Lato na RodosTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katarzyna Ryrych

LATO NA RODOS


Wydawnictwo

NASZA KSIĘGARNIA

LATO NA RODOS

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

***

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

O autorce

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

***

Rodos, największa spośród dwunastu wysp greckiego archipelagu Dodekanez, nie bez powodu nazywana jest „wyspą słońca”. To właśnie tu, według starożytnych, najchętniej przesiadywał bóg Helios. Rodos okalają złociste plaże Mórz Egejskiego i Śródziemnego, idealne na wakacyjny relaks. Tętniąca życiem stolica wyspy, miasto Rodos, ma do zaoferowania mnóstwo niesamowitych bulwarów z kawiarniami.

wpodrozy24.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Walory klimatyczne i zabytki sprawiają, że Rodos to druga z wysp greckich (po Krecie) najchętniej odwiedzanych w celach turystycznych i wypoczynkowych. Ruch turystyczny obsługiwany jest przez port lotniczy znajdujący się 11 kilometrów na zachód od stolicy.

pl.wikipedia.org

Kiedy myślę o lecie 2018 roku, robi mi się smutno, bo następne takie wydarzy się dopiero za sto trzydzieści lat.

Nie chodzi o to, że umrę, ale o to, że nie mam pewności, co stanie się ze mną po śmierci. Bo jeśli tam nic nie ma, to nie jest to w żadnym stopniu pocieszające.

Nic nie słyszeć, nic nie czuć, no i niczego nie widzieć.

Konkretnie chodzi mi o zaćmienie Księżyca, które oglądałem, leżąc na dachu. Lepka po upalnym dniu papa kleiła się do stóp i do starego koca, który przyniósł Turet. Pachniało smołą, eliksirem Wuja Kukułki i kurzem.

Ale i tak było pięknie. Księżyc wisiał nad Rodos ogromny i czerwony, spuchnięty, zupełnie jakby go osa użądliła.

A kiedy spojrzałem w drugą stronę, dostrzegłem gwiazdy. Bardzo, bardzo dużo gwiazd.

– Uh-duh-duh… – powiedział Turet, więc ostrzegawczo podniosłem rękę.

Na pewno by mnie nie dotknął, ale jeszcze tego brakowało, żeby ktoś zobaczył, jak leżymy na dachu. Raczej nikt nie zrobiłby nam niczego, jednak o tej porze dzieciaki w naszym wieku powinny być w domu.

Fakt, że dorosłych niewiele to obchodziło. Spali albo urządzali grilla na balkonie czy przed blokiem, szczęśliwi, że nas nie widać ani nie słychać.

Pomyślałem sobie, że rodzice Tureta naprawdę są szczęśliwi, kiedy Turet milczy. Bo gdy otwierał usta, zaczynał od swojego „uh-duh-duh”, a potem wymachiwał rękoma i z szybkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa znane jedynie letnim rezydentom Rodos. Słowa, które szokowały zwyczajnych ludzi.

To lato wydarzyło się właśnie dzięki Turetowi. Zaczęło się od tego, że zabrakło dla mnie miejsca na turnusie, a Tureta nikt przy zdrowych zmysłach nie zintegrowałby z innymi dzieciakami.

W zasadzie miałem powiedzieć: „Z normalnymi dzieciakami”, ale przypomniałem sobie to wszystko, co przez cały ubiegły rok tłumaczył mi Makmarfi.

Że nie ma wyraźnej granicy między tym, co normalne, a tym, co nienormalne, chyba że ktoś słyszy głosy albo widzi rzeczy, których nie ma.

Ale to też nic pewnego, bo tak naprawdę to nikt nie napisał czarno na białym, że to jest takie, a tamto inne. I że coś jest, a czegoś nie ma.

Wracając do obozu – bardzo się zmartwiłem takim stanem rzeczy, bo oznaczało to siedzenie w mieście.

– Uh-duh-duh – powiedział Turet. – Sami sobie zrobimy wakacje.

Usiadł trochę za blisko mnie i przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz oprze się o ściankę mojej bańki mydlanej, ale tego nie zrobił.

Jeśli o to chodzi, to Turet był prawdziwym przyjacielem. Szybko zrozumiał, że nie lubię, kiedy się mnie dotyka, nawet gdy nie potrafiłem przejść przez siatkę. Po prostu czekał, aż sobie poradzę.

Nie próbował pytać, o czym myślę, gdy się nie odzywałem. Ani podawać mi bluzy, kiedy było zimno.

Pewnie rozumiał to, bo był starszy ode mnie.

Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego prowadza się z kimś takim jak ja, ale chyba czuł się dobrze w moim towarzystwie.

Być może chciał mieć młodszego brata.

Co nie oznaczało, że ja chciałem mieć starszego.

Trochę się zdziwiłem, jak się okazało, że Turet nie ma na imię Turet, tylko jest chory na coś, co się tak nazywa.

Ta choroba na sto procent nie była zakaźna, bo często piliśmy mineralkę z jednej butelki i nie zauważyłem, abym zaczynał każde zdanie od „uh-duh-duh”.

Ale i tak bardziej podobało mi się Turet niż Heniek.

– Sami sobie zrobimy wakacje – powtórzył Turet.

Nie zapytałem gdzie, no wiedziałem, że ma jakiś plan. Układałem na krawężniku kamyki od największego do najmniejszego, a potem zmieniałem kolejność, żeby było sprawiedliwie.

– Uh-duh-duh. – Turet podał mi jeszcze jeden kamyk. – Na Rodos.

Rodos. „Wyspa na Morzu Egejskim” – pomyślałem. Studiowanie atlasu geograficznego, który znalazłem u ojca w pokoju, należało do moich ulubionych zajęć. Wystarczyło, abym raz spojrzał na mapę, i zapamiętywałem każdy, nawet najmniejszy szczegół.

– Trochę daleko – powiedziałem, ale Turet wyszczerzył zęby w uśmiechu.

A potem kiwnął głową tak samo, jak kiwał na swojego psa.

To znaczyło: „Chodź i nie pytaj o nic”. Turet często posługiwał się tym, co dorośli nazywają mową ciała.

Poszliśmy przez osiedle, dziwnie puste, bo większość dzieciaków siedziała w domu – było tak gorąco, że podeszwy kleiły się do asfaltu.

Pomyślałem, że to dobrze, że moje kamyki zostały na krawężniku, bo gdyby jakimś trafem zostały wdeptane w alejkę, nigdy nie mógłbym odwrócić ich kolejności.

Na skraju osiedla Turet przystanął i trochę pomachał rękami, a ja w tym czasie odtworzyłem sekwencję, w jakiej zostawiłem kamienie.

Przeszliśmy przez stare tory tramwajowe, które tak wrosły w ziemię, że nawet najbardziej uparci złomiarze nie byli w stanie ich ruszyć.

Za torami rozciągał się kawałek czegoś, co dawno temu miało być terenem rekreacyjnym, a nigdy się nim nie stało, bo miastu zabrakło pieniędzy i plan wziął w łeb.

A za tym wszystkim rozciągały się ogrodzone siatką niewielkie ogródki.

– Uh-duh-duh – powiedział Turet, wskazując bramę.

 

„Rodzinne Ogródki Działkowe” – głosiła biała tablica.

– Rodos – wyjaśnił, pokazując palcem, i zarechotał. – Rodzinne Ogródki Działkowe. Ogrodzone Siatką.

Oświeciło mnie. Pierwsze litery naprawdę układały się w to słowo. A my dostaliśmy się na teren ogródków przez dziurę w siatce.

Pachniało kiełbasą pieczoną na grillu i pomyślałem, że tylko idiota miałby ochotę na coś podobnego w taki upał.

Ale oczywiście to była kwestia upodobań.

Szliśmy główną alejką i nikt nie zwracał na nas uwagi. Ludzie pewnie myśleli, że przyszliśmy tu z rodzicami, i modliłem się, aby Turet nie dostał jednego ze swoich napadów.

Ktoś chyba mnie wysłuchał, bo bez problemu dotarliśmy na sam koniec alejki, gdzie altany nie przypominały już niewielkich domków, lecz zwyczajne drewniane budy.

Te były nieogrodzone, zarośnięte, ale moim zdaniem wyglądały o wiele sympatyczniej niż tamte, bielutkie, ze starannie przyciętymi trawnikami i z krasnalami wyglądającymi z paproci.

– Tu – oznajmił Turet.

Krótkie, proste zdania wychodziły mu bez problemów. A ja nie potrzebowałem więcej informacji.

Przedarliśmy się przez jakieś kłujące krzaki i zdrowo podrapani dobrnęliśmy do drewnianej budki.

Turet wyjął z kieszeni kawałek czegoś, co wyglądało jak pilnik, wsadził go w ucho, w którym tkwiła kłódka, i pociągnął.

Drzwi otworzyły się, cicho skrzypiąc.

Zapachniało sianem, zupełnie jakbyśmy weszli do stodoły.

Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, dostrzegłem leżący na podłodze siennik, tuż obok okrągły metalowy stolik i dwa drewniane krzesła. Turet schylił się i wyjął spod siennika latarkę.

– Uh-duh-duh – powiedział, a w jego głosie brzmiała duma. – Moje dzieło.

Było się czym chwalić. I w jednej chwili wszystko zrozumiałem. Na dodatek przypomniałem sobie, że w moim pokoju pod łóżkiem, w pudełku z przydatnymi drobiazgami, leży duża, ciężka kłódka.

Turet powiesił latarkę na wbitym w ścianę gwoździu i usiedliśmy na sienniku.

– Uh-duh-duh, ho-hotel Ho-holidej – powiedział.

W powietrzu było tyle kurzu, że zakręciło mnie w nosie, i siłą powstrzymałem się, aby nie kichnąć.

Ale rzecz jasna nawet gdybym kichnął, nikt by mnie nie usłyszał. Bo chyba nikogo nie interesowało, co się dzieje w tej części ogródków.

Turet zachowywał się tak, jakby był u siebie w domu, no i pewnie był, bo zadbał o wszystko. Wyjął ze skrzynki stojącej za siennikiem butelkę mineralnej i dwa plastikowe kubki.

– Nie lubię z plastiku – przypomniałem mu.

Zmartwił się i obiecał, że przyniesie zwyczajny kubek, a na razie mogę pić z butelki. Patrzyłem, jak pije z plastikowego kubka, i ciarki przechodziły mi po plecach. Zdecydowanie wolałem szkło. Było twarde, chłodne. Stabilne.

Plastik można było zmiąć jak kartkę papieru. A ja lubiłem trwałe rzeczy. Na przykład kamyki.

Nie wiem, jak długo siedzieliśmy w naszej budzie. Nie gadaliśmy, tylko patrzyliśmy na kurz, który unosił się za każdym razem, kiedy poklepałem siennik.

Było tak dobrze, że nie miałem ochoty iść do domu, ale Turet powiedział, że musimy. Z początku odmówiłem współpracy, ale kiedy zaczął się denerwować, ustąpiłem.

Ostatecznie jutro też był jakiś dzień.

Moi rodzice wcale się o mnie nie martwili. Nie wiem, czemu wbili sobie do głowy, że przez cały dzień bawię się kamykami. Jakbym nie miał nic lepszego do roboty.

Kamyki. Kiedy wróciliśmy przed blok, sprawdziłem, czy są na swoim miejscu. Były wszystkie.

Bo komu przyszłoby do głowy ukraść zwyczajne szare kamienie, jakich mnóstwo poniewiera się w piaskownicy?

Dobrze, że nikt nie wiedział, jakie mają dla mnie znaczenie. Zebrałem je z ziemi i schowałem do kieszeni.

Pomachałem ręką Turetowi.

A potem wszedłem do klatki. Było ciemno, bo ktoś znowu wykręcił żarówkę, ale znałem te schody na pamięć. Wystarczyło raz je policzyć, a później wszystko szło gładko.

Kiedy pojawiała się nowa żarówka, lubiłem pokonywać stopnie z zamkniętymi oczami, żeby nie wyjść z wprawy. Na wszelki wypadek.

Jak już znalazłem się w domu, to podszedłem do okna i wyjrzałem na podwórko. Na ławce przy piaskownicy siedział Turet i palił papierosa. Mówiłem mu wiele razy, że to nie jest zdrowe, ale chyba do niego nie dotarło.

Widziałem kiedyś zdjęcie płuc palacza i wolałbym, żeby Tureta coś takiego nie spotkało, ale wcale się tym nie przejął. Tylko tyle, że zaczął się przede mną ukrywać.

Pomyślałem, że jeżeli będę spędzał z nim dużo czasu, to będzie go mieć mniej na papierosy.

Najpierw próbowałem sobie tłumaczyć, że Turet chce przestać palić i z tego powodu spędza czas ze mną, ale okazało się, że mnie lubi.

Sam to powiedział.

– Uh-duh-duh, Porszak, równy z ciebie ziomal.

Porszaka wymyślił w rewanżu za Tureta, bo mu się skojarzyło z autem, i wkrótce cała dzielnia – tak nazywał dzielnicę – wołała na mnie Porszak.

Oczywiście moi rodzice musieli się o tym dowiedzieć. Matka się bardzo zdenerwowała, a tata stwierdził, że Turet to sprytnie wymyślił. I kiedy mama nie słyszała, sam się tak do mnie zwracał.

Jeżeli chodzi o mnie, to byłem naprawdę ciekawy, dlaczego i za co Turet mnie polubił. Pewnie miał swoje powody.

A za co ja lubiłem Tureta, to chyba już powiedziałem.

No i oczywiście byłbym zapomniał o Rodos. Gdyby nie Turet, siedziałbym całe lato pod blokiem jak ten pies.

Rozdział drugi

Główną wieczorną atrakcją jest oczywiście stolica wyspy ze średniowieczną starówką.

Zakwaterowanie na Rodos: wyspa ma rozbudowaną ofertę hotelową. Można tu znaleźć zarówno luksusowe apartamenty, jak i sporo tańsze hostele. Planując pobyt większej grupy, warto zainwestować w wynajem domku. Tygodniowy pobyt w czerwcu dla 6 osób to koszt około 7000 zł.

podroze.gazeta.pl

Nasze Rodos było o wiele fajniejsze niż to drugie, prawdziwe. Chociaż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że prawdziwe jest nasze, nie tamto.

Oczywiście przeczytałem wszystko na temat wyspy na Morzu Egejskim, z detalami, i opowiedziałem o tym Turetowi.

– Uh-duh-duh, Porszak, ty masz łeb… – stwierdził.

A potem doszliśmy do wniosku, że nasze Rodos też można byłoby pokazywać turystom. Oczywiście nie to piękne, ze ślicznymi altankami, klombikami i krasnalami, bo to wszystko można było zobaczyć w willowej części miasta.

Prawdziwa egzotyka zaczynała się tam, gdzie kończył się asfalt. Czy tam, gdzie kończyła się cywilizacja.

Sądzę, że gdyby ktoś wymyślił konkurs na najbardziej niesamowity budynek, to w ogródkach należałoby szukać zwycięzców.

Nasza drewniana szopa była najmniej pomysłowa, zwyczajna buda z oknem zabitym kawałkiem dykty i drzwiami zamykanymi już na porządną kłódkę, do której mieliśmy dwa klucze.

Jeden mój, a drugi Tureta.

Kilka metrów od nas stała naprawdę fantastyczna budowla – cała ze starych okien. Niektóre z nich zostały zamalowane, żeby nie było widać, co dzieje się w środku. A działo się coś naprawdę ciekawego.

Właścicielem, a zarazem twórcą tej konstrukcji, był Wuj Kukułka.

Turet wyjaśnił mi, skąd wzięło się to przezwisko. Otóż Wuj Kukułka mniej więcej co godzinę wyglądał ze swego domku, żeby sprawdzić, co się dzieje na Rodos. Tak jak drewniany ptaszek w zegarze.

Kukułka miał swoje powody, aby się rozglądać. Nie chciał, żeby ktokolwiek wszedł do jego domku i zobaczył, co on tam robi.

Ja oczywiście należałem do wybranych, którym wyjaśnił, czym się zajmuje. Otóż zgodnie z tym, czego się dowiedziałem, Kukułka od lat pracował nad eliksirem szczęścia. Nawet pozwolił mi obejrzeć swoje laboratorium. Stała tam niewielka elektryczna fajerka, a na niej bańka po mleku, nad którą wisiały jakieś szklane rurki.

Eliksir kapał do szklanej kolby, a Wuj Kukułka pociągał nosem i z dezaprobatą kręcił głową.

– I jak? – zapytałem.

– Nie to, zupełnie nie to – odparł i kazał mi zwiewać (oczywiście wyraził to trochę inaczej) i nie mówić nikomu, co się tu dzieje.

Bo jeśli, nie daj Boże, ktoś by usłyszał o pracach prowadzonych w jego zaciszu, on, Kukułka, miałby potężne kłopoty.

Obiecałem, że nie pisnę ani słowa. Taki eliksir to poważna rzecz i pewnie było wielu chętnych, aby poznać jego recepturę. Lub przynajmniej ukraść gotowy produkt.

Poza tym, że Wuj Kukułka nie lubił opowiadać o swoich eksperymentach, można było z nim porozmawiać o różnych ciekawych rzeczach. Na przykład o tym, jak za młodych lat polował na pstrągi za pomocą prądu.

Albo jak otworzyć zamek pneumatyczny w samochodzie przeciętą na pół piłką tenisową.

To była ciekawa i przydatna wiedza. Szkoda, że nie spotkałem go wcześniej, bo rok temu tata zatrzasnął sobie kluczyki w samochodzie i musiał wzywać machera. Zapłacił za to stówkę i był bardzo zły, bo akurat planował inne wydatki.

Po drugiej stronie ścieżki rozciągała się posiadłość Szmirabelli. Można byłoby powiedzieć, że podobnie jak jej właścicielka nosiła ślady dawnej świetności, tylko że Szmirabella wyglądała o wiele gorzej niż jej buda.

Z budy przynajmniej nie odpadał brązowy lakier.

Szmirabella jednak nic sobie z tego nie robiła, tylko spędzała cały czas na czytaniu magazynów dla kobiet, które wyciągała z osiedlowego pojemnika na papier.

Niektóre historie – szczególnie te opatrzone tytułem „prawdziwe” albo „z życia wzięte” – odczytywała głośno, często nawet po kilka razy, a potem zaczynała wycierać oczy chustką. Nie pierwszej czystości ona była.

Wyjaśniłem jej, że to droga do zapalenia spojówek, ale kazała mi spadać.

– Uh-duh-duh – powiedział Turet – to nieładnie tak brzydko mówić do małego chłopca.

Tak jakbym nie słyszał gorszych słów od niego samego, ale to inna sprawa. Wracając do Szmirabelli – w budce stała szafa biblioteczna pełna książek, które nazywały się harlekiny. Ogólnie były głupie. Wystarczyło przeczytać jedną, żeby wiedzieć, o czym były inne.

Okładki tych książek zabawnie wyglądały. Panowie w garniturach i panie w nocnych koszulach. To nie pasowało jedno do drugiego.

Turet też nie czytał harlekinów, ale ciągle przynosił Szmirabelli nowe. Podejrzewam, że kradł je w jakimś kiosku, bo przecież nie miał aż tyle pieniędzy.

Wiedziałem, że to nie w porządku, ale Szmirabella nie miała nikogo, kto zrobiłby jej przyjemność. I prócz czytania tej szmiry nie miała nic lepszego do roboty.

Kolejnym ciekawym człowiekiem był Panda. Nazywaliśmy go tak dlatego, że ciągle miał pod oczami ciemne sińce, jakby rozmazał mu się tusz.

Zawsze wyglądał tak, jakby był niewyspany, i nie rozstawał się z niewielką glinianą fajeczką.

Zdaje się, że miał naprawdę dużo pieniędzy, ale z niewiadomych przyczyn trzymał się swojej starej budy, którą starannie zamykał na kilka zamków.

– Uh-duh-duh – ostrzegł mnie pewnego dnia Turet, kiedy próbowałem zajrzeć przez szparę do środka – nawet tam nie podchodź.

To oznaczało, że Panda też jest naukowcem i pracuje nad czymś znacznie ciekawszym niż eliksiry Wuja Kukułki.

Tak czy inaczej, sądząc po opakowaniach po różnych produktach, które Panda wyrzucał do worka na śmieci, byłoby go stać na piękny domek.

„Może po prostu lubi swoją budę” – pomyślałem, kiedy któregoś razu podał mi reklamówkę pełną smakołyków.

Nie były to tanie łakocie z Żabki czy Biedronki, ale prawdziwe frykasy.

– Suszone owoce – wyjaśnił Panda i byłby poklepał mnie po ramieniu, gdyby Turet nie powiedział mu, że tego nie lubię.

To właśnie jeden z problemów, jakie mieli ze mną rodzice. Dotyk. Czy koniecznie trzeba kogoś ściskać i miętosić, aby pokazać mu, że się go lubi? Albo kocha?

Można to powiedzieć albo zrobić coś specjalnego. Albo czegoś nie robić.

Trudno było mi wytłumaczyć rodzicom, że dotyk narusza bańkę mydlaną, w której żyję. A w tej bańce jest wszystko, czego potrzebuję. I to wcale mi nie przeszkadza.

Oprócz Tureta rozumiał to Makmarfi, który prowadził dogoterapię.

Dogoterapia to nic innego, jak leczenie psem. Chodzi o to, żeby się przemóc i dotknąć psa.

Nie potrafiłem zrozumieć, z jakiego powodu miałbym dotykać psa. Nigdy się psów nie bałem. Przechodziły obok mojej bańki, delikatnie ocierając się o jej cienkie ściany, cicho sapały i się śliniły. Ale żeby się z nimi spoufalać?

Po nieudanej dogoterapii Makmarfi powiedział, że lepiej sprawdziłyby się delfiny. Tylko że one wcale nie lubią dotykać ludzi.

 

Tak czy inaczej, Panda zrozumiał, o co chodzi, i więcej nie próbował mnie dotykać.

– Można by to leczyć ziołem – powiedział pewnego dnia, a Turet zaczął się śmiać.

Panda zapalił swoją fajeczkę i poszedł do domku. Było już późno i na Rodos zapalały się maleńkie lampki wbite rzędem między paprociami.

Ale ich światełka były niczym w porównaniu z błękitną poświatą, jaka sączyła się przez szpary w ścianach domu Pandy.

– Uh-duh-duh. – Turet skinął na mnie głową. – Mówię ci, Porszak, tego lepiej nie widzieć. Im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz.

W każdym razie Panda nie wyglądał na kogoś, kto chciałby mnie zamordować.

Wracaliśmy na osiedle główną alejką, mijając te wszystkie kolorowe światełka, krasnale, ławeczki, żeliwne grille, i było nam dobrze.

Wokół latarni krążyły białe ćmy, a od czasu do czasu z mroku wylatywał nietoperz. To był czas, kiedy w miasto ruszali Korweciarze. Sam nie wiem, kto ich tak nazwał. Uzbrojeni w długie tyczki zakończone hakami, zaopatrzeni w wózki zdobyte pod Lidlem, sunęli chodnikiem, zaglądając do koszy na śmieci.

Ciągnął się za nimi nieprzyjemny kwaśny zapach, ale widać im to nie przeszkadzało.

Wyciągali z koszy butelki i puszki, upychali je w reklamówkach i ładowali na wózki. Przechodzący obok ludzie spoglądali na nich z odrazą.

Pomyślałem, że pewnie dlatego wychodzą ze swoich kryjówek wieczorem, ale Turet wyjaśnił mi, że wtedy jest najwięcej puszek i butelek, bo ci przyzwoici ludzie, co się tak na ich widok marszczą, sami zostawiają je w parku.

Ze starej pętli tramwajowej widać było nasze osiedle. O zmierzchu wyglądało pięknie. Te wszystkie świecące w mroku okna, przytłumione głosy ludzi stojących na balkonach.

Małe bloki kuliły się u boku dużych, a na placu zabaw – który od dawna nie był placem zabaw – siedział Klub Za Dużych Gaci.

Członkowie klubu z hałasem jeździli na deskorolkach albo słuchali muzy ze stojącego na ziemi boomboksa.

Niektórych znałem, bo mieszkali na osiedlu, a inni przychodzili z miasta i ku utrapieniu mieszkańców nie chcieli się wynieść.

Lato wyciągnęło nas wszystkich z domów.

Niespotykane upały nie dawały zamknąć okien i wszystko wylewało się na ulicę – rozmowy, awantury, muzyka, telewizja, dźwięki tworzyły monotonny szum, zupełnie jak morze, raz głośniej, raz ciszej.

W te noce spałem przykryty jedynie prześcieradłem, a przez otwarte okno mogłem widzieć gwiazdy.

Wiedziałem, że niektóre z nich są żywe, a inne martwe, że światło gwiazd dociera do ziemi czasami kilkaset lat, że gdyby się tak dobrze zastanowić, to patrzą na nas te same gwiazdy, które widziały bitwę pod Grunwaldem.

Sam nie wiem, czemu przyszedł mi do głowy Grunwald. Może dlatego, że tę datę zapamiętałem dzięki Kukułce, który tworząc swój magiczny eliksir, posługiwał się formułą 1410.

„Jak mu się uda wyprodukować ten eliksir – myślałem – to napijemy się go razem z Turetem i wszystko będzie inaczej”.

Tylko nie byłem do końca przekonany, czy tego naprawdę chcę.

Było dobrze, jak było.

Turet machał rękami, ale z dala ode mnie, wykrzykiwał wszystkie zakazane słowa, a ja żyłem w środku swojej bańki mydlanej.

Mieliśmy Rodos, dom, o którym nie wiedział nikt prócz naszych znajomych, mieliśmy co zjeść, a przede wszystkim mieliśmy spokój.

W ubiegłym roku to byłoby niemożliwe, bo matka bała się, gdy wychodziłem z domu. Cały czas wyglądała przez okno, żeby sprawdzić, czy siedzę i przekładam swoje kamienie, ale w końcu stwierdziła, że mogę pójść na plac zabaw (bo oczywiście nic nie wiedziała o Klubie Za Dużych Gaci), a kiedy Makmarfi powiedział jej, że jego zdaniem jestem odpowiedzialny i bystry, ucieszyła się, że nie musi już obserwować mnie zza firanki.

Trochę się przeraziła, gdy jej powiedziano, że łażę z Turetem, bo on nie miał najlepszej prasy, ale w końcu zgadała się z jego rodzicami i zrozumiała, że się tą chorobą nie zarażę, a przede wszystkim nie chodzę po osiedlu sam.

Jedyne, o co była zła, to o Porszaka, ale, widzicie, Turetowi ktoś powiedział, że mam auto.

Turet, podobnie jak ja, nie bał się, że zarażę go autem, bo to było coś, z czym przyszedłem na świat, a rodzice zorientowali się dopiero wtedy, kiedy zacząłem unikać dotyku i ustawiać wszystko w kolejności od największego do najmniejszego.

Mam wrażenie, że się mnie trochę bali, a udawali, że boją się o mnie.

To nie było w porządku.

A przynajmniej tak powiedział im Makmarfi.

Nie potrafili zrozumieć, że ja po prostu zacząłem porządkować świat.

Nie mogłem pozwolić, aby dokoła mnie panował chaos. W takim bałaganie mogło się wydarzyć dosłownie wszystko.

Cała reszta – przynajmniej według mnie – była okej.