uszy Artka poczerwieniały.

Skończyliśmy rozmawiać, kiedy za oknem niebo zaczęło ciemnieć.

– Czemu siedzicie tak po ciemku? – zdziwiła się mama, wchodząc do pokoju. Zapaliła lampę i zaprosiła Artka na kolację.

Na kuchennym stole stała miska z moimi ulubionymi plackami. Nie było to nic specjalnie wyszukanego, zwyczajne placuszki z pokrojonymi drobno jabłkami i polane śmietaną – ale Artkowi aż trzęsły się uszy.

W trakcie kolacji zmienił się zupełnie – zamiast o euro i dolarach – jak to zwykł był gadać na podwórku – zaczął opowiadać o babci, która się nim zajmuje, bo jego rodzice wyjechali do pracy za granicę. I że o takich jak on mówi się „eurosieroty”. Muszę przyznać, że zabrzmiało to dość imponująco, ale kiedy spojrzałem na mamę, zauważyłem, że posmutniała.

Z tego wszystkiego Artek został u nas aż do wieczora. Mama oczywiście zadzwoniła do jego babci i – choć protestował – odprowadziła go razem ze mną pod sam dom.

Ale zanim Artek poszedł do domu, brat zawołał nas do pokoju i siedząc na jego łóżku, obejrzeliśmy film Mikrokosmos.

Muszę przyznać szczerze, że Artek bardziej odpowiadał mi jako eurosierota niż jako euroartek. Nagle przestał przeliczać zawartość portfela, z twarzy zniknął mu kwaśny uśmiech, a kiedy film się skończył, podziękował mojemu bratu i zapytał, czy może jeszcze kiedyś wpaść.

Artek mieszka na drugiej ulicy, w sumie nie tak bardzo daleko, ale trzeba przejść przez ruchliwą jezdnię. Ile razy wychodziłem do szkoły, musiałem kilkakrotnie obiecywać, że pójdę ścieżką biegnącą za stojącymi wzdłuż drogi domami, a potem drogą przez osiedle.

Po drodze obiecałem Artkowi, że znajdę ten firmowy guzik i umówiliśmy się, że będzie czekał na mnie następnego dnia rano przy drodze.

Mama szła za nami i myślała, że żaden z nas nie widzi, jak pali papierosa, ale postanowiłem, że zwrócę jej uwagę dopiero wtedy, kiedy będziemy sami.

– Jak babcia mi pozwoli, to zaproszę cię na grilla w sobotę – powiedział Artek, kiedy zatrzymaliśmy się przed furtką do jego domu.

– Do nas możesz przychodzić, kiedy zechcesz – uśmiechnęła się mama. – Może niekoniecznie o północy, ale o normalnych porach.

Podaliśmy sobie ręce zupełnie jak dorośli i wróciłem do domu.

To znaczy nie wróciliśmy od razu – poszliśmy naokoło przez rozciągające się za naszym osiedlem pola.

W ogródkach przydomowych pachniał bez, na niebie świecił ogromny księżyc. Szliśmy z mamą bez słowa, było tak pięknie, że po prostu nie chciało się mówić.

Pomyślałem o Artku, który był eurosierotą, i o jego babci, której musiał się o wszystko pytać, i ucieszyłem się, że jestem sobą.

Ucieszyłem się tak bardzo, że złapałem moją mamę za rękę i mocno ją ścisnąłem.

Myślę, że jak zwykle zrozumiała, co chciałem jej powiedzieć, bo odpowiedziała mi uściskiem dłoni i poszliśmy dalej obok domów, w których ludzie oglądali telewizję albo jedli kolację, albo po prostu siedzieli i rozmawiali o tym, jak minął dzień.

A ja i mama szliśmy na wieczorny spacer, mijaliśmy te wszystkie domy i myślałem o tym, że kiedy wrócimy do swojego domu, mama zrobi gorące kakao i wypijemy je w pokoju mojego brata.

I tak też się stało.

– Z tego twojego kolegi jeszcze będą ludzie – zawyrokował mój brat, odstawiając na bok pusty kubek.

Pokiwałem głową. Byłoby mi bardzo przykro, gdyby mój brat nie polubił Artka, bo tego dnia zobaczyłem, że wcale nie jest taki nadęty i głupi, i że wcale nie jest łatwo być eurosierotą.

Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałem o Czarnej Dziurze i wskoczyłem do łóżka tak, jakby pod nim nie było niczego, i przypomniałem sobie o niej dopiero wtedy, kiedy leżałem pod kołdrą.

I dokładnie wtedy pod łóżkiem coś zachrobotało. Naciągnąłem kołdrę na głowę i wstrzymałem oddech. Chrobot rozległ się jeszcze raz i wszystko ucichło.

Gdy rankiem zadzwonił budzik, ostrożnie wysunąłem głowę spod kołdry i spojrzałem na podłogę. Tuż obok mojego kapcia leżał firmowy guzik Artka.

Widocznie z jakiegoś powodu nie smakował Czarnej Dziurze i najzwyczajniej w świecie wypluła go na podłogę.

Chciałem powiedzieć o tym bratu, ale tabliczka na drzwiach jego pokoju informowała, że cisza nocna jeszcze trwa, więc cicho zszedłem do kuchni.

Schowałem guzik do pudełka od zapałek i po śniadaniu wyszedłem z domu. W plecaku miałem dwa jabłka – jedno dla mnie, a drugie dla Artka (który, jak zauważyła mama, ostatni raz widział jabłko na kartonie soku) i złożywszy codzienną obietnicę, że nie będę szedł ulicą, zamknąłem za sobą drzwi.

Artek czekał, tak jak obiecał, na rogu pod znakiem drogowym. Na mój widok zdjął plecak i wyjął z niego dużą paczkę chipsów.

Pomyślałem, że podzielimy ją na połowę, ale Artek oznajmił, że ta jest dla mnie, a swoją ma w plecaku.

Zrobiło mi się trochę niedobrze na myśl o tym, że miałbym to wszystko zjeść, ale zrobiłem dobrą minę do złej gry i poczęstowałem Artka jabłkiem.

A kiedy zrobiliśmy konkurs na kto-dalej-rzuci-ogryzek, zza bramy ogródków działkowych wybiegł Głupi Kacek i sklął nas, że śmiecimy.

Jako że nie dał sobie wytłumaczyć, że ogryzki, jak reszta odpadów pochodzenia roślinnego, są biodegradowalne, uciekliśmy bardzo szybko – bo Kacek, kiedy wpada w gniew, robi się naprawdę niebezpieczny.

– Skąd znasz te wszystkie mądre słowa? – zapytał Artek, z trudem łapiąc powietrze.

Wzruszyłem ramionami i już na końcu języka miałem, że trzeba się uczyć, ale przypomniałem sobie, że Artek nie dość, że jest eurosierotą, to jeszcze nie ma ani siostry, ani brata, ani żadnego zwierzaka.

– Bo ja mam astmę – wyjaśnił Artek – i tylko rybki mnie nie uczulają. Ale rybki to tylko pooglądać można…

Nietrudno było się z nim nie zgodzić. Ot, choćby Einstein – można go pogłaskać, schować do kaptura bluzy albo do kieszeni. A rybki….

W szatni, kiedy już zmieniliśmy buty, oddałem Artkowi guzik.

– I co, ONA go naprawdę wypluła? – zapytał.

– Wszystko na to wskazuje – odpowiedziałem.

Przez całą pierwszą lekcję Artek chlapał nabojem z pióra na okładkę zeszytu, rysując Czarne Dziury, aż pani zwróciła mu uwagę, że ma brudne ręce i wysłała go do toalety, żeby je umył.

– Dlaczego nie jesz? – zapytał Artek, kiedy stojąc na dużej przerwie, wpychał do ust chipsy całymi garściami.

Nigdy nie lubiłem chipsów. Być może i to było zasługą mojego brata, bowiem pokazał mi zdjęcia grubasów regularnie odwiedzających McDonalda. Co prawda Artek nie doszedł jeszcze do tych rozmiarów, ale był chyba niebezpiecznie blisko.

– Zostawię je dla sam-wiesz-czego – powiedziałem.

Artek pokiwał głową. Wszyscy w szkole szaleli na punkcie Harry’ego Pottera i prawie wszyscy porozumiewali się cytatami z filmu. Ale Czarna Dziura była rzeczywistością i określenie SAM-WIESZ-CO naprawdę było podszyte grozą. Artek zamknął swoją torebkę chipsów i chociaż wyglądał na lekko głodnego, nie tknął jej już do końca lekcji.

Za to po szkole poszliśmy od razu do mnie do domu, żeby nakarmić Czarną Dziurę. W ogródku natknęliśmy się na mamę, która wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

– Wyobraź sobie, Bratku, że ktoś ukradł naszą kosiarkę. Chciałam…

Głos mamy zamienił się w odległe brzęczenie. Jak pamiętałem, kosiarka zawsze stała w piwnicy i mama wyciągała ją dopiero na początku maja, kiedy trawa robiła się na tyle wysoka, aby można było ją kosić. I żeby wejść do piwnicy, tajemniczy złodziej musiałby najpierw wejść do ogrodu, co nie uszłoby uwagi mojego brata. Pod dachem domu, tuż nad wejściem, zamontowana jest nieduża kamera, która rejestruje wszystko, co się dzieje dokoła, a szczególnie na trawniku.

Kamera oczywiście nie została zamontowana dlatego, że baliśmy się złodziei, ale ze względu na jamnika babci, który będąc już bardzo stary i głuchy, miał zwyczaj zapadania w drzemkę gdzieś w ogrodzie i babcia za każdym razem prawie dostawała zawału przekonana, że wpadł pod auto.

Od razu pobiegliśmy z Artkiem do pokoju mojego brata, żeby sprawdzić, czy kamera przypadkiem nie zarejestrowała czegoś niezwykłego.

– Dziwna sprawa – mruknął mój brat i spojrzał na mnie surowo. – Czy nakarmiłeś rano… wiesz, o kogo mi chodzi?

 

Zagryzłem dolną wargę i cofnąłem się w czasie. Przypomniałem sobie, jak znalazłem na podłodze guzik, jak włożyłem go do pudełka po zapałkach… Ale za żadne skarby nie mogłem przypomnieć sobie… Tak, to prawda, tego ranka Czarna Dziura nie dostała niczego do jedzenia.

– Ale żeby tak od razu kosiarkę… – bąknąłem i poczułem, jak się czerwienię.

Brat wzruszył ramionami.

– Przecież już ci mówiłem, że pochłania wszystko. Pomyśl, co by było, gdyby… ech, mniejsza z tym. Zawaliłeś, Bratku, okrutnie.

Uszy Artka zaczerwieniły się.

– A jakby tak wciągnęła twoje łóżko, co?! – zawołał.

Poczułem, jak zrobiło mi się zimno. Żołądek nagle podjechał mi do gardła, zerwałem się z łóżka i pobiegłem do łazienki. Tam do końca zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałem.

Posiedziałem chwilę na brzegu wanny, czekając, aż przestaną mi drżeć nogi, umyłem zęby i wróciłem do pokoju brata.

Artek opowiadał o czymś, wymachując rękami.

– Czarna Dziura nie mogła wciągnąć łóżka, ty ośle – tłumaczył mu spokojnie mój brat. – Pomyśl, co by było, gdyby zniknęło łóżko?

Artek zamyślił się głęboko.

– Toby Piotrek nie miał na czym spać. Chyba żeby wciągła to łóżko razem z…

Na mój widok urwał.

– Nie mówi się „wciągła”, tylko „wciągnęła” – poprawił go brat. Przycisnął zielony guzik i spod łóżka wyjechał nieduży stolik. Stała na nim miseczka z solonymi orzeszkami. – Dopóki w pokoju stoi łóżko, dopóty Czarna Dziura jest bezpieczna. Może sobie tam rosnąć w spokoju. Pomyślcie tylko, co by się działo, gdy nagle zlokalizowali ją naukowcy… A teraz spadajcie, bo zaczyna mnie boleć głowa.

Pociągnąłem Artka za rękaw. Kiedy mój brat mówi, że boli go głowa, nie jest to żaden wykręt.

Usiedliśmy na schodach prowadzących na strych.

– Umyjcie ręce i chodźcie coś zjeść – powiedziała mama, kierując się do pokoju brata. Niosła w ręku żółty kubek z herbatą i listek z tabletkami.

W kuchni na stole stały trzy talerze, a na kuchence gotowała się zupa.

– O, pomidorowa. – Artek poruszył nosem i oblizał się.

– Wyobraźcie sobie, że się znalazła – oznajmiła mama, napełniając talerze.

– Co takiego? – zapytaliśmy chórem.

– Kosiarka. – Mama posypała makaron siekaną natką pietruszki i usiadła obok nas. – Ale dałabym głowę, że nigdy nie stawiałam jej w garażu…

Od razu przyszedł mi do głowy guzik. Jeżeli guzik nie smakował Czarnej Dziurze, to to samo mogło dotyczyć kosiarki…

Natomiast mój pokój położony był w połowie nad piwnicą, a w połowie nad garażem. To jasno tłumaczyło, dlaczego kosiarka zniknęła z piwnicy, a pojawiła się w garażu, i dlaczego kamera nie zarejestrowała niczego podejrzanego…

Kopnąłem Artka pod stołem w kostkę, a on mrugnął do mnie porozumiewawczo.

CZTERY


– A co w ogóle jest twojemu bratu? – zapytał Artek.

– Tak naprawdę to nikt nie wie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Niemożliwe – obruszył się Artek. – Ja mam astmę.

Prychnąłem gniewnie. Artek i ta jego astma, też mi coś.

Przypomniałem sobie dzień, kiedy brat zawołał mnie do pokoju i przycisnąwszy zielony guzik, wysunął spod łóżka szufladę.

– Podaj mi tę szarą kopertę – powiedział.

Koperta była duża i lekka, a na niej wypisane było imię i nazwisko mojego brata.

– Zobacz. – Brat wyjął z koperty coś, co przypominało ogromny negatyw. Kiedy spojrzałem na kliszę pod światło, zobaczyłem kręgosłup. Wiedziałem, że to był kręgosłup, bo umiałem rysować kościotrupa.

– Widzisz to? – zapytał brat, pokazując ołówkiem coś jasnego, co biegło wzdłuż szeregu kręgów.

– Widzę – odpowiedziałem.

Brat schował kliszę do koperty.

– Obcy – powiedział.

Przypomniałem sobie film, który obejrzałem wbrew złożonej mamie obietnicy i mało brakowało, a uciekłbym z pokoju brata z wrzaskiem.

– Żartowałem z tym obcym – powiedział brat, bo musiał zauważyć, że wpadłem w panikę i pozieleniałem na twarzy. – Gdyby chciał wyleźć, to nie byłoby problemu.

Popatrzyłem na Artka i wzruszyłem ramionami.

– Mój brat ma coś na kręgosłupie – powiedziałem. – I to coś przeszkadza mu chodzić.

– To czemu tego nie wytną? – zapytał praktycznie Artek.

– Bo nie wiedzą, co się może stać potem – odpowiedziałem.

– A co się może stać? – Uszy Artka zapaliły się jak dwie latarki i zrozumiałem, że Artek wcale nie jest wścibski, ale po prostu należy do kategorii ludzi, którzy lubią WIEDZIEĆ. A jako że ja sam lubiłem WIEDZIEĆ, nie mogłem mieć do niego pretensji.

I być może dlatego po raz pierwszy odważyłem się porozmawiać z kimś o moim bracie. Możecie mi wierzyć albo nie, że nie rozmawiałem o tym z nikim – ani z babcią, ani z wujkiem, ani nawet z moją mamą.

– Jak wszystko pójdzie dobrze, to będę mógł sprzedać ci to łóżko – powiedziałem, a Artek zaczerwienił się po końce włosów.

– A jak nie pójdzie?

– To będzie bardzo źle – odparłem. Oczywiście, że wiem, co znaczy to „bardzo źle”, ale wolałem nie wypowiadać tego głośno.

– Aha. – Artek kiwnął głową. I byłem mu bardzo wdzięczny, że nie zadawał następnych pytań.

Wsunęliśmy moją paczkę chipsów pod łóżko i wyszliśmy z domu. Poszedłem z Artkiem, żeby zaniósł swój plecak i powiedział babci, że idziemy na boisko. Babcia wcale nie była taka straszna, jak ją sobie wyobrażałem. I wcale nie przypominała babci – miała na sobie dżinsy i koszulową bluzkę, a jej włosy były ścięte na jeża. Tylko jej uszy wyglądały trochę jak uszy Artka i pewnie czerwieniły się, gdy wpadała w złość.

Przykazała Artkowi, żeby nie chodził ulicą i wrócił o szóstej, i dała nam po batoniku.

Pobiegliśmy na boisko za osiedlem, ale na boisku siedział lokalny element.

– Chodźmy na Piaski – zaproponował Artek.

Przebiegliśmy przez uliczkę zwaną „ślepą”. Ślepą trzeba było biec bardzo ostrożnie, bo wieczorami przenosił się tam element z boiska i zawsze było pełno potłuczonego szkła. No i oczywiście Ślepą patrolował Felek-Królewska-Konna. Przed Felkiem przestrzegali wszyscy dorośli, ale my, dzieci, nie baliśmy się go wcale a wcale. Felek częstował nas zawsze cukierkami i opowiadał o Ameryce. Oczywiście Felek różnił się od reszty dorosłych i to nie tylko tym, że chodził ubrany w prawdziwy mundur kanadyjskiej policji konnej… Otóż Felek poruszał się o kulach, ale kiedy działo się coś, co wzbudzało jego niepokój, potrafił pobiec prawie tak szybko jak każdy inny. Bo Felek był wszędzie, gdzie jego zdaniem działo się coś złego. I był bardzo nerwowy.

– Ja pilnuję porządku w tym mieście – mawiał, wsiadając do jedynego w miasteczku autobusu. Nigdy nie kasował biletu.

– Ja też chciałbym być inwalidą – powiedział Artek, wskazując postać podpierającą się kulami.

Przysiedliśmy na chodnikowych płytach, dokładnie tam, gdzie wieczorami siadywał element, a kiedy Felek zbliżył się do nas, przywitaliśmy się grzecznie. Felek poczęstował nas landrynkami i zapytał, czy przypadkiem nikt nas nie zaczepiał. Pogadaliśmy chwilę o Ameryce, gdzie jego brat był łamistrajkiem i został za to pobity, a potem Felek przykazał nam, abyśmy uważali, kiedy przechodzimy przez ulicę, i poszedł w swoją stronę.

Kiedy indziej może pośmiałbym się trochę, ale nagle wyobraziłem sobie mojego brata w mundurze królewskiej konnej wlokącego się niezdarnie o kulach… Widocznie Artkowi też coś przyszło do głowy, bo poczerwieniały mu uszy i długo się nie odzywał.

– Słuchaj – powiedział wreszcie, kiedy wspinaliśmy się piaszczystym zboczem – a może Felek by załatwił no, sam-wiesz-co.

– Tylko spróbuj pisnąć słowo – ostrzegłem, a Artek zamachał rękami.

– No, oczywiście gdybyś ty się zgodził – dodał.

Ale oczywiście nie mogłem się zgodzić. Wierzyłem, że kto jak kto, ale Felek-Królewska-Konna potrafiłby poradzić sobie z Czarną Dziurą, ale, jak pamiętacie, była mi potrzebna, abym mógł się rozprawić z Myszami Podpodłogowymi, i oczywiście musiałbym o nich opowiedzieć Artkowi…

A tego Artek już by nie utrzymał w tajemnicy. Przyszło mi do głowy, że mógłby zechcieć je hodować i sprzedawać, i dopiero narobiłoby się galimatiasu.

Najwidoczniej pomyślałem głośno, bo Artek wypluł gumę i zapytał, co to takiego jest „galimatias”.

– Pandemonium – odpowiedziałem odruchowo.

– Czemu ty zawsze używasz dziwnych słów? – Artek spojrzał na mnie spode łba.

Gdyby to był ktoś inny, nie Artek patrzący na mnie jak jamnik mojej babci, na pewno kazałbym mu iść do diabła. Ale prawdę powiedziawszy, sam nie wiedziałem, czemu zdążyłem polubić Artka. I dlatego powiedziałem mu, że tych wszystkich dziwnych słów nauczyłem się od mojego brata, który nie tylko pomagał mi je zapamiętywać, ale jeszcze dokładnie i cierpliwie wyjaśniał mi, co które znaczy.

A kiedy Artek poprosił, żebym nauczył go paru takich słów, zrobiłem to z prawdziwą przyjemnością i przez jedną chwilę czułem się zupełnie jak mój brat.

Potem wspięliśmy się na piaszczyste zbocze nad rzeczką i ukryci w zaroślach podglądaliśmy, jak na skraju łąki pasą się sarny.

Na Piaskach – miejscu ulubionym przez wszystkie dzieciaki – zawsze działo się coś ciekawego.

Jak przez mgłę przypomniałem sobie czas, gdy byłem bardzo mały, a mój brat jeszcze chodził – to znaczy poruszał się o kulach. Pewnego dnia zabrał mnie właśnie na Piaski i pokazał mi rodzinę lisów mieszkającą w sporej jamie.

Siedzieliśmy w krzakach i obserwowaliśmy, jak nieduży lisek bawiąc się, ogryzał patyk, zupełnie jak pies.

– Bo to jest ta sama rodzina – powiedział mój brat. A kiedy spojrzałem na niego zdziwiony, dodał: – Psowate.

I w drodze powrotnej do domu opowiedział mi, że lisy, szakale, hieny, wilki i psy to jest wielka rodzina.

Trochę nie chciało mi się w to wierzyć, kiedy spojrzałem na jamnika babci, który najbardziej ze wszystkiego przypominał dobrze uwędzoną kiełbasę zakończoną kawałkiem drutu. Ale gdy babcia opowiedziała mi, jak Maurycy – bo tak ma na imię jamnik – zjadł jej kapcie, to przyjrzałem mu się uważnie i dostrzegłem w jego oczach jakiś… wilczy błysk.

To wszystko przypomniało mi się nagle, kiedy siedziałem w zaroślach obok Artka i starałem się oddychać jak najciszej, aby nie spłoszyć saren.

Patrzyłem, jak zgrabnie unoszą długie, cienkie nogi i nagle zrobiło mi się smutno, bo pomyślałem, że nie ma z nami mojego brata.

– Przecież mu wszystko opowiesz – orzekł Artek, kiedy zbiegaliśmy w dół, wzniecając tumany piasku.

Droga do domu dłużyła się nam bardzo, bo od tego biegania Artek się zadyszał i musiał użyć inhalatora.

Usiedliśmy na chodnikowych płytach i zaczekaliśmy, aż Artek będzie mógł normalnie oddychać. Chyba nawet się trochę przestraszyłem, bo zrobił się bardzo blady, ale kiedy wróciły mu kolory, powiedział, że tak zdarza się za każdym razem, kiedy się zmęczy, i właśnie dlatego nie ćwiczy na wuefie.

Dla pewności posiedzieliśmy jeszcze chwilę i bardzo powoli poszliśmy w stronę domu. Idąc, myślałem o mieszkańcach mojego miasteczka. Przyszło mi do głowy, że musi to być jakieś szczególne miejsce, jeśli żyje w nim tylu dziwnych ludzi.

Oczywiście podzieliłem się tą uwagą z Artkiem.

– Bo ja wiem? – Artek potarł dłonią czoło. Kiedy tylko weszliśmy do domu, wziął z mojego biurka kartkę i razem zrobiliśmy listę dziwaków.

– Niezła kolekcja – powiedział mój brat i zaproponował, abyśmy wyłonili największego dziwaka.

Pomysł był dobry, ale mało nie pokłóciliśmy się o to, kto powinien zająć pierwsze miejsce – Felek-Królewska-Konna czy Sendur, który strzelał do przechodzących przez jego ogród grubą solą.

Oczywiście była jeszcze Zimna Zośka, która nawet latem chodziła we włóczkowej czapce, i Prorok – bezdomny z imponującą brodą, który latem wynajmował się do rycia grządek, a zimą rąbał drzewo albo odśnieżał podjazdy.

W sumie naliczyliśmy jedenaście osób, a brat zaraz przeliczył wszystko, dzieląc liczbę mieszkańców przez liczbę dziwaków i oznajmił, że na tysiąc zwyczajnych osób przypada jeden dziwak.

– To nie jest normalne – mruknął, zmiął kartkę w kulkę i rzucił ją na podłogę.

– Może to przez tę dziurę – odezwał się nieśmiało Artek i zorientowałem się, że zaczął myśleć.

– Może – zgodził się mój brat.

Przypomniałem sobie, jak u szewca, który mieszkał w pobliżu ogromnego transformatora, wykluło się kurczę z dwoma głowami i wszyscy byli zgodni co do tego, że to wpływ pola elektrycznego. Dlaczego zatem obecność Czarnej Dziury miałaby pozostać całkowicie obojętna?

 

– W porządku – mruknął Artek – tylko dlaczego jest pod twoim łóżkiem?

– Bo mój brat nazywa się Stefan Jastrzębski – odpowiedziałem odruchowo.

Artek oczywiście niczego nie zrozumiał i musiałem tłumaczyć mu kilka razy, co nie było łatwe, bo jest kiepski z angielskiego.

Kiedy wreszcie zrozumiał, zmarszczył się cały i jakoś dziwnie skurczył.

Zapytałem, co się stało, i z oporami wytłumaczył, że każdy jest jakiś – ja, mój brat, Felek, Prorok, Zimna Zośka i tylko on jest zupełnie zwyczajny.

– Wolałbyś łazić latem w ciepłej czapce? – zażartowałem, ale chyba kiepsko, bo Artek nie odpowiedział, tylko się skrzywił.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Pod łóżkiem rosła Czarna Dziura, za ścianą mój brat uczył się do egzaminu, a Myszy Podpodłogowe spiskowały, nieświadome rosnącego zagrożenia.

– Myślisz, że to jest takie fajne być zupełnie zwyczajnym?! – wybuchnął nagle Artek.

Przyjrzałem mu się uważnie.

– Mówiłeś, że jesteś eurosierotą – zacząłem ostrożnie, ale dolałem tylko oliwy do ognia.

– No i co z tego! – Artek posiniał na twarzy i znowu musiał użyć inhalatora.

Postanowiłem nie odzywać się już wcale, ale Artek powrócił do tematu, zupełnie jak jamnik babci wracający do pustej miski.

– Takich jak ja jest na pęczki – rzucił z goryczą w głosie. – Co drugi w naszej szkole to eurosierota – dodał.

– Niemożliwe – wykrztusiłem. – Co drugi?

Artek poczerwieniał.

– Gdybyś biegał po osiedlu jak wszyscy inni, to wiedziałbyś wszystko tak samo jak ja! – krzyknął. – Mały naukowiec!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?