Kryształowe motyleTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Projekt okładki

MONIKA KOMOROWSKA

Fotografie na okładce

© ALEKSANDR KURGANOV/Shutterstock

© NATALIA YANKELEVICH/Shutterstock

© ALTED STUDIO/Shutterstock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

IWONA HUCHLA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-8372-0

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

1

2. ANNA

3. IZABELA

4. ELŻBIETA

5. ANNA, ELŻBIETA, IZABELA

6. ANNA

7. IZABELA

8. ELŻBIETA

9. ANNA I ELŻBIETA

10. ANNA

11. IZABELA

12. ELŻBIETA

13. ANNA, IZABELA, ELŻBIETA

14. ANNA

15. IZABELA

16. ELŻBIETA

17. ANNA

18. ANNA, ELŻBIETA

19. IZABELA

20. ANNA, ELŻBIETA

1

Na most weszła, drżąc z zimna. Most, którego drugiego krańca nigdy nie miała dotknąć stopami w beżowych balerinach... Noc była chłodna i wilgotna. Miasto pogrążone w chwilowym zastoju nadal spało. Świtało, jednak mrok wygrywał jeszcze ze światłem dnia. Dzwoniły jej zęby; nie wiedziała, czy bardziej z zimna, czy ze strachu. Chociaż nie, niczego się już nie bała. Czy mogło ją spotkać coś gorszego od tego, co przytrafiło jej się ostatnio? Gdzieś niedaleko przejechał ambulans. Jego sygnał odbił się od ścian pobliskich kamienic, oddalił i ucichł. Pomyślała, że jeszcze może zmienić zdanie. Że wystarczy się zatrzymać, kurczowo zacisnąć palce na zimnej, metalowej barierce i zmusić ciało do uległości. Problem polegał na tym, że tam, gdzie miałaby wrócić, nic już na nią nie czekało... Przygryzła wargi, w ustach poczuła żelazisty posmak krwi. Silny podmuch wiatru wślizgnął się pod jej zbyt cienki, krótki płaszczyk. Noc. Nocą budziły się wszystkie dręczące ją demony. Noc raz za razem okazywała się niemal nie do przejścia. Zbyt długa, zbyt zimna, zbyt samotna. Czwarta czterdzieści dziewięć nad ranem, jej ostatnia godzina. Oparła się o barierkę i zerknęła w dół. Toń była ciemna, złowroga. Zakręciło jej się w głowie. Gwiazdy gasły gdzieś na niebie, a ona żegnała się ze światem, którego od dawna nie potrafiła znieść. Zacisnęła dłonie na barierce i na moment zamknęła oczy. Topielców znajduje się zazwyczaj z szeroko otwartymi oczyma – wyczytała gdzieś w sieci. Nie, nie bała się śmierci, przerażało ją widmo bólu. Wiedziała, że przy skokach z dużej wysokości woda jest twarda jak beton, ale tu nie było aż tak wysoko. Oglądała kiedyś dokument o ludziach skaczących z mostu Golden Gate. Niektórzy przez dłuższy czas kręcili się po nim, niepewnie zerkając w dół, na wodę. Inni wdrapywali się na barierkę i skakali bez chwili wahania, jakby zaprogramowała ich jakaś złowroga, zdalnie sterowana siła. Pochyliła się. Wiatr targał jej włosy, pieścił twarz. Zdała sobie sprawę, że zwleka, jakby jeszcze czekała, aż ktoś nadejdzie z pomocą. Niektórzy mają szczęście. Niektórym ktoś podaje rękę. Jej nikt nie powstrzymał, znikąd nie nadeszła odsiecz. Być może nawet Anioł Stróż bezradnie odwraca wzrok, kiedy pragnienie śmierci jest tak przemożne, że odbiera oddech, wypala trzewia, urasta do rozmiarów obsesji? Zresztą czy po tym, co się stało, mogła liczyć na czyjąkolwiek pomoc? Przechyliła się i przełożyła nogę przez barierkę. Drżały jej kolana, adrenalina szumiała w uszach, wspomnienia podsuwały wizje ukochanych twarzy. Po drugiej stronie metalowej siatki na moment straciła równowagę. Noga obsunęła jej się na wąskim betonowym gzymsie, a jeden z butów z pluskiem wpadł do wody. Skoczyła w ciszy, niema i obojętna na swój los. Woda przyjęła ją z otwartymi ramionami, otuliła żałobnym całunem śmierci, litościwie zasklepiła nad jej głową cicho szemrzącą toń. Mężczyzna, który wszedł na most jakieś dwie minuty później, nie miał pojęcia, że w nurcie wezbranej po niedawnych ulewach rzeki tonie właśnie kobieta, która wolała umrzeć, niż dalej znosić to, co przyniosło jej życie. Niedopałek, który wyrzucił przez barierkę, wpadł do rzeki kilka metrów od miejsca, gdzie samobójczyni zapadła się w wartki nurt Wisły. Znajdą ją dopiero dwa tygodnie później i kilka kilometrów dalej; napuchniętą, nie do poznania. Ale o tym przecież tamtej nocy nie wiedziała, samotnie wchodząc na most...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

2

ANNA

Anna weszła na most i kuląc się z zimna, przyspieszyła kroku. Ludzie mijali ją obojętnie, zajęci sobą. Część przechodniów miała wymalowaną na twarzy wielkopiątkową zadumę; inni głośno się śmiali, przeklinali i przepychali się na wąskim chodniku odgrodzonym od jezdni niską, pomalowaną na zielono barierką. Lubiła tę część miasta. Kojarzyła jej się z dzieciństwem i spacerami w towarzystwie dziadka, który w każdą niedzielę zabierał ją do pobliskiej kawiarni na olbrzymi kawałek czekoladowego tortu.

Była na rogu Radomskiej i Orzechowej, kiedy w jej torebce rozdzwoniła się komórka. Zerknęła na wyświetlacz. Matka. Anna skrzywiła się bezwiednie i schowała telefon z powrotem do torebki. Niech dzwoni, ile chce, w końcu da sobie spokój – pomyślała. Z kościoła przy placu Świętego Ducha wyszło kilka osób z zapalonymi lampionami i kobieta przypomniała sobie o drodze krzyżowej, która za jakiś kwadrans miała ruszyć w stronę centrum. Przechodząc obok głównego wejścia do świątyni, poczuła ulotny zapach kadzidła i pod powiekami zapiekły ją łzy. Wiele by dała, żeby wejść do środka, uklęknąć i zawierzyć życie komuś, komu można bezgranicznie zaufać. Problem polegał na tym, że nie wierzyła już w żadną boską opiekę, nie ufała nikomu poza sobą. Kiedyś była żarliwie, niemal fanatycznie wierząca. Co niedzielę chodziła do kościoła z matką, czasem z siostrami. Ale to było dawno, w zupełnie innym życiu...

Nad Wisłą mocno wiało. Zeszła po szerokich betonowych schodach z ukruszonymi stopniami i ruszyła w stronę zakola rzeki. Było dość odludnie, ale nie przeszkadzało jej to. Zawsze czuła się bezpiecznie w swoim rodzinnym mieście. Może dlatego, że nigdy nie przytrafiło jej się tu nic złego. Przynajmniej nie na ulicy...

Mijała jedną z ławek, kiedy siedząca na niej para zaczęła się kłócić, wyjątkowo szpetnie bluzgając.

– Bo ty zwykła kurwa jesteś, Iwonka, taka prawda! – wrzasnął mężczyzna, podnosząc się z ławki i zataczając pod nadjeżdżający rower.

 

– Uważaj, człowieku! – upomniał go rowerzysta, w ostatnim momencie omijając przeszkodę.

– A weź, spierdalaj! – odburknął pijak.

Anna przyspieszyła kroku. W jej torebce ponownie odezwała się komórka, ale tym razem też ją zignorowała.

– Ty, lalka, masz dychę? – Podpity koleś, który przed momentem wyzywał swoją dziewczynę, dogonił ją tuż przy zejściu na niewielką piaszczystą plażę. – Dychę masz, pytam? – powtórzył.

Nie odpowiedziała.

Nie patrząc mu w oczy, wyminęła go na wąskim chodniku i zbiegła na pełen śmieci i puszek cypel nad wodą.

– Kurwa twoja mać! – rzucił za nią oprych.

A żebyś wiedział – pomyślała, krzywo się uśmiechając.

Piasek był mokry, od rzeki zalatywało gnijącymi wodorostami i chociaż morze było daleko, daleko stąd, pomyślała o pikujących nad głową mewach i bezkresie nadbałtyckich plaż. Podeszła do krawędzi betonowego nabrzeża i nachyliła się, spoglądając w mętną zielonoszarą wodę.

– Wszystko w porządku?!

Odwróciła się gwałtownie, niemal tracąc równowagę.

– Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć. – Szczupły facet w czerwonej kurtce bezszelestnie wyrósł za jej plecami, jakby zjawił się znikąd.

Posłała mu coś na kształt uśmiechu.

– Bałem się, że chce pani... Zresztą nieważne. – Gość skinął jej głową i ruszył w swoją stronę.

Anna ominęła schody i wspięła się na zarośniętą wysoką trawą skarpę. Ziemia była przesiąknięta wodą; niedawne ulewy zamieniły część nadrzecznego bulwaru w błotniste pole. Była już niemal na górze, kiedy się poślizgnęła.

– Cholera! – zaklęła, upadając.

Przygryzła sobie wargę i rąbnęła kolanem o kamień. Wstając, zauważyła, że przygląda jej się gość w czerwonej kurtce. Machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć „wszystko w porządku”, i podniosła z trawy torebkę. Dżinsy miała upaćkane błotem, za krótko spiłowanymi paznokciami ziemię.

– Wygląda na to, że ma pani nie najlepszy dzień. – Facet w czerwonym sztormiaku zjawił się przy niej, kiedy szukała chusteczki, żeby wytrzeć ubrudzone ziemią dłonie.

– Nie najlepszy dzień to w tym wypadku niezły eufemizm. – Anna westchnęła.

Roześmiał się. Miał przyjemny śmiech i sprawiał wrażenie, że potrafi człowieka wysłuchać.

– Mieszka pani w okolicy?

– Tak, na Solnej.

– Na Solnej? Wygląda na to, że jesteśmy sąsiadami. Ja na rogu Solnej i Nadrzecznej, w tej dużej, otynkowanej na pistacjowo kamienicy – dodał.

– Naprawdę myślał pan, że skoczę? – zapytała nagle Anna.

Spojrzał jej w twarz, w oczach miał powagę.

– Przez te wszystkie lata w straży niejedno widziałem. Topielców wyciągaliśmy z zakola rzeki, a bywało, że i z domowych wanien. Pamiętam, jak swego czasu wezwano nas do mieszkania, z którego niemiłosiernie cuchnęło. Był upał, ponad trzydzieści stopni, a kiedy tam weszliśmy, znaleźliśmy w wannie zwłoki samotnej starszej kobiety. Zasłabła w kąpieli i zmarła, a zaalarmowani dziwnym odorem sąsiedzi wezwali straż. Zbladła pani. Przepraszam, nie powinienem mówić o takich okropieństwach, kiedy...

– To nic, ja tylko... – Anna opadła na jedną z ławek i chcąc czymś zająć ręce, zdrapywała z dżinsów grudki błota.

– Wyprać trzeba, inaczej nie zejdzie – mruknął były strażak, siadając obok niej.

Skinęła głową i zapatrzyła się w wodę. Powoli zaczynało się ściemniać, a wiatr przybierał na sile, ale nie chciała jeszcze wracać do domu.

– Miałby pan ochotę na piwo? – Sama była zaskoczona własną śmiałością. Zapraszanie obcych facetów do knajpy zdecydowanie nie było w jej stylu.

– Piwo w Wielki Piątek to jedna z lepszych opcji – podsumował.

Roześmiała się.

– Zgaduję, że pan również nie jest zbyt wierzący.

– Umiarkowanie – rzucił.

– Zimna Wódka czy Amfibia? – zapytała, wymieniając nazwy dwóch najbliższych knajp, w których mogli się czegoś napić.

– Amfibię zamknęli, ponoć właściciel miał wypadek.

– Więc Zimna Wódka – zdecydowała.

– Znam lepsze miejsce, ale trzeba by przejść jakieś czterysta metrów w dół rzeki. Zakładam, że nigdzie się pani nie spieszy?

– Bynajmniej – zapewniła.

– Chodźmy więc. Z tym że tym razem może schodami. – Zaśmiał się, a Anna przypomniała sobie o ubłoconych dżinsach.

– Nie wiem, czy w takim stanie powinnam się komukolwiek pokazywać na oczy – zawahała się.

– Spokojnie, zabieram panią do prawdziwej mordowni. – Mrugnął do niej.

W alejce zaczepił ich ten sam cwaniaczek, który wcześniej prosił Annę o pieniądze.

– Masz dychę, Ryśku? – zwrócił się do towarzyszącego jej mężczyzny.

– Nie dzisiaj, Jerzyk – mruknął strażak, wymijając chłopaka.

– No dobra, to innym razem – wymamrotał pijak, odpuszczając.

– Zna pan tego typa? – zdziwiła się Anna.

– Mieszka nade mną, znam go od dziecka. Bywa agresywny, ale tylko, jeśli się go sprowokuje. Niedawno zmarła mu matka, może dlatego ostatnio tyle pije...

– A ta dziewczyna? – dopytywała się Anna. – Długo są razem?

– Jaka dziewczyna? – zdziwił się.

– Iwona. Kiedy tu szłam, wyzywał ją od najgorszych.

– Nie znam. Pewnie jakaś przygodna panienka. – Wzruszył ramionami.

Wodą przepłynęła barka; za ich plecami ktoś gwizdnął na psa. Anna odwróciła się gwałtownie, przestraszona zaskakująco bliskim dźwiękiem.

– Nerwowa jesteś – zauważył Ryszard. – Przejdźmy na ty, dobrze? – zaproponował.

– Tak będzie sympatyczniej – zgodziła się.

– Powinnaś chyba jeszcze zdradzić mi swoje imię.

– Anna Maria, jak w piosence – rzuciła lekko kpiarskim tonem.

– Nie podobają ci się?

– Co? Imiona? W sumie nawet nie wiem. Przyzwyczaiłam się.

– Używasz obu?

– Nie, tylko pierwszego. A ty? Jak masz na drugie? – zainteresowała się.

– Strasznie.

– A konkretniej?

– Zgadnij.

– No proszę, nie rób mi tego! – zaprotestowała.

– Spróbuj – zachęcił ją.

Alejką przejechał rower, zaczęło kropić.

– To strzelaj! Masz trzy trafienia.

– Trzy? Okay... Włodzimierz, Roman albo Zenon. – Roześmiała się.

– Gorzej – mruknął.

– Gorzej? Trudno mi to sobie wyobrazić...

– Eustachy.

Znów parsknęła śmiechem i opadła na ławkę.

– Co? Już nie masz ochoty na piwo? – zażartował.

– Wręcz przeciwnie, całkiem mi się podoba – zapewniła go.

Usiadł obok i poprawił jej wywinięty kołnierz od płaszcza.

– Zazwyczaj kobiety najpierw pytają o stan cywilny – stwierdził.

– Pomyślałam, że wyglądasz na starego kawalera.

– Powinienem się teraz obrazić?

– A jesteś obrażalski? – zapytała.

– Nie. W każdym razie trafiłaś. A ty? Panna, mężatka, rozwódka?

– Nie mam nikogo, jeśli o to pytasz. Chyba nie potrafiłabym już z kimś być...

– Skąd taki wniosek? – Wydawał się zdziwiony.

– Chodźmy już, strasznie wieje – ucięła dyskusję.

Ruszyli wzdłuż rzeki. Szli ramię w ramię, na tylko blisko siebie, żeby poczuć rodzącą się między nimi więź, i na tyle daleko, żeby nie wyglądać na parę.

Kilka minut później Ryszard skręcił w stronę niewielkiego budynku wyglądającego bardziej na barak niż pub i dodał, że jeśli nie będzie miejsca, mogą jeszcze skoczyć do Alkomatu.

Śledź w Beczce okazał się niewielką, ale zaskakująco przytulną knajpą urządzoną na dość eklektyczną modłę. Motywy marynistyczne mieszały się z rustykalnymi, a upolowane przez właściciela na pchlim targu krzesła kompletnie do siebie nie pasowały.

– Czego się napijesz? – zapytał Ryszard, kiedy usiedli przy jednym ze stolików w głębi.

– Wszystko mi jedno, jakiegoś piwa.

– Siedź, przyniosę. – Wziął od niej płaszcz i zawiesił go na lekko przechylonym drewnianym wieszaku.

Wyjęła z torebki lusterko i przeczesała palcami cienkie ciemnoblond włosy obcięte na klasycznego pazia, przy okazji przypominając sobie jeden z wielkopiątkowych przesądów – dawniej unikano ponoć w ten dzień czesania się i przeglądania w lustrze. Nie mogła sobie tylko przypomnieć czemu...

Kilka chwil później Ryszard postawił przed nią piwo i usiadł naprzeciwko.

Zauważyła, że ma ładnie wykrojone usta, sieć drobnych zmarszczek wokół oczu i tak na oko jakieś osiem, może dziesięć lat więcej od niej.

– Nigdy tu nie byłam. – Rozejrzała się.

– Mimo dość sfatygowanego wystroju to nowa knajpa. Właściciel jakiś rok temu zjechał z Wysp, gdzie tyrał na zmywaku, i otworzył własny lokal.

– Właśnie zdałam sobie sprawę, jak niewiele wiem o swoim sąsiedztwie.

– A długo tu mieszkasz? – zainteresował się Ryszard.

– Od urodzenia.

– Czyli od jakichś dwudziestu lat? – zażartował.

– Od czterdziestu trzech – sprecyzowała.

– Młódka z ciebie, dziewczyno. Mieszkasz sama? – zapytał, przelotnie muskając jej dłoń.

Spojrzała mu w oczy. Były jasne, w odcieniu spranego, zimnego błękitu, i ładnie współgrały ze srebrzącą się na jego skroniach siwizną. Lubiła szpakowatych mężczyzn, zawsze jej się podobali. Zwłaszcza ci szczupli, wysportowani.

– Czemu pytasz? – Upiła łyk piwa i zapatrzyła się w płynącą za oknem rzekę.

– Z ciekawości.

– Mieszkam z matką – przyznała.

– Dogadujecie się?

– Nie.

– Krótko i na temat. – Roześmiał się.

Chciała coś dodać, ale w jej torebce rozdzwoniła się komórka. Wyjęła telefon i zerknęła na wyświetlacz.

– Nie odbierzesz? – zapytał.

– Nie. – Wyciszyła aparat.

Komórka przez dłuższą chwilę wibrowała na lepkim od soku stoliku, w końcu znieruchomiała.

– Niech zgadnę, twój zazdrosny mąż zastanawia się właśnie, gdzie jesteś? – zażartował strażak, spijając pianę ze swojego piwa.

– Pudło. Ale masz jeszcze dwa strzały.

– Matka? – zapytał o wiele poważniejszym tonem. – Powinnaś już wracać? Choruje?

– Jest zdrowsza ode mnie.

– Ale wyraźnie czegoś chce, skoro... Przepraszam, to nie moja sprawa – zreflektował się.

– A ty? – zapytała, nachylając się w jego stronę. – Mieszkasz sam?

– Z Adolfem.

– A Adolf to...?

– Mój pies. Ośmioletni owczarek niemiecki, wspaniałe stworzenie.

– Wierzę. Tylko czemu skrzywdziłeś go takim imieniem? – dodała Anna rozbawionym tonem.

– Jak by ci to wytłumaczyć? Pomyślałem, że od czasów Hitlera mało kto go używa i przynajmniej będzie oryginalnie. A tak serio – to po moim dziadku. Bardzo go kochałem.

– Mój miał na imię Fryderyk, ponoć po Chopinie.

– Zawsze to lepsze niż Adolf po Hitlerze – zażartował Ryszard. – Chociaż dziadek urodził się jeszcze w czasach, kiedy nikt nie miał pojęcia, jakie szaleństwo ogarnie świat podczas drugiej wojny... To co? Nasze zdrowie? – Stuknął kuflem o brzeg jej szklanki z piwem.

– Nasze zdrowie – powtórzyła.

Przez kolejne trzy godziny siedzieli naprzeciwko siebie, rozmawiając o wszystkim i o niczym. W końcu powiedziała, że musi się zbierać, a on podał jej płaszcz.

– Lekko się ubrałaś – zauważył. – Zmarzniesz.

– Są gorsze dramaty. – Wzruszyła ramionami.

Kiedy wyszli na zewnątrz, mżyło.

– Uważaj, tu jest nierówno. Pójdę pierwszy. – Ruszył przodem, radośnie pogwizdując.

 

Szła tuż za nim, wyraźnie czuła lekką nutkę jego pachnącej egzotycznym Orientem wody po goleniu.

– Daj rękę, stromo tu. – Wyciągnął do niej dłoń i poświecił pod nogi telefonem.

– Opiekuńczy jesteś.

– Bo już raz widziałem, jak wywinęłaś orła – skwitował ze śmiechem.

Jego dłoń była ciepła i przyjemnie miękka w dotyku. Przez dłuższą chwilę Anna zastanawiała się, jak by to było obudzić się rano w jego łóżku, ale szybko odpędziła tę myśl. Seks z przygodnie poznanymi facetami z całą pewnością nie był w jej stylu.

Na Solnej nie działała część latarni, więc wąską, cichą uliczkę spowijał nieprzenikniony mrok. Szli wolno, ostrożnie stawiając kroki na krzywych chodnikowych płytach.

– Boisz się, Anno Mario? – zapytał.

– Umieram ze strachu – mruknęła.

– Co, jeśli wciągnę cię do którejś z bram i wypatroszę? – zażartował.

– Wybacz, ale epoka Kuby Rozpruwacza minęła bezpowrotnie.

– Polemizowałbym – dodał, nie rozwijając jednak tematu.

Byli kilkanaście metrów od jej kamienicy, kiedy w uliczkę wjechało paru chłopaków na deskach.

– O kurwa, ale ciemno! – wrzasnął jeden z nich, a jego kumple głośno zarechotali.

Minęli ich z łoskotem, wciąż głośno się śmiejąc.

– Młodość... Pamiętasz jeszcze ten czas, kiedy człowiek nie bał się nikogo i niczego? – zapytał cicho Ryszard.

– Wiele bym dała, żeby jeszcze raz to wszystko przeżyć. Żeby móc jeszcze raz wybrać najważniejsze życiowe ścieżki, część rzeczy pozmieniać, część ominąć...

– Ja chyba niewiele bym zmienił.

– W takim razie musisz być bardzo szczęśliwym człowiekiem.

– Staram się.

– To tutaj. – Skinęła głową w stronę bramy.

– Spotkamy się jeszcze? Dobrze mi się z tobą rozmawiało. Masz w sobie coś... Sam nie wiem, jak to nazwać... Coś kojącego, to chyba najlepsze określenie. Dasz mi swój numer?

– Tak.

Dwa piętra wyżej, w chłodzie i ciemności wielkopiątkowej nocy, uchyliło się jedno z okien.

– Anna?

Na dźwięk znajomego kobiecego głosu Anna mimowolnie się skrzywiła.

– To twoja matka? – szepnął Ryszard. – Chodź, schowajmy się. – Pociągnął ją do bramy.

– Zapisz sobie mój numer. O ile nie przeraziła cię wizja znajomości ze starą panną pod kuratelą nadopiekuńczej mamuśki – rzuciła.

– Na mamuśkę zawsze się znajdzie jakiś sposób – zapewnił żartobliwie.

Podała mu swój numer.

– Dzięki. Odezwę się niedługo, może jeszcze w święta. Wyjeżdżasz gdzieś?

– Nie.

– To cześć, trzymaj się. – Nachylił się nad nią i pocałował w policzek.

– Cześć – szepnęła.

Wychodząc z bramy, nie odwrócił się, więc była niemal pewna, że więcej go nie zobaczy.

Jednak zadzwonił, już dzień później, z samego rana. Odbierając, zdała sobie sprawę, że z emocji pieką ją uszy.

Matka obserwowała ją bacznie, śledząc wzrokiem, gdy krążyła po salonie.

– Kto dzwonił? – chciała wiedzieć, kiedy Anna zakończyła rozmowę.

– Nie znasz.

– Widziałam cię wczoraj z jakimś mężczyzną!

– Przywidziało ci się.

– Nie, skąd! Widziałam, jak wchodzicie w naszą uliczkę, a później słyszałam, jak...

– Gdzie dałaś pasztet? Stół nienakryty, a zaraz przyjedzie Agata. – Anna weszła matce w słowo i zabrała się do wyjmowania sztućców z kredensu.

– Zrobisz wszystko, żeby ze mną nie rozmawiać, prawda? – burknęła starsza kobieta.

– Przecież rozmawiamy. Pytałam, gdzie dałaś pasztet. – Anna starała się panować nad głosem.

Matka chciała coś dodać, ale ciszę sobotniego poranka rozdarł przenikliwy dźwięk domofonu.

– Otworzę! – Anna ruszyła w stronę przedpokoju, szykując się psychicznie na spotkanie z młodszą siostrą.

– Cześć! – Agata wpakowała się do mieszkania, wnosząc za sobą zbyt intensywny aromat ciężkich piżmowych perfum. – Chryste, nie uwierzysz! Na Racławickiej była jakaś stłuczka i utknęłam tam na dobry kwadrans, w dodatku moi chłopcy są przeziębieni, a Marek uparł się, że z nimi zostanie, i w końcu przyjechałam sama! Weź ode mnie tę siatkę, tylko uważaj, żebyś nie stłukła słoików! Miałam zrobić tę sałatkę z przepisu babci, ale Marek zrobił wczoraj zapiekankę i zużył cały por!

– Wejdź, Agatko, zaraz zrobię herbatę! – Na widok rzadko ją odwiedzającej Agaty matka wyraźnie się ożywiła.

Anna wstawiła do lodówki słoiki z sałatkami, na palcach przeszła przez korytarz, wślizgnęła się do salonu i zajrzała na niewielki balkon. Uliczka była cicha i pusta jak wieczorem. Kobieta wychyliła się przez metalową barierkę, chcąc dostrzec, czy kawiarnia na rogu jest czynna, kiedy za jej plecami pojawiła się matka.

– Kiedyś wypadniesz, jak będziesz się tak przechylać – rzuciła starsza kobieta płaczliwym tonem. – Wypadniesz, a chyba dość już nieszczęść w tej rodzinie...

Daj mi spokój, nie stercz mi nad głową! – pomyślała Anna, czując, jak złość dosłownie podchodzi jej do gardła i zaciska na nim paluchy.

– Nie stój boso, przecież płytki są zimne! – dodała matka.

Anna zacisnęła usta i bez słowa wróciła do mieszkania.

– Słuchaj, gdzie jest ta salaterka po babci? Ta w różyczki, którą...

– Rozbiłam ją – przerwała siostrze Anna.

– Rozbiłaś? Szkoda, lubiłam ją.

– Nie masz większych problemów?!

– Nie krzycz na mnie, nie musisz od razu być taka niemiła. Pytałam tylko, czy...

Anna nie dosłyszała, co mówiła siostra, bo chwyciła swój płaszcz, wsunęła stopy w znoszone baleriny i wybiegła z mieszkania, z furią zatrzaskując za sobą frontowe drzwi. Matka wołała ją z balkonu tym swoim roztrzęsionym, łamiącym się głosem zniedołężniałej staruszki, którego używała głównie wtedy, kiedy chciała coś na córce wymusić. Ale tym razem kobieta nawet się nie odwróciła. Biegła, aż dotarła nad rzekę i dopiero siadając na jednej z mokrych od porannej wilgoci ławek, zdała sobie sprawę, że płacze.