Życie szczęśliweTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I

Prolog

1. Puszka Pandory

2. Zacząć jeszcze raz

3. Cisza miłosierdzia

4. Realne odniesienie

5. Wpisy, księgi, hipoteki

6. Zapędzone scherzo

7. Prawda warta grzechu

8. Nowe możliwości

9. O czym śnił?

10. Obudźcie się

11. Właściwy moment

12. Trajektorie do portu przeznaczenia

13. Subito piano

14. Zachody i wschody

15. Pstryk

16. Objawienie

17. Przebudzenie

18. Finalne odliczanie

CZĘŚĆ II

1. Niesiona na pożarcie

2. Zamieszanie

3. Przesłuchanie

4. Zimna kalkulacja

5. Spowiedź

6. Pęknięcie

7. Najgorsze zdarza się w domu

8. Brud

9. Martwa kraina

10. Depozyt snów

11. Kara za długi

Epilog

Okładka


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Maria Wichrowska

Korekta

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Ewa Grabowska

Marzenna Kłos

Copyright © by Katarzyna Błeszyńska, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9314-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Powieść tę dedykuję

Ani Błeszyńskiej

(ur. 12 II 1987 r. – zm. 8 XII 2017 r.)

wiedziałem że mnie zdradzi

wszak było to częścią planu

Ojca mego

podczas tamtej wieczerzy

zbyt przejąłem się sobą

nie zrobiłem nic

by znaleźć lepsze wyjście

a przecież zamiast chleba

powinienem dać mu szansę


A. Szygenda

Sprawa o odrzucenie, Zeznanie I

CZĘŚĆ I

Była w nim bolesna wyrwa, która domagała się wypełnienia. Każdy nosi w sobie taką lukę i ma wielkie szczęście, jeśli w porę wypełni ją świadomość tego, co w życiu naprawdę ważne.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Stał na pomoście i zastanawiał się, o co w tym życiu chodzi.

Morze było niewiadomą potęgą. Jeden krok dalej mógł wchłonąć bez reszty. Jeden maleńki krok. Przekroczenie granic świadomości.

Jeszcze niedawno myślał, że wie. Priorytety mężczyzny powinny być czytelne. Chodzi o pracę dla dobra rodziny i o pieniądze, które są przecież niezbędne do życia. Praca zaspokaja mężczyznę na każdym polu, jego ambicje i potrzeby rodziny. Katalog podstawowych pragnień. Egzystencja pełna materialnych substytutów szczęścia.

Miłość jak kęs chleba na wyciągnięcie ręki. Chleb świeży, z chrupiącą skórką, a potem coraz bardziej czerstwy, ale wciąż zaspokajający głód. I nagle, nie wiadomo kiedy, pojawia się na nim pierwsza pleśń. Czy to wtedy następuje zmiana priorytetów, a własne „ja” kurczy się do granic zasobności konta w banku?

Przyszedł tu na samotny spacer po zbyt obfitej kolacji. Zostawił Ewę z towarzystwem, bo nagle zapragnął samotności. Czuł w skroniach niepokojący puls, rozgrzany czerwonym winem i obietnicą gorącej nocy. Przysiadł na pomoście i patrzył w odległy horyzont. Szum fal koił myśli i wprowadzał w otępiającą obojętność. Niech się dzieje, co się dzieje. Zawsze tylko myślał i analizował, teraz po prostu żyje.

Położył się na pomoście i zamknął oczy. Zacisnął je boleśnie, aż zobaczył pod powiekami złote iskry płynącej krwi rozświetlonej zachodzącym słońcem. Wpełzła mu do głowy fala pulsującej świadomości. Zbliżał się do odkrycia prawdy o sobie. Ostatnie miesiące miał wykaligrafowane przed oczami. Stanął po drugiej stronie siebie, dokąd nigdy nie miał kodu dostępu. Był zwykle strukturą, ograniczoną formą i zasadami. A teraz widział bardzo wyraźnie siebie w sobie i poza sobą, i był przekonany, że pojmuje wszystko na nowo. Czas przestać analizować, zastanawiać się, myśleć wciąż o innych. Nadszedł jego czas, jego krótki czas. Bo przecież nic nie może trwać wiecznie. Nawet miłość. Przede wszystkim miłość. Wszystko jest tylko przemijającym stanem, zamkniętym w nietrwałej ułudzie świadomości. Jego jaźń uległa zmianie, więc priorytety nagle się zmieniły.

Usłyszał dochodzące z daleka głosy. Jacyś ludzie zbliżali się do pomostu. Cały ośrodek miał ze trzydzieści hektarów, leżał na łagodnym wzniesieniu, nad samym morzem. Wiosna na gorącej Krecie. Sezon dopiero się zaczynał, ale ludzi przybywało. Tydzień krótkiego zapomnienia, zanim znów wróci do pozwów i procesów. Podniósł się i ruszył w stronę głównego budynku hotelu. Mijał rodziny z dziećmi i na ich widok odwracał głowę. Teraz pchają przed sobą wózki, za dwadzieścia lat będą ciągnęli stracone złudzenia.

W recepcji hotelowej panował nastrój podróżnego rozgorączkowania. Przyjechali właśnie nowi goście i oczekiwali na przydział pokoi. Szedł po marmurowej posadzce do baru, gdzie miał nadzieję spotkać Ewę z jej dwiema koleżankami z orkiestry. Od razu dotarły do niego liryczne dźwięki fortepianu. Tak grać mogła tylko ona. Z daleka dostrzegł jej bujne blond włosy kontrastujące z czernią instrumentu. Muzyk pracujący w barze stał nad nią i słuchał jak zahipnotyzowany Etiudy rewolucyjnej Chopina. Ta kobieta miała w sobie moc wzbudzania podziwu, wręcz uwielbienia. Gdy wychodził z baru, była tylko jedną z wielu osób sączących drinka, a po półgodzinie zdominowała salę swoją obecnością i stała się głównym obiektem zachwytu. Oczy wszystkich spoglądały na nią.

Usiadł przy stoliku obok Beaty i Kseni. To była świta Ewy. Obie skrzypaczki orkiestrowe, obie singielki po trzydziestce, krytyczne wobec wszystkich mężczyzn, może lesbijki. Nieraz podejrzewał Ewę o jakieś więcej niż przyjacielskie relacje z kobietami. Ale w ich gronie wszystko było możliwe i nic nie wzbudzało zdziwienia. Tacy byli, one i oni, cała ta artystyczna bohema, w którą wkroczył za sprawą Ewy. Jego zasadniczy świat runął.

Przy Ewie stał się sobą. Miał wrażenie, że w końcu odnalazł swoją dawno schowaną twarz. Ukrył ją, bo chciał być dobry, chciał być miły, szlachetny, zaradny, kompetentny, profesjonalny, dobroduszny, a przede wszystkim chciał uchodzić za mężczyznę, któremu się powiodło. Pracował w pocie czoła i uprawiał zawód, w który czasem już nie wierzył, i żył z żoną, która stała się siostrą. I nagle zauważył, że jest taki, jak cała reszta.

 

Dzieci końca świata. Tego świata, który miał się skończyć z chwilą nadejścia roku dwutysięcznego. Pierwsze pokolenie młodej demokracji. Pojawiły się nowe możliwości i wymusiły inne cele. Ich rodzice walczyli o wolność dla kraju, oni – o siebie. Pokolenie egoistów, wiecznie nienasyconych, szukających sensu w materialnych substytutach szczęścia. Patrzył na swoich kolegów, panów po czterdziestce, spłacających kredyt za pozorne szczęście ukryte w kosztownych domach na przedmieściach i myślał: „Mam, czego chciałem, ale czy tego właśnie chciałem? Miałem być wyjątkowy, miałem dokonać rzeczy wielkich, miałem mieć życie nieprzeciętne, a tymczasem jestem zgorzkniałym panem w średnim wieku. I w dodatku nie był już sobą. Był taki, jaki powinien być.

Ewa skończyła grać, pochyliła głowę nad klawiaturą, po czym odrzuciła ją gwałtownym gestem, za którym popłynęły jej blond loki. Rozległy się brawa i wiwaty. Rozejrzała się wkoło z szerokim uśmiechem. Spostrzegła Pawła, wstała i ruszyła w jego stronę, odprowadzana wzrokiem obecnych.

– No, to należy mi się chyba szampan, prawda? – zapytała, gdy dotarła do jego stolika.

– Szampan i cztery kieliszki. – Paweł skinął na kelnera. Jego władczy ton nie mógł pozostać niezauważony. Ze swoją mocną budową, metrem dziewięćdziesiąt, ciemną gęstą grzywą, w której przebijały się pierwsze srebrne pasma, wyglądał na mężczyznę, któremu się nie odmawia.

Ewa usiadła mu na kolanach i wpiła się w jego usta, a cała sala znów zaczęła wiwatować. Ona wciąż była na scenie, jeszcze grała, w jej dłoniach tlił się puls muzyki, a tętno odmierzało tempo preludium. Pojawił się szampan, w głowie zaszumiało, euforia wpłynęła do żył. Nie było wątpliwości, zniknęły kłopotliwe pytania i dylematy. Był szczęśliwy, bo zasługiwał na szczęście, bo żyje się raz, życie jest krótkie, a pewna jest tylko śmierć. Dlatego nie zastanawiaj się, czy masz prawo do szczęścia, bo ono jest ci tak samo należne jak smutek, który po nim przychodzi. Przywarł wargami do jej warg i wtopił się w jej radość.

– Bierzemy szampana i idziemy na plażę, tu jest duszno! – krzyknęła Ewa, odrywając się od jego ust.

– Dobry pomysł, ale weźmy też drugą butelkę – zaproponowała Beata.

– Another champagne! – zawołał Paweł, machając do kelnera.

Szampan wjechał po chwili, Paweł wziął butelkę i całe towarzystwo wytoczyło się z sali. Brukową ścieżką ogrodową, wśród nocnego śpiewu cykad zeszli na plażę. Ewa zostawiła Pawła i pobiegła do morza, rozpinając po drodze guziki sukienki.

– Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec, mamy rozkaz cię utrzymać… – wykrzykiwała słowa żołnierskiej piosenki. Zasalutowała na brzegu, zrzuciła z siebie ubranie i wbiegła do wody. – Na co czekacie, pływamy!

Beata weszła po kostki i stwierdziła, że woda jest zimna.

– Tak ci się tylko wydaje, jak wejdziesz, to będzie ci ciepło! Jest bosko! No, chodźcie! – przynaglała Ewa.

– Ja tam wolę na leżaku. – Beata poległa.

Ksenia zaczęła się rozbierać i krzyczała do Ewy, że zaraz do niej dołączy. Paweł z pewnym ociąganiem zdjął koszulę, ale na skutek gorących nawoływań Ewy całkowicie pozbył się oporów i zrzucił z siebie wszystkie ubrania. Po chwili płynął już do niej.

– Chodź do mnie, Legalusie! Kąpałeś się kiedyś nago w świetle księżyca?! – wołała zdyszana.

– Nie. Z tobą wszystko jest nowe i pierwsze. – Dopłynął i objął ją w talii. – Masz zimne pośladki – zamruczał.

– Mam piękne pośladki – odpowiedziała, ssąc płatek jego ucha.

– Masz cudne, zimne pośladki, które zaraz rozgrzeję.

Nastroje dopisywały. Beztroska znalazła swoje apogeum. Gwiaździste niebo i przyjaciele, księżyc nad nimi, nirwana w nich. Ocean zapomnienia, do którego wpływali, był tymczasowy i pozorny, ale nie miało to większego znaczenia, gdy alkohol w żyłach znieczulał niepokoje.

– Dziewczyny, szampan czeka, wychodzimy – zadecydował Paweł zanurzony do pasa w wodzie, z roześmianą Ewą na rękach.

– Czy widzicie gdzieś moją sukienkę? – zapytała Ewa, gdy doniósł ją na brzeg. – Gdzie się podziała moja sukienka? Zostawiłam ją na brzegu.

– No to miałaś świetny pomysł! Pewnie płynie już do Grecji! – Beata zdążyła otworzyć szampana i siedziała na leżaku z kieliszkiem w dłoni. Z daleka jaśniała w ciemnościach jej biała koszulka na ramiączkach.

Paweł włożył spodnie, a Ksenia z Ewą chodziły wzdłuż plaży, szukając sukienki.

– Już jej nie znajdziesz! Jutro kupię ci drugą, krótszą i z większym dekoltem! – wołał do Ewy w ciemnościach.

Nalał sobie szampana. Wiedział, że przesadził dziś z alkoholem, ale mimo to nie zamierzał przestać. Dziś noc szalona, jutro dzień na straty. Usiadł na piasku, wciąż jeszcze ciepłym po upalnym dniu. Nagle widok nagiej Ewy błądzącej po plaży w poszukiwaniu sukienki, z podążającą za nią niczym mroczny cień Ksenią, wydał mu się zabawny i zaczął się śmiać. Śmiał się głośno, potem coraz głośniej, aż w końcu zanosił się śmiechem.

– No dobra, nie szukaj, masz moją koszulę. – Wciąż się śmiejąc, odpiął guziki i ruszył w stronę Ewy.

Ewa podwijała rękawy koszuli, trzęsąc się z zimna.

– Potrzebuję szampana, zimno mi, czy ktoś tu pamięta o mnie? – Wyciągnęła rękę do Beaty, która podała jej butelkę.

Wychyliła z gwinta.

– No i z czego się śmiejesz? – Zwróciła się do Pawła, potrząsając zmoczonymi lokami. Wyglądała jak królowa syren, złapana w rybacką sieć. Dumna, choć skazana na porażkę. Ciemna smuga rozmazanego tuszu pod oczami nadawała jej twarzy tajemniczej grozy.

– Czuję, że dziś upiłem się życiem – powiedział Paweł w alkoholowym uniesieniu. – Czy miałyście kiedyś poczucie zupełnej beztroski, pełnej radości, gdzie właściwie nic się nie liczy, tylko ta chwila?! Bo trzeba się cieszyć życiem! Łapać je garściami, odmierzać czas kieliszkami wypitego szampana. Jestem tu sobie na plaży, prawie nagi, nie mam nic, nie mam karty kredytowej, zegarka, nie mam… i co? Jestem szczęśliwy. Szczęśliwy chwilą… Ale jedno wam powiem. – Podniósł się z kolan i spojrzał w gwiazdy. – Wszystkie nasze wysiłki są na nic. Cała ta mordęga to droga donikąd! Cieszcie się życiem, mówią do nas, rozwijajcie się, pracujcie, bo wy jesteście najważniejsi, wy! I rozwijamy się po to, aby zadowolić innych. Taak! Szefa w korporacji, klienta, widza. Taaak! Widzicie paradoks? W tym całym krzyku o rozwoju własnym nie ma krztyny rozwoju własnego. Jest podporządkowanie innym! I tak się dajemy robić. Człowiek nigdy nie był tak bardzo nieszczęśliwy w całych dziejach świata! – wykrzyknął, osuwając się na kolana, po czym usiadł, szeroko rozstawiając nogi. – Bo dzisiejszy człowiek żyje tym, co wmówili mu inni. Przecież to najgorszej maści totalitaryzm emocjonalny!

Pijana Ksenia ziewnęła przeciągle.

– A ja chcę pod ciepłą kołderkę i już – wybełkotała.

– Masz szampana. – Beata podała jej butelkę.

– I wiecie, co teraz robię? – ciągnął Paweł. – Dopiero teraz realizuję zadanie. Mam być szczęśliwy przez spełnienie samego siebie? Proszę bardzo. Jestem przecież samcem alfa, sam z trzema pięknymi kobietami na plaży. Hedonizm w pełnym wydaniu, a nie ten materialistyczny, który wszystko sprowadza do konsumpcji. To przydatna filozofia, idealna na dzisiejsze czasy! Koncerny mogą się bogacić, bo ludzie kupują, wierząc, że kupione produkty zapewnią im zadowolenie. W szczęście już nikt nie wierzy. Szczęście zamieniło się w satysfakcję z zakupów.

Zaśmiał się jeszcze głośniej i sięgnął po butelkę, z której upił łyk. Jego świadomość skurczyła się do granic własnego ego, które zdominowało całą jaźń. Był w tym momencie kimś, kim nigdy wcześniej nie był, odkrył nowego siebie, jakim zawsze bał się być. Malutki, zapatrzony w siebie samiec alfa, który z horyzontem skurczonym wokół nosa żyje widokiem zawężonym do swej przyjemności.

Najlepsza recepta na szczęście: zaspokajanie tylko własnych pragnień. Jakim był idiotą, poszerzając swój horyzont o tak wiele osób, których życiem żył. Realizując siebie, sztucznie wykreował swoją powinność życia dla innych. I co z tego miał? Tylko pretensje i żale. I niezadowolenie, i frustrację. I to ciągłe: „więcej, więcej”. Jej zmarnowana młodość, kariera, jej poświęcenie, które rekompensował dostatnim życiem zapewnianym całej rodzinie.

Zaprzężony do roboty wół, ciągnięty za rogi, z zadem pogryzionym przez wyrzuty sumienia. Ona była jego wielkim wyrzutem sumienia i ich życie zbudowała na wyrzucie sumienia. Domowe muzeum wyrzutów sumienia. Jej zmarnowany talent zakopany w grobie poświęcenia. Poświęcenie z każdej strony, dla wszystkich, dla siebie, dla rodziny, ku chwale czego? Zapędził się, zagubił, zapomniał o sobie, niczego nie użył. Życie mija, grawitacja ciągnie twarz w dół, owłosienie wypada, rzednie, siwieje, ciało powoli wiotczeje, człowiek suszy marzenia.

A tymczasem to, co tu przeżywa, to właśnie szczęście, radość, uniesienie, ekstaza nawet. I to za sprawą wesołych kobiet i seksu z jedną z nich, która rozszerzyła jego ciasne horyzonty i ocaliła przed nieświadomym uwiądem.

Tej nocy miał trzy orgazmy i ani śladu uwiądu. Jego soki tryskały z pełną mocą wiary we właściwą drogę. Jeśli miał kiedyś wyrzuty sumienia, to teraz absolutnie ich się pozbył. Zasnął snem spokojnym, błogim i nieświadomym, dającym pokrzepienie. Jego ego rozrosło się ponad szerokość ramion, wpełzło do głowy i zasiedliło lewą półkulę. Tę samczą, rzecz jasna, choć czy to w ogóle ma jakieś znaczenie?

Najważniejsze, aby być szczęśliwym.

1. Puszka Pandory

Czasem warto wiedzieć mniej. Lepiej też nie znać myśli innych ludzi, lecz kto choć raz nie marzył, aby wejść do cudzej głowy. Czasem świat jest prostszy, gdy pozostajemy w błogiej nieświadomości istoty rzeczy. To prawda. Ale tkwi w nas głód poznania i ciekawość potrafi pożerać nasze myśli.

Marta myślała o tym wielokrotnie i często zastanawiała się nad spokojem, który panował w jej życiu, zanim pewnego popołudnia nie zajrzała do szafy. Tak jakby otworzyła puszkę Pandory, z której wyleciały wszystkie lęki i zatruły jej spokój.

Tamtego dnia wróciła właśnie z zakupów. Piątkowy rytuał, tyle że kupiła więcej niż zazwyczaj. W niedzielę miała urodziny, więc w szarym kartonie wtargała do domu cały arsenał win, soków, wody, butelkę whisky, wódkę i likier. Polędwica wołowa z kurkami, pieczone ziemniaczki z rozmarynem, wykwintne sery i sernik z musem malinowym – to właśnie zamierzała przygotować na urodzinowy obiad. A przy nim tylko najbliższa rodzina, czyli ona, jej mąż Paweł, dwaj synowie Franek i Staszek, rodzice, jej siostra oraz siostra Pawła. Przyjaciół zaprosi na kolację w innym terminie.

Wyjmowała wszystko z toreb i wkładała na miejsce. Szafki kuchenne powoli się zapełniały. Poczuła zadowolenie. Lubiła mieć pełną spiżarnię. Lodówkę przemyła wodą z octem, zanim rozlokowała w niej nowe produkty. Jogurty przetarła wilgotną szmatką. Porządek w domu musi być i w lodówce też. W końcu dom to jej królestwo, baza lądowa rodziny, batalion jej zmagań, sukces życiowy.

Kiedy czasem nachodziły ją smętne myśli, że jej życie zaczyna się i kończy na słowie „dom”, i że może jednak po drodze coś straciła, ganiła siebie za takie refleksje. Bo cóż większego mają te jej koleżanki ze studiów, które nie rozstają się od dwudziestu lat ze sztalugą? Ściany wypełnione martwymi naturami? I martwe dusze łaknące ciepła po zmroku, chodzące po prośbie o dofinansowanie każdej nędznej wystawy, skamlące o choćby najmniejszą wzmiankę w prasie, o cień pozytywnej recenzji.

Rozejrzała się po kuchni z zadowoleniem. Rosół się gotował, blaty lśniły czystością, mogła sobie pozwolić na popołudniową kawę. Dom był idealnie posprzątany, w czym raz na tydzień pomagała jej pani Larysa. Przeszła do salonu z filiżanką cappuccino na srebrnej tacy. Usiadła w miękkim fotelu i włączyła telewizor. Pijąc kawę i słuchając wiadomości, malowała paznokcie.

Zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu zobaczyła imię swego starszego syna.

– Cześć mamo. Słuchaj, na którą robisz te urodziny? – Usłyszała w tle szum ulicy.

– Na piątą. Ale dziadkowie pewnie przyjdą wcześniej – odpowiedziała, nie przerywając piłowania paznokci.

 

– Ale ja będę musiał się szybciej ulotnić. Zapomniałem, że idę z Anką do teatru. Muszę jeszcze po nią pojechać.

– No to o której chcesz wyjść? – zapytała rzeczowo, choć w jej głosie czaił się smutek.

– No, przed szóstą, a najlepiej o wpół.

– O wpół do szóstej? – Teraz była wyraźnie zrezygnowana.

– No… – potwierdził niepewnie.

– Skoro musisz… ale to przecież moje urodziny, chciałabym, żebyśmy wszyscy byli razem.

– No wiem, ale ja muszę iść do tego teatru, wiesz przecież, jaka sytuacja…

– Tak, wiem.

Wiedziała, że chodzi o Ankę. Jej syn przeżywał burzliwą miłość, rozstania i powroty, i właśnie nastał gorący powrót. Marta przypuszczała, że prędzej czy później rozstaną się na dobre. To był bardzo emocjonalny związek i za dużo było w nim spięć. Czuła, że Anka nie jest odpowiednią dziewczyną dla Staszka. Ale zanim się rozstaną, to na jakiś czas zakochanie przesłoni im całą resztę wzajemnego niedopasowania. Tak to widziała. A teraz był przynajmniej szczęśliwy i to było ważne.

– No, skoro musisz – powiedziała.

– A może zrób to na czwartą? – zaproponował. – Zrób to na czwartą. Dobrze?

Zmarszczyła brwi i spojrzała w skupieniu na sufit, jakby spodziewała się znaleźć tam odpowiedź.

– No dobrze. Zadzwonię do wszystkich i zmienię godzinę. – Szybko podjęła decyzję.

Jej najstarszy syn. Skończył już dwadzieścia lat. A miała wciąż wrażenie, jakby wczoraj dowiedziała się, że nosi go pod sercem. Była na drugim roku Akademii Sztuk Pięknych. To było niespodziewane i z miejsca stało się najważniejsze. Paweł nie był zachwycony, ale oświadczył się i wkroczyli razem w życie małżeńskie, a potem we wczesne rodzicielstwo. On na szczęście prawie kończył studia prawnicze. Ona studia przerwała, bo opieka nad małym Stasiem pochłonęła ją całkowicie. Niedługo potem na świecie pojawił się Franek. Paweł robił aplikację, więc cały dom był na jej głowie.

Paznokcie wyschły i postanowiła nastawić pranie. Wyjęła z kosza wszystkie rzeczy i podzieliła na trzy części: białe, kolorowe i ciemne. Włożyła część ubrań do pralki, wsypała proszek i już miała włączyć przycisk „start”, gdy przypomniała sobie, że ma jeszcze wyprać granatowe dżinsy Pawła.

Poszła do garderoby i otworzyła szafę. Zobaczyła spodnie złożone na półce. Z tyłu za nimi kłębił się jakiś szary zwój. Pokręciła z dezaprobatą głową. Dlaczego Paweł, taki dbały o szczegóły w każdym piśmie procesowym, robiący notatkę pisemną z każdej rozprawy i wpinający ją skrupulatnie do akt, jest takim strasznym bałaganiarzem we własnym domu?

Wyjęła szary dres wepchnięty głęboko w tyle półki. Coś z niego wypadło na podłogę. Zauważyła kwadratowe, brązowe pudełeczko z napisem „W. Kruk”. Uśmiechnęła się. Momentalnie zrozumiała, że oto właśnie, zupełnie przypadkiem, odkryła prezent urodzinowy, jaki przygotował dla niej mąż. Podniosła pudełeczko i przez chwilę zastanawiała się, czy je otworzyć. Z uśmiechem na ustach zawinęła je z powrotem w spodnie i włożyła do szafy. A potem znów wyjęła. Ciekawość zwyciężyła.

Bransoletka. W pudełeczku zobaczyła piękną złotą bransoletkę wysadzaną maleńkimi brylantami. Mieniły się w świetle halogenów. Doceniła szlachetność wyrobu, ale dla pewności zerknęła do certyfikatu. Brylanty 0.27 karata w liczbie 90 sztuk, o szlifie ośmiokątnym, znakomitej przejrzystości i barwie białej. Poczuła wzruszenie. Pokręciła z niedowierzaniem głową. Nie trzeba było. Jej mąż w końcu zdobył się na taki wydatek, na taki spektakularny gest. Nie musiała mu nic sugerować, do niczego zachęcać. Tak po prostu, po dwudziestu latach małżeństwa, na okrągłą rocznicę czterdziestych urodzin kupił jej bransoletkę z brylantami. On, zawsze taki oszczędny, rozsądny w wydatkach, teraz zaszalał. Bo docenił ją, swoją żonę na dobre i złe, matkę jego wspaniałych dwóch synów, kobietę piękną, dojrzałą, czterdziestoletnią.

Marta podobała się sobie i podobała się mężczyznom. Nikt nie dawał jej czterdziestu lat. No, może trzydzieści cztery, pięć. Regularnie chodziła na fitness, zdrowo się odżywiała i ubierała z dbałością o detal. Zamknęła pudełeczko i z niegasnącym uśmiechem zawinęła je z powrotem w szare spodnie od dresu. Były trochę przybrudzone, ale w tej sytuacji nie mogła ich wyprać. Nie było jej tu, niczego nie widziała. Czuła radość, ale też zażenowanie, że zobaczyła coś, czego zobaczyć nie powinna, że zepsuła niespodziankę sobie i jemu.

Zabrała tylko dżinsy i włożyła do pralki. Bęben zaczął się kręcić i odmierzał niczym zegar miarowe „tik tak”. Podśpiewując, zeszła z piętra do salonu i usiadła w fotelu. Wzięła telefon i zaczęła obdzwaniać wszystkich, by poinformować o zmianie godziny przyjęcia.

*

Siedzieli przy kuchennym stole. Franek zajadał z apetytem lasagne, którą mu podała. Wrócił ze szkoły rozdrażniony, bolała go głowa. Doskonale znała przyczynę. Musiał zaliczać poprawkę z chemii i siedział nad równaniami do późna w nocy.

– Dlaczego zmieniłaś godzinę?! Ja nie zdążę wrócić z tenisa, kort mam zamówiony na trzecią – odezwał się z pretensją.

– Bo Staszek idzie do teatru na siódmą.

– Bo on idzie do teatru – prychnął. – To niech nie idzie, w końcu ty masz urodziny.

– Franek – powiedziała prosząco – tak samo ty nie musisz iść na tenisa, bo ja mam urodziny.

– Ale ja tydzień temu też nie byłem! Muszę się uczyć cały tydzień do tej cholernej matury i nie mam na nic czasu. Tylko weekend zostaje.

– To idź wcześniej.

– Kort jest zajęty.

– To daj sobie spokój z tym tenisem w niedzielę. Idź w sobotę.

– Jasne, ja mam wszystko zmieniać, przestawiać, bo jak zwykle trzeba się dopasować do Staszka.

Popatrzyła na niego z czułością.

Nadwrażliwiec. Ciągle miał pretensje o wszystko, zawsze znajdował ciemną stronę i uwielbiał użalać się nad sobą. Kochała obu tak samo, a on ciągle narzekał, że wyróżnia Staszka.

Pogłaskała go po głowie.

– Co ty kochanie za głupoty opowiadasz. Tak wyszło po prostu, nie wiedziałam, że masz tenisa. Już się nie denerwuj. Matmę zaliczyłeś dzisiaj, wszystko będzie dobrze.

– Nic nie będzie dobrze. Ta kobieta się na mnie uwzięła. Chce mnie uwalić.

– Skąd! – Pokręciła głową. – Rozmawiałam z nią. Tak między nami, to sfrustrowana kobieta, która żyje wyłącznie swoją pracą, a ty ją razisz, bo, no wiesz, jesteś nietuzinkowy, wyróżniasz się, a chemię traktujesz jak przedmiot do odbębnienia. I ją to wkurza. Więc po prostu zmień podejście i pokaż jej, że się starasz.

– No właśnie to robię – powiedział, przeżuwając większy kęs.

– No i bardzo dobrze. Czepiała się dzisiaj?

– Nie. Z satysfakcją odebrała moją pracę.

– No i dobrze, niech się cieszy. W życiu trzeba ludziom zapewnić poczucie satysfakcji. – Uśmiechnęła się porozumiewawczo.

Ona zapewniała satysfakcję całej swojej rodzinie. Raz tylko, wiele lat temu, dała się namówić Krzyśkowi, koledze ze studiów, na udział w wystawie w Kazimierzu i zostawiła cały dom na tydzień. Od dawna namawiał ją, żeby przygotowała wariacje olejne na temat anatomii kobiety. Temat dziwny, ale porwał ją na tyle, że gdy dzieci spały albo były w szkole, ona na strychu malowała studium piersi albo brzucha.

Paweł bez przekonania zgodził się zaopiekować dziećmi, w czym miała mu pomagać jej mama. Ale zaczęła utyskiwać na jego późne powroty do domu i zbytnie zaangażowanie w pracę kosztem rodziny. Paweł się obraził, teściowa zniknęła, a on zadzwonił do Marty zdruzgotany, że nie wie, jak się włącza pralkę. Nigdy więcej nie wchodziła w żadne projekty poza Warszawą.

Owszem, okazjonalnie wstawiała coś do zaprzyjaźnionej galerii, jednak z czasem zupełnie przestała malować. Życie domowe wystarczająco ją absorbowało. Oczywiście, mieli z Pawłem szerokie grono znajomych, z którymi wymieniali się towarzyskimi obiadami i pili dobre wina przy dźwiękach jazzu. Tak zwane nieprzeszkadzające nuty, które wpasowywały się w klimat spokojnych rozmów. Rozmów o dzieciach, rankingach szkół, przedszkoli, opiekunkach, pracy, zdrowym jedzeniu i podróżach. W dobrym tonie była też kultura, czyli teatr, kino, książka, choć z racji zabiegania i zapracowania wszystkich gości te tematy wypływały stosunkowo rzadko i dyskutowane były bardzo pobieżnie. Czasem wkradał się jakiś element polityki, ale z miejsca temat zmieniano, zgodnie z zasadą, że o polityce i pieniądzach przy stole się nie mówi.

Kiedy Franek skończył jeść, sprzątnęła po nim, a talerz włożyła do zmywarki. Starła starannie owalny biały stół w jadalni i przeszła do kuchni, żeby wypłukać szmatkę pod bieżącą wodą. Zerknęła na stojący angielski zegar w jadalni i zobaczyła, że dochodzi wpół do szóstej. Musiała się spieszyć na fitness. W pośpiechu zabrała tylko sportową torbę Nike i już wkładała buty.

– Franek, wychodzę na trening, zamknij za mną.

Wyszła ze swojego pięknego białego domu z czterospadowym dachem z czerwonej dachówki. Szła wprost do garażu, który stał z boku posesji. Zauważyła, że folia, którą były okryte róże na podjeździe, zsunęła się, odsłaniając górną część rośliny. Spróbowała ją z powrotem owinąć, ale bezskutecznie. W końcu machnęła ręką i pobiegła do garażu. Zrobię to, jak wrócę, pomyślała. Ogród był jej pasją i miała co roku najpiękniejsze róże w okolicy.

Po chwili czarny jeep grand cherokee wyjechał na szosę. Droga z Warszawy w stronę Łomianek była całkowicie zakorkowana. Ona jechała w kierunku centrum i na szczęście nie było poważniejszych utrudnień w ruchu. W Centrum Olimpijskim, gdzie chodziła na fitness, powinna być za dziesięć minut.

*

Robiąc te wszystkie marsze, skłony, składy i brzuszki, Marta obserwowała swoje odbicie w lustrze i uśmiechała się z zadowoleniem. Była szczęśliwa. Pomyślała, że nie rozumie lęku kobiet przed starzeniem. Trzeba dbać o kondycję i o siebie, ale i tak nie zatrzyma się mijającego czasu. W tej kwestii życie jest bardzo sprawiedliwe i upływ czasu zostawia ślad na każdej twarzy. Starość nie oszczędzi nikogo. Jedynym wybawieniem z jej martwych szponów jest śmierć. Rozwiązania zatem nie ma i pozostaje tylko akceptacja mijającego czasu.

Patrzyła w lustro i widziała przed sobą atrakcyjną kobietę w średnim wieku, o sięgających ramion ciemnych włosach, gęstych i falujących, z krótką grzywką. Regularna linia wyrazistych brwi nad spojrzeniem dużych zielonych oczu nadawała jej twarzy skupiony wyraz. Nos średniej wielkości, lekko zadarty, dość pełne usta z jakimś zdeterminowanym zacięciem, bo zawsze miała wrażenie, że ma za duże zęby i nie lubiła ich odsłaniać w uśmiechu. Był w tej twarzy spokój, a w oczach – które były oczami dobrego człowieka – można było przeczytać proste historie, bez kamuflażu i udawania. Jeśli nie była piękna, to na pewno była atrakcyjna, a w każdym razie na pewno miała przyjemną aparycję. Jej metr sześćdziesiąt pięć uchodził już tylko za wzrost średni, jednak miała proporcjonalną budowę i smukłe nogi, które sprawiały, że wydawała się wyższa. Na wąskich ramionach delikatnie rysowały się mięśnie. Ćwicząc pośladki, z dumą obserwowała, jak ich mięśnie naprężają się przy każdym uniesieniu nogi.