Mężczyzna idealnyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I

Prolog

1. A czoło coraz wyższe

2. Jaki jestem ważny

3. Podniebny świat

4. Z lotu ptaka

5. Dobra passa

6. Lala w samochodzie

7. Ucho w samochodzie

8. Bo ty nie lubisz życia

9. Kompleksy życia

10. Cenne odchody łaskuna muzanga

11. Ostatni akt

12. Spektakl trwa

CZĘŚĆ II

1. Zmiany losu

2. Zostało kilka godzin

3. To kwestia godzin

4. Nasze matki były inne

5. Zamknięty w szafie

6. Na zakręcie

7. Za zakrętem

8. Droga taka długa

9. Porażenie

10. Człowiek, który błądził

11. To było ważne

12. Karmienie duszy i ciała

13. Żeby być lepszym

14. Wielki pan

15. Znak

16. Pęknięcie

Epilog


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Copyright © by Katarzyna Błeszyńska, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9359-1

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Pod zimnym słońcem, na złotym piasku stał

Nad głowami, wiatr z północy wiał

Chciałam go spytać, on odpowiedział mi

Patrząc w dal

W sercu pod spodem mam ogień

A na sobie stal

Szliśmy bez słowa, chłód się z nieba lał

Dzień kryształowy, noc nam w prezencie dał

Chciałam ukruszyć, lód jego duszy

Ten, srebrny żal

Bo w sercu pod spodem ma ogień

A na sobie stal (...)

Maria Holka, Rycerz

Powieść tę dedykuję

Juliannie i Janowi

CZĘŚĆ I

Nigdy nie pokazywać słabości, nakładać na siebie najlepszej jakości przebranie, żyć w zgodzie z własnym kodeksem satysfakcji.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Dorosłem, kiedy wyrosły mi zęby mądrości. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i nagle pojąłem, że żarty się skończyły, a zaczęło dorosłe życie. Niebo wciąż było błękitem, a drzewa mieniły się odcieniami czerwieni i żółci, ale miałem nieodparte wrażenie, że barwy zbladły. Przeczuwałem, że prawdziwa dorosłość przygniecie mnie swym pręgierzem, przykuje łańcuchem do mozolnej codzienności, zasnuje oczy mgłą ślepego poddaństwa sprawie ważnej, nadrzędnej: walce o lepsze jutro. Wiedziałem, że moje życie musi być lepsze niż egzystencja moich rodziców – dwojga zagubionych ludzi, błądzących po omacku, z dziecięcą naiwnością i niemym przekonaniem, że życie samo się toczy, a koła wprowadzane są w ruch przyciągającą je grawitacją. Wiedziałem, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce.

Studiowałem informatykę na politechnice, do komputerów miałem smykałkę. Wszystko od razu chwytałem w lot, od kiedy w liceum od brata ojca dostałem używanego peceta. Na studiach pogłębiłem znajomość komputerów i zacząłem pomagać ludziom w różnych banalnych sprawach. Komuś zainstalowałem program, modem na faks, dodałem ramów – tego typu rzeczy. Któregoś dnia profesor od statystyki zaproponował mi dorywczą pracę u siebie w firmie. Miałem podłączyć nowe komputery, zainstalować oprogramowanie i je skonfigurować. Potem polecił mnie swojemu koledze i tak to się zaczęło kręcić.

Nawet już nie pamiętam jak trafiłem do Optusa, ale chyba też z czyjegoś polecenia. Zacząłem realizować dla nich wiele zleceń, a po studiach przeszedłem na umowę o pracę. To była amerykańska firma, od niedawna działająca w Polsce. Sprzedawała na nasz rynek komputery, podzespoły i oprogramowanie. Zaczęli mnie wysyłać na różne kursy, szkolenia, także za granicę, do Niemiec, Francji. Angielski znałem bardzo dobrze, niemiecki biegle. Parę razy w liceum byłem u brata ojca na dłuższych wakacjach w Berlinie i tam musiałem rozmawiać z jego dziećmi po niemiecku. Moja matka miała długi urlop jako nauczycielka, więc jeździła ze mną, żeby zajmować się dziećmi wujostwa. Potem moi kuzyni przyjeżdżali do nas do Polski na kolejny miesiąc wakacji, żeby uczyć się polskiego. Ale raczej nic z tego nie wychodziło, bo po polsku mówić nie chcieli. No ale ostatecznie, to ja skorzystałem i po niemiecku mówiłem biegle.

Lubiłem się bawić, lubiłem piękne kobiety i imprezy, ale wiedziałem, że jak chcę coś w życiu osiągnąć, to pewnego dnia muszę dorosnąć. I jakoś to samo przyszło, gdy wyrosły mi zęby mądrości. Bolało. Dojrzewanie musi boleć. Ciągłe natarcie bolesnych sprzeczności. Doświadczenie, pod cienką skórą kiełkuje optymistycznie, a wyrasta potem zwykły chwast, który trzeba wyrwać z korzeniami. Dorosnąć, co to znaczy? To znaczy wiedzieć. Wiedzieć co? To czego inni nie wiedzą. Po co? Żeby ludzie czuli respekt. Dlaczego? Bo ludzie zazwyczaj są głupi i szacunek mają tylko do lepszych od siebie.

Skromności odejdź precz! Nawet gdy naprawiałem komputer prezesa, nie byłem uniżony, o nie. Doradziłem mu, żeby poszedł na kurs podstawowy obsługi Microsoft Office, gdy któregoś dnia zawiesił mu się komputer i wezwano mnie na pomoc. Spojrzał kompletnie zdziwiony, kiedy zasugerowałem mu dalszą edukację. Byłem młokosem zatrudnionym w dużej firmie komputerowej na okres próbny, a ośmieliłem się pouczać wielkiego prezesa. Nonszalancja jest grzechem młodości, który może pogrążyć albo wynieść na piedestał i nigdy nie wiesz do końca, w którym kierunku podąży. Prezesowi odjęło na chwilę mowę, a potem powiedział:

– Rób swoje, dobrze? – Spojrzał na mnie karcącym wzrokiem, w którym dostrzegłem także zakamuflowany lęk. Lęk przed obnażeniem rzecz jasna. Dzisiaj już wiem, że udawał lepszego, mądrzejszego i bardziej kompetentnego, a ja z racji swojej wielkiej indolencji nie udawałem wtedy wcale.

Robiłem swoje i strzeliłem mu wykład na temat najczęstszych błędów popełnianych przez użytkowników, podając parę prostych patentów. Muszę przyznać, że przejawy mojej bezczelnej nonszalancji zastąpiła iskra inteligencji, która wznieciła maraton pozytywnych rozwiązań.

– W takiej sytuacji, musi pan za każdym razem użyć strukturalnej obsługi wyjątków. Jeśli błąd wystąpi wewnątrz bloku kodu, pomiędzy frazami begin try oraz end try, to kod jest zatrzymywany i przenoszony do bloku pomiędzy frazami begin catch oraz end catch.

 

Prezes udawał, że słucha, ale naprawdę zainteresował się wtedy, gdy – już na odchodne – podałem mu sposób na zmianę daty w poczcie wychodzącej. W swojej pracy musiał rzecz jasna odpisywać na setki mejli, nie zawsze robił to w terminie, więc taka umiejętność mogła mu się przydać. Z pięćdziesiątką na karku był, mówiąc delikatnie, z innego pokolenia. Pracował w firmie komputerowej, a na komputerach wcale się nie znał. Znał się na handlu i miał wejścia tam, gdzie trzeba, i to wystarczało. Zdawał sobie jednak sprawę z własnych ograniczeń i chciał mieć zaufaną osobę, która zrekompensowałaby jego braki, dlatego niedługo potem wezwał mnie do siebie. Zostałem jego asystentem i to była moja trampolina na szczyt.

1. A czoło coraz wyższe

7:00

Zęby mądrości przestały boleć, teraz mnie boli wypadanie włosów. Ale to już inny ból, inny czas. Wtedy miałem dwadzieścia pięć, teraz dziesięć lat więcej.

O siódmej budzi mnie Taniec rycerzy Prokofiewa. Swojego pluszaka zanoszę do garderoby i wkładam do szuflady z bielizną. Po chwili wyjmuję go jednak i zanoszę do kosza na pranie. Czas najwyższy, żeby go wyprać. Instruowałem już panią Larysę, że powinna to robić, włączając w pralce program numer trzy, czyli delikatne pranie tkanin naturalnych. Mój miś jest wykonany ze stuprocentowej bawełny i właściwie zniósłby pewnie normalny program i wyższą temperaturę, ale jakoś nie chcę mu tego fundować. Jest dla mnie niczym najmilszy przedmiot bliskości, pewien substytut czegoś niewiadomego i ważnego, co czai się w mojej aktywnej podświadomości i uspokaja jej lękliwe zakątki. Kiedyś miałem z tym problem, ukrywałem swojego misia, aż któregoś dnia psychiatra uzmysłowił mi, że nie ma się czego wstydzić. Każdy ma swojego misia albo hopla, albo nałóg lub kłopotliwe przyzwyczajenie, natręctwo czy inną przypadłość, i trzeba to zaakceptować.

Wstaję i wiem, że dziś będę zły. Zły i groźny. To dzieje się spontanicznie, nie planuję tego. Nie zawsze, gdy wstaję z łóżka, to wiem jaki będę. Czasem, dopiero kiedy się golę, nawiedza mnie świadomość dnia, czasem, gdy jem śniadanie, a czasem wcale nie wiem jaki mam być i wtedy jestem nijaki. Jakiś taki rozmazany jakbym był. I wtedy na szybko, najczęściej w windzie, gdy wjeżdżam na swoje czternaste piętro, patrzę w lustro i widzę rozmazanego faceta, lat trzydzieści pięć, jeszcze młodego, a już jakby starego; wyprasowanego, a jakby pogniecionego. Dość wysokiego, a jakby średniego wzrostu, za sprawą dość grubych kości i ogólnego rozrośnięcia, jakby lekkiego napęcznienia. Mam włosy jeszcze jakby gęste, ale z niebezpiecznie wysoko odsłoniętymi zakolami; blond, a jakby poszarzałe wyzierającą pojedynczymi włoskami siwizną. I wtedy szybko marszczę brwi, wciągam brzuch, chrząkam głośno, „czarną kawę pani mi zrobi” – mówię do lustra, żeby sprawdzić barwę głosu i ton, jakim za chwilę odezwę się do swojej sekretarki. Najczęściej mój kamuflaż działa, wydaję się określony, choć naprawdę jestem zupełnie rozmazany. Dzisiaj nikt nie może się dowiedzieć, że jestem niewyraźny, dlatego robię wszystko, żeby wydawać się wyraźniejszy niż zazwyczaj.

Idę do łazienki. Erekcja. Dobrze, bardzo dobrze, zawsze mi poprawia humor. Siadam na ubikacji. Nie stoję, ale właśnie siadam. Może gdzieś, w publicznym szalecie stoję, ale w domu zawsze siadam. Robię na siedząco, bo płynąca struga tworzy w powietrzu mgłę, która opada potem na powierzchnię i zostawia fetor rozkładającej się uryny. Czasem strumień idzie w bok, no i wiadomo, ląduje na sedesie albo na podłodze. W szalecie można zostawić, w domu trzeba wytrzeć. Więc lepiej siadać. Siedzę i słucham strumienia. Gdy płynie równo i głośno, jestem zadowolony. Czasem jest powolny i cienki, i tego nie lubię. Dzisiaj idzie głośno i równo. Chociaż to.

Włączam ekspres i robię sobie kawę. Czarne espresso. Krew zaczyna szybciej krążyć i naprawdę się budzę. Jest siódma piętnaście. Wkładam szlafrok, wchodzę do windy i zjeżdżam na basen. Pierwszy apartamentowiec w Warszawie, w którym winda zawiezie cię w klapkach wprost na basen. To nazywa się luksus. Trzydzieści tysięcy za metr bez wykończenia pod klucz. Za apartament wyposażony w zaawansowany system zarządzania mieszkaniem HMS, który steruje między innymi klimatyzacją, oświetleniem, roletami i telewizją za pomocą keypadów oraz urządzeń mobilnych – smartfonów i tabletów. Keypady, czyli cyfrowe „inteligentne” włączniki wielofunkcyjne, umieszczone są we wszystkich pokojach, można je dowolnie konfigurować, przypisując różne funkcje. System umożliwia tworzenie tak zwanych „scenariuszy indywidualnych potrzeb”. Na przykład opcja „poranek”, przed planowaną pobudką podnosi temperaturę w mieszkaniu, uruchamiając ogrzewanie podłogowe w łazience i budząc ulubionym utworem.

Uwielbiam muzykę poważną, a w szczególności Prokofiewa, który urodził się tego samego dnia co ja, czyli 23 kwietnia. Jego muzyka jest tak niesłychanie sugestywna, ilustrująca wszelkie stany uczuć. Nikt inny nie potrafił tak finezyjnie łączyć tonalności z dysonansem, elementów muzyki industrialnej z ludowością. Jego utwory, gwałtownie dynamiczne, są jednocześnie bardzo liryczne, a chwilami zabawne, kiedy cytował znane frazy melodyczno-harmoniczne. Potrafił bawić się muzyką, nie gubiąc wirtuozerii. Jest moim muzycznym numer jeden. Żył głośno i intensywnie, za to zmarł prawie niezauważony 5 marca 1953 roku, bo był to także dzień śmierci Stalina, i naród radziecki rozpaczał po stracie wodza. Taniec rycerzy z baletu Romeo i Julia daje mi siłę i poczucie władzy.

Mieszkanie wykończyłem na podstawie projektu architekta wnętrz. Minimalistyczne art déco, oszczędnie, ale klasycznie. Widziałem coś takiego u jednego z naszych top menedżerów na Manhattanie. Symetria i harmonia, tradycja europejska, ale też motywy inspirowane Dalekim Wschodem. Drogie i luksusowe materiały, ciemne drewno egzotyczne na podłodze, marmur, chromowana stal, srebro, błysk wypolerowanych luster, geometryczne linie i idealne proporcje. Obłe kształty mebli pokryte błyszczącym fornirem, z wyraźnym rysunkiem słoi, wyglądają ciężko, ale solidnie. Dostrzegam na blacie stołu w salonie kieliszek z niedopitym poprzedniego wieczoru winem. Z chęcią bym się napił, bo to wino miało wyjątkowo pełny bukiet, ale jest dopiero ranek, więc sięgam po kieliszek i odnoszę go do kuchni, a wino wylewam do zlewu.

Na pewnym poziomie nie wypada po prostu powiedzieć „dobre wino”. Degustacja węchowa, wizualna, smakowa. Nigdy nie nauczyłem się wyczuwać tych wszystkich „winnych” niuansów, więc na wszelki wypadek, po degustacji robię skupioną minę, trzymam wino chwilę w ustach, a potem ze znawstwem wymieniam kilka przymiotników: długie, zamknięte, twarde, sztywne. To z reguły wystarcza, ktoś się rewanżuje jakimś innym przymiotnikiem i już jesteśmy w kręgu wtajemniczonych znawców, wybrańców. A o jakości i tak najczęściej decyduje cena, więc ja kupuję zawsze drogie wino, co daje mi gwarancję, że nie będzie złe. I na pewno będę mógł je potem degustować i oceniać, i dopasować przymiotniki jak światowiec. Snobizm? Wyrafinowanie? Ostentacja? Zapewne. Jestem snobem i dobrze mi z tym.

Przepływam dwadzieścia basenów i lekko zziajany wychodzę z wody. I wtedy widzę, jak w moim kierunku podąża ta piękna kobieta. Idealna, smukła, choć lekko pulchna blondynka z dużymi cyckami. Wlepiam w nie wzrok i zastanawiam się, czy są robione. Chyba nie, bo lekko opadają pod kostiumem. Wolę naturalne, choćby nawet wisiały. Ale lubię duże, to pewne. I żeby miały takie duże aureole. Uff, czuję jak mój penis zaczyna twardnieć. Blondynka mnie mija, lekko się uśmiechając. Nie ma więcej niż trzydzieści lat. To ostatni moment, żeby załapała się do mojego przedziału.

Lubię młode dziewczyny. Trzydziestka to górna granica. Nie, żeby trzydziestoparolatka mnie już nie brała, co to, to nie. Tu nie ma reguły, i starsze są niezłe, ba, nawet bardzo dobre, ale one myślą już o innej relacji. Szukają męża. Są podenerwowane, że czas mija. Choćby nawet były niezależne i ustawione zawodowo, to myślą już o stabilizacji. A ja nie myślę. Już raz na chwilę w to wdepnąłem i wiem, że to nie dla mnie. Zauważam obrączkę na palcu blondynki. To nie przeszkoda, ale jednak mężatki są zbyt zestresowane faktem zdrady. Chyba że jednorazowo i na większym rauszu.

W windzie spotykam pana Zygmunta, emerytowanego pilota amerykańskich linii lotniczych, który czterdzieści lat mieszkał w Stanach i dopiero na emeryturze wrócił do kraju. Właściwie w tym budynku nie ma starszych ludzi z wyjątkiem jego i pani Lodzi, która przed laty wróciła z Belgii. Obydwoje są całkiem sympatyczni, a z tą panią moja mama, gdy przyjeżdża, zawsze ucina sobie pogawędki w jaccuzi. Jakieś dwa tygodnie temu pan Zygmunt zapytał mnie w windzie, czy spotkałem panią Lodzię. Był zaniepokojony, bo nie widział jej od kilku dni. Gdy teraz mnie zobaczył, od razu zaczął:

– Proszę pana, nasz portier mi powiedział, że miała wyjechać do Belgii, więc się uspokoiłem. Ale powiem panu, że to coś dziwnego, bo w jej komórce włącza się operator „abonent czasowo niedostępny”. To jest dziwne. Nie ma z nią kontaktu. Ustaliłem telefon do jej syna, co wcale nie było łatwe. Wysłuchał mnie i zamilkł. Ot, dzieci. – Machnął ręką.

Patrzyłem na starszego pana, ale tak naprawdę wcale nie chciało mi się tego słuchać. Kobieta wyjechała, a znudzony starszy pan robi śledztwo w stylu Tajemnicy morderstwa na Manhattanie.

– Bo wie pan, oni ze sobą nie utrzymywali kontaktu – ciągnie pan Zygmunt. – To znaczy ten syn z nią, bo ona to wyciągała rękę, nawet mi mówiła, że na urodziny próbowała się do niego dodzwonić. Więc ja zadzwoniłem do tego syna, on mi podziękował za informację i nic. Minął drugi tydzień i nic nie robi. Nawet go tu nie było.

– To nieprzyjemna sytuacja – powiedziałem, patrząc w sufit. – Ale skoro mówiła, że wyjeżdża, to może wyjechała. – Wzruszyłem ramionami. – Do widzenia.

Wracam do domu i wchodzę pod prysznic. We włosy wcieram szampon bez sulfonamidów i eselesów. Wypadanie włosów, to właśnie przez tę cholerną chemię z tych chemicznych szamponów. Pienią się, pachną, ale osłabiają cebulki. Masuję delikatnie skórę głowy, pobudzając ukrwienie, tak jak radziła mi dermatolog od problemów z włosami. Lekkie opukiwanie opuszkami.

Wychodzę spod prysznica i wkładam szlafrok. Przybliżam twarz do lustra i sprawdzam zakola. Na razie nie lecą bardziej. I na szczotce też jakby mniej włosów. Jednak ten tonik działa. Wyciskam ampułkę i wcieram we włosy. Moje bujne loki blond. Co się z nimi zrobiło? No nie, mam włosy, nawet można powiedzieć, że mam wciąż dużo włosów, ale ja już widzę to, co na razie jest mało widoczne. Rzedną, wypadają, cienieją, łysieją, zanikają, siwieją, maleją w objętości. Już nikt się nimi nie zachwyca, już nie słyszę „jakie on ma włosy”, już nie. Już się zrobiły przeciętne, normalne, zwyczajne, powtarzalne, takie jak u wszystkich. A miałem kiedyś „taakie” włosy. Od dziecka, od niemowlęctwa prawie. Moim kolegom też lecą włosy, to przecież jest ogólny problem, dotyczy większości mężczyzn, ale oni jakoś się tym niespecjalnie przejmują. Chociaż nie, ja przecież też im nie mówię, że się przejmuję. To jest niemęskie. Jeden mi powiedział:

– Stary, to jeszcze nie jest starość. Łysina to przywilej. Wiesz, co jest najgorsze?

– Co?

– Stare uszy. U facetów wiek po uszach widać. Jak się robią obwisłe. Dlatego trzeba kremów używać.

Na to bym nie wpadł, ale i tak używam kremów do twarzy.

Słyszę dzwonek komórki, więc wychodzę z łazienki. Ola, moja żona. To znaczy jeszcze żona, bo tak naprawdę jesteśmy w separacji. Najchętniej od razu bym się rozwiódł, ale jak jest małe dziecko, to lepiej najpierw być w separacji. Tak mi doradził adwokat. Po separacji można nawet zrobić rozwód na pierwszej rozprawie. Mniej stresu i zawracania głowy, tym bardziej że mam rozdzielność majątkową z żoną.

– Halo. – Przybieram zasadniczy ton.

– Adaś miał gorączkę w nocy, całą noc nie spałam – mówi drżącym głosem, czym od razu wyprowadza mnie z równowagi.

– No i co z tego? Dzieci gorączkują z byle powodu – mówię.

– Ale miał wysoką temperaturę, prawie trzydzieści dziewięć i się denerwuję.

– No to idź do lekarza.

– Idę na jedenastą.

– Aha – odpowiadam.

Milczenie. Czeka aż coś powiem, aż się przejmę, aż zacznę jej współczuć, dopytywać jak Adaś się czuje. Chce wzbudzić we mnie poczucie winy. A moją największą winą jest to, że się wpakowałem w to małżeństwo. Miałem trzydzieści lat jak zaszła w ciążę, no i się ożeniłem.

– Jaki ty jesteś niewrażliwy, to jest przerażające – mówi, wydając z siebie jakiś gardłowy skowyt.

 

– Słuchaj, spieszę się do pracy, mówiąc szczerze. – Niecierpliwie uderzam palcami o kuchenny blat.

– Jasne, oczywiście, wszystko jest ważniejsze – rzuca z satysfakcją. – Czy ty w ogóle siebie słyszysz?! Czy ty cokolwiek rozumiesz? – Jej pisk wwierca się w moją głowę, aż mnie mdli. – Mówię ci, że twoje dziecko jest chore, że ma wysoką gorączkę. Nawet się nie zapytasz o nic, nie przejmiesz się, nie pomyślisz, że może wypadałoby go odwiedzić, może mi jakoś pomóc, jakoś mnie wesprzeć. Jesteś potworem!

– Tak, już to słyszałem. Naprawdę muszę kończyć. – Oddycham szybciej.

– Jesteś podły! Cześć.

Rozłączam się i biorę głęboki oddech, a potem jednym celnym ruchem ciskam filiżanką o podłogę.

– Chuj ci w dupę, głupia suko! Chuj ci, chuj ci w dupę! – krzyczę. – O żeż kurwa, po co ja się w to wpakowałem, kurwa, po co mi to było!

Łapię się za głowę i opieram o kamienny blat w kuchni. Słabo mi. Te powiązania, zobowiązania, odpowiedzialność, której lepiej, żeby nie było; dziecko, które nie powinno się urodzić; małżeństwo, w które nie powinienem był brnąć; kobieta, którą zapłodniłem; miłość, którą ona zniszczyła. O żeż kurwa, i teraz dzwoni i mnie wykańcza, nęka moją świadomość z samego rana, psuje mi cały dzień. Dygoczę, jestem rozwalony, a na dodatek dzisiaj zupełnie już niewyraźny i już nie wiem kim jestem, i najchętniej bym wychylił setkę, ale jest dopiero ósma rano.