A miało być tak pięknie!Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
A miało być tak pięknie!
A miało być tak pięknie!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
A miało być tak pięknie!
Audio
A miało być tak pięknie!
Audiobook
Czyta Laura Breszka
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po próbach w wynajętych salach zapadła decyzja, że premiera odbędzie się w najprawdziwszym teatrze. Piszczałam z radości. „O matko! Co za zbieg okoliczności. To teatr, w którym pracuje Zuzka!”, pomyślałam. Znałam tam bileterkę, która czasem wpuszczała mnie i Janka na gapę na Warszawskie Spotkania Teatralne (na które nigdy nie dało się kupić biletów), znałam panią w bufecie i niektórych aktorów. Przesiadywałam tam, gdy tylko znalazłam chwilę. Czułam się w tym miejscu jak u siebie.

Całe nasze rodzinne życie podporządkowałam Jankowi. Przychodziłam z maleńkim Mateuszem do rodziców, bo Janek musiał się wyspać. Bo był zmęczony. Bo Janek to, bo Janek tamto… Babcia Wanda była oburzona.

– Wychodziłaś za mąż za lekarza, no, wprawdzie dentystę, ale medycynę skończył, a teraz jakieś variétés? – sarkała. – Co to znaczy, żeby dorosły mężczyzna, mający żonę i dziecko, miotał się przebrany po scenie?! To się źle skończy! I co to za zawód: aktor?

Nie słuchałam jej. Z całego serca kibicowałam Jankowi.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Premiera na deskach teatru. Sponsor nie szczędził grosza, wszystko było na najwyższym poziomie. Po raz pierwszy w powojennej Polsce wyprodukowano spektakl za prywatne pieniądze.

Kraj przechodził wielkie zmiany. Pod Pałacem Kultury sprzedawano na łóżkach polowych towary z zagranicy. Tureckie jeansy i swetry, podrabiane perfumy, pirackie filmy i muzykę. Nikt wtedy nie słyszał o prawie autorskim. Art-B kręciło oscylatorem, powstawały pierwsze fortuny i upadały pierwsze fortuny, burzono pomniki, zakładano prywatne gazety i rozgłośnie radiowe. Polska gospodarka zaczęła się rozwijać, pokonując różne bariery tkwiące głównie w ludzkich głowach, nienawykłych do rodzącego się kapitalizmu.

W dniu premiery Janek i reszta ekipy mieli ogromną tremę. Byli wykończeni fizycznie, ale zmobilizowani. Z nerwów nie mogłam spać. Mateusz został u dziadków, a ja starałam się pomagać podczas ostatnich prób i wspierać męża. Napięcie sięgało zenitu.

Spektakl okazał się ogromnym sukcesem. Tak ogromnym, że aż nas to zaskoczyło. Owacje na stojąco i kolejne wyjścia do ukłonów to było coś! Aktorzy śpiewali, tańczyli z niebywałym zacięciem w rytm świateł laserowych, które widzieliśmy tylko na Gwiezdnych wojnach. Bilety wyprzedane, fanki znające spektakl z kilku prób otwartych dla znajomych stały godzinami pod teatrem, żeby zdobyć autograf swoich idoli. Młodych artystów, którzy niedawno przyjechali do Warszawy z różnych miast, miasteczek i wsi realizować własne marzenia, a jedyny kapitał, jaki mieli, to talent, determinacja i odwaga.

Na bankiecie po premierze Janek zaproponował, żebyśmy zabrali do nas jedną z dziewczyn z zespołu. Tłumaczył, że jest taka młoda i zagubiona, z dala od rodziców. Najładniejsza, najzdolniejsza i najmłodsza. Nie zdała jeszcze nawet matury, ale miała głos jak dzwon! Zgodziłam się, przecież to jeszcze dziecko. Ponieważ ekipa dostała parę wolnych dni, wymyśliłam, że wyskoczymy do kina na romantyczną randkę. Tak bardzo stęskniłam się za Jankiem! Może ona mogłaby zostać chwilę z Mateuszem? On tak ładnie przesypiał noce.

– Świetny pomysł! – powiedział Janek.

***

Została u nas na kilka dni. Dałam jej trochę ciuchów, przytulałam, kiedy opowiadała, że bardzo tęskni za domem. Chciałam jej pomóc.

Wpadła wtedy do nas moja mama, przywiozła ubranka dla Mateusza. Popatrzyła na dziewczynę i wzięła mnie na bok.

– Czyś ty zwariowała? Nie widzisz, że oni mają romans? – zapytała.

Uniosłam się.

– Mamo, jak możesz?! To jeszcze dziecko. Ładne i zdolne, ale dziecko! Ona nawet nie ma matury.

– Mika, ostrzegam cię… – spróbowała jeszcze raz.

– Lepiej będzie, jak już pójdziesz do domu – ucięłam.

– Żebyś się nie zdziwiła! – Wyszła, trzaskając drzwiami.

Po trzech miesiącach Janek wyznał mi, szczerze skruszony, że jest bardzo zakochany i się wyprowadza.

– Co? Jak to? – rzucałam pytaniami. – Kogo tak kochasz?

I nagle mnie olśniło…

– Ją?

– Tak – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.

– Zwariowałeś?! Dlaczego? – Nie mogłam uwierzyć.

– Nie zrozumiesz, ona jest… ona… – Urwał i powiedział coś tak irracjonalnego, że zaczęłam się śmiać: – Ona chce być księżniczką.

– Kim? Janek, kim? Słyszysz, co mówisz? Jaką znowu księżniczką? – Nic nie rozumiałam. – Taką z zamku? A ty co? Będziesz księciem na białym koniu? Co ty w ogóle mówisz? – wyrzucałam z siebie cały szok.

Po chwili spojrzałam na niego poważnie i kontynuowałam:

– Janek, ja chyba nawet nie zdążyłam ci się jeszcze znudzić? Prawda? Niczego nie zdążyłam, bo ciebie nigdy nie było! Nie zdążyłam cię w czymkolwiek zawieść jako żona, nie zdążyłam… przytyć, zbrzydnąć. Niczego jeszcze tak na dobrą sprawę nie robiliśmy razem jako małżonkowie i rodzice. Zostawiłam dla ciebie Londyn, urodziłam dziecko. To też twoje dziecko, wiesz? Ten malutki chłopczyk to twój upragniony syn!

Rzuciłam się do szuflady i wyjęłam jeden z listów, które Janek pisał, gdy leżałam w szpitalu po porodzie. Łamiącym się głosem odczytałam obietnicę: „Będę Cię nosił do końca życia na rękach”.

– Kurwa, czy ty siebie słyszysz? Jak to: odchodzisz? Ile ty masz lat? – Byłam tak bardzo rozżalona. – Napisałeś to zaledwie rok temu! Co ja ci zrobiłam? Co myśmy z Mateuszem zrobili, że nas tak traktujesz?

Nie odezwał się słowem.

– Janek, a te wszystkie obietnice, przysięgi, miłość, odpowiedzialność? To dla ciebie nic?

Odwrócił się i wyszedł bez słowa.

Oniemiałam.

Zachłysnęłam się łzami i uczuciem zdeptania, zniszczenia mnie i naszej miłości, która dopiero miała szansę rozkwitnąć, bo ten sukces mógł nas połączyć, dać radość…

Łkałam głośno.

Nie wiem, ile czasu minęło. Byłam obolała i piekły mnie oczy. Nagle dotarło do mnie, że mama mnie ostrzegała. A ja wyrzuciłam ją z domu… Żal znów podszedł mi do gardła. Wstrząsnęła mną kolejna fala płaczu.

Patrzyłam na drzwi.

Może on wróci? Może to był żart? Jakaś próba?

Tylko myśl o Mateuszu pozwoliła mi się pozbierać. Nakarmiłam go, wykąpałam, ukołysałam. I znów spadłam w otchłań cierpienia. Nic nie rozumiałam. Przyjęłam tę dziewczynę do domu, pomagałam jej, wspierałam, karmiłam i ubierałam. A ona wzięła sobie Janka jak… jedną z moich sukienek! Bo jej się spodobał. A on? On?! Niby taki dorosły, dojrzały, a tak łatwo dał się omotać.

Poczułam się jak dojrzała kobieta. Mąż zostawił mnie dla młodszej. Miałam dwadzieścia dwa lata.

Rozdział ósmy

Wpadłam w depresję.

Mama nawet nie rzuciła: „A nie mówiłam?”. Milczała, bezradna, po tym, jak nie udało jej się rozruszać mnie w jedyny znany sobie sposób, czyli słowami: „Nie użalaj się nad sobą, nie ty pierwsza i nie ostatnia”. Ojciec czasem mnie przytulił, ale milczał. Chyba nie do końca rozumiał, co się stało, i sądził, że to chwilowe nieporozumienie.

Rodzice zabrali Mateusza i zawieźli do siebie. Zostawili mnie samą w depresji i łzach, sądząc, że gdy tylko zamkną drzwi, wstanę i otrzepię się jak mokry pies. Nic z tych rzeczy. Wpadłam w głęboką studnię i chciałam umrzeć. Przestałam jeść. Nie byłam w stanie, coś mi ścisnęło krtań, piłam tylko herbatę. Ważyłam zaledwie czterdzieści pięć kilogramów.

Dziewczyny narobiły krzyku i teraz siedzieli przy mnie na zmianę Zuzka, Halina i Maniek. Powoli wyrywali mnie z najczarniejszych myśli, nadal jednak nie umiałam się śmiać. Cały czas szukałam winy w sobie, mimo że przyjaciółki tłumaczyły, że nie zrobiłam nic złego.

– Zgłaszał ci jakiekolwiek pretensje? – pytała Zuzka.

– Nie.

– Może zauważyłaś, że czegoś w tobie nie lubi? – dodawała Halina.

– Nie lubił was, więc się odsunęłam.

– Coś jeszcze?

– Nic. Kurwa, nic!

Moi przyjaciele robili zakupy, gotowali, sprzątali, rozśmieszali mnie. Byli obok. Na nich zawsze mogłam liczyć. Wreszcie Maniek powiedział:

– Rusz dupę! Za dwa dni masz egzamin z historii teatru. Coś tam jeszcze pamiętam, będę cię przepytywał, a potem cię podrzucę. Bez dyskusji!

– Nie chcę żadnego egzaminu! Chcę umrzeć! Daj mi spokój – prosiłam.

– Dobrze, umrzesz po egzaminie, a teraz masz tu zupę. No, jedz! Co ja z tobą mam! I za co to wszystko?!

Zwlekłam się, umyłam, zjadłam pierwszą od kilku dni zupę i… zdałam. Po egzaminie Maniek zabrał mnie mimo protestów do siebie, gdzie czekała cała grupa przyjaciół. Niespodzianka. Rozczuliłam się. Wyściskali mnie, wycałowali, poczęstowali winem. Dużą ilością wina. Śmiałam się pierwszy raz od kilku tygodni.

Rano kac gigant. Patrzyłam w lustro z odrazą. Przekrwione oczy, w ustach smak fajek, których przecież nie paliłam… I nagle coś we mnie pękło. Przebłysk. Eureka! Nie ma co płakać! Trzeba zamalować stare tło, jak śpiewał Mariusz Lubomski.

***

Przytargałam do domu farbę, pędzle i zaczęłam remont. Włożyłam stare ogrodniczki, koszulkę z królikiem Playboya, bo już się sprała, i zabrałam się do pracy. Najpierw wywaliłam zasuszony bukiet ślubny! Pochowałam do pudeł wspólne zdjęcia, obwiązałam ciasno sznurkiem, jakbym tam zamknęła dzikie stwory, i zaczęłam malować. Chciałam zamalować stare obrazy, wygonić zapach, zmyć przeszłość.

Po kilku godzinach zrobiłam sobie przerwę. Usiadłam na podłodze w tych brudnych ogrodniczkach, na głowie miałam czapkę z gazety. Spracowana, ale zadowolona jadłam kiełbasę i zagryzałam chlebem. „Księżniczka, kurwa mać” – pomyślałam gniewnie i dmuchnęłam w grzywkę. Nareszcie zdusiłam smutek i obudziłam w sobie gniew.

Obok mnie leżał pilot, więc bezmyślnie włączyłam telewizor. A tam Krystyna Loska w swojej słynnej ondulacji nienaganną dykcją czytała ogłoszenie:

 

– Telewizja Polska poszukuje młodych zdolnych ludzi do wzięcia udziału w castingu na prowadzących program telewizyjny. Zbiórka jutro o dwunastej przy ulicy Woronicza 17, blok F, parter. Zapraszamy!

Zerwałam się na równe nogi. To coś dla mnie!

Rzuciłam pędzle i pobiegłam do łazienki. Włosy sklejone farbą, paznokcie odrapane z lakieru i czterdzieści pięć kilogramów wagi. Nie było dobrze. Tym razem jednak nie zamierzałam się poddać. Włosy się umyje, paznokcie pomaluje. Chuda jestem, ale biust nadal ogromny. No i talia osy. Nadam się!

Następnego dnia przyjechałam pod budynek telewizji, wysiadłam, założyłam okulary przeciwsłoneczne i zarzuciłam długimi włosami. Oto jestem. Ten program musi być mój!

Po chwili mina mi zrzedła. Pod blokiem F stało jakieś czterysta osób. Ustawiłam się grzecznie w kolejce. Czekaliśmy długo. Wreszcie zza szklanych drzwi wyłonił się reżyser, okrzyknięty najzdolniejszym z młodego pokolenia. Jego debiut zdobył wszystkie nagrody w kraju! A za nim świta, kierownik produkcji i jeszcze kilka osób z telewizji. Panie w stylowych okularach, panowie ubrani modnie, choć z lekka nonszalancko. Reżyser miał urok chłopca, był ubrany niezwykle starannie, ale raczej na luzie, w granatowe spodnie i błękitną koszulę. Przechadzał się wzdłuż kolejki, przyglądając się wszystkim z uwagą, i wskazywał palcem.

– Ty. – Minął kilka osób. – Ty. I ty.

Zatrzymał się przy mnie, uśmiechnął i powiedział:

– Ty.

Ja!

No pewnie! Byłam uśmiechnięta i swobodna. Nie mógł mnie ominąć.

Wybrał czterdzieści osób. Dowiedzieliśmy się, że za dwa dni mamy się stawić na drugi etap. Koniec żartów, będą próby przed kamerą, improwizacja.

Przeszłam i to. Zostało siedem osób. Nastąpiły rozmowy indywidualne, podczas których sprawdzano, kim jesteśmy, co wiemy o teatrze, kinie, muzyce, jak się wypowiadamy. Czułam się jak ryba w wodzie, przecież interesowałam się tym od zawsze. To było moje życie, które kochałam i z którym wiązałam swój zawodowy los. Wiedziałam, że zrobiłam dobre wrażenie, i byłam pewna – tak, pewna! – że jestem już jedną z nich.

– Zadzwonimy do pani. Proszę zostawić numer telefonu.

***

Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja zaczęłam się niepokoić. Czyżbym nie wypadła tak dobrze, jak myślałam? Niemożliwe! Ale ze szczęściem różnie bywa…

W domu stale popatrywałam na telefon. Dzwoniłam też do rodziców, u których na czas zajęć w szkole zostawiałam Mateuszka. Po miesiącu nareszcie się doczekałam:

– Dzień dobry, czy pani Dominika Nehrebecka? – usłyszałam w słuchawce.

– Tak, to ja.

– Dzwonię z TVP. Obejrzeliśmy taśmy ze zdjęciami próbnymi z pani udziałem. Niestety…

Grunt usunął mi się spod stóp.

„Niestety” oznacza porażkę, mój osobisty upadek, moje pogrzebane marzenia. Szlag!

– …ten program nie doszedł do skutku, ale chcemy pani zaproponować inny. Czy może pani jutro do nas przyjechać?

Czy mogę? O matko, oczywiście, że mogę! Nie przyjadę, ale wręcz popędzę, przylecę jak na skrzydłach. Ja, ja…!

Moje myśli tańczyły. Tymczasem powiedziałam tylko nieswoim głosem, udając spokój:

– Tak, będę. O której?

Niech nie myślą, że mają do czynienia z egzaltowaną wariatką.

Znów zmierzałam na Woronicza 17, nie wiedząc jeszcze, że wyjeżdżę tu kiedyś swoją koleinę, że wydepczę własne ślady w korytarzach, ściany przesiąkną zapachem moich perfum. Ale to za jakiś czas… Na razie szłam po swój debiut.

We wskazanym pokoju siedział poważny redaktor, który – choć miał już swoje lata – nadal był bardzo przystojny i dystyngowany. Znałam go z programów publicystycznych, które były emitowane po 1989 roku.

– Dzień dobry – odpowiedział na moje powitanie. Wskazał krzesło i kontynuował: – Proszę pani, przygotowuję nowy program kulturalno-publicystyczny. Szukam do współpracy młodych ludzi, świeżych, kreatywnych, bez peerelowskiej przeszłości. Czy jest pani zainteresowana?

– Oczywiście! A mogę przyprowadzić koleżankę z roku? – zapytałam nieco bezczelnie.

– Jeżeli jest tak przebojowa jak pani, to pewnie.

– Kiedy zaczynamy? – Nie mogłam się doczekać.

– Jutro o dziesiątej, pasuje?

– Oczywiście! – wypaliłam trochę zbyt gwałtownie. Przecież chciałam wyjść na opanowaną.

Na uczelnię wpadłam jak burza.

– Zuzka! Wagary. Musimy pogadać!

Zaciągnęłam ją do Marcinka na Starówce. To mała kawiarnia, nasza ulubiona.

– Słuchaj! Będziemy pracować w telewizji – powiedziałam bez wstępów. – Jutro jest pierwsze spotkanie!

– W telewizji? Zwariowałaś? Nigdy. Ja chcę pracować w teatrze, robić sztukę przez duże S! – nadęła się.

– Zuzka! – krzyknęłam.

– No dobra, dobra – spuściła z tonu. – A co to w ogóle za program?

Dmuchnęłam w grzywkę.

Cholera, nie dopytałam.

Co oni o mnie pomyślą?

Że zgłupiałam na dźwięk słowa „telewizja”?

Spojrzałam na Zuzkę lekko speszona i powiedziałam:

– No… na razie nie wiem. Nie dopytałam. Chyba mamy go tworzyć od podstaw, sami młodzi, pod kierownictwem doświadczonego redaktora.

– Boże, jaka ty czasem jesteś naiwna – jęknęła. – Mam uwierzyć, że studentkom drugiego roku bez żadnego doświadczenia pozwolą robić program w telewizji? Ot, tak?! Co ja z tobą mam, Mika! Otrzeźwiej!

– Zuz. Zróbmy tak. Pójdziesz tam ze mną, a jak ci się nie spodoba, zapominamy o sprawie. OK?

– No dobrze… O której to spotkanie?

– O dziesiątej. Rano!

– OK, ale o czternastej muszę być w teatrze, bo mam próbę. No wiesz, akurat tam pracuję na poważnie.

Nic nie powiedziałam, tylko ją uściskałam.

***

Następnego dnia dotarłyśmy na pierwsze spotkanie organizacyjne w telewizji. Było kilka osób. Czułam się dobrze, ale lekko niepewnie.

Muszę przyznać, że od zawsze przebojowość mieszała się we mnie z nieśmiałością, którą starałam się przykrywać szerokim uśmiechem. Miałam też pewną obsesję, głębokie pragnienie, żeby wszyscy mnie lubili. Akty niechęci odchorowywałam. Dziś wiem doskonale, że to niemożliwe. Ładnie określała to dalsza babcia Marynka: „Jeśli są ludzie, którzy cię lubią i nie lubią, to znaczy, że jesteś jakaś, a jeśli wszyscy tylko niby lubią, jesteś nijaka!”.

Dobrze, że miałam przy sobie Zuzkę. Dodawałyśmy sobie odwagi. Po dłuższym oczekiwaniu zaproszono nas do jakiegoś pokoju. Pierwsza podeszła do nas Mała Mi. Figlarne oczy, uśmiech od ucha do ucha, długie, gęste ciemne włosy, niewielki wzrost, ale uścisk dłoni silny.

– Cześć, dziewczyny, mam na imię Beti – przedstawiła się.

– Cześć, jestem Zuz.

– A ja Dominika.

Mała Mi mówiła dalej:

– Ja jestem z dziennikarskiego, właśnie skończyłam stypendium w Oxfordzie. A wy?

– A my nie! – wypaliłam i wybuchłyśmy śmiechem. Po chwili dodałam już najnormalniej: – Studiujemy wiedzę o teatrze na PWST.

– Chodźcie ze mną na papierosa. Opowiem wam, co i jak. Znam tu już trochę ludzi – zaproponowała.

Jest taka teoria, że przy spotkaniu najważniejsze jest pierwsze trzydzieści sekund. I musi coś w tym być, bo po tych kilku chwilach każda z nas wiedziała, że zostaniemy przyjaciółkami na zawsze.

To dzięki nim i nowej pracy się odblokowałam. Dość żałoby. Postanowiłam żyć dalej. Pięknie żyć.

Rozdział dziewiąty

Janek zamieszkał gdzieś z Księżniczką.

Wzięłam pod pachę kilka walizek i synka i przeprowadziłam się do rodziców. W moim panieńskim pokoju nic się nie zmieniło, stanęły tylko kojec, w którym spał Mateusz, i karton z zabawkami. Kawalerka służyła mi za miejsce, w którym uczyłam się do egzaminów i spotykałam z przyjaciółmi. Tymi dawnymi i nowymi, ze studiów i z telewizji. Jedliśmy, piliśmy wino, słuchaliśmy muzyki, snuliśmy plany na przyszłość. Nawiązywały się przyjaźnie, miłości…

W telewizję wsiąkłam na dobre. Tworzyliśmy coś nowego, świeżego, byliśmy pełni młodzieńczego zapału. Nie wiedzieliśmy, co to zmęczenie, frustracja, zazdrość. Czas spędzałam albo w telewizji, albo na uczelni. Moje dwie zawodowe miłości. Przy Mateuszu pomagała mi rodzina. Mój synek był otulony miłością. Wierzyłam, że muszę wykorzystać te chwile, by poukładać swoje życie, i potem dać mu swój czas w dwójnasób. Zawsze będę wdzięczna najbliższym za to, co wtedy dla mnie zrobili.

Mniej więcej w tym samym czasie rodzice kupili gospodarstwo rolne siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Ojciec poczuł tak wielką miłość do tego skrawka ziemi, że nie wyobrażał sobie dalszego życia w mieście. Mama nagle odkryła w sobie pokłady romantyzmu i zachwycała się okolicą, zielenią i rozgwieżdżonym niebem. Szpilki zamieniła na kalosze! Założyła warzywniak, robiła przetwory i psioczyła na życie w mieście.

– Coś podobnego! – dziwiłyśmy się z siostrami.

W końcu rodzice postanowili się tam przeprowadzić na stałe i zabrać ze sobą Mateusza. Mama miała żelazne argumenty:

– Ma tam świeże powietrze, mleko od krowy i nas. A ty ciągle zajęta, zabiegana. Skończ studia, zacznij pracę na poważnie, kupisz porządne mieszkanie i zabierzesz Mateuszka.

Tata żartował:

– Odbierzesz go, jak będzie musiał iść do szkoły!

Tata od zawsze był przeciwnikiem tradycyjnej szkoły. Nigdy nie obchodziły go nasze stopnie. Był w mojej szkole dwa razy na wywiadówce, co skończyło się katastrofą. Wychowawczyni, nauczycielka rosyjskiego, krzyczała, z lekka zaciągając:

– Mało tego, że córka stuknięta, to i ojciec też!

Tata uważał, że najważniejsze są samodzielne myślenie, indywidualność, kreatywność. Lista lektur, którą dla mnie przygotował, nigdy nie obejmowała lektur szkolnych. W tym samym duchu co nas wychowywał Mateusza, który zresztą okazał się do niego niezwykle podobny. Czasem myślałam, że urodziłam moim rodzicom syna, którego sami nie mieli.

W telewizji czułam się dobrze. Nasz redaktor stworzył ciekawą kolekcję postaci: studenci dziennikarstwa, teatrologii, polonistyki, a nawet jedna przyszła śpiewaczka operowa.

Szczerze mówiąc, początkowo nie mieliśmy pojęcia o tej robocie. Ciągłe spotkania, burze mózgów, byliśmy młodzi, bezczelni, chcieliśmy rozwalić system. Pracowaliśmy z pasją, wypełnieni po uszy ideałami; nie interesowały nas pieniądze, a przynajmniej nie tak, by stanowiły cel sam w sobie. Chcieliśmy się uczyć od najlepszych, by kiedyś stać się jednymi z nich. Byliśmy pokoleniem, które przyszło do telewizji w podartych jeansach i z plecakami przerzuconymi przez ramię. Odrzucaliśmy drobnomieszczańską elegancję, krawaty Jana Suzina i garsonki Krystyny Loski. Nie mieliśmy nawet własnego pokoju, siedzieliśmy na schodach, ale w ogóle nam to nie przeszkadzało, praca szła pełną parą. Polska wciąż się przeobrażała i wszyscy dosłownie frunęli na fali wolności, zachodnich mód i własnych pomysłów.

Pokazywaliśmy i omawialiśmy kulisy tych zmian. Każdy przygotowywał materiał z dziedziny, na której się znał. Grzesiek zrobił program o Art-B i rodzącej się fortunie. Ala o operze, Aga o pierwszym komercyjnym radiu. Ja i Zuzka planowałyśmy materiał o aktorach, którzy w dobie galopującego kapitalizmu dorabiają jako kelnerzy. Jak w Hollywood! A może odwrotnie niż w Hollywood?

Czekały nas pierwsze zdjęcia. Naszą kierowniczką została urocza pani Jadzia, która była tuż przed emeryturą i zęby zjadła na tej robocie. Cierpliwa i dobra. Wiedziała, że ma do czynienia z żółtodziobami, więc mówiła na nas „przedszkole”.

Podniecone tym pierwszym razem, poszłyśmy do Białego Domku. To taki budynek koło telewizji, na zapleczu, z którego ekipy zdjęciowe ruszały do pracy. Razem z nami mieli jechać operator, dźwiękowiec, oświetleniowiec i kierowca. Wsiadłyśmy do busa, gotowe na nowe wyzwania!

Wtedy pani Jadzia zapytała dobrotliwie:

– A kasety macie?

O cholera! Kasety?

– A to nie nagrywa się na kamerę? – wypaliłam i w tej samej chwili poczułam, że powiedziałam straszną głupotę.

Dźwiękowiec tylko odchrząknął, kierowca zapalił papierosa, operator wzniósł oczy do nieba. No jasne, debiutantki!

Pani Jadzia bez słowa wręczyła nam kasety. Nie pierwszy raz pracowała z młodymi.

– Tylko opiszcie potem, żeby się na montażu nie pomieszało – pouczyła, a my grzecznie pokiwałyśmy głowami.

No dobrze, ruszyliśmy. Była sobota, siódma rano. Byliśmy już spóźnieni. Pędziliśmy do Pałacu Kultury, bo wcześniej wymyśliłyśmy z Zuzką – niezwykle z siebie dumne – że etiudę do materiału głównego nagramy właśnie w pałacu, w… toalecie. Zadzwoniłam do Mańka, na którego zawsze mogłam liczyć, wyjaśniłam mu, o co chodzi. Zagrasz? Ufff. Nie odmówił!

 

Operator był niewyspany i naburmuszony. Zionęło od niego mocno zakrapianym poprzednim wieczorem. Zachowywał się opryskliwie. A my byłyśmy przerażone.

Już na miejscu Maniek odciągnął nas na bok i zapytał:

– Czy wy wiecie, kto to jest?

– Nie… – odpowiedziałyśmy równocześnie.

Maniek zniżył głos do dramatycznego szeptu:

– To geniusz! Jeden z najlepszych operatorów w Polsce. To się wam trafiło! Robił fabuły, dokumenty, zbierał nagrody, ale za dużo pił. Stracił żonę i dobre propozycje. Praca z wami to musi być dla niego jak zesłanie.

„Świetnie – pomyślałam. – A my mu zafundowałyśmy cały dzień zbliżeń na spuszczaną wodę i Mańka jako ciecia w berecie! A jeszcze ten jego wczorajszy oddech i małe pomieszczenie… Co tu robić?”.

Po chwili zawołałam do Zuzki:

– Zuz, leć do spożywczaka po kefir! A najlepiej po piwo i kefir.

Operator, stary mistrz, przekupiony napojami i naszym zaangażowaniem wreszcie się uśmiechnął i nawet wszedł w rolę mentora, wprowadzając nas w meandry swojego fachu.

Spotkaliśmy się jeszcze kilkukrotnie i każdy z tych razów wspominam z uśmiechem. Był świetny w tym, co robił, i okazywał nam, „sikorkom”, pełen szacunek, zwracając się do każdej z nas „pani redaktor”. W zamian za to dbałyśmy o niego i już zawsze miałyśmy ze sobą kasety.

Nasz materiał wzbudził śmiech, gdy został wyemitowany w czasie programu na żywo. Zresztą wszyscy koledzy i wszystkie koleżanki stanęli na wysokości zadania. Każdy w robocie dawał z siebie sto procent!

W naszym redakcyjnym pokoju numer 110, który wreszcie udało się nam załatwić, kotłowało się jak w ulu! Był malutki, wszyscy palili papierosy, grzałka na herbatę pracowała bez wytchnienia, dlatego ciągle się przepalała i trzeba było ją wymieniać na nową, kawę piliśmy wiadrami. Mieliśmy jeden telefon stacjonarny. Był w kolorze brudnej zieleni i zawsze okupowany. W biurku, w szufladzie, stale leżała jakaś butelka z alkoholem. Tak na wszelki wypadek.

Wpadali do nas koledzy z Pegaza, z redakcji sportowej, bo mieliśmy fajną atmosferę. I tak razem pracowaliśmy, balowaliśmy, nawiązywały się przyjaźnie, romanse. Próbowaliśmy życia i siebie nawzajem. Po jednej z imprez Zuzka wypaliła o którejś z naszych koleżanek:

– Niezły przekładaniec! Przyszła ze Zbyszkiem, a wyszła z Piotrkiem.

Nikt poza mną nie miał męża ani dzieci. Wolne ptaki.

***

Któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że zmarła moja prababcia. Ta, która co niedzielę wysyłała mnie do kościoła. Dziś myślę, że mimo wszystko ją kochałam. A na pewno podziwiałam za elegancję i uporządkowanie. Do kościoła nosiła piękne kapelusze i miała świra na punkcie higieny. Może to po niej mam tę obsesję czystości?

Rodzice pojechali na pogrzeb, a ja zostałam z Mateuszem. Nie miałam opiekunki, więc zabrałam go ze sobą do pracy. Miał wtedy jakieś dwa lata.

– Przepraszam, panie redaktorze – zaczęłam. – Nie miałam go z kim zostawić. On jest grzeczny, nie będzie przeszkadzał, przysięgam!

Szef zrobił wielkie oczy.

– Dziecko? To pani ma dziecko?

– No, tak – odpowiedziałam uczciwie.

Zaczęło się kolegium redakcyjne. Gadaliśmy, omawialiśmy projekty, a Mateusz siedział cicho pod stołem i bawił się samochodzikiem. Od zawsze taki był – grzeczny i cichutki.

Nadeszła przerwa, wszyscy wybiegli na papierosa, do bufetu, coś załatwić. Ja miałam krótkie spotkanie w montażowni.

– Panie redaktorze, zostanie pan z nim piętnaście minut? Bardzo proszę.

Zgodził się!

Pobiegłam.

Niestety, sprawa się przedłużyła, więc wracałam pędem z poczuciem winy, że naraziłam szefa – który nie miał własnych dzieci – na dyskomfort. Wpadłam do pokoju i zobaczyłam taki obrazek: pan redaktor trzyma przy uchu wielką dmuchaną słuchawkę telefoniczną (do dziś nie mam pojęcia, skąd ją wziął), mówi: „Halo, halo, centralo” i robi śmieszne miny. Mateusz siedzi na biurku, macha nogami i zaśmiewa się w głos.

Gdy szef mnie zobaczył, opuścił rękę, natychmiast przyjął swoją zwyczajną poważną minę i powiedział:

– Jakoś sobie poradziliśmy.

To było takie urocze. Często myślę, czy dziś taka scena miałaby szansę się wydarzyć. Dzisiejsza telewizja to sekretarki, asystentki, identyfikatory, bramki, zasieki, dystans i powaga…

***

W końcu nadszedł dzień emisji naszego programu. Miał iść na żywo, więc byliśmy zdenerwowani. W scenografii dla odwagi ukryliśmy butelkę Soplicy, z której co jakiś czas ktoś brał łyk. Scenografia imitowała redakcję, taką w amerykańskim stylu, a my nonszalancko siedzieliśmy na biurkach. Na pierwszym planie ja. Miałam na sobie podarte jeansy, na rzemyku na szyi wielką pacyfę, długie rozpuszczone włosy. Nie przypominałam ówczesnych eleganckich prezenterek. Każdy z nas miał być sobą, więc ja i Zuz ubrałyśmy się jak artystki, Dorota włożyła elegancki kostiumik, Grzesiek – garnitur, a Marcin – kolorową marynarkę. Nie mieliśmy stylistek, kostiumografów, makijażystek. Wyglądaliśmy… groteskowo.

Kamery start!

– Dzień dobry – zaczęłam. – Jesteśmy studentami różnych uczelni, chcielibyśmy przedstawić państwu ciekawe zagadnienia z wielu dziedzin.

– Dominika opowie o kulturze – kontynuował Grzesiek. – Becia o polityce, Alicja o tym, co słychać w operze, Dorota, na jakie filmy warto się wybrać…

Przedstawiał nas, bo miał fajny głos. Gdy skończył, wszyscy razem zawołaliśmy głośno do kamery:

– Zapraszamy!

I poszło!

Po programie odbyła się impreza. Wszyscy bez wyjątku byliśmy pijani ze szczęścia, emocji i – rzecz jasna – od alkoholu. Bankiety to nieodzowny element tej pracy, wówczas schodziły z nas emocje, trema i stres. Nawet pan redaktor z nami pił.

Następnego dnia nadal byłam w euforii. Niby już bez kaca, ale na dziwnym rauszu. Czułam wewnętrzną pewność, że gdy tylko wyjdę na ulicę, nie opędzę się od fanów proszących o autografy. Ubrałam się i wybiegłam z mieszkania.

Cóż za rozczarowanie…

Pani w kiosku mnie nie rozpoznała. Na ulicy ludzie przechodzili obok obojętnie jak dawniej. W piekarni wręcz potraktowano mnie obcesowo.

Wróciłam do domu, padłam na łóżko i zaczęłam się śmiać. Obśmiałam swoje oczekiwania. Ech, jaka ta młodość naiwna.

***

Nadal byłam sama, zupełnie niegotowa na nowy związek. Wszystkim dookoła mówiłam, że nie chcę nikogo mieć. Ale byłam młoda – „krew nie mleko”, jak mówiła ciocia Małgosia, przekręcając porzekadło – a młode ciało produkuje młode hormony.

Na jednej z imprez w modnej wtedy Harendzie poznałam Tymka. Pracował w nowej komercyjnej rozgłośni radiowej. Prowadził zabawny program, tak inny od wszystkiego, do czego przywykliśmy w radiu. Mieliśmy wtedy poważny Program Pierwszy Polskiego Radia, klasyczną Dwójkę i niby-młodzieżową Trójkę, którą już wtedy uważaliśmy za oldskulową. A Tymek stał się znany, Warszawa go uwielbiała. Chudy drągal o za długich rękach i abstrakcyjnym poczuciu humoru.

Podczas jakiegoś półprywatnego spotkania zaczęliśmy żartować, a potem gadaliśmy do rana. Brzuch mnie bolał ze śmiechu, zaśmiewałam się z jego dowcipów. Tak bardzo potrzebowałam wyluzowania! Oddechu! Nad ranem, kiedy odprowadzał mnie do domu, wyznał mi, że właśnie rozstał się z miłością życia i ma pęknięte serce.

Ja o sobie nie powiedziałam nic. Nie chciałam, nie umiałam się przyznać, że mam już dziecko i prawie byłego męża. Wstydziłam się. Poza Zuzką z nikim nie rozmawiałam o zdradzie Janka. Uważałam, że to moja porażka, a porażkami nie należy się chwalić! Takie credo.

Z Tymkiem spotkałam się jeszcze kilka razy, ale nic poważniejszego z tego nie wyszło. Jakieś ogniki w oczach, muśnięcia dłoni i pauzy w rozmowie. Tyle. Gdy zdecydowałam się powiedzieć mu prawdę, przestraszył się. Nie był gotowy na takie rzeczy. Zostaliśmy przyjaciółmi. Dwa lata później spotkaliśmy się w pracy. Robiłam program satyryczny Tymka dla telewizji.

***

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Wsiadłam do malucha i pojechałam do rodziców, na wieś. Jak tam było pięknie! Okno z ciepłym wnętrzem domu, a w dali las w śnieżnej bieli. Cała moja rodzina lepiąca przy stole pierogi, jak gdyby nigdy nie robili nic innego. Na patelni w bąbelkach masła karp nabierający świątecznej magii.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?