Fuerte

Tekst
Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kasper Bajon
Fuerte


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Peter Thompson / Heritage Images / Getty Images

Copyright © by Kasper Bajon, 2020

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Anna Mirkowska

Korekta Małgorzata Tabaszewska, Anna Zygmanowska

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Mapa d2d.pl

Mapa historyczna Alamy / Indigo

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-082-8

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wyspa Kamień

Góra i sieć

Rozbitkowie z nieistniejących wysp

Purpurowa melancholia

Archipelagi kaźni

Kawalerowie szczęścia

Światło i czas

Islas Calvarias

Ostatni pułkownik

Konkwistador

Stryj na wyspie

Z Fuerteventury do…

Wybrana bibliografia

Przypisy

Kolofon

Kostkowi, Witowi i Klarze

Są ludzie […], których wyspy nieodparcie przyciągają. Sama świadomość, że się znajdują na wyspie, małym świecie otoczonym przez morze, przepełnia ich nieopisaną euforią. Ci urodzeni „wyspomaniacy” […] są w prostej linii potomkami Atlantydów.

Lawrence Durrell, Reflections on a Marine Venus, przeł. Janusz Szczepański


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wyspa Kamień

Kiedy teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że wszystko zaczęło się podczas puczu Janajewa. Babcia powiedziała, że będzie wojna, a my z tatą popłynęliśmy na wyspę Kamień. Wyruszyliśmy o świcie, kiedy sierpniowa, już zmarniała trawa była mokra od rosy, a od ciemnego jeziora pełznął w kierunku domu przygruntowy chłód. O tej porze szarość zrównuje wszystko, noc jeszcze mości się w leśnych ostępach, niebo i jeziora są metalicznie zimne, daleko śpiewają wilgi, a szutrowe drogi, wilgotne i ciemne, nie kurzą się pod kopytami krów i kołami jadących na pola wozów i ciągników. Z Aten, w których mieszkaliśmy, a których dostojna, nieoczywista nazwa pochodzi od kupca Augustyna Ateńskiego, niegdyś dzierżawiącego te tereny, zamiast główną szosą, przez Bryzgiel i Płociczno, jechaliśmy nad Wigry opłotkami.

Pachniało grzybnią, mchem i padliną. Liście szeleściły jak cekiny, a w głośnikach dudniło Money for nothing Dire Straits lub znienawidzone przeze mnie Simply Red. Słońce powoli zaczynało przeświecać przez krzewy i drzewa. Z lewej strony migotało jezioro.

Co rusz las się przerzedzał. Mijaliśmy zapomniane wioski staroobrzędowców na polanach, gdzie XIX wiek trwał w najlepsze. Drewniane domy z ubogim obejściem, grzybkowate studnie z gontowymi daszkami, dziurawe garnki na połamanych sztachetach, ujadające psy na łańcuchach, wszechobecne błoto i impregnowane smołą łódki na prowizorycznych stelażach – jakże daleko one były od świata; jakże wtedy my z tatą byliśmy daleko od świata. Jeżeli do czegoś naprawdę tęsknię, to właśnie do tamtych sierpniowych dni, gdy z kolegami chwytaliśmy w jeziorach cierniki, na dmuchanych materacach pływało się od pomostu do pomostu, dziewczyny nosiły staniki kupione na targu w Augustowie, miejscowi opowiadali o węgorzach mieszkających w czaszkach zastrzelonych hitlerowców i czołgach zatopionych w jeziorach, a ojciec, jeszcze młody, jeszcze wszechpotężny, zabierał mnie na rejsy po jeziorze Wigry, będącym – jak mówiła moja babka – w rzeczy samej odciskiem pozostawionym przez ogromnego węża.

Różowy klasztor górował nad okolicą. Jego zwalista sylwetka zaświadczała o niegdysiejszej kamedulskiej potędze. Werżnięty w podmokły półwysep, w jakimś sensie nierealny, wyznaczał kres naszej drogi. To u jego stóp, na przystani, gdzie niepodzielną władzę sprawował żylasty bosman, wypożyczaliśmy oriona, „łódź, która nigdy się nie wywraca”, jak mówił tata. Na kei, pod zakazem łowienia, stali wędkarze, tata coś podpisywał, a ja – po założeniu kapoka i zrzuceniu rzeczy w kokpicie – przez szparę, w której chlupotała zielonkawa woda i w którą zaraz miał być wpuszczony miecz, wyglądałem ryb.

Wypływaliśmy, pagajując. Drogę wyznaczały nam nurkujące perkozy oraz wyskakujące z trzcin ptaki, spłoszone przez zwierzęta w szuwarach. Dopiero na otwartej przestrzeni, w Zatoce Wschodniej, kiedy za plecami poczuliśmy chłodny powiew mierzwiący jezioro, naciągaliśmy wpierw grot, a po przepłynięciu kilkuset metrów i rozpoznaniu warunków chwytałem za szoty i zaczynałem rozwijać fok. Wiatr wypełniał spłowiałe żagle, icki łopotały, a gwałtowne szkwały przechylały łódź, gdy tata ostrzył, ufając, że oriony się nie wywracają.

Kierowaliśmy się na południe. Po lewej mijaliśmy Rosochaty Róg, gdzie w przyszłości miałem się prawie utopić (gdy okazało się, że oriony jednak się wywracają), a za sobą zostawialiśmy Cimochowiznę. Najpiękniejsza rzeka świata, polska Amazonka, Czarna Hańcza, wpadała do Wigier w okolicach Zatoki Hańczańskiej, by wypłynąć kilka kilometrów dalej, po południowej stronie półwyspu Wigry. Nad zatoką wiatr zaczynał wariować. Z impetem rozbijał się o ścianę drzew, kotłował się, by po chwili zderzyć z przeciwnym prądem powietrza, nadciągającym doliną Hańczy. Kierunek podmuchów zmieniał się gwałtownie z północno-wschodniego na zachodni. Przy odrobinie szczęścia silny fordewind pozwalał pokonać kolejne kilometry „na motyla”, bez konieczności zwrotów. Dopiero przy Budzisku trzeba było zmienić kurs na południowy i pozostawić za sobą wdzięczną i dźwięczną zatokę Cieszkinajki, ostatnie na trasie schronienie przed burzą lub zbyt silnym wiatrem. Potem mijało się wąski przesmyk między półwyspem Wysoki Węgieł a półwyspem Łapa i wypływało na południową, dzikszą stronę jeziora. Przed oczami, na wprost, ukazywała się wyspa Kamień. Jeszcze odległa, ale już namacalna. Samotna.

Opływaliśmy ją od zachodu, po prawej mijając Wyspy Brzozowe. Było późne popołudnie, kiedy w końcu schodziliśmy na ląd. Łódź zostawialiśmy na płyciźnie, przycumowaną do drzewa, a sami ruszaliśmy w stronę serca wyspy – zgodnie z zasadą wyłożoną w Anabazie. Ćwierć wieku później, kiedy zamieszkałem nad Atlantykiem, zrozumiałem, że właśnie ruch od morza w głąb lądu jest tym najbardziej oczywistym i pierwotnym, jakby powtórzeniem wyczołgania się pradawnych płazów na brzeg lub opuszczenia wód płodowych. Osiedlanie się bezpośrednio nad wodą nie jest naturalne – niejako przeczy życiu. Greckie ναβαίνω (anabaino) oznacza wędrówkę w górę, która tożsama jest z cywilizowaniem, zakładaniem miast. To wędrówka od tego, co pierwotne i naturalne, w kierunku tego, co wytworzone, kulturowe. Rozumiał to urodzony na Gwadelupie Saint-John Perse, jeden z tych osobnych pisarzy wyspiarzy, który w poemacie Anabaza, inspirowanym dziełem Ksenofonta, pisał:

 

I taki jest bieg tego świata i nic prócz dobrego nie mogę o nim powiedzieć. – Zakładanie miasta. Kamień i brąz. Ogniska z cierni o świcie

obnażyły te wielkie,

zielone i oleiste kamienie, jak fundamenty świątyń i latryn,

a żeglujący po morzu, czując w nozdrzach nasz dym, widzi, że ziemia aż po krańce zmieniła oblicze (wielkie pogorzeliska łąk widziane od strony morza i prace nad ujęciami źródlanej wody w górach).

I tak założone zostało miasto i usadowione o poranku pod wargowymi zgłoskami czystego imienia[1].

Podczas gdy anabaza jest wędrówką w głąb lądu, wędrówką ku świadomości, jej odwrotność, katabaza, jest zejściem do świata umarłych, ponownym zanurzeniem się w morzu, w tym, co pierwotne i nieświadome. Nieprzypadkowo krainy zmarłych umiejscawiane były na wyspach. Ocean, z którego wszyscy wyszliśmy, ciemny i niezbadany, a jednak w jakiś sposób gościnny, pozwala przeczuć bliskość śmierci. Mieszkańcy wysp żyją obok zmarłych – dosłownie i w przenośni. Pochówek na wyspie jest zawsze sprawą trudną ze względu na ograniczoną powierzchnię oraz lęk przed zarazami. Niebezpieczeństwo wystąpienia plag, które na małym terenie są w stanie szybko wybić gros populacji, każe ze zwłokami obchodzić się nader ostrożnie. Kremowanie, zasypywanie wapnem, czasem balsamowanie, w końcu odsyłanie swoich umarłych na stały ląd (jak to się dzieje między innymi na Spitsbergenie) są różnymi sposobami radzenia sobie z logistycznym wymiarem śmierci i pochówku. Ale poza tym istnieje też wymiar transcendentny. Stąd żywotność kultu zmarłych, w zasadzie cały czas obecnych. Są obok, zarówno w świadomości, jak i w ograniczonej przestrzeni. Kult ten przyjmuje rozmaite – choć istotnie zbieżne – formy: inne na Karaibach, inne na Kanarach, jeszcze inne wśród mieszkańców wysp południowego Pacyfiku. Niemniej pozostaje żywy do dziś.

Na wyspach co rusz spotyka się zmarłych. Po zmroku siedzą przygarbieni na plażach, klęczą na klifach wpatrzeni w toń, czają się na pustych placach pod figowcami, za załomami murów, tuż obok opuszczonych kościółków. Bez nadziei czekają na zbawienie. O brzasku przemieniają się w kamienie, krzewy, gruz.

Cywilizacja musiała odwrócić się od morza, ponieważ morze jej przeczy. Budowanie miast nad samym brzegiem jest wbrew naturze i rozsądkowi. Wilgoć, wiatr, sól oraz piasek mogą unicestwić wszystko. Tym, co łączy ze sobą miasta położone bezpośrednio nad oceanem, jest pewna prowizoryczność, brak przywiązania do trwałych, materialnych rozwiązań. W miejscach, gdzie nawet plastik wygląda, jakby korodował, budowanie jest zajęciem tyleż beznadziejnym, co niepraktycznym. Porty od zawsze były podstawą gospodarki, oknem na świat, zaraniem potęgi, ale też zalążkiem końca. To do nich przybijały statki z zarazami na pokładach, to tędy w głąb państw wlewali się piraci lub zdobywcy, to tutaj toczyły się spekulacje, które doprowadzały do kryzysów ekonomicznych. Port jest szansą, ale też niebezpieczeństwem. Tak samo jak szansą i niebezpieczeństwem jest morze.

Wyspiarze żyją w ciągłym napięciu, bo wiedzą, że nie są w stanie upilnować wszystkich brzegów. Zdają sobie sprawę z tego, że od strony wody nadejdzie ich koniec (w postaci epidemii lub najazdu), i rozumieją, że nie mogą mu zapobiec.

Po wyprawach krzyżackich na tereny Jaćwieży w XIII wieku resztka ocalałych Jaćwingów, którzy nie podporządkowali się zakonowi ani nie zbiegli na Kurpie, ukryła się na wyspie Kamień. Założyli tam niewielką osadę, której pozostałości można jeszcze odnaleźć pośród drzew. Zwano ich Wigranami. Uciekli do swojego miejsca świętego – przez to wyjętego spod praw świata. Ponad wiek żyli w ukryciu. W zasadzie nie opuszczali wyspy. Nieniepokojeni kultywowali swoją politeistyczną wiarę sławiącą siły natury oraz zmarłych. Trudnili się rybołówstwem i zbieractwem. Zastawiali pułapki na ptaki. Kiedy zimą lód skuwał jezioro, nieliczni wyprawiali się na polowania na łosie oraz jelenie – w kierunku Saduby. Wysiedlono ich – a może wybito? – dopiero na początku XV wieku, gdy nad Wigrami, najpewniej w miejscu, gdzie dziś znajduje się klasztor, założono królewski dwór myśliwski. Należąca do króla zwierzyna nie mogła przecież trafiać na innowiercze stoły.

Piszę o tym, ponieważ historia mojej rodziny związana jest u zarania z niezbyt szczęśliwymi losami Bałtów. Dziadek od strony mamy nazywał się Gintowt. Gintowt (Gintautas) – to etymologicznie obrońca ludu. Spotkałem się kiedyś z twierdzeniem, że morfem gin- rozpoznać można w angielskim słowie knight – oba miałyby pochodzić od praindoeuropejskiego rdzenia gnegh, obecnego także w słowie „knecht”. W książce Aleksandra Brücknera można przeczytać:

Otóż nazwy litewskie urabiały się jak słowiańskie i aryjskie; składały się pierwotnie najczęściej z dwóch osnów […]; nazwy bywały życzeniami pomyślności i bogactw, dumy i nadziei, rzadziej wyrazami zwątpienia i troski; wreszcie bywały i niezłożone, przezwiska od wzrostu i innych okoliczności. Przewijają się w nich osnowy bliskie znaczeniem, jak nasze lub i mił, mier (gotyckiego i in. pokrewieństwa) i sław (tłumaczenie tegoż); szyk ich dowolny, jak w naszych Gościrad i Radogost, Ludmiła i Miłosław. Takimiż są litewskie osnowy (przytaczamy je w polsko-ruskim brzmieniu, nie w oryginalnym): towt (lud), np. Towcigin (Strzeży-lud), Towciwił, Witowt; min (mysł), Gajłemin i Minigaił (Lutomysł), Mindowg (Wielomysł), Gedymin (Żelimysł)[2].

Broniący ludu Gin-towt był ostatnim pogańskim kapłanem na Żmudzi, wielkim krywe krywejto. Przeciwko niemu i jego akolitom w 1413 roku Jagiełło, żarliwy neofita, grabarz Wigran, zorganizował wyprawę, której celem było nawrócenie mieczem lub krzyżem (a w zasadzie mieczem, który odwrócony, mógł być krzyżem) ostatnich – jak mniemał – pogan w Europie. Ekspedycja ta przypominała misję Marlowa z Jądra ciemności. Król i jego wojowie spływali dzikim Niemnem. Wraz z zanurzaniem się w żmudzką dzicz rosło napięcie. Z puszczańskich brzegów, gęstych, zielonych, obserwowali ich tubylcy. Co rusz ciszę mącił jakiś szelest, chlupot wody, trzask łamanego drewna. Przestraszeni wojowie chwytali wtedy za miecze, łuki, tarcze – i wypatrywali w zielonej gęstwinie swojego końca.

Jakieś dwadzieścia kilometrów za Kownem „misjonarze” ruszyli w górę rzeki Dubissy – w kierunku Betygoły. Podobno w tamtejszym lesie ukrywał się wraz z wiernymi Gintowt. Niektórzy mówili jednak, że schronił się na pobliskim wzgórzu, Aukajm albo Onkajm (przez Krzyżaków zwanym Aucken), gdzie znajdowała się świątynia; inni, że już dawno skrył się na jednej z wysp na Niemnie. Jeszcze inni, że zmarł…

Oskar Kolberg w Litwie pod hasłem Onkaim pisze:

W książce Macieja Wołonczewskiego pod tytułem Żemajtiu wiskupiste (Żmudzkie biskupstwo) […] opisane [jest – przyp. K. B.] […] nawrócenie […] Żmudzinów przez Jagiełłę, który popłynąwszy Niemnem aż do ujścia Dubissy, stanął na miejscu zwanym Onkajm, Aukain, gdzie była świątynia pogan, czczone przez nich lasy i gdzie żył krywe krywejto, najwyższy kapłan, imieniem Gintowt. A że już chorągwie na to miejsce przybyły, kazał rąbać las święty, wywracać ołtarze i niszczyć ich bogi. Księża znający mowę litewską uczyli tymczasem pierwszych prawideł wiary chrześcijańskiej i wielu ludzi ku swojej nauce pociągnęli. Co widząc, najwyższy kapłan oddalił się z tego miejsca pośród ludzi więcej go miłujących i między nimi umarł, mając lat 74 (jak wieść niesie). Rzeczona świątynia była koło miasta Betygoły, gdzie dzisiaj nad brzegiem Dubissy jest wysoka góra, której wierzch, później usypany, ma ściany niższe z twardej ziemi i ślady rowu, którym była opasana. Góra ta nazywa się Auku-Kał[n]u, to jest górą ofiarną, nazwanie której przekręcono „przez nie znających języka żmudzkiego” na Onkam albo Aukain. Około Sałant jest i dziś jeszcze góra zwana Aukas kałns. Narbutt i Jaroszewicz podają, że ostatni arcykapłan na Żmudzi zmarł we wsi Onkaim[3].

Misja Jagiełły nie zakończyła się pełnym sukcesem. Nie tylko Gintowt dożył stosunkowo późnej starości, ale również całkiem niemała grupa „ludzi więcej go miłujących”, która przy nim pozostała – bardziej niż Świętej Trójcy ufająca dębom, oczkom wodnym, głazom oraz wężom. To z niej w następnych latach rekrutowali się żmudzcy buntownicy, sprzeciwiający się Witoldowi i chrystianizacji. Jeszcze kilka stuleci później na Żmudzi żywe były pogańskie wierzenia, a niektóre z drzew otaczano kultem. Jeziora i rzeki miały swoje duchy opiekuńcze, a węże i żmije czczono jako zwierzęta święte. Na początku XVII wieku kalwin Jan Łasicki pisał o pozostałościach dawnej wiary na tamtejszych terenach. Mniej więcej w tym samym czasie wileńscy jezuici wspominali o pogańskich obrzędach: składaniu ofiar z kogutów, wieprzków, a także wołów Dimstapaitisowi – bogu ognia i gospodyń – oraz Pagirnisowi, bogu kamienia młyńskiego. Jeszcze Stanisław August Poniatowski głosił potrzebę zniszczenia bałwanów. Pośród dzikich lasów, na peryferiach Europy, pogaństwo doskonale się zachowało, dzięki czemu pierwsi polscy etnologowie nie musieli wyprawiać się na wyspy południowe w poszukiwaniu dawnych wierzeń. Wystarczyło, że ruszyli na wschód, nieco za Łomżę, a świat bogów zaklętych w głazach oraz dębach, świat opiekunów ognisk domowych, pól, obejść, rozdroży, świat przekleństw, opętań i tułających się po ziemi zmarłych, świat wąpierzy, strzyg i nimf stawał przed nimi otworem i dawał się poznać w swojej pierwotnej formie.

Miejscem, gdzie nieniepokojeni przez papieskie edykty, ornaty i krucyfiksy przetrwać mogli dawniejsi bogowie, opiekunowie spraw mniejszych, szeregowi urzędnicy nadprzyrodzonego świata, była wyspa Kamień. Wyspy bowiem w ogólności są najlepszym środowiskiem dla tego typu metafizycznych marynat. Skarlałe i opuszczone, na peryferiach świata, z dala od chrześcijańskich dogmatów i nadgorliwości ich wyznawców, od zawsze skazane na siebie i swoją samowystarczalność, doskonale konserwują pierwotną wiarę (w obrzędach, zwyczajach, codzienności), ponieważ ich mieszkańcy dobrze wiedzą, że tym, co prawdziwie im zagraża, jest natura i to z nią – i na jej warunkach – trzeba się układać, a nie z Trójcą Świętą ani prorokami.

Wyspa Kamień, będąca moreną martwego lodu, swoją nazwę zawdzięcza wielkiemu, porośniętemu mchem głazowi, który wkopany do połowy w ziemię, znajdował się kilkadziesiąt metrów od punktu, gdzie zacumowaliśmy. Ten największy z kilkunastu podobnych narzutowców, będących pozostałością po wytopieniu się potężnej, oderwanej od lądolodu bryły lodowej, był najprawdopodobniej miejscem kultu. Porozrzucane po osiedlach jak Polska długa i szeroka, dostojne porfirowe lub granitowe eratyki zdążyły nam spowszednieć. Wystarczy jednak na chwilę wyabstrahować je z otoczenia, skupić się na ich zoomorficznych formach, by dostrzec w nich zamierzchłą boskość. Przybywające do nas z czasów plejstocenu fragmenty skał, zdobiące ogrody, place zabaw, parki i ulice, są reliktami pradawnej wiary, które przeniesione ze swoich pierwotnych stanowisk, utraciły moc. Jednakowoż głaz na wyspie Kamień pozostał na swoim miejscu, jakby był jej strażnikiem – i pieczęcią.

25 maja 2017 roku

Zakwitły robinie. Góry zazieleniły się od porostów. Od dwóch tygodni nieprzerwanie wieje z północnego wschodu. Słońce powoli zbliża się do zwrotnika…

Góra i sieć
Przejście

Bez mała dwadzieścia pięć lat później, po drugiej stronie Europy, na innej wyspie Kamień – Fuerteventurze – wróciłem wspomnieniami do tamtych sierpniowych dni, gdy na Kreml wjechały czołgi, babcia robiła zapasy cukru „tak na wszelki wypadek” i chowała pierścionki w piwnicy za bojlerem, a ja z ojcem, jakby poza historią, opływałem Wigry. Noc była złotawa od nawiewanego znad Sahary piaskowego pyłu, zwanego kalimą, w którym odbijało się ciepłe światło księżyca. Panował pustynny bezruch. Ostatnie mewy wracały znad spokojnego oceanu i znikały w rozpadlinach skalnych. Daleką szosą, biegnącą zboczem jednej z gór, które tej nocy przypominały śpiące wielbłądy, pędziło auto. Snopy długich świateł wydobywały z mroku kształty i badały granice samotności. W oknie jedynego otwartego domu dziewczyna w samym staniku paliła peta oparta o parapet. Kiedy samochód zniknął za zakrętem i pomknął w kierunku miasteczka, zamknęła okno i zasunęła muślinową firankę. Jeszcze przez chwilę widać było szarą sylwetkę krzątającą się w kuchni. Potem światło zgasło. Była godzina odpływu.

Przede mną wznosiła się dostojna góra Tindaya, a właściwie: święta góra Tindaya. Przedhiszpańscy mieszkańcy Fuerteventury, Majoreros – wraz z plemionami z innych wysp zbiorczo zwani Guanczami (od plemienia Guanczów na Teneryfie) – wierzyli, że podczas pełni, gdy światło księżyca wydobywa niezwyczajną, połyskliwą barwę kwarcowego monolitu, z nieba na szczyt góry schodzą bogowie oraz zmarli. Prastara Tindaya ma nieco ponad czterysta metrów wysokości. Od południowego zachodu przypomina Matterhorn, od wschodu śpiącego dinozaura, a od północy psa; kiedy płynie się na Lanzarote, jej dwa szczyty przywodzą na myśl szczerbinkę lub dulkę. Jest górą w zasadzie samotną, najbliższą oceanowi. Tworząca ją lita różowawa skała przez lata była wydobywana w kamieniołomach u jej podnóża. Wykorzystywano ją jako materiał dekoracyjny przy budowie domów bogatszych mieszkańców Fuerteventury. Dopiero na początku XXI wieku zaprzestano eksploatacji, ale zniszczenia w strukturze Tindai są już nie do naprawienia. Rozległe karminowe wyrobiska przypominają rany na cielsku spoczywającego giganta.

 

Miejscowa Uluru – podobnie jak jej australijska kuzynka – zmienia kolor w zależności od padania światła i pory roku. Pomarszczona, przywodząca czasami na myśl pień drzewa, poszatkowana od zachodu przez wyżłobione deszczami jary, opierająca się wiatrom znad oceanu, od południa twarda i gładka, od północy bardziej krucha, o każdej porze dnia ma inne oblicze. Na jej zboczach i szczycie odnaleźć można wiele przedhiszpańskich petroglifów, w tym podomorfos, czyli wyryte w kamieniu rysunki stóp. Wedle jednej z teorii wykorzystywano je w rytuale przejścia. Kiedy młodzi Majoreros mieli wkroczyć w dorosłość, spędzali noc na górze otoczeni zmarłymi oraz bogami. Czy podomorfos oznaczały punkt, w którym miał stać adept, gdy wschodziło słońce, czy może miejsce zstąpienia bóstw? Nie wiadomo. Faktem jest, że podczas przesilenia letniego cień rzucany przez osobę stojącą na stopach wyrytych na szczycie Tindai pada dokładnie w stronę Teneryfy, a w zasadzie w kierunku – widocznego stąd przy dobrej pogodzie – wulkanu Teide, najwyższego szczytu wszystkich atlantyckich wysp, miejsca uwięzienia złego demona Guayoty. Teide jest wciąż czynny. Ostatnia erupcja miała miejsce na początku XX wieku. Niewykluczone, że Majoreros wielokrotnie widzieli na horyzoncie dymiący, nocą rozpalony do czerwoności stożek, od strony którego wiatr nawiewał popiół przykrywający Fuerte. Odległy wulkan był dla nich kresem świata, miejscem, w którym to, co niebiańskie, łączyło się z tym, co podziemne, chtoniczne. Był miejscem przejścia.