Kobiecy rajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I

Prolog

1. Energia dobra i zła

2. Zwolniony przepływ

3. Drzazga

4. Tort bezowy

5. Sens wszystkich zmagań

6. Pępek świata

7. Swoje życie

8. Dobre i złe słowa

9. Młodość grozi palcem

10. Ciężar

11. Raj na ziemi

12. Promień nadziei

13. Spłoszony ptak

14. Wichura

15. Spotkanie

16. Wewnętrzna blokada

CZĘŚĆ II

1. Bóg nas osądzi

2. Lapis lazuli

3. Klaustrofobia

4. Sztuka życia

5. Pampersy i zwieracze

6. Niemy zachwyt

7. Utracony spokój

8. Prawda czy iluzja

9. Miliony innych łez

10. Konsekwencje

11. Martwe ciała

12. Zwiędłe chryzantemy

13. Bez żądań i warunków

Epilog


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Korekta

Ewa Grabowska

Marzenna Kłos

Copyright © by Katarzyna Błeszyńska, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9431-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Kiedy patrzę, jak inni pewnie kroczą chodnikiem,

jakby byli całkowicie wolni od grozy,

dociera do mnie, że nie wiem, jacy są.

Tak wiele w życiu wydaje się domysłem.

Elizabeth Strout, Mam na imię Lucy

tłum. Bohdan Maliborski

Powieść tę dedykuję

Ryszardowi

CZĘŚĆ I

Jako gatunek ludzki jesteśmy bardzo skomplikowani i różnimy się emocjonalnie. Dlatego tak trudno znaleźć bratnią duszę, która częściej niż czasem nas zrozumie.

Prolog

Wszystko zaczęło się tamtego dnia, kiedy z niewiadomych powodów pękła szklanka. Obudziłam się nagle, nie mogąc z początku pojąć rzeczywistości. Zza przymkniętych żaluzji pod moje powieki wdarł się bezlitosny promień świtu. Próbowałam nieprzytomnie otrząsnąć się z resztek snu, z którego wytrącił mnie hałas.

Zerknęłam na zegarek, dochodziła piąta. Podniosłam się na łóżku i zapaliłam lampkę nocną. Patrzyłam wokół nieprzytomnym wzrokiem i wtedy zobaczyłam okruchy szklanki, którą wieczorem postawiłam na szafce nocnej przy łóżku. W kałuży leżały drobne kryształki szkła, a woda spływała na prześcieradło i podłogę. Na podłodze, na łóżku, nawet na kołdrze leżały grudki szkła wielkości ziarna fasoli. Gruba szklanka rozpadła się na drobne kawałki bez żadnej widocznej siły sprawczej. Struchlałam i zaczęłam się cała trząść. Siedziałam i patrzyłam na to pobojowisko przez dłuższą chwilę, i wiedziałam, że to jest znak.

Od razu chciałam zadzwonić do Izy, do Heli, do kogokolwiek, z kim mogłabym porozmawiać, ale była dopiero piąta rano. Za ścianą spała moja matka, zza okien dochodził szum przejeżdżających samochodów, niczym suchy wiatr niosący zmianę frontu. Wszystko mija, zostawiając nikły ślad w pamięci, rozwiewany każdego dnia bolesną ułudą. Kiedy minęła moja młodość? Dojrzałość przyszła nieuchronnie wraz z bolesnym upływem czasu, a potem nagle zamieniła się w starość.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Energia dobra i zła

Telefon dzwonił natarczywie, a jego dźwięk wwiercał się w moją świadomość nabrzmiewającą poczuciem winy. W głowie kiełkowały wyrzuty sumienia. Nie odbierałam, bo się bałam. Chowałam się pod dywanem, a moim sprzymierzeńcem był kurz i brud. Jakiś pył wchodził mi głęboko w płuca i dusił. Najgorsze, że w dwudziestym pierwszym wieku nie możesz stwierdzić, że nie wiesz, kto dzwoni. Każdy aparat identyfikuje numer. Miałam świadomość, kto dzwoni i celowo nie odbierałam. Wiedziałam, że to ona, wiedziałam, że pewnie dzisiaj źle spała albo nie spała całą noc lub obudził ją wiatr, że drzewo za oknem straszliwie szumiało albo że głowa ją boli, albo brzuch, że może źle trawiła lub wcale nie trawiła, albo coś jej leżało na wątrobie. Był cały katalog powodów, wszystkie je znałam, ponieważ regularnie się powtarzały.

Kocham moją matkę, a czasem nienawidzę.

Zajmuję ręce czymś innym, bo głowy zająć nie mogę, bo w głowie aż roi się od myśli natarczywych i wrednych. Wkładam naczynia do zmywarki, trzaskając kubkami i talerzami, jakbym chciała zagłuszyć dźwięk tego natarczywego dzwonka, który po chwili znów się odzywa. W przypływie jakiejś obezwładniającej rezygnacji wycieram ręce w kuchenny ręcznik i zmierzam zamaszystym krokiem w stronę telefonu, do sypialni. Leży na szafce przy łóżku. Z daleka widzę, że wibracje przesunęły go na skraj blatu i za chwilę spadnie na podłogę. Podbiegam i łapię go w ostatniej chwili, dokładnie w momencie, kiedy przestaje dzwonić.

I bardzo dobrze. Chciałam odebrać, ale nie zdążyłam. Stoję przez chwilę ze słuchawką w ręce, ale telefon milczy. Odkładam go spokojnie i wracam do kuchni. Muszę ogarnąć ten cały nieład, bo inaczej nie będę mogła pracować. Te wszystkie okruszki na stole, plama rozlanego mleka, patelnia oblepiona zaschniętą jajecznicą – nie mogą zaśmiecać mojej uwagi. Tak mi się porobiło od paru lat, choć dobrze pamiętam, że kiedyś wcale nie sprzątałam, a cały ten bałagan nazywałam artystycznym nieładem. Teraz chcę wierzyć, że mój umysł jest równą połacią żyznej ziemi, na której wyrastają młode pędy odkrywczych myśli. Aby ziemia dobrze obrodziła, musi być oczyszczona z chwastów, a bałagan wokół mnie jest właśnie natrętnym, rozrastającym się chwastem, który trzeba zniszczyć w zarodku.

Kiedy blat kuchenny lśni, a wszystkie brudne naczynia wyparza zmywarka, siadam przy swoim orzechowym biurku. Jestem z niego szczególnie dumna i wciąż zachwycam się pięknym usłojeniem, kunsztownymi okuciami z brązu i blatem pokrytym cielęcą skórą. Kupiłam je okazyjnie od znajomego profesora, który wyjechał na stałe do Filadelfii, bo dostał niezłą posadę na Uniwersytecie Pensylwanii. Dotykam miękkiej skóry i czuję przypływ dobrej energii. Napisał przy tym biurku swoją habilitację i zrobił profesurę, i jakoś podświadomie czuję dobrą energię płynącą z tego mebla. Wierzę, że ludzie emanują dobrą lub złą energią, i przedmioty też. Ten mebel bardzo dobrze na mnie wpływa.

 

Włączam laptop i otwieram plik z artykułem na temat roli czynników zmian kulturowych w społeczeństwie. Analizuję przekrojowo przemiany kultury wysokiej, kultury masowej i popularnej oraz kultury życia codziennego. Skupiam się na poszczególnych czynnikach zmian: ruchach społecznych, grupach, organizacjach, wspólnotach. Zmiany kulturowe ujmuję w szerszym kontekście: historii kultury i procesów cywilizacyjnych. Moja praca habilitacyjna podejmuje także tę tematykę, przy czym badam te zagadnienia zarówno z perspektywy socjologii kultury (społecznych uwarunkowań zjawisk kulturowych w węższym znaczeniu), jak i współczesnej socjologii kulturowej (kulturowego wymiaru procesów społecznych), w nawiązaniu do tradycji kulturalizmu zapoczątkowanej przez Floriana Znanieckiego.

Jestem doktorem socjologii, adiunktem w Zakładzie Socjologii Kultury Uniwersytetu Warszawskiego. Moja praca jest moją pasją, choć denerwuje mnie potworny formalizm pracy naukowca wymagany przez uczelnię, koniunkturalizm i system punktowy oceny pracownika. Człowiek jest przeliczany na liczbę punktów, jakie zapewnia swojej uczelni, a uczelnia za każdy wygenerowany punkt dostaje pieniądze z ministerstwa. Publikacje książkowe są punktowane tylko nieco wyżej niż artykuły naukowe, więc przestaliśmy pisać książki, a zaczęliśmy produkować artykuły naukowe, byle szybciej, byle więcej. Pensja jest przeciętna, nieco wyższa niż średnia krajowa, dochodzą dodatki za wysługę lat i za stanowisko funkcyjne. Poza tym można dorobić szkoleniami i wziąć udział w projektach badawczych finansowanych w ramach płatnych grantów.

Całkiem nieźle mi się pracuje, piszę dwie godziny bez żadnej przerwy, od czasu do czasu odrywając wzrok od komputera i zbierając w zwartą całość nowe myśli. W końcu robię się głodna, więc wstaję od biurka i idę do kuchni. Chciałabym zjeść jakiś lekki obiad i nawet mam w lodówce piersi kurczaka zagrodowego, ale jak pomyślę, że potem będę musiała znów sprzątać po tym obiedzie i odrywać się od pisania, to postanawiam zrobić sobie kanapkę z pomidorem, a później wyskoczyć na lunch. Mam bardzo dobry chleb, żytni z żurawiną. Doskonale smakuje z masłem i pomidorem.

Piszę jeszcze dwie godziny, aż znów robię się głodna. Próbuję nie zwracać na to uwagi i pisać dalej, ale myśli są puste jak mój burczący żołądek, który domaga się kalorii. Wiem, że w takim stanie niczego więcej nie napiszę, więc nagle zamykam laptop i energicznie wstaję od biurka. Przeciągam się, prostuję ręce pod sufit, czując przyjemne rozciąganie w dolnym odcinku kręgosłupa. Idę do łazienki, aby doprowadzić twarz do porządku. Nakładam puder na blade policzki, aż od razu zaczynają żyć. Narysowałam siebie, dodałam sobie wyrazu, zaostrzyłam kontury charakteru, wypisanego w ciemnych brwiach i mocno zarysowanej linii żuchwy. Jeszcze trochę różu, tusz na rzęsy, jasna szminka na usta i jestem jak nowa. Mogę się pokazać ludziom. Wkładam krótki, czarny trencz i biorę czarny skórzany worek z frędzlami, i wychodzę.

Wsiadam do windy, w której spotykam tego wysokiego mężczyznę z dwunastego. Mówi mi „dzień dobry”, podnosząc rękę do kaszkietu, jakby chciał wykonać staroświecki gest uchylenia kapelusza. Nie wiem, czy robi tak, witając się z każdą kobietą, ale domyślam się, że tak. To ten rodzaj mężczyzny z kindersztubą wyniesioną z domu, najczęściej zwyczajnie na pokaz. Zapewne zdarza mu się całować kobietę w dłoń – gest, który zdecydowanie mnie mierzi. Zjeżdżamy razem z mojego siódmego piętra i nie odzywamy się słowem, a cisza wydaje się trwać nieskończenie długo. Zerkam w lustro, on patrzy nieruchomo przed siebie, a później podnosi telefon i coś sprawdza.

Telefon jest lekarstwem na wszystko, na kontakty międzyludzkie również. Absorbuje go coś ważnego, nie wiadomo co, o czym tylko on wie, bo ma kod dostępu. Wchodzi w swój świat uwięziony w smartfonie i nie może się z niego wychylić w stronę realnego życia. Dobrze to znam, bo sama mam swój i odruchowo też go wyjmuję. Komórka stała się koniecznym towarzyszem i wyznacza właścicielowi czas życia. Człowiek został owładnięty przez przedmiot skonstruowany do zaspokojenia bardzo określonej potrzeby kontaktu, niezależnie od miejsca i czasu. Komórka, używana jako sprawny system dostępu do informacji oraz jej obróbki, może stać się przyczyną uzależnienia i poważnych chorób ustrojowych organizmu. Ciągły brak czasu na zaspokojenie wszelkich innych potrzeb, bezsenność, rozstrój nerwowy i zachwiany rozwój fizyczny to zwykle pierwsze i tylko niektóre niepokojące objawy. Pewnie ja, a może i ten mężczyzna, mamy u siebie symptomy tej choroby. Trzeba przyznać, że trudno mi sobie wyobrazić życie bez komórki, a przejeżdżając przez kilka pięter, zdążyłam zalajkować parę postów na Facebooku.

Dojeżdżamy na poziom zero, mówię „do widzenia”, a on zjeżdża do podziemnego garażu. Nie znam nikogo w tym domu i nikt nie zna mnie, mówimy sobie „dzień dobry” i „do widzenia”, mijając się w windach, a poza tym nic o sobie nie wiemy. Z najnowszych badań CBOS wynika, że pięćdziesiąt osiem procent polskich mieszkańców miast zachowuje dystans wobec swoich sąsiadów, chcąc mieć z nimi jedynie poprawne i niezbyt bliskie stosunki. Jednocześnie tylko co dziesiąty Polak twierdzi, że unika jakichkolwiek kontaktów z sąsiadami, dziewięćdziesiąt procent nie pragnie całkowitego od nich odcięcia, a siedemdziesiąt trzy procent oznajmiło, że świadczy drobne przysługi nielicznym sąsiadom. Najbardziej charakterystyczna postawa to ograniczenie się jedynie do kontaktów grzecznościowych. Co ciekawe, aż czterdzieści jeden procent nie zgadza się z opinią, że ich kontakty z sąsiadami charakteryzuje dystans. Chyba zmieniło się rozumienie słowa dystans w kontaktach sąsiedzkich. To mógłby być niezły temat na artykuł naukowy. Muszę o tym pomyśleć.

Wychodzę na nasze patio i z przyjemnością patrzę na nieskazitelną zieleń trawnika. Mimo lata, które było wyjątkowo gorące w tym roku, tutaj wciąż zielono. Dobrze, że wyszłam z domu. Zdarza się, że piszę cały dzień, a wieczorem jestem tak zmęczona, że mogę już tylko wypić kieliszek wina i iść spać. Oddycham głęboko. Jest wrzesień, zaraz początek roku akademickiego, a na dworze lato.

Idę wprost do pobliskiego baru, gdzie lubię wypić zieloną herbatę i zjeść coś małego. Uśmiechnięta blondynka parzy dla mnie matchę z mlekiem sojowym i podgrzewa szpinakowy placek. Zjadam z apetytem, przeglądając „Rzeczpospolitą”. Oczywiście wszystkie tematy zdominowała kampania wyborcza. Ewa Kopacz kontra Beata Szydło. Kobiety polityczki zagarnęły tę kampanię. I pomyśleć, że jeszcze sto lat temu byłoby to niemożliwe. Jakie sto lat temu? Przecież w Szwajcarii dopiero w 1971 roku zrównano prawa wyborcze kobiet i mężczyzn. Czytam o tym, jak Ewa Kopacz jedzie pociągiem przez Polskę, „jest dziś silniejszym i bardziej samodzielnym liderem, niż była rok temu”. A zatem nie napisano, że jest silna i samodzielna, ale „bardziej niż rok temu”. Namaszczona i wybrana przez Tuska, tak jak Beata Szydło wysunięta przez Kaczyńskiego. Zawsze za jakąś kobietą stoi mężczyzna, który ją namaścił. A może przesadzam? Może po prostu za każdym stoi ktoś, kto mu pomógł w odpowiedniej chwili, podał rękę, zaufał, ustawił we własnych szeregach, sprawiając, że po jednym małym kamieniu rzuconym w dół ruszyła lawina. Każdy ma tego kogoś, kto z perspektywy lat stał się siłą sprawczą jego życia. I z perspektywy lat wyraźnie widać, że właśnie w tym momencie nastąpił zwrot i przełom, który zdeterminował inne wydarzenia.

Szpinakowy placek jest za ciężki, za tłusty, choć smaczny. Nie powinnam zbyt często jadać poza domem, mama ma rację. Powinnam sama sobie gotować, ale nie mam czasu albo ochoty, albo po prostu nie chcę robić bałaganu ze względu na sprzątanie. Do restauracji wchodzi jakiś mężczyzna, który zerka na mnie, stojąc przy ladzie. Rzucam na niego okiem, kończąc pić swoją matchę. Jest wysoki, z falującą, gęstą blond grzywką i regularnymi rysami twarzy. Ma spokojne gesty i głęboki ton głosu, którym zamawia zestaw obiadowy: bitki wołowe, ziemniaki purée i buraczki. Na serdecznym palcu prawej dłoni błyszczy obrączka. Odwracam głowę i wyglądam przez okno na ulicę oświetloną jasno przez popołudniowe słońce. Mężczyzna siada przy stoliku obok i sięga po „Rzeczpospolitą”, którą ja przed chwilą odłożyłam na półkę przy ladzie. Przegląda gazetę i raz po raz na mnie zerka. Kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, on nadal patrzy, a ja spuszczam wzrok. Irytują mnie faceci z obrączką na palcu, taksujący wszystkie kobiety i wciąż szukający okazji.

Zerkam na zegarek i zbieram się do wyjścia. Kiedy wkładam płaszcz, mężczyzna zatrzymuje wzrok na moich nogach. Kiedy wychodzę, wyraźnie czuję, że znów na mnie spojrzał. Ludzkie zainteresowanie płcią przeciwną, świadectwo jego męskiej normalności. W orbicie jego wzroku znalazły się damskie nogi, więc należało je ocenić i przyznać punkt w skali od jednego do dziesięciu. I na pewno dostałam dziesiątkę, bo nogi mam akurat idealne.

Słyszę, jak w torebce dzwoni moja komórka. To matka. Tym razem odbieram.

– No co nie odbierasz? – mówi.

– Przecież odbieram – odpowiadam.

– Ale nie odbierałaś, dzwoniłam.

– Pisałam.

– Wiecznie tylko piszesz, wyszłabyś z domu, powietrza trochę złapała.

– Wyszłam właśnie. Byłam coś zjeść, a teraz jadę na uczelnię.

– Po co chodzisz po restauracjach? Przecież ja mam w domu obiad. Myślałam, że przyjdziesz. Mam kurczaka.

– Jutro przyjdę.

– To jutro zjesz tego kurczaka. Ja nic nowego robić nie będę. Robię, a potem wyrzucam, bo ty nie przychodzisz. Jak wolisz w restauracjach wydawać pieniądze, to już trudno. A potem narzekasz, że nie masz pieniędzy. Można przejeść wszystkie pieniądze, a przy okazji nabawić się niestrawności. Przecież oni dodają do tego knorry i inne świństwa.

Jej pretensje oblepiają moje ciało niczym wilgotne powietrze po burzy w upalny dzień. Nie wiesz, kiedy przenika na wskroś.

2. Zwolniony przepływ

Otwieram oczy i od razu czuję pieczenie pod powiekami. Zasnęłam dopiero nad ranem. W bezsenne noce ukryte zmory wychodzą z zamkniętej szafy i ściskają mnie za gardło. Takie noce są wypełnione radiem. Zazwyczaj słucham Jedynki, gdzie jest dużo słowa i audycji nocnych. Znam je wszystkie na pamięć, każdego dnia tygodnia. Z moją pamięcią nie jest wcale tak źle, jak twierdzi Iza. W poniedziałek Nocne Polaków rozmowy o dwudziestej trzeciej, we wtorek spotkania z seksuologiem, w środę powtórki starych kabaretów, w czwartki rozmowy o życiu z psychologiem, a w piątki słuchowisko. W soboty i niedziele powtórki audycji popołudniowych. Najbardziej lubię powtórki starych kabaretów, bo przypominają mi dawne czasy, kiedy słuchałam radia ze Stasiem.

W tym roku minie trzydzieści lat, kiedy nie ma z nami Stasia. Wciąż pamiętam tamten ostatni dzień. Początek lipca i wakacje w Sopocie. Bardzo bolała mnie głowa, więc Staś sam poszedł z Izą nad morze. Mieli wrócić na obiad o czternastej. Kiedy nie było ich o piętnastej, zaczęłam się niepokoić. Kiedy nie było ich o siedemnastej, poszłam nad morze i odszukałam miejsce, gdzie zazwyczaj plażowaliśmy. Kiedy zobaczyłam nasz parawan wbity w piasek i dwa niebieskie ręczniki, moje tętno przyspieszyło. Wiedziałam już, że coś się stało. Poszłam od razu na komendę. Po półgodzinie wszystko było jasne: karetka pogotowia została wezwana na plażę do nieprzytomnego mężczyzny.

Pojechałam do szpitala i wciąż pamiętam słowa brzmiące jak wyrok: „Pani mąż nie żyje, to był rozległy zawał, niestety, nic nie dało się zrobić”. Niespełna ośmioletnia Iza, zapłakana i drżąca, przylgnęła do mnie całym swym ciałem, a ja mocno ją przytulałam. Nie mogłam i nie chciałam przyjąć tego, co usłyszałam i wiele już z tego nie pamiętam. Prawie nie przypominam sobie pogrzebu, nie pamiętam załatwiania żadnych spraw z nim związanych. Przyjechała moja siostra i coś tam musiałam podpisać. Łykałam tabletki na sen i tabletki na uspokojenie rano. Nie chodziłam, rzecz jasna, do pracy, bo nie byłabym w stanie dobrze odczytać recepty i wydać ludziom właściwego leku. Wspierała mnie mama i to ona zajmowała się Izą. Nie chciałam płakać, chciałam być silna, ale nie potrafiłam. Wiem, że Iza widziała moje łzy i mój ból, który potęgował jej własny, ale wtedy, w tym pierwszym miesiącu, nie potrafiłam nie płakać.

Pamiętam, że tej pierwszej nocy wcale nie spałam. Mimo jakiegoś zastrzyku uspokajającego, który mi zrobili w szpitalu, czułam przejmujący ból. Byłam bliska zrobienia czegoś strasznego, okrutnego w swym skutku. Około trzeciej w nocy wstałam z łóżka, bezszelestnie się ubrałam i wyszłam z pensjonatu. Szłam prosto na plażę. Noc była ciepła, duszna, upał tego dnia sięgał trzydziestu stopni i było parno. Kretonowa sukienka lepiła się do mojego ciała. Znałam dobrze to miejsce. Chodziliśmy długo, zanim je znaleźliśmy. Tuż pod wydmą, nieopodal wysokiej sosny z konarami powykrzywianymi przez morski wiatr. Jedna gałąź zwieszona nad plażą dawała upragniony przeze mnie cień. Nie mogłam zbyt mocno się opalać, bo mam jasną karnację, więc Staś, gdy zobaczył to miejsce, stwierdził, że jest dla nas idealne. Plaża tam lekko zakręcała i była węższa, więc od lądu do morza było bliżej. Dzięki temu mogłam leżeć w cieniu i widzieć Stasia z Izą pląsających w morzu. To był cały Staś, zapobiegliwy i pomysłowy, zawsze chcący przede wszystkim mojego dobra.

 

A ja? Czy ja byłam dla niego wystarczająco dobra? Tamtej nocy, zmierzając wprost na plażę, byłam pewna, że nie. Moje życie skończyło się tamtego dnia. Byłam święcie przekonana, że nikt nigdy nie pokocha mnie tak jak Staś i że ja nikogo już nie pokocham, bo po prostu nikt nie zdoła mi go zastąpić. Szłam przed siebie, szlochając głośno. Żałowałam, że nie poszłam z nimi na plażę. Nie mogłam sobie tego wybaczyć. Może bym coś zauważyła, jakieś symptomy. Może dusiło go w klatce, może piekło i to zbagatelizował. Byłam farmaceutką, interesowałam się medycyną, na którą się nie dostałam, bo zabrakło mi trzech punktów. Na pewno bym coś zauważyła, na pewno by do tego nie doszło.

Usiadłam na naszym miejscu na plaży i patrzyłam w czarną otchłań morza. Księżyc słabo oświetlał plażę, słyszałam tylko głośny szum fal. Wstałam i ruszyłam w stronę wody. Była przejmująco zimna, mimo gorącego dnia. Ostre igły chłodu wbijały się w skórę, przynosząc ulgę, bo odwracały uwagę od głębokiego cierpienia, które przepełniało moją rozerwaną na strzępy duszę. Szłam przed siebie, zanurzając się coraz głębiej, a fale kołysały moim ciałem. Płycizna była długa, więc musiałam odejść spory kawałek od lądu, zanim zanurzyłam się po szyję. A potem nagle zrobiło się głębiej i cała zapadłam się pod wodę.

Wokół panowała zimna ciemność i wiedziałam, że za chwilę się wszystko skończy i może coś zacznie. Może on poda mi rękę, może otuli mnie silnym ramieniem i powie: „Ja bym ci nieba przychylił”. Pomyślałam o Izie, pomyślałam, że zostawiłam w pokoju śpiącą Izę. Co ja wyprawiam?! Moje dziecko obudzi się rano bez matki i ojca. Co ja robię?! Miałam wrażenie, że było już za późno. Tkwiłam w zimnej wodzie, wpadałam w morską otchłań sparaliżowana chłodem, a w moich płucach brakowało powietrza. Zaczynałam się dusić. Chciałam wypłynąć na powierzchnię, ale nie mogłam się poderwać. Spróbowałam zawrócić. Może metr, może dwa w stronę brzegu i powinnam wynurzyć się z tej wody. Miotałam się na wszystkie strony, w uszach miałam tylko bulgotanie, nie mogłam już dłużej wytrzymać, poczułam piekący ból w płucach. Myślałam, że to koniec.

Ocknęłam się na brzegu obudzona pierwszymi promieniami słońca. Morze podmywało mi stopy, leżałam zwrócona głową do plaży z twarzą w piasku. Spróbowałam się podnieść i poczułam mdłości. Wyrzuciłam z siebie morską wodę i wczorajszy obiad. W płucach, w krtani i w gardle piekło mnie niemiłosiernie. Pomyślałam o Izie. Boże, wybacz mi, wykrztusiłam tylko i spróbowałam wstać. Zgubiłam sandały, szłam boso, ledwo powłócząc nogami. Ulice były puste, kiedy zmierzałam do pensjonatu. Zgubiłam klucz, którym zamknęłam furtkę, wychodząc. Musiałam obudzić portiera. Po kilku, a może kilkunastu minutach zobaczyłam tego starszego pana w drzwiach. Przecierał zaspane oczy, zbliżając się do furtki.

– Ach, to pani? Nic pani nie jest? – zapytał i popatrzył na mnie wzrokiem, w którym dojrzałam współczucie. Wiedział, co się stało poprzedniego dnia. Wszyscy wiedzieli.

– Zgubiłam klucze. Nie mam klucza od pokoju – powiedziałam niepewnie.

– Ja mam zapasowy – odpowiedział z jakąś tkliwością w głosie, znów przecierając oczy.

Ludzie mają w sobie wiele współczucia, kiedy patrzą na cudze nieszczęście. Myślą wtedy z ulgą o tym, że zły los nie zapukał do ich drzwi. Ogarnia ich empatia, zanim po chwili spłoszy ją dobry obiad albo spóźniony autobus, albo inna codzienność, która przepełnia nasze ludzkie życie.

Kiedy weszłam do pokoju, Iza jeszcze spała. Usiadłam przy jej łóżku na podłodze, w tej mokrej sukience, i dziękowałam Bogu, że mnie ocalił. Pocałowałam jej ciepłą rączkę, którą już tylko moja dłoń miała poprowadzić do dorosłości. Skupiłam się na swoim nieszczęściu, ale przecież największe dosięgło ją. Straciła ojca. Tamtego dnia, kiedy przyszłam do szpitala, Iza płakała, ale uspokoiła się, gdy mnie zobaczyła. Potem była smutna, ale już nie płakała. Dzisiaj myślę, że nie chciała mnie martwić swoją rozpaczą i musiała cały żal tłumić w sobie. To wtedy skończyło się jej dzieciństwo. Już nie była beztroską, wesołą dziewczynką. Zamieniła się w dorosłą dziewczynkę, która przedwcześnie dojrzała i nigdy nie płakała. Uczyła się dobrze, przynosiła piątki, ale była cały czas dość posępna.

Obie byłyśmy posępne. Czułam się skrzywdzona przez los. Dlaczego śmiertelny zawał, który dotyka zaledwie niewielki procent czterdziestolatków, pozbawił życia mojego męża? Dlaczego?

Kiedy skończyły się wakacje i zaczął rok szkolny, musiałam się wziąć w garść, odstawiłam leki uspokajające i wróciłam do apteki. Praca dobrze mi zrobiła, choć nic już później nie było takie, jak przed śmiercią Stasia. Już nie płakałam, ale smutek od tamtej pory mnie nie opuszczał i nigdy nie opuścił. Ludzie mówili: „jesteś młoda, jeszcze kogoś spotkasz, ułożysz sobie życie”. Miałam wtedy trzydzieści osiem lat, tyle co Iza dzisiaj, byłam wciąż atrakcyjną kobietą i wyglądałam najwyżej na trzydzieści. Ale coś się we mnie zamknęło i nie chciało otworzyć. Czasem tak jest. Medycyna wie, że na przykład może się zwęzić światło żyły i krew ma utrudniony przepływ, co spowalnia krążenie. Nikt nie mówi jednak o zwężonym przepływie radości z życia płynącym ze świata do serca. U mnie ten przepływ się zamknął.