A miało być tak pięknie!Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
A miało być tak pięknie!
A miało być tak pięknie!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
A miało być tak pięknie!
Audio
A miało być tak pięknie!
Audiobook
Czyta Laura Breszka
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział czwarty

Czy muszę pisać, że Janek mi wybaczył? Przeprosiłam, wyjaśniłam, a on wybaczył i zrozumiał, że poczułam się nadto obciążona. To ja wraz z nim chciałam decydować o naszym życiu, a nagle znalazło się kilku reżyserów i scenarzystów, którzy zamierzali to zrobić za nas.

Nasza sielanka przemieniła się w pewną codzienność, o ile tak można nazwać przygotowania do ślubu. Kto przechodził przez to, jak do spraw wtrącają się mama, dwie babcie i ciocie, teściowa i jej rodzina, a nawet siostry małolaty, ten wie, o czym mówię. Oczywiście nasze rodziny musiały się najpierw poznać i na szczęście zapałały do siebie nieskrywaną sympatią. Obie pilnie zabrały się do urządzania nam życia.

Ojciec na czas tych zgromadzeń i narad wychodził pobiegać, na koszykówkę albo zamykał się w pokoju i słuchał bluesa. „Ja się dostosuję”, mówił. Zawsze się dostosowywał.

Nasz związek krzepł, nabierał tempa, amplitudy i nerwu, a w Polsce następowały zmiany polityczne, które napawały wszystkich nadzieją, że może komuna wreszcie się skończy, zaświeci jutrzenka wolności i zrobi się normalnie. Ludzie będą mieć paszporty w szufladzie, sklepy staną się pełne wszystkiego i wreszcie będzie można mówić, co się chce. Demokracja!

Byliśmy bardzo pochłonięci sobą, ale tak jak inni żyliśmy też przemianami w Polsce. Coś działo się głośno i ostro na Wybrzeżu, powietrze drżało od nadziei, Wałęsa podpisywał ważne dokumenty i szykowały się zmiany. To mnie przekonało, żeby nie wracać do Londynu. Dostać się na studia, wyjść za Janka, kiedyś urodzić dziecko, a może nawet kilkoro, mieć fajną pracę, urządzić mieszkanie i… tu moje radosne planowanie napotykało problem. Halo! Miałam dopiero dziewiętnaście lat, głowę pełną ideałów, pomysłów, marzeń, chęci poznawania nowych ludzi, robienia kariery. Posmakowałam świata, już wiedziałam, jaki jest ciekawy. A tu co? Co mnie tu czeka po ślubie?

Ta perspektywa mnie przerażała, ale bałam się komukolwiek w domu szepnąć choć słówko, bo zaraz usłyszałabym, że sama nie wiem, czego chcę, że takie życie to normalny stan rzeczy i że co ja sobie wyobrażam?!

Pobiegłam po radę do Haliny. Przyjaciółka tłumaczyła, że tak nie musi być, że ja z pewnością stworzę inny, lepszy model rodziny, jak z amerykańskiego serialu, i że jeszcze wszyscy będą mi zazdrościć luzu i nowoczesności. Jako przykład wskazywała mój dom. Przecież u nas to tata gotował. To już coś niestandardowego. Da się? Da!

Stopniowo mój lęk zaczął ustępować. Janek wynajął kawalerkę, babcie wielkodusznie kupiły nam niewyobrażalnie cudowne sprzęty, jak kuchenka mikrofalowa, z czasem pralka czy kolorowy telewizor. W mieszkanku wielkości sporego orzecha musiały się zmieścić pianino – bo wiadomo: mąż artysta – wielkie stare biurko, książki, kasety magnetofonowe, dwa materace na podłodze (idiotycznie się rozsuwające) i dwa ogromne kontiki, które zajmowały pół pokoju. I oczywiście ciuchy oraz sporo moich butów.

Ciuchy leżały równiutko ułożone w pudłach – bo ja mimo fiu-bździu, jak mnie kwitowały babcie, od zawsze lubiłam porządek – i czekały na szafy oraz szafki. To nasze wspólne mieszkanie musiało być bombonierką. Zawsze byłam pedantką i estetką, kochałam sprzątać, a w stanach największego zdenerwowania potrafiłam na kolanach z zapałem czyścić szczoteczką do zębów fugi w podłogach, żeby się uspokoić i nabrać dystansu. Taki drobny świr, ale mnie pomagał.

Ubrania układałam kolorami, wszystko musiało być perfekcyjne. Lubiłam kreować rzeczywistość wokół siebie tak, żeby było ładnie: świeczki dla nastroju, gustowne nakrycie stołu, kwiaty w wazonie. Lubiłam też modne ciuchy, interesujące miejsca, nietypowe jedzenie i ciekawych, inspirujących ludzi. Miałam od zawsze wielką potrzebę przebywania z nimi; szukam ich do dziś, bo to mnie wzbogaca. W otoczeniu, w zdarzeniach i w ogóle w życiu zawsze doszukiwałam się dobrych stron i czasem wiedziałam, że może nadinterpretowuję, dobarwiam coś, co barwne nie jest, ale tłumaczyłam sobie, że tak jest lepiej, ładniej i że lekkie koloryzowanie życia nie zaszkodzi! Życie trzeba umieć doprawiać. Więc doprawiałam, żeby wyprzeć z niego szarość.

Mijały miesiące. Rok 1989 powitaliśmy pijani szczęściem i szampanem, w objęciach i czułych obietnicach wspólnego pięknego życia na zawsze.

Zaczęłam na poważnie przygotowywać się do studiów. Wybrałam teatrologię. Myślałam o pracy w teatrze, pisaniu scenariuszy – a może posadzie w telewizji? Świat telewizji mnie zafascynował, kiedy jeszcze w liceum odwiedziłam studio na zaproszenie wujka, kuzyna taty, który pracował jako operator. Realizowano wtedy popularny program muzyczny.

Wujek powiedział:

– Wpadnij z całą klasą, wystąpicie w roli publiczności.

Natychmiast zebrałam grupę. Wystroiłam się w koszulkę, którą tata przysłał mi ze Stanów, gdzie bawił wówczas u brata. Pamiętam, że był na niej czarny królik ze sterczącymi uszami.

Stałam, rzecz jasna, w pierwszym rzędzie i radośnie podskakiwałam w takt muzyki, falując obfitym biustem z owym czarnym królikiem – logo czasopisma, które nieraz widywałam w domu. W Anglii wujek wyjaśnił mi, że oprócz zdjęć pięknych kobiet są tam niegłupie teksty, na których ćwiczyłam angielski. Nie czułam, że powinnam się czegokolwiek w tej bluzce wstydzić.

Co innego uważała babcia. Program szedł na żywo, a realizator obrazu dość często mnie pokazywał ku uciesze wszystkich w reżyserce. Gdy wróciłam do domu, babcia Wanda – szczycąca się nienagannymi przedwojennymi manierami – przywitała mnie słowami:

– Żeby dziewczynka w twoim wieku epatowała biustem z tym skandalizującym znaczkiem?! Tak do kamery? Wstyd, moja panno!

W duszy chichotałam beztrosko, choć na zewnątrz udawałam skruchę, żeby jej nie urazić.

Ach… co za wspomnienie! Kto dzisiaj zrozumie, co to znaczyło: pokazać publicznie logo Playboya w czasach szarości i skromności! No i ta telewizja! Fascynujące miejsce. Czułam, że muszę o niej pomyśleć serio.

W tym samym czasie zaczęłam pracować na pół etatu w domu kultury jako organizatorka imprez artystycznych. Chciałam być niezależna finansowo, a równocześnie studiować, uczyć się do egzaminów, chodzić do kina, teatru, na koncerty i wystawy oraz dużo czytać. Ojciec pochwalił ambitne plany, mama uśmiechnęła się kwaśno i powiedziała coś o priorytetach, ale ja byłam pewna swego.

W domu próbowałam sprawić, żeby nasza kawalerka stała się ośrodkiem życia towarzyskiego. Niestety, Jankowi nie podobały się wieczory przy świecach i winie, rozmowy, śmiechy, przekomarzanki, zażarte dyskusje. Nie rozumiałam jego niechęci, myślałam, że gdy lepiej pozna moich przyjaciół, wejdzie w ten klimat. Przecież miał głęboką i wrażliwą duszę, więc czemu nie chciał uczestniczyć w naszych dysputach?

– Nie lubię spotkań towarzyskich – kwitował moje pytania.

A najbardziej nie lubił Haliny. Była kolorowa, głośna, kochała życie z rozmachem i w każdej sytuacji stawała za mną murem. Zawsze chodził wściekły, gdy wpadała na babskie ploteczki i zwierzenia. Chyba myślał, że dzielę się sobą z innymi ludźmi, a dla niego zostaje tylko kawałek. Zapewniałam go, że gdy tylko wszyscy wychodzą, wówczas ja, Dominika, od grzywki po małe paluszki u stóp jestem cała jego – i ta towarzyska część mnie w niczym nie zagraża naszej miłości. Daje mi radość, więc w jaki sposób miałaby rozwalać nasz świat, tak misterny, piękny i pełen uczucia?

Nie wierzył. Halina dostała zakaz wizyt w naszej kawalerce…

Jakoś jej to wyjaśniłam. I sobie też. Że małe mieszkanie, że Janek chce mieć oazę, że może rzeczywiście Halina nam się tam nie mieści…? Nie było mi z tym łatwo, ale babcia powtarzała, że małżeństwo to suma kompromisów oraz intymny świat dwojga ludzi, na innych dorosłych nie ma w nim miejsca. Rozmawiałyśmy czasem, a ona wówczas traktowała mnie jak równą sobie, jak dorosłą.

– A przyjaciółki? Mężatka ma je wywalić z życia? – pytałam.

– Kochanie, tobie też nie podobałoby się, gdyby mąż ciągle zapraszał kolegów albo, nie daj Boże, gdzieś z nimi hulał, zapewniając cię, że to przecież nic takiego. Lepiej odstaw towarzystwo. Nie z nimi bierzesz ślub!

– Ale, babciu… – próbowałam oponować.

– Wiem, co mówię, dziecko. Będziesz teraz żoną.

– Żoną czy niewolnicą? – bąknęłam pod nosem.

Czułam, że coś jest nie tak, ale miałam tylko dwadzieścia lat i głowę pełną ideałów. Wierzyłam, że dla miłości powinno się zrobić wszystko. Że ja zrobię wszystko. Nawet zaprzeczę sobie, pomaluję różne sytuacje na kolorowo, okleję miękką watą zrozumienia, żeby tylko było dobrze.

Do pracy w domu kultury przystąpiłam pełna wigoru i zapału. Wkroczyłam tam ze swoją młodzieńczą bezczelnością i głową pełną pomysłów. Jakże byłam inna od dojrzałych, znudzonych pań na etatach, które co godzinę robiły sobie przerwę na herbatę, punktualnie o 16:00 wychodziły do domu i starały się z niczym nie wychylać, by pierwszego dnia miesiąca spokojnie odebrać pensję.

Energia i chęć rozwalenia tej kupki nudy sprawiły, że zostałam ulubienicą pani dyrektor. Naturalnie spowodowało to burzę w szklance wody – zostałam oskarżona o lizusostwo i nadgorliwość. Mało kto się do mnie odzywał.

Zabolało.

Wiem, że mogłam być irytująca z tym swoim entuzjazmem. Ale chciałam zrobić dużo i dobrze.

– Kochani! – Machałam rękoma na zebraniu, mówiąc jednym tchem: – Musimy przygotować nowy spektakl teatralny, szkoły powinny przychodzić do DKF-u, zróbmy imprezę ósmego marca, w Dzień Kobiet, w tym pokaz mody, wystawę, film dla kobiet, wieczór poezji, zaprośmy prawdziwą wróżkę, zorganizujmy kiermasz biżuterii, a na koniec… koncert Edyty Geppert!

– I co jeszcze? Może rakietę w kosmos? – zarechotał ktoś, a inny dodał, że gdyby mi związać ręce, nie umiałabym mówić, tak nimi macham.

Poczułam gorycz, ale dyrektorka pocieszała, że są zwyczajnie zazdrośni o moje pomysły. Zabrałam się do pracy z siłą huraganu. Słowa i sympatia szefowej mnie uskrzydlały. Do dzisiaj – jak chyba każdy – lubię, gdy docenia się moją pracę. Pracowałam bez wytchnienia, w pełnym zaangażowaniu i z ogromną pomocą przyjaciół. Tych przyjaciół, którzy teraz już nie mieścili się w naszej kawalerce, jednak zawsze byli gdzieś blisko, gotowi do pomocy. Wiedziałam, po co i do kogo się zwrócić. Wisiałam na telefonie.

 

– Cześć, Mariusz, pomożesz mi? Zrobisz choreografię do pokazu? A załatwisz modelki? OK! Super, love, ciao!

– Panie Andrzeju kochany, załatwi pan na ósmego marca film Pokój z widokiem Jamesa Ivory’ego? Tak? Och, to cudownie! Dziękuję!

– Dzień dobry, chcemy zaprosić państwa szkołę do miejscowego domu kultury, tak, tak, tu niedaleko, na cykl filmów dla młodzieży w naszym Dyskusyjnym Klubie Filmowym. Tak, możemy na was liczyć? Znakomicie, bardzo pani dziękuję, już wysyłam pisemko!

– Dzień dobry, pani Edyto, mamy tu takie dzielnicowe święto… Czy wystąpi pani w naszym domu kultury z okazji Dnia Kobiet? Taaak? Bardzo, ale to bardzo dziękuję! Szczegóły wyślę pocztą. Tak, umowę też. Dziękuję!

– Panie Zygmuncie, o której może pan zacząć instalowanie nagłośnienia?

– Dzień dobry. Pracuję w domu kultury. Agata Zasławska zawsze mówiła o panu, że jest pan tak społecznie wrażliwy… Czy da się pan zaprosić na naszą imprezę? Będzie świetnie, obiecuję! Agata? Tak, to moja przyjaciółka! A mogę być bezczelna? Napisze pan coś potem w gazecie? Przydałby się nam rozgłos. Czemu? A bo wie pan, my tu z panią dyrektor robimy rewolucję kulturalną. Tak? To świetnie, wysyłam zaproszenie! Tak? Jasne. Proszę przyjść z kolegą i fotoreporterem, znakomicie!

– Dzień dobry, czy to Telewizyjny Kurier Warszawski? Czy wpadną państwo do nas z kamerą? Już tłumaczę, o co chodzi. Tak, częściowo w środku, częściowo na zewnątrz. Jako gwiazda wieczoru będzie śpiewała Edyta Geppert! Tak, ta sama! Serio? Świetnie! Ale… Na pewno? Tak? No to czekamy.

Ufff! Otarłam czoło, zadowolona z siebie, a pani dyrektor stała koło mnie, robiła wielkie oczy i się uśmiechała.

– Oj, dziewczyno, daleko zajdziesz z takim tupetem! Ja już dzisiaj wzięłabym cię na zastępczynię! Na etat! – powiedziała.

„Chciałaby dusza do raju, ale ja mam zaraz studia, a po nich, sorry, wyższe aspiracje, choć tu świetnie sobie poradziłam!” – pogłaskałam własne ego. Jeszcze nie miałam pojęcia, że połączyłam w sobie kilka ról – reżyserki, organizatorki i researcherki, co za jakiś czas bardzo miało mi się przydać zawodowo.

Od zawsze we wszystko angażowałam się całą sobą. W szkołę, w harcerstwo. Dlatego zawsze wybierano mnie na przewodniczącą klasy, szefową samorządu szkolnego, zastępową. Zarządzałam wszystkim i wszystkimi, bo – co tu kryć – wiedziałam, jak to się robi. Lubiłam dowodzić, organizować, lubiłam, gdy dużo się działo.

Kolega, który przygotowywał pokaz mody, zaproponował, żebym wystąpiła jako modelka. „Masz świetną figurę, dawaj na scenę, Mika!”. No i poszłam! Gdy dzisiaj oglądam stare zdjęcia, śmieję się w głos. Gdzie ja miałam lustro?! Mam loki na głowie, plastikowe klipsy, ostry makijaż, wywatowane, szerokie ramiona w za dużych marynarkach, bo taka wówczas była moda. Na zdjęciach widać, że wszystkie dziewczyny trzymają rękę na biodrze. Ja też. Po pokazie tata skomentował:

– Czy wy wszystkie miałyście kolkę?

Obok taty na widowni zasiedli mama, babcie, siostry, Janek i przyjaciele.

Aaach! Jaki to był sukces! Dziennikarzy chyba czterech, Telewizyjny Kurier Warszawski i tłumy! Pani dyrektor nie posiadała się ze szczęścia.

– Ostatnio tyle ludzi było tu, gdy odwiedziła nas Lucélia Santos, aktorka z brazylijskiego serialu Niewolnica Isaura. Brawo, pani Dominiko! Brawo!

Skromnie spuszczałam oczy, a w środku puszyłam się jak paw!

Sympatia pani dyrektor rosła wprost proporcjonalnie do niechęci koleżanek z pracy. Czułam ich zazdrość, słyszałam, jak plotkują po kątach o „tej okropnej smarkuli” – i nie rozumiałam tego. Przecież to mógł być nasz wspólny sukces, gdyby tylko zechciały do mnie dołączyć. Ale nie chciały. Same oddały mi pole.

W domu aplauz i gratulacje, „nasza wspaniała Mika!”. Słodki smak zwycięstwa!

***

W tym czasie Janek, który skończył już stomatologię, zaczął praktyki w pobliskiej klinice. Po pracy komponował, pisał wiersze, sztuki teatralne. Artysta, który wykonuje też normalny, szanowany zawód i w głowie mu się nie przewróciło. Wspaniały mój! Babcia mówiła przy niedzielnym obiedzie: „Najważniejsze, że ma porządny zawód, hobby, to i głupoty mu po głowie nie chodzą”. Co za szczęście!

Ale Janek nie był do końca szczęśliwy. W duszy pozostawał artystą. Stomatologia go rozczarowała. Musiał przyznać sam przed sobą, że nie o to mu w życiu chodziło. Ciągnęło go na scenę, chciał grać, śpiewać. Bywał nieobecny, jakby do czegoś tęsknił…

Zbliżało się lato, powietrze pachniało zmianami. Wszystko było dla mnie pierwsze – pierwsza praca i pierwszy sukces, pierwsze wybory w wolnej Polsce już jako pełnoletniej obywatelki w roku 1989, zdane egzaminy na studia i pierwsze kłótnie z Jankiem…

Pewnej soboty zabrałam go do serdecznego przyjaciela na urodziny, które przemieniły się w huczną imprezę towarzyską. Dużo ludzi, głównie aktorzy, reżyserzy, no, śmietanka towarzyska. Znałam ich od lat, bo w czasach licealnych spotykałam się z Mańkiem, studentem wydziału aktorskiego, który wciągnął mnie w to grono. Na imprezie było głośno, wesoło; kolorowe poncze w szklanych kulach, tanie wino, trochę wódki, dobra muzyka, pseudointelektualne rozmowy, tańce, szepty i plotki. Klasyka.

Do tańca poprosił mnie Maniek. Tańczyłam, śmiałam się, potrząsałam długimi włosami, kładąc mu ręce na ramionach, bo taniec był wolniejszy. Na to wszystko nagle wszedł z innego pokoju Janek. Twarz mu stężała. Jego wzrok mnie sparaliżował. Czułam, że może trochę przesadziłam z luzem, ale nie miałam złych intencji, nikogo nie chciałam poderwać, tylko błyszczeć, śmiać się, tańczyć! Byłam młoda, zakochana w Janku, a to tylko przyjaciel i… trochę wina. Skąd więc te błyskawice w jego oczach? Wybiegł wściekły. Scena jak z taniego filmu: popędziłam za nim, tłumaczyłam się, płakałam. On był dotknięty do żywego i walił we mnie mocno słowami, których już nie dało się cofnąć:

– Zostaw mnie! Kompromitujesz się. Nie chcę cię znać. I tego stada pajaców!

Stałam tam, zapłakana, rękawem sukienki wycierałam nos, makijaż mi spłynął. Janek odszedł szybkim krokiem, obrażony i zły. Znajomi to widzieli, ale w ich towarzystwie to żadna ujma dobrze się bawić, pary nie są ze sobą sklejone jak znaczek z kopertą, a wierność i jej zakres określa się samemu – zresztą można przecież być wiernym i tańczyć z kimś innym.

Wytarłam łzy, pociągnęłam nosem, dmuchnęłam w grzywkę i szepnęłam: „O nie, ja nie dam się wpędzić w poczucie winy”. Zła na Janka za paskudne słowa, wróciłam do zabawy. Ktoś podał mi rękę, ktoś poprowadził po schodach, ktoś szepnął: „Ale zazdrośnik, olej to!”. Jak Scarlett O’Hara postanowiłam pomyśleć o tym jutro. Głusząc alkoholem poczucie winy, bawiłam się do rana.

***

Weszłam do mieszkania cichutko, na paluszkach, położyłam się, żeby jeszcze trochę pospać. Była niedziela, wiedziałam, że Janek nie zbudzi się do południa. Udało mi się więc zdrzemnąć. A potem zrobiło się paskudnie. On wstał bez słowa, zamknięty w sobie, urażony i zły. Błagałam go o przebaczenie, płakałam, płaszczyłam się. Byłam pełna jak najlepszych intencji, pokorna i usłużna. Jeszcze wtedy nie wiedziałam – bo i skąd – że zaczęłam właśnie budować chorą relację między nami. Obrażony pan i władca i niegrzeczna, prosząca o litość podwładna.

Pierwszy raz dostrzegłam w oczach Janka mrok, obcość, niechęć, których śmiertelnie się przestraszyłam.

Rozdział piąty

Po jakimś czasie wszystko wróciło do normy. Przynajmniej pozornie. Janek postanowił wspaniałomyślnie mi wybaczyć, pod warunkiem że „zerwę kontakty z tą bandą snobów”. Kochałam go tak bardzo, że obiecałam. Pierwsze kłamstwo.

***

„A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”. Janek śpiewał mi tę piosenkę, akompaniując sobie na pianinie. Burza minęła. Rozpływałam się w zachwycie, gdy śpiewał tylko dla mnie. Nadal przygotowywaliśmy się do ślubu i wesela. Wtedy zaczęły się pierwsze problemy na linii kościelnej.

Jako dziecko odmówiłam pójścia do komunii świętej, deklarując, że nie wiem, dlaczego miałabym za coś przepraszać Boga, którego nie znam, i opowiadać jego przedstawicielowi o swoich grzechach. Przecież jedynym grzechem, jaki wtedy miałam, było to, że raz zapomniałam wyrzucić śmieci, ale czy za to idzie się do piekła? Mama tylko machnęła ręką i dała mi spokój. Sama była bardzo sceptyczna w kwestiach wiary. Ojciec się uśmiał i uścisnął mi dłoń ze słowami: „Teraz mi zaimponowałaś”. Nie ugięłam się przed babciami i do komunii nie przystąpiłam. Et voilà!

Niechęć do religii zaczęła się u mnie podczas wakacji u prababci. Mieszkała w górach i prowadzała mnie do kościoła co niedzielę bezdyskusyjnie, a wieczorem kazała klękać i odmawiać pacierze, po czym zdejmowała z szafy krucyfiks i musiałam całować każdą zimną, metalową ranę Chrystusa. Do dzisiaj, gdy o tym mówię, mam dreszcze. Bałam się kościoła, pokrzykującego księdza, strasznych scen na obrazach. Często zasypiałam, popłakując z tęsknoty za domem, choć prababcia ogromnie mnie kochała i rozpieszczała do absurdu.

W późniejszych latach tata – w trosce o moje indywidualne wyposażenie intelektualne, jak to nazywał – podsuwał mi książki Woltera, Diderota i wielu innych. Rozmawiał ze mną po lekturze i polecał następne. Był wesołym intelektualistą. A ja zachwycałam się oświeceniem, racjonalizmem i coraz swobodniejszymi dyskusjami z ojcem. Tata zawsze zachęcał mnie do indywidualnego myślenia i zachwalał kreatywne rozwiązywanie problemów, cenił ciekawość świata. Często chodził z głową w chmurach. A mama mu ją z nich wyjmowała, gdy potrzebowała jakiejś decyzji i poważnej rozmowy. Potem znów mógł odpływać…

Wizyta u pierwszego księdza, który miał nam udzielić ślubu, skończyła się katastrofą.

– …dobry – powiedziałam w progu.

– Niech będzie pochwalony – odparł ksiądz, który wyglądał jak żywcem wyjęty z Monachomachii.

Gruby i czerwony na twarzy. Spocony. Guziki nie dopinały mu się na brzuchu.

– Słucham? – dodał po chwili.

– Dzień dobry panu – powiedziałam głośniej.

Nigdy nie mówiłam „proszę księdza”.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – dodał uprzejmie Janek.

Ksiądz pokiwał głową.

– Ślub? Czy mają państwo wszystkie potrzebne dokumenty?

– Ja nie mam nic – powiedziałam zdecydowanie.

– Nie szkodzi.

Ksiądz widocznie miewał już takich hardych i wiedział, jak ich przeciągnąć przez przedślubny poligon. Pannę, co to się zagubiła, zaraz się nawróci i dołączy do stadka łagodna jak baranek. Znaczy owieczka.

– Przygotujemy panią do przyjęcia komunii – ciągnął – bierzmowania i co tam trzeba, bo chrzest pani ma, jak mniemam? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. – Potem nauki przedmałżeńskie szast-prast, ale grzecznie i rzetelnie, a za rok, proszę bardzo, ślub! – wysapał.

– Ale pan mnie nie zrozumiał – starałam się być uprzejma. – Ja nie chcę wstępować do Kościoła katolickiego. Narzeczony i rodzina chcą uroczystości w kościele, w porządku, ale ja mogę brać ślub tylko jako strona niewierząca. Wiem, że istnieje taka możliwość, czytałam o tym, uprzejmie więc proszę, by pan mi to umożliwił.

Ksiądz uniósł brwi i poczerwieniał jeszcze bardziej.

– Wykluczone! – wysapał teatralnie i zamknął oczy.

Uśmiechnęłam się kwaśnym uśmiechem i wstałam.

– Rozumiem. Przykro mi, żegnam pana!

– Ale jak pani to sobie wyobraża?! – krzyknął ksiądz. – Nie ma mowy! Nie ma mowy! No, jak?! – powtarzał.

Janek chciał coś powiedzieć, ale spojrzał na mnie i zamilkł. Popatrzyłam na księdza chłodno i cedziłam słowa z uprzejmym, zimnym uśmieszkiem:

– Pan to może zrobić! Może, tylko nie chce. A jak nie, to nie! Będzie pan miał na sumieniu parę żyjącą bez błogosławieństwa Bożego, bo ja tu przyszłam prosić uprzejmie o ślub, a pan mi odmawia. Nie odwrotnie. Janek, idziemy!

Po chwili dorzuciłam:

– Ojej, przepraszam, jestem w ciąży i zrobiło mi się niedobrze. Gdzie tu jest łazienka?

Ponieważ nie usłyszałam odpowiedzi, wybiegłam na zewnątrz i udawałam, że wymiotuję w łopiany rosnące obok drzwi do plebanii.

 

– Co ty wyprawiasz?! – wypalił Janek, który wybiegł za mną.

– Kochany, wiesz, że jestem niewierząca, i mówiłam ci, że jest taka możliwość, żeby ślub był jednostronny z uszanowaniem mojej… niewiary. Gdybym, dajmy na to, była prawosławna i…

– Ale nie jesteś! Masz chrzest, po licho utrudniać?!

– Znasz moje stanowisko – przytuliłam się do niego – i nie zmienię go. Taka jestem. Mamy dwudziesty wiek, wiara w dzisiejszych czasach nie różni się niczym od mitów i bajek. Świat poszedł do przodu. Jakim cudem mamy się trzymać zapisków sprzed dwóch tysięcy lat?

– Tam jest mnóstwo mądrych i pięknych tekstów! – próbował oponować Janek.

– Tak? W mitach greckich też – wypaliłam.

– A w co ty wierzysz?

– W miłość, w nas, w rozum i naukę – odpowiedziałam. Po chwili dodałam pojednawczo: – Naprawdę takie coś ma nas podzielić?

Pochyliłam się ku niemu i gorąco go pocałowałam.

I wtedy dziwnie się poczułam. Teraz naprawdę zbierało mi się na wymioty. Co jest? Niczym się nie zatrułam, więc co to? Przysiadłam na ławce i wyjęłam kalendarzyk. Janek patrzył rozbawiony. Zalała mnie fala gorąca. No nie! Nie! Nie teraz!

Mój narzeczony uśmiechał się, jakby miał urodziny, całował mnie po rękach, cieszył się jak szalony! A ja miałam w głowie gonitwę myśli: „Ciąża? Dziecko? Tak, tak, oczywiście, ale jeszcze nie teraz. Nie teraz!”. Byłam zdumiona, przestraszona, szczęśliwa i zrozpaczona zarazem. Uwiesiłam się na szyi Janka i wyszeptałam:

– I co teraz?

A on uśmiechnął się i odpowiedział tylko:

– Jak to co? Lekarz!