Kwiaty w pudełkuTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kwiaty w pudełku
Kwiaty w pudełku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Kwiaty w pudełku
Audio
Kwiaty w pudełku
Audiobook
Czyta Katarzyna Puchalska
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po II wojnie światowej japoński rząd zakazał prostytucji i zamknął dzielnice czerwonych latarni. Ale były to tylko pozory, ponieważ proceder wciąż istniał, tyle że schowany w cieniu – kobiety zamiast do burdeli sprzedawano do przędzalni, gdzie pracowały od rana do nocy w katorżniczych warunkach, aby zarobić choć kilka jenów. Za jednego jena można było kupić w 1912 roku dziesięć kilogramów ryżu. Wynagrodzenie pracownika fizycznego wynosiło wówczas średnio pięćdziesiąt osiem sen dziennie, nieco ponad pół jena, podobnie jak rzemieślnika produkującego na przykład tradycyjne drewniane sandały31. Nawet policjant zarabiał wtedy podobnie – około piętnastu jenów miesięcznie32.

Według rejestru świątyni Jōkan-ji, położonej w tokijskiej dzielnicy Arakawa, między rokiem 1743 a 1801 pochowano tam w prostych urnach ponad dwadzieścia jeden tysięcy prostytutek33. Większość z nich zmarła przed trzydziestymi urodzinami. Ciała „zużytych” dziewczyn do towarzystwa zawijano w tani materiał i podrzucano pod bramę świątyni, która przeprowadzała nieodpłatne pogrzeby. Od ogromnego trzęsienia ziemi w 1855 roku, kiedy trzeba było szybko pochować ich kilkaset, Jōkan-ji zaczęła być znana jako nagekomi dera – świątynia podrzutków.

Prochy tych kobiet można obejrzeć dwieście lat później, wystarczy zerknąć przez kratę poświęconego im grobowca do zakurzonej krypty. Nad małym posążkiem ktoś przytwierdził do ściany ołtarza ukruszoną spinkę do włosów. Ponad nią znajdują się dziesiątki podobnych ozdób: nowych, jeszcze w opakowaniach, i starych, luksusowych i tanich, z supermarketu. Czy pozostawiają je tam przypadkowi przechodnie? Potomkowie? Prostytutki z dzielnicy rozkoszy, która teoretycznie już nie istnieje, choć potocznie nazywana jest „Nową Yoshiwarą”? Nie ma już fosy, nie ma krat. Pozostał jednak ten sam układ ulic, a w nim, pilnowane przez podstarzałych ochroniarzy, podupadłe domy uciech.

Raichō pragnęła zrozumieć, dlaczego mężczyźni potrafią wydać ostatniego jena na spotkanie z jedną z luksusowych kurtyzan. Właśnie dlatego spędziła noc w towarzystwie oiran, dwóch kobiet z „Seitō” i wuja jednej z nich, rozmawiając o swoim czasopiśmie i zajadając się sushi.

Następnego dnia mówiło o tym całe Tokio.

Kiedy znajoma Raichō, Yoshiko Yasumochi, dowiedziała się o skandalu, napisała do niej krótki list34.

Stałyście się wyłącznie chłopczycami, które łamią konwenanse i mają odwagę robić to, czego zwykłe kobiety nie robią. Przykro mi, że utraciłyście swoją godność i dostojność.

Krajowe gazety donosiły o „incydencie w Yoshiwarze”. Dziesiątego lipca 1912 roku w „Yorozu chōhō”, dzienniku uznawanym za postępowy, pojawił się artykuł zatytułowany „Nowe kobiety” z „Seitō” w poszukiwaniu równouprawnienia spędzają noc rozkoszy z prostytutką z Yoshiwary35. Na łamach „Kokumin Shimbun” wydrukowano czterodniowy cykl plotkarskich felietonów o prywatnym życiu kobiet z kręgu „Błękitnej Pończochy”. Zachowanie Raichō skrytykowały nawet jej bliskie przyjaciółki. Według nich posunęła się o krok za daleko.

Za daleko? Bo próbowała poznać świat poza złotą klatką elit i zobaczyć kobiety uznane przez społeczeństwo za nieczyste? Bo nie chciała żyć zgodnie z romantycznym ideałem pisarek sprzed stuleci, których świat sprowadzał się do zamkniętych komnat?

Kilkadziesiąt lat później Harumi Setouchi w eseju zatytułowanym Joryū sakka ni naru jōken [Wymagania, żeby zostać kobietą pisarzem], napisała, że kluczowymi warunkami osiągnięcia tego statusu były „nieumiejętność bycia dobrą żoną i odwaga, żeby »rozebrać się publicznie«”36.

Bez dostępu do tomików kobiecych wierszy, bez świadomości, że w poprzednich pokoleniach kobiety również tworzyły, często na równi z mężczyznami, każde kolejne pokolenie musiało buntować się od nowa. Od nowa pokazywać światu, że kobiety też mogą pisać. Że ich słowa nie są mniej warte od słów mężczyzn.

Dlatego zyskały miano „buntowniczek”.

Przez lata ich twarzą była Raichō.

Potrzebowała jednak dużo czasu i siły, żeby wyprowadzić się z rodzinnego domu, który był dla niej komfortowym więzieniem. Od matki, która dała jej pieniądze na rozwój „Seitō” z oszczędności odłożonych na posag. Od ojca, z którym prawie nie rozmawiała, ale który milczał wtedy, gdy inni zaczęliby krzyczeć.

Długo nie chciała wziąć ślubu w ramach prawa dyskryminującego kobiety, nie chciała zostać wpisana do rodzinnego rejestru swojego partnera i utracić własnego nazwiska, a tym samym przerwać nici łączącej ją z biologiczną rodziną. I tak była wśród mniejszości kobiet, które mogły żyć ze swoim ukochanym (młodszym od niej artystą Hiroshim Okumurą). Zdecydowaną większość małżeństw aranżowano, a zdanie przyszłej panny młodej nie miało najczęściej żadnego znaczenia.

Za każdym razem, kiedy jej partner wywieszał przed ich nowym domem tabliczki z podwójnym nazwiskiem, ktoś zrywał je pod osłoną nocy. Tak jakby nie potrafił znieść, że istnieją ludzie buntujący się przeciwko tradycyjnemu wizerunkowi rodziny. Sąsiedzi zaczęli zwracać się do Raichō per oku-san, pani domu. Oku to dosłownie „wnętrze”, „środek” – odkąd zamieszkała z mężczyzną, według wielu to tam było jej miejsce.

Haru walczyła o prawa wyborcze dla kobiet, brała udział w publicznych debatach, próbowała przekonywać na różne sposoby, że w niczym nie jest gorsza od mężczyzn. Wyobrażała sobie dzień, kiedy kobiety będą mogły głosować, brać rozwody i w pełni decydować o swoim życiu.

Nie przypuszczała, że otrzymają to wszystko dwadzieścia lat później od… Amerykanów. Po wojnie, podczas której mężczyźni wbijali się samolotami w pozycje wroga, płakali po przegranej i odbierali sobie „honorowo” życie.

Dla jednych okupanci, dla innych – wybawcy.

Wolność. Przynajmniej na papierze.

Tak mogła myśleć Haru i niewielkie grono podobnych jej kobiet, żyjących w elitarnej bańce.

Żeby jednak usłyszeć głos większości – wdów, sierot, osób bezdomnych i bezrobotnych – wystarczyło otworzyć któryś z dzienników. Historie o pracy od świtu do nocy, żeby zarobić dwa jeny, niewystarczające nawet na kilogram ziemniaków.

Kobiety pytały w listach: „Jaki jest sens rozmów o prawie wyborczym dla kobiet, gdy chodzę głodna?”37. Magazyny kobiece pisały o daniach z żołędzi i wskazywały, gdzie łapać koniki polne. Rząd radził kobietom, żeby dodawać do jedzenia trociny – wystarczyło je sfermentować i połączyć z mąką w proporcji 1 : 438. Zużyte liście herbaty, płatki kwiatów, kokony jedwabników, myszy i szczury (dobrze wygotowane)… Wszystko to kobiety dodawały do posiłków, żeby nie umrzeć z głodu.

Haru umarła w 1971 roku, z tlącą się w sercu nadzieją, że tradycyjny system rodzinny został zmieciony z powierzchni Japonii raz na zawsze. Przekonana, że po stuleciach mroku nareszcie wzeszło słońce.

Chwilami miała ochotę krzyczeć: „Patrzcie, patrzcie, nadszedł ten dzień! Wielkie, wielkie słońce wzeszło z dna serc uwolnionych japońskich kobiet!”39.

Zapomniała jednak, że istnieją więzy silniejsze od prawa, których nie zmieni żaden okupant.

Na jej nagrobku widnieje napis: Okumura Haruko40.

Nazwisko po mężu oraz imię, które dał jej ojciec.

Początki

Jest 1945 rok. Dziewięć milionów Japończyków nie ma dachu nad głową, do kraju powracają z wojny tysiące sierot. Ze statków wysiadają przywiezione z Chin japońskie dzieci, których jedynym majątkiem są zawieszone na szyjach białe torby z prochami rodziny.

Po niemal dekadzie wojen w Azji i latach okrucieństw w Korei, Chinach, Tajlandii, na Filipinach, Tajwanie czy w Birmie – tysiące kobiet zmuszanych do prostytucji przez wojska okupanta, masakra w Nankinie, eksperymenty biologiczne w jednostce 731 to zaledwie kilka z najbardziej rozpoznawalnych brutalności – tragicznie kończy się era japońskiego imperializmu. W sierpniu na Hiroszimę i Nagasaki spadają bomby atomowe.

Japończycy, w powszechnej świadomości, z agresorów zmieniają się w ofiary.

W 1920 roku w Tokio mieszkały ponad trzy miliony ludzi, dwa razy więcej niż dwadzieścia lat wcześniej41. Dwie trzecie Japończyków wciąż żyło na wsi, mimo ciągłego strumienia biedoty – zwłaszcza drugich i trzecich synów oraz kobiet – ciągnącego do dużych miast.

Gdy na tokijskich ulicach pojawiły się moga, nowoczesne dziewczyny (nazwane tak od modern girls), ubrane na zachodnią modłę, z krótkimi fryzurami zainspirowanymi filmami z Hollywood, a Raichō założyła „Seitō”, japoński rząd rozpoczął ekspansję w Azji, między innymi kolonizując Półwysep ­Koreański i wykorzystując miliony Koreańczyków do niewolniczej pracy.

Zanim do tego doszło, w 1918 roku, po podwyżce cen ryżu, w trzystu sześćdziesięciu ośmiu miastach na ulice wyszła ponad połowa Japończyków42. Gdy pięć lat później Tokio legło w gruzach wskutek katastrofalnego trzęsienia ziemi, policja, wykorzystując chaos, aresztowała dziesięciu aktywistów organizacji związkowych i anarchistycznych i dokonała ich egzekucji. Niecałe cztery lata później w proteście przeciwko katorżniczym warunkom pracy i życia w przyzakładowych dormitoriach, którym było bliżej do więzień43, zbuntowały się pracownice przędzalni muślinu w Tōyō i w Tokio.

 

Gdy w 1937 roku wybuchł konflikt chińsko-japoński, Japonia wysłała na kontynent ponad siedemset tysięcy żołnierzy.

Od początku chłopi i rybacy pragnęli głównie jednego – jak najszybszego zakończenia wojny44. Lecz sprzyjały jej klasy wyższe. Coraz częściej mówiono o „totalnej narodowej duchowej mobilizacji”45, o oszczędzaniu i obniżaniu standardu życia, żeby zapewnić japońskim wojskom odpowiednie fundusze, a tym samym zwycięstwo. Urząd prefektury Aichi, której stolicą jest Nagoja, stworzył nawet „przykładowe menu, niezbędne do egzystencji na minimalnym poziomie”. Dla mieszkańców jednej z pobliskich wiosek było ono „bardziej wyszukane niż najbardziej wymyślny przysmak”46. To właśnie oni – biedni, wykorzystywani, bez dobrej edukacji i pracy – tracili przy każdym kolejnym konflikcie najwięcej.

Listy z frontu pokazują ludzką twarz wojny: „Nie ma nic honorowego w śmierci – pisał do matki jeden z chłopców wysłanych na kontynent. – Proszę, poczekaj na mnie”47.

Imperialistyczne pragnienia zaczęły jednak stopniowo dosięgać także Japończyków z samego dołu społecznej piramidy. Im więcej pisały o tym gazety, tym bardziej rozpalała się wojenna gorączka. Ludzie zaczęli wykupywać wojenne obligacje i wyjeżdżać na front na ochotnika w poszukiwaniu lepszych warunków życia niż te, które oferowało im życie na wsi. Z możliwością zarobku, nawet jeśli otrzymywali zaledwie skromny żołd. Z jedzeniem, które dostawali bez całodziennej ciężkiej pracy w polu. Z hierarchią opartą na randze, nie na pochodzeniu.

Żyli nadzieją, że kiedy wojna się skończy, ich warunki życia wreszcie się poprawią.

Nadzieja się nie spełniła. Nie od razu. Nie przez pierwsze kilka­naście lat.

Pierwszy powojenny hit to piosenka o najprostszej przyjemności, jaką można sobie wyobrazić. O jedzeniu jabłka.

Podnoszę jabłko do moich czerwonych ust,

i patrzę na niebieskie niebo w ciszy.

Jabłko. Niby nic takiego, ale w tamtych czasach luksus. Produkt, który trzeba było zdobywać na czarnym rynku, często za nieludzką cenę.

Michiko Namiki, aktorka, która śpiewała o jedzeniu jabłek, usłyszała ponoć od reżysera filmu Soyokaze [Łagodny wiatr], że ma się uśmiechać, bo to radosna piosenka. Miała wtedy dwadzieścia cztery lata, podczas wojny straciła ojca, brata i pierwszą miłość48. Jej smutny uśmiech i prosty tekst były jedną z niewielu rzeczy, które przynosiły ludziom ukojenie.

Płyta z piosenką sprzedała się w stu tysiącach egzemplarzy.

Jabłko nic nie mówi,

ale rozumiem jego samotność49.

Jednak kobiety w powojennej Japonii zazwyczaj nie miały w sobie tyle niewinności, żeby beztrosko śpiewać o jabłkach. Sprzedawały swój majątek, swój czas, swoją pracę, błagały o lepszą cenę na czarnym rynku, oddawały ostatnie ubrania do lombardu.

Niektóre były w stanie sprzedać się za odrobinę jedzenia. Tak jak jedna z młodych kobiet, która nocowała w tokijskim parku Ueno – za dwie kulki ryżu. Nie miała domu, rodziny ani pieniędzy. Gdy nieznajomy mężczyzna poczęstował ją dwiema ryżowymi kulkami onigiri, a później kazał iść ze sobą do parku, nie wahała się ani chwili. Opisała tę historię w liście do dziennika „Mainichi Shimbun”50.

Jak tysiące innych kobiet utonęła w mroku, stając się kobietą nocy. To o takich jak ona śpiewano w powojennym hicie Hoshi no nagare ni [W strumieniu gwiazd]51.

Nie mam już łez do płakania,

Kto zrobił ze mnie taką kobietę?

Zapalam papierosa i gwiżdżę pod nosem,

Włócząc się nocą bez celu. […]

Kto zrobił ze mnie taką kobietę? […]

Zastanawiam się, głodna, gdzie jest moja siostra,

gdybym mogła choć na chwilę spotkać się z matką. […]

Kto zrobił ze mnie taką kobietę?

Rząd nie walczył z prostytucją. Przeciwnie, nawet ją propagował. Za wszelką cenę chciał udobruchać okupanta, czyli amerykańskie wojska stacjonujące w Japonii po klęsce w II wojnie światowej. Plan był prosty: zwerbować grupę kobiet, które zadowalałyby żołnierzy, chroniąc tym samym czystość reszty narodu. Nie nazywano niczego wprost. Mówiono o „pocieszaniu”, nie o „sprzedawaniu ciał”.

Nikt się nawet nie zająknął, że kobiety będą oddawać się kilka­dziesiąt razy dziennie. Jedna z zatrudnionych do „pocieszania” dziewcząt, która do tej pory pracowała jako stenotypistka, popełniła samobójstwo już pierwszego dnia52. W pierwszej „pocie­szalni” zaraz po otwarciu nie było nawet łóżek. Większość ochotniczek nie była świadoma tego, czego się od nich oczekuje, tylko nieliczne mogły pozwolić sobie, aby zrezygnować, gdy już poznały prawdę. Wiele zostało, nie miało bowiem innej szansy na zarobek. Nie w kraju, w którym co trzeci mieszkaniec dużych miast mieszkał na ulicy53.

W styczniu 1946 roku, po kilku miesiącach funkcjonowania „pocieszalni”, Amerykanie zakazali publicznej prostytucji. Ale znikła ona tylko na papierze. Dziewięć na dziesięć „pocieszycielek” cierpiało na choroby weneryczne, a wraz z nimi tysiące żołnierzy. Na ścianach burdeli zawieszano czasem tabliczki: „Zakaz wstępu – choroba weneryczna”54. Mimo to dziewczyny nadal oddawały się mężczyznom, których języka nie rozumiały i którzy mieli nad nimi całkowitą władzę.

Pod koniec 1946 roku stworzono tak zwane czerwone dystrykty, gdzie pracujące kobiety miały prawo do sprzedawania swoich ciał. A do obsługiwanych przez nie obcokrajowców stopniowo zaczęli dołączać także Japończycy55.

Nazywano je różnie: „prostytutkami”, „pocieszycielkami”, „nocnymi motylami”. Najpopularniejszym określeniem było jednak pan-pan – przypadkowa zbitka sylab, która tak naprawdę nic nie znaczy. Fantazjowano o nich, jednocześnie się ich brzydząc. Kilka lat po wojnie w wyznaczonych przez rząd czerwonych dystryktach pracowało ich od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu tysięcy56. Większość nie należała do zorganizowanych przez rząd „stacji pocieszania”, poszukiwały klientów na ulicach na własną rękę. Nierzadko były to sieroty przywiezione po wojnie z odleg­łych zakątków Azji, które próbowali skolonizować Japończycy. Niektóre utrzymywały młodsze rodzeństwo albo rodziców. Sprzedaż ciała opłacała się bardziej niż normalna praca.

To nie był pierwszy przypadek, gdy część dziewczyn poświęcała własne dobre imię, żeby „ocalić” pozostałe japońskie kobiety. Już w XIX wieku niektóre chłopki decydowały się na wyjazd za granicę w poszukiwaniu pracy. Często jedyne, co posiadały, to ciało. Nazywano je karayuki-san. Tylko w 1900 roku japońscy emigranci pracujący we Władywostoku wysłali do kraju milion jenów, z czego ponad połowa pochodziła z zarobków prostytutek57.

Politycy na początku XX wieku mówili otwarcie, że „dostępność »profesjonalnych prostytutek« jest kluczowa dla utrzymania społeczno-ekonomicznego porządku”58. Dystrykty z domami publicznymi postrzegano jako „publiczne latryny”59, gdzie mężczyźni mogli zaspokoić swoje potrzeby, nie narażając na szwank honoru dziewcząt i kobiet w „czystej” Japonii.

Z jednej strony kobiety w specjalnych domach publicznych przysięgały, że „obronią czystość rasy”60, aby ich rodaczki nie musiały oddawać cudzoziemcom swoich ciał. Z drugiej – ostrzegano je, rozrzucając w dzielnicy Ginza ulotki, żeby nie uprawiały seksu z czarnoskórymi mężczyznami, gdyż za tak ogromne naruszenie czystości rasy należy się śmierć61.

Obrona czystości miała swoje granice.

Inne kobiety czasami im zazdrościły: kolorowych szminek, jaskrawych sweterków i rajstop. Pan-pan były ucieleśnieniem amerykańskiego snu osadzonego w lęgnących się w gruzach japońskich realiach. Kilkadziesiąt lat wcześniej powiew wielkiego świata czuły wyłącznie dziewczęta z bogatych rodzin, które mogły pozwolić sobie na wizerunek inspirowany hollywoodzkimi produkcjami. Teraz namiastka glamour stała się dostępna także dla dziewczyn ze społecznych nizin. Tych, które sprzedawały się za piętnaście jenów – tyle, co koszt połowy paczki papierosów na czarnym rynku62. Gdy zaczynały, wiele z nich było jeszcze nastolatkami.

Mówiono: Onna wa panpan, otoko wa katsugiya – kobiety zostają pan-pan, a mężczyźni sprzedają na czarnym rynku63. Tak właśnie przez wiele lat wyglądało życie na zgliszczach Tokio. Mężczyźni handlowali towarami, organizowali się, pokazywali siłę, kobiety zaś zapamiętano jako sprzedające własne ciała, choć proceder dotyczył zaledwie niewielkiej ich części. W publicznej wyobraźni każda z nich była potencjalną dziwką. Przez kolejne dekady po wojnie na Zachodzie utrwalał się obraz uległej, a jedno­cześnie wyuzdanej Japonki.

Pan-pan były zarazem symbolem wolności i zniewolenia, piękna i brzydoty, nocy i dnia. Ucieleśnieniem wszystkiego, co w Japonii niezrozumiałe i czego nie chciano wcale zrozumieć. Fascynowały zarówno w pięknych kimonach pod drzewami kwitnących wiśni, jak i na zadymionych scenach ze striptizem w roli głównej. Miały być jednocześnie jak najbardziej niewinne i jak najbardziej wyzwolone.

Tuż po II wojnie światowej hitem były „nagie przedstawienia w ramie”64, gdy całkiem gołe lub skąpo ubrane kobiety pozowały przebrane za niby-postaci ze słynnych obrazów. Kurtyna szła w górę i można było podziwiać ich nagie ciała publicznie, bez odrobiny wstydu. A gdy opadała, trzydzieści sekund później, zmieniała się kompozycja. Hitem były Narodziny Wenus65.

To wówczas, w jednym z teatrów w dzielnicy Shinjuku, narodził się nurt erotyki w wersji light, zwany gravure[4], który króluje po dziś dzień w magazynach z soft porno sprzedawanych na każdym rogu.

Pan-pan pociągnęły za sobą w ciemność amerykańskich żołnierzy, japońskich mężczyzn, zazdrosne o ich stroje kobiety. A nawet dzieci.

Kilkadziesiąt lat po wojnie swoje wspomnienia z tamtego czasu przedstawił na rysunkach Toshio Tanaka, mieszkaniec miasta Asaka w prefekturze Saitama66: opaleni żołnierze kąpiący się z prostytutkami w rzece przy polach, na których pracują Japończycy, zużyte prezerwatywy walające się w okolicy dworca, amerykańscy oficerowie uprawiający seks tuż obok cynobrowych bram torii przy wejściu do lokalnej świątyni, ignorujący bawiące się tuż obok dzieci.

Wśród ruin japońskich miast najmłodsi wybierali zazwyczaj jeden z trzech scenariuszy zabaw: w czarny rynek, w zamawianie prostytutki i w uliczny strajk. Powtarzali to, co obserwowali mimochodem na co dzień.

Na jednym z ocalałych z tamtych czasów zdjęć widać dziewczynkę ubraną w powszechne wśród chłopów spodnie monpe. Na pośladkach przyszyte łaty w innym kolorze, nieudolnie maskujące zużycie. Dziewczynka stoi obok chłopca w czapce, który odgrywa rolę amerykańskiego żołnierza. Ona udaje kosztującą kilka jenów pan-pan.

Japońscy chłopcy szybko nauczyli się, jak zwracać uwagę wszechobecnych żołnierzy okupanta. Najpierw uczyli się, jak powiedzieć po angielsku: „Daj czekoladę”, a chwilę później: „Czy chcesz poznać moją siostrę?”67.

Trzy kreski

Uczą – mów jak kobieta. Najdelikatniej, jak się da. Zmiękczaj zdania odpowiednimi końcówkami, nie wbijaj brutalnie kropek na końcu.

Uczą – mów wyższym tonem. Pełnymi zdaniami, używaj pięknych słów. Wzdrygaj się na dźwięk slangu. Zamiast „serio?”, dziw się niewinnym „naprawdę?”. W restauracji zachwycaj się „smacznym”, nigdy „pysznym” posiłkiem.

 

Kobiecie nie przystoi.

Uczą – o sobie mów standardowo: watashi lub bardziej dziewczęco: atashi. Kobieta to „ja” umniejszone o jedną literę. Niech mężczyźni pozostaną przy swoich męskich zaimkach: boku i ore.

Ma być uroczo, niewinnie, słodko.

W Kinokuniya w dzielnicy Shinjuku, w jednej z największych tokijskich księgarni, ubrana w konserwatywną garsonkę Japonka przegląda nieśpiesznie Otona joshi no tame no mote shigusa zukan [Podręcznik gracji dla kobiet]. Napisany przez Nobuyukiego Nakaia, mężczyznę, który z tylnej okładki chwali się znajomością społecznych konwenansów:

„Dobrze wychowane dziewczyny robią pozytywne wrażenie!”, „Specjalne triki pięknych kobiet: jak trzymać smartfona, jak zdejmować płaszcz, jak rozmawiać z lekarzem”68.

Biorę do ręki jeden z wielu egzemplarzy ustawionych równo na półce. W środku znajduję całe strony poświęcone temu, jak stać, jak siadać, jak się uśmiechać, jak podpierać podbródek dłonią. Obok uśmiechniętej, wyprostowanej kobiety (cytat: „niczym posąg z Wyspy Wielkanocnej”) rysunek – otoczona serduszkami grupka mężczyzn. Wyglądają, jakby krzyczeli: „Robisz to dobrze! Tak trzymaj!”. Następna scenka – obok wizerunku chyboczącej się na obcasach, zakłopotanej kobiety, którą książka określa mianem „gorylowatej” – ci sami mężczyźni. Tym razem wydają się zażenowani69.

Top rada dotycząca relacji damsko-męskich: „Przy pokazywaniu mu, że go lubisz, najważniejsza jest cisza. Patrz mu w oczy. Milcz przez dziesięć sekund”70.

„Gdy chcesz zwrócić na siebie uwagę, a jesteś sama, nie będziesz mieć problemu – pisze Nakai w rozdziale prezentującym sposoby spędzania czasu samotnie – żeby wydać się inteligent­ną”, „Dotknij palcami skroni, jakbyś zastanawiała się nad czymś ważnym” (tak naprawdę nie musisz się w to bawić!), „Dotykaj podbródka, gdy czytasz książkę. Dzięki temu mężczyźni, którzy chodzą do tej samej kawiarni, co ty, zaczną myśleć z zachwytem: »Przychodzą tu sami inteligentni ludzie!«”71.

Trudność tej sztuki to jedna gwiazdka na trzy możliwe.

W pracy także powinnaś poradzić sobie ze zwróceniem na siebie uwagi. Przykazanie numer jeden: „Dobrze wychowane dziewczyny poruszają się powoli. Pośpiech nie jest OK!”72. Gdy rozmawiasz z mężczyzną, zwróć się w jego stronę całym ciałem. I pamiętaj, żeby pod żadnym pozorem nie jeść lunchu podczas pracy! Damom nie przystoi.

Trudność: jedna gwiazdka.

Zatrzaskuję podręcznik Otona joshi z hukiem. Kobieta obok mnie czyta go dalej. Na półce widzę kolejne pozycje: Busu ga bijin ni narete jinsei ga kawatta hanashi [Opowieść o tym, jak brzydula stała się pięknością i zmieniła swoje życie], Ojōsama kotoba sokushū kōza [Przyspieszony kurs słownictwa dla dam]. Wszystkie niezbędne, żeby stać się mistrzynią tego, co kobiece, okraszonego odpowiednią dawką słodyczy – kawaii.

Światy kobiet i mężczyzn oddziela przede wszystkim słowo. Nie zawsze tak jednak było. W przedwojennej Japonii mieszkańcy wsi czy ubodzy rzemieślnicy nie rozróżniali takich niuansów. Do rodziców czy dziadków zwracano się uprzejmie, ale do żony czy męża już bez zbędnych ozdobników. Kobiety, zwłaszcza na prowincji, mówiły czasem o sobie ore73, choć dziś ten zaimek uznawany jest za epatujący męskością. Wyrafinowany ideał kobiety – nawet w najdalszych zakątkach kraju – wąskie elity zaczęły forsować znacznie później, aspirujący zaś do nich imitowali grzecznościowe formy, żeby wtopić się, choć na chwilę, w świat wyższych sfer.

W 1941 roku japoński resort edukacji wydał podręcznik etykiety i dobrego wychowania dla gimnazjów, który szczegółowo opisywał różnice między mową „kobiecą” i „męską”. Kobiety miały inaczej odnosić się do swoich rówieśników, inaczej do przełożonych, inaczej się kłaniać.

Temat podchwyciły media. W dzienniku „Asahi Shimbun” ukazał się artykuł zatytułowany Kobiety powinny być kobiece – nie zapominajcie o honoryfikatorach74. Wprawdzie ugrzecznionej mowy uczono wyłącznie dziewczęta z klas wyższych, lecz ich wygładzone słowa inspirowały później rówieśniczki w całym kraju.

Japończycy łatwo uwierzyli, że kobiety i mężczyźni powinni mówić inaczej. Są przekonani, że wiele słów można podzielić na kobiece i męskie, stawiając między płciami niewidzialną ścianę. A kobiety, zamiast się zbuntować, często tłumaczą sobie: Onna dakara – bo jestem kobietą.

Japonkom niełatwo dorosnąć. Zawsze w krągłości ich rysów czy miękkości skóry ludzie będą doszukiwać się dziecka. Infantylizacja to pierwszy i najważniejszy krok do bycia kawaii: drobna twarz, szerokie czoło, duże oczy, małe usta i nos oraz biała cera. Perfekcyjne połączenie dziecięcości, delikatności i piękna75.

Małe dziewczynki uczą się, że to wygląd stanowi o ich wartości. Kawaii, urocza, kirei, piękna – słyszą. Utwierdzają się w przekonaniu, że liczy się przede wszystkim bycie bijin – pięknością. I że wszystko musi być kawaii. To nie nowa moda, która przeminie za rok czy dwa lata i zostanie zastąpiona nowym słowem kluczem. To podstawa tego, jak postrzegane są w Japonii kobiety.

Niektóre nigdy nie usłyszą komplementów. Nie są ani urocze, ani piękne, nie mają dobrej figury. Nie noszą modnych ubrań, nie mówią piskliwym głosem. Nie ma im czego zazdrościć. Tym bardziej przekonuje się je, że warto spróbować. Że każda z nich może zostać kawaii, wystarczy zaledwie nieco chęci.

A co, jeśli nie utrzymają zdobytego z takim trudem piękna? Jeśli nie będą potrafiły podołać coraz większym wymaganiom rodem z kolorowych czasopism? Jeśli nie uda się im zatrzymać czasu? Jeśli nie będzie ich stać na kupowanie kolejnych kosmetyków, które mają zagwarantować im urodę, a co za tym idzie – miłość i szczęście?

Naomi Wolf, amerykańska pisarka i feministka, zauważyła już dwadzieścia pięć lat temu76, że kobietom, którym udało uwolnić się z sieci oczekiwań związanych z rolą pani domu, narzuca się kolejne normy – dotyczące ich ciał. Od nich nie da się uciec, zatrzaskując za sobą drzwi.

W Japonii, gdy nie jesteś bijin, szybko stajesz się busu – brzydulą.

Obraz współczesnej japońskiej piękności nie ma jednak wiele wspólnego z tym sprzed stuleci, gdy kobiety czerniły zęby, goliły brwi i kryły ciała pod wieloma warstwami ubrań.

Moda na białą cerę, wyznacznik piękna w XXI wieku, zaczęła się dopiero w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Młode Japonki zasłaniają dziś każdy skrawek ciała, zwłaszcza gdy świeci słońce, wklepują w siebie wybielające kremy, chowają się pod specjalnymi parasolkami. Tak jakby bladość cery mogła zagwarantować życiowy sukces.

Piękno spadło w hierarchii cech, które powinna reprezentować sobą japońska kobieta. Na podium króluje kawaii. A bycie uroczą jest o wiele trudniejsze niż wypełnienie norm piękna czy zwykłej urody. Kawaii to zachowanie, sposób mówienia i poruszania się, hobby, ubrania, makijaż.

– Kawaii to stan umysłu – tłumaczą niektóre zawiłości stylu dziewczyny z dzielnicy Shibuya. – Całe moje życie polega na byciu kawaii. Zawsze zastanawiam się nad tym, jak mogę być jeszcze bardziej kawaii77.

Mody na kawaii nie stworzył biznes. Przedsiębiorcy wykorzystali jedynie bunt nastolatków w latach siedemdziesiątych XX wieku, którzy nie mieli ochoty wpisywać się w społeczne normy. Zamiast zaczytywać się przerabianą w szkole klasyczną literaturą, ozdabiali marginesy serduszkami i gwiazdkami, skracali słowa, sylaby pisali zawijasami, jak robią to dzieci. Tworzyli nowe określenia: zamiast uprawiać seks, „robili miau miau” – nyan nyan suru. Zniekształcali słowa tak, żeby brzmiały, jakby wypowiadało je dziecko: katchoi zamiast kakkoi – przystojny. Odgrywali własne infantylne alter ego. Udawali, buri buri suru. Dziewczyny naśladujące dziecięce zachowania zyskały miano burikko – udających dzieci78.

Kawaii to wytwór pokolenia, któremu wszystko było obojętne. Pokolenia korzystającego z ekonomicznego boomu i wychowanego w czasach, kiedy z każdym rokiem pieniędzy było coraz więcej i więcej. Które wiedziało, jak będzie wyglądać jego życie aż do śmierci.

Nikt nie dawał mu możliwości zejścia z wytyczonej ścieżki.

Samo określenie kawaii pojawiło się dopiero kilkadziesiąt lat temu. Do końca wojny zapisywane było jako kawayushi i oznaczało zupełnie coś innego: „zawstydzony”, „wstydliwy”, ale także „bezsilny”. To drugie, negatywne znaczenie przetrwało w pochodnym słowie kawaisō – żałosny.

Ogromne oczy, z których słyną komiksy manga, to wcale nie japoński wymysł. To wariacja na temat bajek Disneya, które w Japonii robiły furorę jeszcze przed wojną. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku na pełnometrażowe filmy, na przykład na Kopciuszka, chodziły szkolne wycieczki79. Amerykańską słodką estetykę nałożono na tradycyjne formy, takie jak kamishibai (przedstawienia, podczas których opowiadano fabułę za pomocą plansz z narysowanymi scenami). Disney zabierał widza w sentymentalną podróż na wieś, przedstawianą jako swego rodzaju raj utracony: sielskie życie, natura, odrobina magii z lokalnego folkloru80. Japońska estetyka kawaii przenosi w czasie do wy­idealizowanego dzieciństwa, w którym nie ma (jeszcze) miejsca na odpowiedzialność, normy, wymagania.

Połapanie się w tym, co jest, a co nie jest kawaii, pożera młodym Japonkom mnóstwo czasu. Kawaii jest to, co włożą na siebie modelki w popularnych magazynach, albo styl, który preferują młode tokijki. Coś, co było kawaii wczoraj, wcale nie musi być kawaii dziś. Dążenie do bycia kawaii to ciągłe poszukiwanie. Z nadzieją, że nie popełni się błędu i nie zaprzepaści swojej ulotnej popularności.

Kawaii to więcej niż wygląd. To animowane postaci, których jedyną rolą jest bycie słodkimi. Reklamują produkty, miasta, firmy, konkretne atrakcje turystyczne. Swoją uroczą maskotkę mają nawet tokijska policja, drużyny baseballowe czy firmy odzieżowe. Czarujący pluszowy miś Rilakkuma czy wszechobecny biały kot Hello Kitty nie mają ust, palców, są pulchne, okrągłe, dziecinne. Nie mogą normalnie chodzić, nie krzykną w proteście. Są w stu procentach bezsilne.