Serce z kamieniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

MONIKA KOMOROWSKA

Fotografie na okładce

© Rados/Shutterstock

© Ivaylo Ivanov/Shutterstock

© Irina Alexandrovna/Shutterstock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ALICJA RUDZKA-SIECZKOWSKA

Korekta

JOANNA RODKIEWICZ

Skład

JAROSŁAW DANIELAK „AD FONTES” AGENCJA WYDAWNICZA

Polish edition © Publicat S.A., Katarzyna Misiołek, MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-8433-8

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2. Rok wcześniej

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Psychiatra. Słowo aż ciężkie od emocji, nasiąknięte stereotypowymi wyobrażeniami surowego mężczyzny w schludnej tweedowej marynarce i ciemnych spodniach. Ale kobieta, która przede mną siedzi, wygląda bardziej jak nauczycielka. Jest ruda, a cudownie „wściekły”, niemal pomarańczowy, odcień jej włosów ciekawie współgra z porcelanowo jasną cerą i dużymi szarymi oczyma, które ukrywa za okularami w ciemnobordowych oprawkach. Nie wiem, ile może mieć lat, ale na pewno jest ode mnie starsza. Na oko daję jej trzydzieści pięć, może trzydzieści siedem... Siedzi prosto, w niemal wystudiowanej pozie, niczym telewizyjna dziennikarka w jednym z programów na żywo. Noga na nogę, dłonie splecione na jednym z kolan, nieruchome. To ja sporo gestykuluję, jestem niespokojna, podminowana. Ona tkwi zastygła w swoim profesjonalnym, chłodnym skupieniu. Ocenia mnie, jak wszyscy inni dookoła. Wiem to, czuję, wmawiam sobie! Ocenia mnie surowo i pewnie myśli, że to prawda.

Jestem złą matką.

Jestem potworem.

Powiedziałam jej, że nie mam pewności, czy zrobiłam to celowo, ale ona nadal mi nie wierzy...

– Opowiedz mi jeszcze raz o tamtej nocy, Weroniko – prosi. – Twój mąż podejrzewa, że działałaś z premedytacją. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Zwraca się do mnie tak oficjalnie, podkreśla dzielący nas dystans. Ona – elegancka, wzięta specjalistka od depresji i ja – roztrzęsiona, zamknięta w sobie, niewierząca, że cały ten koszmar dzieje się naprawdę.

Masz serce z kamienia, suko!, maila o tej treści dostałam dziś rano na moje służbowe konto. A przecież nie był pierwszy... Od jakiegoś czasu opluwają mnie wszyscy. Moja historia jest jedną z głośniejszych spraw ostatnich lat. Media rozdmuchały ją do niewiarygodnych wręcz rozmiarów i nie chcą dać mi spokoju. Zła matka. Suka. Wywłoka. Kobieta, która nie zasługuje na życie. Mnóstwo złych słów padło pod moim adresem, tyle obelg, wyzwisk, przekleństw... Pogróżki znajduję w skrzynce na listy, na internetowej poczcie i w telefonie. Bliscy chcą mnie od tego odciąć. Proszą, żebym przestała sprawdzać wiadomości, ale ja nie chcę zrezygnować z mojego życia! Nie stchórzę! Nie schowam się w mysią dziurę, nie poddam! Mogą się na mnie gapić, opluwać mnie, lżyć, a ja wiem, że nie jestem niczemu winna! Nie jestem!

A może jednak?

– Weroniko? – Lekarka wbija we mnie chłodne spojrzenie, w którym nie widzę nawet przebłysku współczucia.

Jest jedną z tych, którzy nie dopuszczają do siebie uczuć, nie spoufalają się z pacjentami. Zresztą, czy którykolwiek psychiatra to robi? Dla niej jestem jedynie jednym z przypadków, które starannie kataloguje w swoich przepastnych zbiorach. Weronika Szeffler-Wojnarowska. Trzydzieści dwa lata, matka, żona, blogerka. Trafiłam tu po tym, jak niemal zabiłam mojego kilkumiesięcznego synka, ale nie rozumiem, czego ona ode mnie oczekuje. „Przecież to był wypadek!”, myślę sobie, wbijając paznokcie w dłoń tak boleśnie, że przebijam skórę, tworząc na niej podbiegłe krwią półksiężyce.

– To był wypadek – mówię cicho, a przed oczyma przewijają mi się ponure urywki wspomnień z tamtej zimnej październikowej nocy.

Śnieg, wszędzie śnieg. Ziąb, mój ochrypły krzyk i nieustający płacz dziecka. Synek zawodził tak rozdzierająco, a ja, jak zresztą prawie zawsze, nie potrafiłam go utulić. Chciałam tylko, by przestał płakać, przecież nie miałam zamiaru... O Boże... Nagle robi mi się tak niedobrze, że zginam się wpół i spazmatycznie łapię oddech.

Lekarka przygląda mi się w milczeniu, czeka, aż dojdę do siebie i opanuję emocje.

– To był wypadek – powtarzam łamiącym się głosem, kiedy już mijają mi nagły zawrót głowy i bolesny skurcz żołądka.

– Wcześniej mówiłaś coś innego – przypomina mi doktor Różańska.

– Nie pamiętam...

– Posłuchaj, jeśli mam ci pomóc...

– Mogę już iść? Nie rozumiem, dlaczego tu jestem... Dlaczego to tyle trwa? Czy naprawdę nie potrafi pani zrozumieć, że to był wypadek?! – pytam. – Nie przedstawiono mi żadnych zarzutów!

 

Czuję, że płoną mi policzki i jestem na siebie wściekła! Dlaczego, do cholery, nie potrafię nad sobą zapanować?! Ilona Różańska obserwuje mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Jedynym jej ruchem jest delikatne kołysanie obutej w elegancką beżową szpilkę stopy.

– Nie rozumiem, czego pani ode mnie chce – dodaję, chociaż może nie powinnam już nic mówić.

– Nie rozumiesz, czego od ciebie chcę? – Lekarka wygląda na zdziwioną. Jej starannie wymodelowane brwi w jednej chwili podjeżdżają w górę w wyrazie skrajnego zdumienia.

– Nie rozumiem – powtarzam. – Przecież wszystko idzie dobrze! Radzę sobie, panuję nad wszystkim, Wiktor sporo mi teraz pomaga, a dzieci...

– Czyli uważasz, że twoi bliscy na nowo mogą ci zaufać? – Ilona Różańska na moment zdejmuje okulary i przeciera ich szkła miękką irchową szmatką w kolorze miętowej zieleni.

W podobnym odcieniu jest obicie przepastnego fotela, w którym umościła się terapeutka, i kolor tapety w jej gabinecie, a ja zdaję sobie sprawę, że siedząca przede mną kobieta jest taką samą perfekcjonistką jak ja. Wszystko zawsze musi być idealne, bez względu na ogrom czasu i energii, jakie trzeba w to włożyć! Wszystko dopracowane w każdym najdrobniejszym szczególe...

– Weroniko? Czy uważasz, że...

– Tak! Oczywiście! – mówię nieco zbyt głośno, jakbym samym brzmieniem głosu chciała ją przekonać, że możemy zakończyć terapię, chociaż doskonale wiem, że na to jest jeszcze o wiele za wcześnie...

Widzę przecież, jak ostatnio patrzy na mnie mąż. W jego oczach dostrzegam nieufność połączoną ze strachem. „Boi się mnie czy boi się o mnie?”, zastanawiam się czasem, kiedy bezsennie leżę u jego boku. A może jedno i drugie?

– Obawiam się, że jestem innego zdania – stwierdza lekarka.

W tym momencie tak bardzo jej nienawidzę, że na samą myśl o tym kurczowo zaciskam dłonie na podłokietnikach fotela.

Nie chcę dłużej tu przychodzić! Nie cierpię tego przestronnego, pełnego książek gabinetu o zielonych ścianach i równie zielonych roletach. Zieleń uspokaja, niweluje emocje. Czytałam o tym gdzieś, a może ktoś mi powiedział? Na mnie w każdym razie nie działa kojąco... Na szerokim parapecie drzemie spasiony, pręgowany kot. Bardzo często bywa tutaj podczas sesji. Kiedy przyszłam tu pierwszy raz, lekarka zapytała, czy nie mam nic przeciwko jego obecności. Powiedziałam, że nie, więc został. Jednak teraz nienawidzę nawet widoku tego pięknego, dużego kocura. „Mam ochotę cisnąć w niego jedną z leżących na niskiej ławie książek”, myślę i niemal parskam śmiechem, wyobrażając sobie reakcję terapeutki.

– Weroniko? Wiesz, że nie zakończymy terapii, dopóki nie przyznasz, że być może zrobiłaś to celowo. – Różańska z powrotem nakłada okulary i nachyla się w moją stronę. – Wtedy, tamtej nocy, powiedziałaś mężowi, że chciałaś...

– Nie pamiętam, co wtedy mówiłam! Byłam w szoku, nie rozumie pani?! – Zrywam się z przestronnego pikowanego fotela, w którym niemal tonę. – Możemy na dziś skończyć?! – pytam.

Drży mi prawa powieka. Irytujący tik, który odzywa się w chwilach skrajnego wzburzenia, czy tylko brak magnezu?

– Zostało nam jeszcze siedemnaście minut. – Lekarka spogląda na wiszący nad drzwiami zegar i przekręca na palcu wąską złotą obrączkę, a ja przez dłuższą chwilę zastanawiam się, jak wygląda jej życie.

To prawdziwe, prywatne. To, które ukrywa daleko od tego gabinetu przed wzrokiem takich jak ja. „Ona też na pewno czuje się oceniana”, myślę. Ale jaka jest naprawdę, poza tym miejscem? Zostawia na kuchennym blacie kubki z niedopitą kawą? Włosy w odpływie wanny? Brudne rajstopy na podłodze sypialni? Wygląda na pedantkę, ale może to tylko maska... Wykłóca się z mężem czy trwają w na pozór idealnym, wyważonym związku? Jednym z tych, na których nigdy nie pojawiają się drobne rysy, dopóki coś na dobre nie pęknie i brutalnie nie przełamie ich więzi na pół. Wścieka się na dzieci? Wyprowadza rano psa? Zaspana, w modnym dresie, ze styropianowym kubkiem kawy w dłoni. A może lubi zrzucać obowiązki na innych domowników? I, co najważniejsze, czy jest szczęśliwa? I czy psychiatrzy w przeciwieństwie do nas, zwykłych śmiertelników, posiadają receptę na szczęście? Czytałam kiedyś, że odsetek samobójstw w tej profesji jest bardzo wysoki, ale czy ona również jest pogubiona i tylko dobrze udaje pewną siebie profesjonalistkę? Kim jest jej mąż? Czy ma dzieci?

Ostatnie pytanie zadaję na głos.

– Przykro mi, ale nie rozmawiamy tutaj o mnie – ucina dyskusję doktor Różańska.

– Obustronne zaufanie, co? – rzucam kąśliwym tonem.

Uśmiecha się lekko, ale nie mówi już nic.

– Nie wiem dlaczego, ale ostatnio mam wrażenie, że wpędza mnie pani w poczucie winy – zarzucam jej, wracając do naszej wcześniejszej rozmowy.

– To niedorzeczne! – obrusza się lekarka. – Depresja poporodowa, a w twoim przypadku być może mówimy nawet o czymś więcej, to choroba, której nie powinnaś się wstydzić. Nie wpędzam cię w poczucie winy. Chcę tylko, żebyś odblokowała swoje uczucia, przyznała, że wtedy, pogrążona w skrajnej rozpaczy, targana emocjami, mogłaś to zrobić celowo. Co nie znaczy, że powinnaś się czuć winna, bo to niczemu nie służy. Jesteś chora, Weroniko, a ja tylko chcę ci pomóc. Farmakoterapia i nasze rozmowy świetnie ze sobą współgrają. Ale i ty musisz pomóc mnie, rozumiesz? – pyta.

Jej głos jest łagodny, ale wyczuwam w nim nie do końca idealne aktorstwo. Mówi jak do małego dziecka, które trzeba skarcić dla jego dobra...

– Jak można działać celowo, ledwo wiedząc, co się z człowiekiem dzieje? Zdaje sobie pani sprawę, w jakim wtedy byłam stanie, prawda? Potrafi sobie pani wyobrazić, co się tamtej nocy działo w mojej głowie? – wyrzucam z siebie.

– Usiądź, mamy jeszcze czas – prosi lekarka.

Nie odpowiadam.

Wstaję, wygładzam grubą wełnianą spódnicę i sięgam po moją torebkę.

Przez twarz Ilony Różańskiej przebiega ledwie zauważalny grymas poirytowania, który kobieta szybko maskuje tym swoim balsamicznym, profesjonalnym uśmiechem. Wiem, że usiłuje mi pomóc, ale nie potrafię do końca się przed nią otworzyć. Jest w niej coś sztucznego, co wyjątkowo mnie drażni.

– Rozumiem, jednak na dziś skończyłyśmy... Do wtorku w takim razie. I postaraj się nie odwoływać wizyty jak ostatnio. – Lekarka wstaje i odprowadza mnie do poczekalni, ale nie podaje mi ręki na pożegnanie.

Opiera się jedynie o pomalowaną na ciemnobeżowo ścianę i czeka, aż przywołam windę. Na jej nadgarstku połyskuje srebrna bransoletka o charakterystycznym splocie. „Niemal identyczną chciałam sobie kupić na dzień przed tamtą nocą”, przypominam sobie i znowu cała się rozsypuję. „Boże, to się nie dzieje naprawdę. To nie może być moje życie”, myślę, wsiadając do kabiny. W windzie pachnie męską wodą kolońską o orientalnej nucie. Opieram się o ścianę i na moment zamykam oczy. „Masz serce z kamienia, suko!”, kołacze mi się po głowie i zdaję sobie sprawę, że płaczę. „Kurwa!”, klnę w duchu, szukając w torebce chusteczek. Łzy płyną nieprzerwanie, nagle nie mam kontroli nad emocjami. Może dlatego, że tak usilnie starałam się ich nie okazywać w obecności przyglądającej mi się bacznie lekarki? Zerkam w lustro i poślinionym palcem usiłuję zetrzeć smugę rozmazanego pod lewym okiem tuszu. Wyglądam strasznie. Niewyspana, z podkrążonymi oczyma i włosami niestarannie spiętymi w króciutki kucyk. I jeszcze ta pustka w oczach... Emocje kłębią się we mnie nieprzerwanie, jednak twarz mam ściągniętą i bez wyrazu. Przypomina upiorną maskę.

Kiedy wychodzę na zewnątrz, sypie śnieg. Ciężkie, mokre płatki wirują w świetle ulicznej latarni jak tamtej nocy w październiku, dwa miesiące temu. Wspomnienia ponownie wracają, ale szybko je odpędzam. Nie chcę o tym myśleć, nie potrafię! Uliczka jest pusta. Po obu jej stronach w równych, niemal pedantycznych rzędach, stoją starannie odrestaurowane kamienice z pastelowymi fasadami, w kilku oknach pojawiły się już roziskrzone dziesiątkami światełek choinki, a do mnie dopiero teraz dociera, że za kilka dni Boże Narodzenie. Pośrodku niewielkiego ronda samotnie tkwi piękna, kamienna fontanna. Wokół niej ławki, na których latem lubią siadać starsi ludzie. Kiedyś marzyłam, żeby zamieszkać w tej okolicy. Namawiałam Wiktora na kupno apartamentu po drugiej stronie rozległego miejskiego parku. Teraz marzę tylko o tym, żeby przeżyć kolejny dzień, tydzień, miesiąc. Żeby radzić sobie z życiem, które nagle wymknęło mi się spod kontroli. Kiedyś było moje, starannie wyreżyserowane, wymarzone...

„Czyje jest teraz?”, zastanawiam się, wsiadając do stojącej na postoju taryfy.

W naszym mieszkaniu czeka na mnie teściowa. Odbiera ode mnie płaszcz, przytula. Pachnie ciężkimi i zapewne drogimi perfumami, sili się na serdeczność, chociaż przecież jeszcze nie tak dawno z trudem mnie tolerowała...

– Zrobiłam wam rosół i nastawiłam pralkę – mówi chełpliwym tonem, jakby ugotowanie gara bulionu dla najbliższej rodziny było nie lada wyczynem.

Pięcioletnie bliźniaczki gonią się po salonie. Ich przeraźliwe piski dosłownie wdzierają mi się pod czaszkę, wibrują pod nią, kłując tysiącem drobnych igiełek. Nagle córki wydają mi się irytująco infantylne, nadmiernie absorbujące. Stoję w korytarzu, starając się skupić na oddechu, wyciszyć. Chciałabym móc otulić się niewidzialną zbroją, osłonić przed dziecięcym wrzaskiem, schować się w jakiś dźwiękoszczelny pancerz, w którym mogłabym odpocząć od świata, ale świat nie daje mi o sobie zapomnieć...

– Mamaaaa! – Pierwsza rzuca się w moją stronę Kornelia.

Natalia biegnie tuż za siostrą, z nową szmacianą lalką w ręku, uczesana przez babcię w dwa misternie zaplecione warkocze.

Ściągam buty, usiłując nie stracić równowagi, kiedy obie dziewczynki dosłownie się na mnie wieszają.

Teściowa obserwuje mnie z końca korytarza, nie spuszcza ze mnie wzroku. Jej czujność sprawia, że jeszcze bardziej się spinam. Gapi się na mnie tak otwarcie, irytująco. Sam zbyt intensywny zapach jej perfum przyprawia mnie o mdłości... Chcę powiedzieć coś złośliwego, mam to niemal na końcu języka, ale wiem, że to byłoby zbyt podłe. Ostatnio matka Wiktora naprawdę sporo mi pomaga. Mąż również znacznie częściej bywa w domu i angażuje się we wszelkie domowe prace, ale nawet pomimo ich poświęcenia nie potrafię czuć wdzięczności. Teraz tu są, wspierają mnie – życzliwi, pomocni i współczujący. „Ale gdzie byli wtedy, dwa miesiące temu, kiedy dosłownie balansowałam na krawędzi emocjonalnej przepaści?”, zastanawiam się, biorąc od Kornelii rysunek fioletowego kota.

– Piękny, córciu – chwalę ją. – Piękny – mówię, a dziewczynka promienieje z zadowolenia.

Ostatnio bliźniaczki zaciekle walczą o moją uwagę, robią wszystko, żebym je dostrzegła. Zazdrosne o nowe dziecko w rodzinie, nie potrafią się odnaleźć w tej sytuacji. Jeszcze niedawno byłyśmy we trzy. Wiktor, ciągle nieobecny, przewijał się zazwyczaj gdzieś w tle i córki miały mnie tylko dla siebie. Teraz jednak widzą, że matka im się wymyka, oddala...

– Poczytasz mi? – Natalia szarpie mnie za rękaw i ciągnie w stronę salonu. – Mamoooo, chodź! – ponagla.

Czuję, że zaczyna mnie boleć głowa, pulsowanie w skroniach nasila się, odkąd przekroczyłam próg mieszkania. Jednak, pomimo fatalnego samopoczucia, posłusznie idę za córką. „Masz serce z kamienia, suko!”, po raz kolejny tego dnia przypominam sobie treść znalezionego rano maila i czuję, że pod powiekami wzbierają mi łzy.

„Nie jestem złym człowiekiem”, stwierdzam. A przynajmniej nie gorszym niż większość ludzi...

Córka wkłada mi do ręki swoją ulubioną książeczkę, wkopuje pod ławę kapcie-tygryski i zasiada na sofie w salonie. Jej siostra przez chwilę się dąsa, niezadowolona, że to nie ona wybrała lekturę, w końcu jednak siada obok bliźniaczki i obie wyczekująco się we mnie wpatrują. Zaczynam czytać, z trudem skupiając się na treści książki, którą znam na pamięć. Mały śpi. W mieszkaniu panuje niczym niezmącona błoga cisza, a jednak nerwowo nasłuchuję, jakbym się spodziewała, że lada moment synek wybuchnie płaczem i będę musiała do niego biec.

Wiktor wraca pół godziny później. Ma lodowato zimne wargi i równie zimne ręce. Całuje mnie w policzek, a ja czuję się tak, jakby witał się z nielubianą krewną, a nie z ukochaną żoną.

– Jak terapia? – pyta. – Byłaś dzisiaj?

Odkładam na bok dziecięcą książeczkę, którą wciąż trzymam w ręku, i wstaję.

– Nie lubię tej lekarki – mówię, a na szczupłej twarzy męża pojawia się grymas złości, nad którą z trudem panuje.

Jego nagłe, gwałtowne wybuchy gniewu znoszę od lat, muszę jednak przyznać, że od czasu wypadku stara się nad sobą panować. Chyba sporo go to kosztuje, ale udaje mu się. Mruży oczy i zaciska usta, jednak nie uderza pięścią w ścianę, jak robił to dawniej w chwilach poirytowania.

 

– Weronika, proszę cię, nie zaczynaj! – nalega.

Ma zmęczony głos i głębokie cienie pod oczyma. Ostatnio to on wstaje nocami do dzieci, ale nie czuję z tego powodu wyrzutów, wręcz przeciwnie. „Czemu to zawsze muszę być ja?”, stwierdzam z jakąś mściwą, dogłębną satysfakcją.

– Wpędza mnie w poczucie winy, mam wrażenie, że mnie ocenia! Jest zimna, sukowata, a ja... – łamie mi się głos i urywam w pół zdania.

– Znajdziemy ci innego terapeutę. Najważniejsze, żebyś regularnie brała leki. – Niespodziewanie z pomocą przychodzi mi teściowa.

Zjawiła się w salonie bezszelestnie. Ostatnio stale się tak czai.

– To nie ma sensu! – protestuje mój mąż. – Przecież...

– Wiktor, przestań! – Matka wchodzi mu w słowo i posyła surowe spojrzenie. – Zaufanie do lekarki to podstawa. Jeśli Weronika źle się czuje w jej gabinecie, poszukamy kogoś innego.

– I co?! Znowu będzie to wszystko wałkować z kimś innym?! – pyta Wiktor ostrym głosem.

Widzę, że jest wściekły. Pulsuje mu żyłka na skroni, zaciśnięte w pięści dłonie świadczą o skrajnym wzburzeniu. Ale, co dla mnie zaskakujące i nieco przerażające, jego podminowanie sprawia mi niekłamaną przyjemność. Zupełnie jakbym chciała, żeby i on cierpiał, żebyśmy wspólnie ponieśli konsekwencje naszych małżeńskich wyborów. A może powinnam powiedzieć: naszej wpadki?

– To jest jakaś farsa! Wałkowanie w kółko tego samego, zamiast skupić się na postępach w terapii! – rzuca przez zęby i niecierpliwym ruchem poluzowuje prążkowany jedwabny krawat, który dostał ode mnie na jedną z rocznic naszego ślubu.

– Wałkować?! Tak o tym myślisz?! – wybucham.

Kornelia, która przysłuchuje się nam oparta o framugę drzwi, nagle zaczyna płakać, a mnie ogarnia kolejna fala mdłości. „Nienawidzę mojego życia”, myślę, kiedy mąż bierze córkę na ręce i szepce jej coś na ucho. Nienawidzę tego mieszkania i tego klaustrofobicznego poczucia uwięzienia w czterech ścianach, ale przecież nie mam dokąd uciec...

Jestem żoną, jestem matką.

A matka powinna, matka musi.

– Dobrze się czujesz? – pyta teściowa.

I znowu ten jej nachalny, uporczywy wzrok bazyliszka, od którego aż mnie skręca...

– Tak – kłamię, wymijam ją i zamykam się w łazience.

Odkręcając kran nad umywalką, nie patrzę w zawieszone nad nią lustro. Za bardzo boję się tej bezbrzeżnej pustki, jaka ostatnio wyziera z moich oczu. Myjąc ręce, staram się opanować ich drżenie, jakbym samą siłą woli chciała ujarzmić własne ciało, ale trzęsą się dalej, cała się trzęsę... Siadam na wannie i usiłuję sobie wyobrazić, że jestem kimś innym, zupełnie gdzieś indziej. Ale mój świat jest tuż obok, nie pozwala mi odejść.

– Weronika?! – Wiktor łomocze do drzwi.

Mocno, bezkompromisowo, pięściami.

– Wyjdź stamtąd! Chcę pogadać! – krzyczy.

Czuję, że rozmowa to tylko wymówka. On po prostu się o mnie boi, chce mnie mieć na oku. A może wcale nie boi się o mnie? Może bardziej przeraża go wizja zostania wdowcem z trójką małych dzieci niż strach o moje bezpieczeństwo? Ostatnio przeczytał w sieci, że w skrajnych wypadkach kobiety cierpiące na depresję poporodową mogą próbować targnąć się na swoje życie. Swoje lub dzieci. I teraz mnie pilnuje. Zresztą pilnują mnie wszyscy. On, jego matka, Kinga, gosposia, która wpada do nas na kilka godzin dziennie. Tak, poświęcają mi ostatnio sporo uwagi. Chyba powinnam być wdzięczna, ale czuję tylko poirytowanie. Drażni mnie ich obecność.

Teraz tu są, ale gdzie byli kilka miesięcy wcześniej?

Wstaję, sięgam po opakowanie przepisanych mi przez moją lekarkę pigułek i przez dłuższą chwilę obracam je w palcach. Selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny, magiczna receptura, która ma sprawić, że od nowa odnajdę radość życia i poradzę sobie z rolą matki. Brzmi niedorzecznie, a jednak ponoć działa. Mogę nawet karmić piersią, bo łagodne skutki uboczne występują jedynie u co trzeciego dziecka – przypominam sobie słowa doktor Różańskiej i wyjmuję jedną z tabletek. Już kilka tygodni temu powinnam zacząć je zażywać, a jednak wciąż nie potrafię się zdecydować, żeby wziąć pierwszą dawkę. Boję się tylu rzeczy... Że mi nie pomogą, a ja nadal będę kompletnie bezradna w roli matki. Że skutki uboczne okażą się znacznie poważniejsze, niż mówi ulotka. Że przyzwyczaję się do sztucznie polukrowanego, przesłodzonego świata farmaceutyków, który tylko namiesza mi w głowie. „A najbardziej boję się tego, że rozpoczynając leczenie, będę kimś w rodzaju psychiatrycznej pacjentki, której pilnują mąż, teściowa, gosposia i każdy, kto zna moją historię”, myślę. Po chwili wahania wyrzucam pigułkę do muszli i spuszczam wodę. Robię tak od kilku tygodni, okłamuję wszystkich, nawet siebie samą. Wiktor co wieczór liczy pozostałe tabletki, podsłuchałam, jak mówi o tym matce. Chce być pewny, że je zażywam. „Jednak jest przecież tyle przeróżnych sposobów, aby go oszukać”, stwierdzam z mściwą satysfakcją.

– Weronika, wpuść mnie! – krzyczy mój mąż, szarpiąc za klamkę.

– Nie wrzeszcz tak! Ma przecież prawo wejść do łazienki. – Teraz do akcji wkracza teściowa.

Wychodzę stamtąd lekko uśmiechnięta, udając spokój, chociaż w środku cała się trzęsę.

Dziewczynki znowu piszczą, przepychają się wokół stołu, dokazują. Zaciskam usta i idę do pokoju syna. Leży w łóżeczku, ubrany w niebieskie śpiochy, które przysłała mu z Kanady moja mama. Patrzę na niego, chyba po raz tysięczny usiłując coś do niego poczuć. Miłość, wdzięczność, rozczulenie, cokolwiek. Wtedy jego buzia wykrzywia się w brzydkim grymasie i mały zaczyna płakać, a mnie dosłownie przewraca się żołądek, kiedy myślę, że wieczorem będę się musiała nim zająć, bo Wiktor wychodzi, a teściowa wraca do siebie.

– Odpocznij, ponoszę go – mówi matka męża, bezszelestnie zjawiając się za moimi plecami.

– Dzięki, mamo – odpowiadam, chociaż rzadko zwracam się do niej w ten sposób.

W kuchni, robiąc sobie kanapkę, myślę o pigułkach. Ta, którą spuściłam w toalecie, już mi nie pomoże, ale nadal mam ich cały zapas. Waham się jeszcze przez dłuższą chwilę. Strach nie odpuszcza, a mnie chodzi po głowie tyle różnych pytań. Kiedy będę mogła je odstawić? Czy ta terapia w ogóle coś mi da? I co z prowadzeniem samochodu? Nie pamiętam, żeby doktor Różańska coś o tym mówiła. „Może powinnam jeszcze raz przeczytać ulotkę? Ale czy to jest teraz najważniejsze?”, biję się z myślami.

W łazience są dziewczynki. Wiktor właśnie nastawia pralkę, one cieszą się obecnością ojca. Myśl, że mąż w końcu zaczął mi pomagać w ogarnianiu uciążliwych domowych obowiązków, jest naprawdę kojąca. Uchylam drzwi, podchodzę do umywalki i wyjmuję z apteczki zapisane mi przez lekarkę antydepresanty.

– Muszę zażyć – tłumaczę, a Wiktor odkłada trzymany w ręku płyn do zmiękczania tkanin i całuje mnie w szyję.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że zdecydowałaś się na tę terapię – mówi, naiwnie wierząc, że leczenie jest w toku.

Uśmiecham się blado, samymi kącikami ust, i na jego oczach wyjmuję z opakowania kolejną tego dnia tabletkę. „Bez względu na wszystkie moje wątpliwości muszę zacząć je brać”, postanawiam. Po tym, co się stało tamtej październikowej nocy, nie mogę dłużej chować głowy w piasek. Prawie zabiłam moje kilkumiesięczne dziecko. I wiem, że choćbym nie wiem jak tego pragnęła, sama sobie z tym wszystkim nie poradzę...