Krótki życiorys pewnego żołnierza z wojny europejskiejTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZĘŚĆ II

OPUSZCZENIE DOMU RODZINNEGO I UDANIE SIĘ W OBCE STRONY

KIEDY JUŻ MIAŁEM LAT 17, starszy brat przyszedł z Prus do domu w październiku, więc ja z tego skorzystał, bo moi koledzy jechali na robotę do Witkowic[8], i ja otrzymałem pozwolenie od ojca, bo brat był w domu, a roboty już były w domu pokończone. Wyjechaliśmy 5 listopada, przyszliśmy tam, ale się nam nie powiodło, tak jak my sobie myśleli, że będziemy razem, a tu dostaliśmy się do roboty każdy do innego werku[9], i ja również zostałem sam w robocie w giseraju[10]. Wydawało mi się to prawdziwe piekło, pomimo że ze wszystkich kolegów to miałem najlepszy zarobek, bo zarabiałem dziennie 5 koron[11], to w roku 1907 było dość dla mnie. Ale kiedy jeno ja z tego zadowolony nie był, z powodu że byłem sam, choć my się czasem w niedzielę spotkali, ale to było mało.

Kiedy przyszło na święta Bożego Narodzenia, koledzy się z roboty wymeldowali i pojechali do domu, a ja nie mogłem tego zrobić, bo chciałem se kupić ubranie i znowu ojcu coś dać, tom na tyle jeszcze nie miał. Zdawało się mi, że zgłupieję; nieraz to z płaczem szedłem do roboty, bo pierwszy raz byłem między obcymi ludźmi. Pieniądze sporowałem mocnie[12], centa na darmo nie dał i tak się trapił do 25/2 r. 1908, kiedy to z roboty się wypowiedział i postanowił jechać do domu. Pieniędzy miałem trochę, kupiłem sobie trochę ubrania i bieliznę, i przyjechał do domu.

Ojciec myślał o mnie inacy; myślał, że jak się mu z oczu stracę, to nic nie zarobię, ale wszystko puszczę na marne, bo już w tym czasie zaczynałem trochę puszczać się za światem, ale tam byłem sam, więc trzymałem się mocno. Kiedy przyjechałem do domu i dałem ojcu 80 koron, ojciec się ucieszył, kiedy widział i ubrania trochę, i tym w domu dałem także po parę szóstek[13], tak że był ojciec ze mnie zupełnie zadowolony. Zacząłem już wtenczas i na dziewuchy poglądać, i na muzyki uczęszczać, na co mi ojciec nie bronił, a to było wszystko dla mojej zguby – tak młody puszczać się za światem; a ojciec na to nie uważał.

Kiedy tak byłem w domu parę tygodni, zaczęła się zbierać partyja do Prus. Szło tam 10 chłopów i 18 dziewek, wszystko znajome, i ja tam także się zaciągnął, również i brat, a siostra została w domu. Kiedy przyszliśmy na miejsce 22 marca w roku 1908, ja już nie był tym, czym we Witkowicach, bo tu było kolegów dość i już mi i dziewki do głowy przyszły, i wnet zapoznałem się z jedną, której dotychczas nie znałem, ale była starsza ode mnie ośm lat i już miała dziecko, którego ojca do śmierci się nie dowiedziałem. Pomimo że w domu zostawiła kawalera, ale do mnie przystała i ze mną spawała[14], chodziła, piła i mnie do oczu świeciła, ale do domu do tego pisała, choć on ją kochał chwilowo, ale żeby się z nią żenił, o tym myśli nie było, ponieważ była biedna i nie była przy swoich rodzicach, bo miała macochę, ale była kwaterą[15] u mojej ciotki, której nawet nie znałem. Ale dość na tym, była osoba już w roku[16] i puszczona za światem, na którem ja się jeszcze nie znał, i zakochałem się szczerze po uszy.

Nie znałem ja jeszcze tego dobrze tak marnego i fałszywego świata, co mi to do śmierci zaszkodziło. Tak zacząłem prowadzić życie rozpustne, co zarobił, przepił i zmarnował, choć mnie czasem brat napomniał, że źle robię. Nic na to nie dałem[17], jeszczem się na niego gniewał.

I tak przeszło od marca do sierpnia. Tu już każdy do domu trochę pieniędzy posłał i ubrania kupił, a ja się obdarł i pieniędzy nie ma. I trochem się opamiętał, ale nie ze wszystkim, bom zaczął trochę sporować, ale onej nie poniechał. Choć była starsza, mądrzejsza, ale mi nigdy uwagi nie zwróciła na to, że tak marnuję pieniądze, kiedy wiedziała, że ja młody jeszcze, głupi, ale jeszcze przybasowała, a ja brnął dalej.

I tak zeszło lato, że przyszedł czas do domu jechać, 22 grudzień. Każdy był ze siebie zadowolony, ale ja nie, bo każdy miał sporo ubrania i pieniędzy, a ja tylko 3 ubrania i 60 reńskich pieniędzy. Nawet i ta moja była bardzo wesoła, bo myślała o spotkaniu się ze swoim starym kawalerem, o którym ja się dopiero dowiedział, kiedym do domu jechał, bo się w drodze inne dziewki śmiały, który z nas teraz oną okona[18], czy ten stary albo ja. Wtenczas jem dopiero się dowiedział, że ona jednego w domu zostawiła i do niego przez lato pisała, a mnie do oczu świeciła. Ale pomimo choć już wiedziałem, że ma innego, nie mogłem o niej zapomnieć, bo tak jak jeszcze człowiek głupi i myśli, że innych i lepszych dziewuch nie ma; a takiego kolegi nie miałem, żeby mi to był dobrze wytłumaczył i rozumu nauczył.

Przyjechaliśmy do wsi, wstąpiliśmy do jednej karczmy, gdzie on już czekał na nią i ta ciotka, u której ona była; więc ja płacił wódkę przy balaskach[19], cośmy pili: ona, ja i ciotka, a ona posyłała wódkę karczmarką jemu za stół, bo do nas nie przyszedł. Com za głupi był, com na to patrzał! Kiedy dziś o tym spomnę, to mnie diabli biorą, żem taki był głupi. Kiedyśmy sobie popili, rozeszliśmy się do domu, to się nie miała nawet czasu ze mną pożegnać, bo się hajbiła[20] tamtego, bo się patrzał. Ale on już był kawaler do żeniaczki.

Kiedym przyszedł do domu, niekoniecznie ojciec był ze mnie zadowolony, bo już wiedział od drugich, jakem się sprawował. I o kochance też wiedział, co go najbardziej gniewało. I pieniędzy brat dał 2 razy tyle co ja, bo on dał 120 reńskich, a ja 60. Ale nic nie mówił, tylko czekał, co będzie dalej.

Ale ja w domu tęsknił tak, że się mi czasem zdawało, że o rozum przyjdę[21]! O niczym innym nie myślał, tylko o niej. Kiedy przyszło po świętach, zaczęły się wesela i muzyki, to dopiero nastały dla mnie czasy smutne i strapienia, bo ona, gdzie była muzyka, to szła, bo że czas miała i pieniądze, przyciągu[22] nie było żadnego, do czego i ciotka pomagała. Ja zaś tak nie mógł, bo mi na tyle ani czasu, ani pieniędzy nie starczyło, po drugie ojciec nie pozwalał.

Nieraz prosiłem ją, żeby mi tego żalu i tęsknoty nie robiła, ale moje prośby były bezskuteczne, bo gdzie się obróciła, to miała koło siebie dość amatorów do wypicia i na co innego, ale o żeniaczce z nią żaden nie myślał, a ja głupi po prostu o rozum przychodził za nią.

Przyszło w niedzielę, poszliśmy do kościoła, po kościele poszliśmy do karczmy, dopóki ja miał pieniądze, to piła ze mną i ciotka, a jak już się robi wieczór, ja muszę iść do domu, bom się bał ojca, to ona z ciotką już ma inną partyję, już razem nie pójdziemy. A ja jak pieniądze minął[23], że czasem nie miał za co tabaku kupić, to teraz idę sam do domu. A ona przy mnie nigdy kieliszka wódki nie kupiła, ale jak ja odszedł, to wtenczas były pieniądze dla drugich; to się mi nieraz na płacz znosiło[24]: pieniądze minął i teraz idę sam już wieczór do domu, a ona z ciotką do nocy w karczmach piją.

Było nawet kilka zdarzeń, kiedy ja wieczór do niej przyszedł, to mi mówiła: idź sobie do domu, tu spać nie możesz koło mnie, bo jak cię drudzy złapią, to cię zbiją; bo ten jej kawaler stary bardzo na mnie czyhał. To ja poszedł do domu, a on przyszedł i spał z nią. Raz nawet kiedym tam przyszedł wieczór, to się skryła, a ciotka powiedziała, że poszła do siostry, a jak ja poszedł, przyszedł ten drugi, to spała z nim.

Byliśmy razem na jednym weselu u Marcina Miękiny, tom z nią całą noc tańczył, a rano chciałem iść do domu, to nie chciała iść, tylko na moich oczach poszła w szopie spać na wyrek[25] ku drugiej dziewce, która już spała z jednym z muzykantów. A żeby mi była kiedy choć raz powiedziała, nie chodź za mną, co mi z ciebie, tyś jest młody, to nie. Ba, jeno w oczy świeciła, a jeślim jej coś wymawiał, to się zaparła tego rękami, nogami, że to nieprawda.

Ciotka była taka druga. Jak ja przyszedł tam, przyniósł wódki, bez której nigdy nie było, to mi różnie mówiła, jaka ona to dobra i majątek ma po matce, który warta[26] 800 reńskich, a jak my wódkę wypili, ja poszedł do domu, to znowu onej: co ci z niego, to jest śpik[27], młodziak, on się z tobą i tak żenić nie będzie, ale przyświeć[28], zjedz i wypij od niego, bo tyle twego, co użyjesz od niego. A ona to samo mówiła: tyle mego, co użyję, bo mi więcej z niego nic.

Tak mi zeszła zima w roku 1909 do 29 lutego[29]. Kiedy ojciec to wszystko widział i słyszał od ludzi, postanowił temu kres położyć, choć nieraz mnie słowami napominał po dobremu: zaprzestań tego, to już jest stara dziewa i dziecko ma, i puszczona za światem, wiana nie ma żadnego i co ci z niej, tyś jeszcze młody, nim ty przyjdziesz z wojska, to będziesz miał dziewuch dosyć.

Ale te prośby żadnego skutku nie odniosły po dobremu; ale żeby był wziął ojciec kij i zbił, i chwycił mocno pod rękę, tobym mu był później za to serdecznie podziękował. Ale tego nie zrobił.

Tej zimy ożenił się brat jeden i zaraz po ślubie wyjechał do Prus sam, więc ojciec namówił jego, żeby pisał po mnie, a ja go już tam wyślę, żeby z nią nie jechał tam, gdzie był łoni[30] (bo się już znowu nasza partyja zbierała), a tam przy tobie będę miał spokojną głowę o niego, bo tam na tym dworze[31] dziewek nie było, i w taki sposób się rozejdą.

Tę całą rozmowę ojca z bratem wysłyszał najmłodszy brat, z którym my się kochali, i on mi to zaraz wszystko opowiedział, co słyszał.

Więc brat odjechał i za dwa tygodnie pisze do ojca, żeby przyjechała jego żona ku niemu i ja, że robota jest. Ja się już ojcu z tym nie sprzeciwiał, alem pojechał, ale już z innymi myślami, bom se zaraz w domu umyślał, że tam pojadę na wolę ojca, ale tam długo robić nie będę, któryś czas, a pojadę za nią na łońskie miejsce, gdzie ona miała jechać.

I jak myślał, tak zrobił.

 

Kiedym tam przyjechał ku bratu, tom ze stacji szedł dopiero do dworu, a jużem sobie drogi uważał, którędy kiedyś będę uciekał. Znalazłem i tam towarzystwo. Było 3 chłopaków, 2 Rusinów, a jeden z Rajczy[32]. Tego z Rajczy – na jeden rzut oka jem go pokochał. Były tam i na drugim dworze dziewki z trzeciej wsi od nas, ale kiedy to wszystko mnie nie cieszyło, bom dopiero przyszedł, a jużem myślał, jak stąd uciekać.

Znalazłem tam zaraz dziewki, które siłą, mocą chciały ze mną znajomość zrobić, ale kiedy ja był dla wszystkich obojętny. Tam ile razy szedłem do roboty albo z roboty, a zobaczył pociąg, który jechał z Wrocławia do Berlina, to mi się zaraz źle zrobiło, bo tamtędy miała ona przejeżdżać. Kiedy raz, we Wielki Piątek, otrzymałem list od niej, że już są na miejscu, żeby[33] przyjechał – skazał pan po mnie[34], ażem podskoczył z radości. Ale ta radość krótko trwała, bo zachodziły w tym pewne przeszkody, bo trzeba było mieć na drogę 20 marek[35], bo ja byłem koło Wrocławia, a ona za Bremą koło Holandyji, to był duży kawał drogi. W liście było pisane, żebym zaraz przyszedł, bo później nie będzie miejsca dla mnie, a ja nie mam pieniędzy na drogę, bo zarobek był słaby; po drugie, kolega, którego poznałem, był pijak i ja przy nim resztę puszczał. Teraz miałem zawrót głowy, skąd mam wziąć pieniędzy na drogę.

Udałem się do brata, choć wiedziałem, że mu ojciec nakazał mnie pilnować, ale myślałem, że na to zważał nie będzie, ale mi pomoże. Wtem kiedy przyszedłem do brata, zwierzyłem się mu ze swoim zamiarem i poprosiłem go pożyczać tych parę marek, on się tylko wypytał, kiedy chcę odjeżdżać, ja mu zaraz powiedział, że jutro wieczór, to jest we Wielką Sobotę, to on mi zaraz pieniędzy obiecał, że mi da i jeszcze na stacyję odprowadzi, bo ty tu drogi nie znasz, powiedział.

A brat był dla mnie nie bratem, ale nieprzyjacielem, bo mi pieniędzy nie pożyczał, a mnie omeldował do majstra, żeby mi wziął kaucyją[36], która dotychczas nie była brana, bo chcę stąd odejść.

Kiedy mi brat pieniędzy obiecał pożyczyć, była to dla mnie radość nieskończona. Jużem se myślał, jaka to będzie radość, kiedy tam prawie we Wielkanoc przyjadę. Różne myśli mi po głowie się snuły. W sobotę cały dzień o tem myślał, taki ten dzień był dla mnie długi, żem się nie mógł doczekać wieczora. Aż nareszcie przyszedł ten oczekiwany wieczór i wypłata, ale mnie nie pocieszyło, kiedy majster mi ściągnął 3 marki kaucyji. Alem sobie z tego dużo nie robił, tylko przyszedł do stuby[37], jużem nie szedł do sklepu z kolegami kupować na święta, bo mój kolega nic nie wiedział, co ja myślę, bom mu nie powiedział. Dziwno im to było, czemu ja z nimi nie idę. Jak oni odeszli, ja wtenczas łap-cap swoje rzeczy do kufra i już jestem gotowy, tylko zajść do brata po pieniądze i odjazd, bo brat razem z nami nie mieszkał, on mieszkał ekstra z babą.

PRZERWANA RADOŚĆ

Kiedy już jestem gotowy, udaję się do brata. Zachodzę do brata, brata nie ma, poszedł do karczmy. Bratowa mi zaraz mówi, że mi pieniędzy nie dadzą, bo muszą posłać do domu. Ponawiałem moje prośby i obłapiałem za nogi, ale nic nie pomogło. Nie dadzą. Poszedłem do karczmy ku bratu, myślałem, że brat się da uprosić.

Zastałem brata w karczmie i drugiego brata, najstarszego, który tam później za mną przyjechał, ale on też o niczem nie wiedział, co ja myślę, bom mu nie powiedział. Przychodzę do brata i zawołam go od drugich na bok, i proszę go, ale on zaraz mi mówi, że mi dać nie może, bo musi posłać do domu, i mówi: co się tam będziesz kany[38] poniewierał, tutaj też zarobisz, a co do dziewek, to ich tu masz też. I zawsze mi jedną chwalił taką, co on ją podmiatał[39], a chciał, żeby ja do niej chodził.

Kiedy mi powiedział, że mi nie da, to ze żalu dobrze żem nie upadł, kiedy moje plany na nic wyszły. Ogromniem się zasmucił i pozwałem swego kolegę od nich i poszli my pić za inny stół. Chciałem w sobie ten smutek zatruć, ponieważ widziałem wszystko zgubione, bo jeśli tam teraz nie pojadę, to później nie mogę, bo już pan będzie miał ludzi dość. Postanowiłem z tego żalu się opić.

Kiedy my sobie z kolegą popili, on mnie pozwał na drugi dwór ku dziewkom, on tam miał kochankę, tam my bawili od soboty od wieczora aż do poniedziałku do południa. Tam był dwór zasiany cały rozpustą, było tam 12 dziewek, ale ani jednej uczciwej nie było, wszystki kurwy.

Kiedy w poniedziałek odeszli my stamtąd, już bez grosza, a tu na tydzień trzeba chowę[40] kupić, wleźliśmy do jednej karczmy, jeszcześmy mieli oba pieniędzy na pół litra wódki, co kosztowało 25 fenigów[41]. Przy tej wódce ja zacząłem rozpaczać, gdzie ja już miał dzisiaj być, a gdzie ja jest teraz, pieniędzy nie mam i tu muszę się męczyć, zawsze zestarany[42]. Tak sobie to wszystko rozmyślałem, żem się aż rozpłakał.

Mój kolega widzi moją rozpacz, mówi tak: słuchaj, nie płacz, coś będziemy robić, kocham cię, nie chcę, żebyś mnie opuścił, bo takiego, jak ty jesteś, miał nie będę; ale widzę twoją rozpacz, ja ci w tym będę chciał pomóc. I mówi: słuchaj, żebyś ty był prosił mnie, a nie brata, toś mógł pojechać, aleś ty się mnie bał, żem obcy, a brat co ci zrobił! Zaraz jak żeś mu powiedział, że chcesz odejść, to cię zaraz majstrowi meldował, żeby ci majster kaucyję wziął, a sam powiedział: to się nie stało, żebym ja tobie pieniędzy pożyczał ku kurwie jechać, i widzę teraz, jakiego masz brata; ale nie mów nic, ja już pieniędzy nie mam, bo ich przepiłem, ale ja ci pożyczam i dam, bo mi cię żal, kiedy widzę, jak rozpaczasz.

Jak mi to powiedział, uściskałem go jak ojca i ucałował, i jużem się trochę pocieszył tą nadzieją.

Tak zeszło zwykłym trybem do czwartku. We czwartek po południu mi mówi: dziś wieczór idziemy oba po pieniądze dla ciebie, żebyś mógł w sobotę odejść. Jakem to od niego usłyszał, małom nie płakał z radości. Po robocie poszliśmy na jeden dwór, gdzie on miał znajomą jedną przodową[43]. Zaszliśmy tam, zastaliśmy ją w karczmie. Zapłaciłem wódki. Kiedy już podpiła, potem ją prosi, żeby mi pożyczyła tych 12 marek, których mi brakowało; żeby mi pożyczyła, on za mnie ręczy, a ja skoro tylko przyjadę na miejsce, to zaraz mi pan podróż wypłaci, to jej poślę. I obiecała, że mi da, ale żebym przyszedł w sobotę, jak będą mieć wypłatę. I prosiłem ji, żeby nikomu nic o tym nie mówiła.

Tak ożyła znowu nadzieja we mnie i nie mogłem się doczekać soboty. W sobotę po robocie zebraliśmy się i poszli. Zastaliśmy ją już w karczmie, ona zaraz mówi: nic z tego, nie mogę ci dać pieniędzy, bo mój brat jedzie do asenterunku[44], muszę mu dać na drogę.

Znowu mi zaczęło serce bić jak młotem i pomyślałem: Matko Boska, to ja stąd się przecie nie dostanę. Ale kolega mówi mi po cichu: ty kup tylko wódki, a poczęstuj ją dobrze, to ona już pieniądze znajdzie.

Wziąłem liter wódki, posunąłem jej kilka kieliszków. Jak się jej czupryna zagrzała, poszła do karczmarki i pożyczyła od niej 12 marek, i przyszła do stołu, i dała kolegowi, a kolega mnie.

Teraz już byłem po uszy w niebie, teraz już tylko myślałem od nich się wymotać, ale i to się nie dało, bo znowu tam jeden chłopak miał odprawiać imieniny na Wojciecha, a nie mieli muzyki; znowu mnie tam zaprosili do sztuby grać, bo grałem na skrzypcach, i poszedłem tam. Zaczęli tańczyć i pić, przy tym się dziewki dowiedziały, że ja chcę odjeżdżać, i poszły wszystkie na tę przodową, na co mi pieniędzy pożyczała, że tyle mają chłopaka godnego i żeby im czasem zagrał, i ty mu pomagasz jeszcze stąd odejść. I tak na nią wszystki, że ona przyszła do mnie i mówi: oddaj mi pieniądze, bo mnie chcą zjeść z woli ciebie, że ci pomagam do ucieczki. Ale ja ani rusz. Grałem jeszcze chwilę, do 12 w nocy, a potem pożegnał się ze wszystkimi i poszedł.

Przyszedłem do swojej budy, prędko swoje rzeczy pozbierał po cichu i o godzinie 1-szej w nocy wyszedł; anim się z tym najstarszym bratem, który spał na pryczy, nie pożegnał.

Tak szedłem na stacyję do godziny piątej rano. Drogi dobrze nie znałem, to na drogowskazy zapałkami świecił, żebym wiedział, gdzie iść. Rano na stacyji się umył, trochę się posilił, alem się bał, jeśli się majster dowie, że ja poszedł, to gotów żandarma za mną posłać, jak to w Prusach było. Ale przyszła godzina 6.30, pojechałem do Wrocławia, w Wrocławiu czekałem pół godziny i pojechałem w stronę Bremy przez Berlin.

Bracia dopiero się dowiedzieli w niedzielę po południu około 4-tej, że mnie nie ma, bo mój kolega został tak długo, i myśleli, że ja z nim, aż on przyjdzie do domu w niedzielę, a mnie nie ma. Dopiero się pytają, gdzie ja, a on udał, że o niczym nie wie, powiedział, że ja w nocy stamtąd poszedł, a tu patrzą, a moich rzeczy nie ma, i dopiero się domyśleli, co jest ze mną.

A ja przyjechałem na miejsce w poniedziałek w południe i zaraz jem się z panem spotkał, i rad był, żem przyszedł, i nareszcie powitałem się ze wszystkimi, i już byłem ucieszony. Pieniądze, które pożyczałem, zaraz na drugi dzień odesłał, ale teraz przyszła mi głupia myśl do głowy, aby się zemścić na niej za te wszystkie wybryki i przykrości, które mi dotychczas wyrządziła. Więc pomyślałem sobie, żeby cię dostać, a tobie brzuch zrobić, to ty zaraz będziesz spokojna; bo dotychczas byłem od niej szczery[45], bo ja się nastarał i nasmucił, i pieniędzy zmarnił z woli ciebie; i ona też tej zimy, co zarobiła przez lato, to w zimie puściła wszystko, ale przy mnie ani jednego centa. Przez 3 miesiące to puściła 100 reńskich. Teraz tutaj znowu była ze mną, bo nie miała kogo kokietować, bo drugie chłopaki miał już każdy swoje dziewę.

I tak spokojnie, z małymi burzami czasem, aż przyszedł miesiąc wrzesień, w którym to moja głupie obmyślana zemsta została wykonana, i tak resztę lata zeszło już dla niej smutno. Ja sobie z tego nic nie robił, bom nie rozumiał tego, żem nie tylko onej źle zrobił, ale i sobie.

I już przyjechaliśmy w grudniu do domu. Ojciec już był na mnie niedobry, bo jakem pojechał z domu 9 marca, tom pierwszy list pisał na 15 sierpnia, do domu anim też nic nie posłał. Ale kiedym mu dał 80 reńskich, wtenczas się dopiero uspokoił. I tak zakończyłem rok 1909.

W roku 1910 przez mięsopust już ona była lepsza, bo już muzyki zaniechała i już się mnie trzymała na każdym kroku, i jeśli ja czasem nie miał pieniędzy, to mi i wódki kupiła; i tak że ani połowy pieniędzy nie puściła jak zeszłej zimy.

Ale ciotka to już trochę krzywo na to wszystko patrzała, bo ona już wiedziała, jak cała sprawa stoi, ale ludzie jeszcze nic nie wiedzieli, bo już tego roku tak wódki nikt nie nosił jak to zeszłej zimy. Ale ten jej kawaler jeszcze zachodził tam czasem za okno, a na mnie czyhał, aby mi przyrżnąć, co się mu nigdy zdarzyć nie mogło.

W tę zimę moja siostra się wydała, ojciec i oną na wesele przywiódł, bo z powodu żeby mnie uspokoić, bom się ze siostrą gniewał. I ta zima to mi tak spokojnie przeszła, żem żadnych przykrości z woli niej nie miał. Alem o tym też nie pomyślał, jak będzie później.

Ale kiedym po ostatkach miał znowu do Prus jechać, to mi ojciec znowu dał szkołę, żebym z nią nie jechał, bo jeszcze jaki głupstwo zrobicie i cóż wtenczas będziesz robił. Ona już ma jedno, które to miała z tym nieznanym dotychczas ojcem, i chowała jej go ta ciotka, i ona jej płaciła na niego.

Ale cóż, kiedy głupstwo, od którego ojciec ostrzegał, już było, więc umówiliśmy oba tak: ja pojadę do Prus, a ty będziesz w domu, i na tym my zostali. Ja pojechał, ona została. Ale kiedy my za miesiąc pisali po dziewki, bo pan potrzebował, więc i ona przyjechała, co mnie do gustu już nie było, bo się z tego Niemcy śmiali. Ale cóż miałem robić, stało się i nie wróci się.

Tak przerobiła do 10 lipca i trzeba jechać do domu. Nie chciało się jej bardzo, ale poszła. Dałem jej trochę pieniędzy i odjechała. Ja został w Prusach.

Kiedy przyszła do domu i zaraz na 4-ty dzień chrzciny, a ojcowie się dowiedzieli, co im się bardzo nie spodobało.

Może się kto zapyta, czemu się ona moim rodzicom nie podobała. Oto są do tego trzy powody: I – że była już stara, a ja byłem jeszcze za młody; II – że już miała jedno dziecko, a ojca do niego nie było; III – że nie miała żadnego posagu i po trosze była puszczona za światem. Oto są te powody, które ojcom moim się nie podobały.

Ale kiedy się tak stało, na razie byli jeszcze cicho, bo sobie myśleli, że nie każdy się z tą żeni, co ma z nią dziecko, i tą myślą się zaspokajali; ale do chrztu tego chłopca trzymała moja siostra.

I tak z różnymi ludzkimi mowami przyszedł listopad, w którym ja przyjechał do domu. Ciężko i nieprzyjemnie się mi było do domu ojcu pokazać, ale cóż miałem robić i gdzież miałem iść. Ale kiedy przyszedłem do domu, już tam ojciec na razie wielkiego gniewu nie pokazywał, bo ona tam do ojca często zachodziła, i dałem im 80 r[eńskich]. Ale dopiero na drugi dzień zostaliśmy w domu z ojcem sami, dopiero mi ojciec powiedział kazanie. To mi tyle nagadał i naperswadował, że mi aż ciepło było, i wszystko mówił prawdę i dobrze, ale ja mu tego nie uwierzył wtenczas, dopiero dziś, kiedy tę książkę piszę, mam już 35 lat, teraz to im przyznaję, że dobrze i prawdę mówił, ale wtenczas miałem lat 19, tom im tego nie przyznał.

 

Tak to bywa i prawdę mówi stare przysłowie, kto nie słucha ojca, matki, będzie słuchał psiej skóry. To ja jest już jeden taki, do czego się przyznać muszę, ale późno już.

Ale po tym kazaniu szły znowu dnie spokojne, ale już ojciec dawał pozór lepiej na mnie, żebym więcej do niej nie chodził, bez czego się znowu ja obejść nie mógł. I tak mi zeszedł rok 1910.

W roku 1911 byłem w domu parę tygodni, chodziłem z ojcem do roboty, ale się mi bardzo nudziło, bo ja lubiłem już wtenczas popijać, a tu moje pieniądze z Prus się minęły, a ojciec choć mi czasem coś dał, ale dla mnie to nie wystarczało. Po drugie, mnie to trochę nudziło, do niej mi ojciec zabraniał iść, choć my się czasem spotkali, pomówili sobie, ale wieczór to się mi już nie dało; a ku innym nie miałem najmniejszej chęci. Tak byłem z dala od innych dziewuch, jak gdybym był żeniaty. Tak byłem w myślach nią zajęty, że nawet ani z chłopakami żadnego towarzystwa nie trzymał.

Raz poszedłem z drugimi chłopakami do innych dziewuch, tam mi zaraz dziewuchy powiedziały, a ty czego tu chcesz, ty masz już jedną i masz tam dziecko, to innym głowy nie zawracaj. I byłem od nich całkiem chłodno traktowany, nie tak jak inni chłopcy.

Więc teraz się mi zaczęło ogromnie nudzić, kiedym już trochę poznał swój błąd. Nie miałem raz z kim wolnej chwili spędzić, chodziłem wtenczas zamyślony całymi dniami, żem nie wiedział, gdzie chodzę i co robię. Tak mi teraz przykro i smutno było. Nawet jedzenie ni spanie mi nie smakowało, co tak byłem zestarany tym wszystkim.

Tak w tych nudach schodził dzień za dniem, a nie widziałem temu końca. Ale przecież wszystkiemu koniec przyjdzie i tym moim nudom przyszedł, że znowu zaczęło się wesołe życie, ale to krótko trwało.

A więc choć ja już z tą swoją miałem dziecko, ale ten jej stary kawaler wciąż na mnie czyhał, aby mnie złapać i dobić, więc musiałem zawsze przed nim uchodzić, bo tak on był już starszy i chłop dość silny, ja się z nim równać nie mógł; po drugie, miał swoją partyję dosyć dużą, a ona mieszkała niedaleko od niego, więc kiedy tylko spostrzegł, że ja tam jest, to już robił na mnie polówkę, ale się mu to nigdy nie udało, bo albom im uciekł, albo się schował. I tak to schodziło już dwie zimy.

Aż w tę zimę, którą opisuję, w roku 1910, pewnego razu znalazłem sposobność raz ją w nocy odwiedzić, bo ojciec poszedł na wesele, a ja z tego chciałem skorzystać i poszedłem wieczór do tej swojej, ale towarzysze tego jej starego kawalera wnet mnie tam spostrzegli i jemu znać dali, on zaraz zawołał wszystkich do karczmy, która była niedaleko od domu, gdzie ona mieszkała, i dał im popić, i mówi: dziś tego śpika, tego psa – tak mnie nazywał – muszę dostać, niech kosztuje co chce. I wyszli z karczmy.

A był przy nich i mój dobrze znany kolega, ale fałszywy, i oni się obstawili koło domu wkoło tak, żebym uciec nie potrafił; a ten mój kolega zaczął wołać do okna na mnie. Ja nie byłem rozebrany jeszcze do spania, bo jakoś mnie coś niepokoiło, tylko siedziałem na łóżku i rozmawialiśmy sobie oba[46].

Kiedy ten kolega na mnie zawołał, ja prędko poszedłem do okna i odezwałem się jemu, ale ona skoczyła z łóżka i oderwała mnie od okna i mówi, czemu się mu odzywasz, on już tu parę razy z nimi chodzi i wciąż na ciebie woła, bo cię chcą dostać.

Za ten czas, zanim ona ze mną mówi, tak już 12 chłopa kole domu, jedni przy oknach, drudzy przy drzwiach, i wołają, puszczaj, bo jak nie, to drzwi i okna wybijemy, a ty nam nie ujdziesz cało. Wtenczas ja prędko wyszedł do sieni i tam były drzwi do szopy, ja tam wlazł i ciotka mnie tam zamkła, i jeszcze do domu nie wróciła, i tu drzwi runęły na ziemię, i on zaraz do domu wlazł z trzema, drugi patrol poszedł na strych, trzeci stał w sieni, a czterech chodziło po polu[47]. Już wtenczas dla mnie ratunku nie było.

I tak jedni szukali mnie w izbie, drudzy na strychu, ale kiedy ukazało się, że mnie nie ma, tak zeszli się wszyscy do sieni i mówią, on tam, wskazują na drzwi, za którymi ja stoję, i zaraz mówią do ciotki, odemknijcie tam po dobremu, bo inaczej wybijemy drzwi, a jego do rąk dostać musimy. Ale ona się opiera i kłóci z nimi, a ja wtenczas słyszę wszystko i myślę sobie, źle, onych dużo i pijani, ja jeden, trzeba coś myśleć, ale co. Wziąłem w rękę styk[48] od wideł, com po ciemku namacał, i myślę sobie, jeśli drzwi wybiją, trzeba się bronić. I już się do drzwi oparli, i drzwi trzeszczą, i za drugim poparciem drzwi się otwarły, kłódka puściła i przy tym jeden wpadł z głową do środka. Ja, mało myślący, mac tym stylem[49] przez łeb. Zaraz on krzyknął, chłopcy, on tam, bo bije kijem. I zaczął się ruch w sieni między nimi na mnie i nie wiem, jak by się to było skończyło.

Ale na szczęście powraca z karczmy stary wójt i po drodze spotkał się ze żandarmem, i idą sobie razem koło tego domu, a tu w domu taki ruch i już była godzina jedenasta w nocy, i oni zobaczyli to, i wstąpili na próg tego domu, i zawołali: a tu co jest. Jakby pieron między nich strzelił, już żadnego nie było. Żandarm się tylko ciotki opytał, co to było, jak, i poszedł z wójtem do domu, i nic złego nie robił, bo i wójtów syn też tam był z tą bandą.

Po odejściu wójta i żandarma wyszedłem stamtąd i wlazłem do domu, i mówię onej: pierwszy i ostatni raz tu dzisiaj byłem, żeby takie napady mieli na mnie z woli ciebie robić; bo kiedyś miała jego, toś nie musiała do mnie zębów wyszczerzać, i kiedyście się tak bardzo kochali, toście się mogli żenić, kiedy każdy z was już miał swoje lata. I nagadałem jej, co się mi podobało, i poszedłem do domu.

Przyszedłem do domu, ojca jeszcze nie było, położyłem się do łóżka spać, ale nie mogłem zasnąć na żaden sposób. Różne myśli mi zaczęły wirować po głowie. Myślałem, cóż mam robić, że teraz straciłem już kochankę, kolegów też nie mam, wszyscy na mnie krakają[50], że taki młody i tak się puścił za światem.

Aż nareszcie przyszła mi szczęśliwa myśl do głowy wyjechać do Prus i tam będą nowi koledzy, inna partyja, i wszystko się zmieni. I z tą myślą zasnąłem.

I jak umyśliłem, tak zrobiłem, bo zaraz na drugi tydzień wyjechałem do Prus sam. W Prusach znalazłem jednego starego kolegę i kilka innych jeszcze, było i kilka dziewuch. Robotę dostałem zaraz dobrą i znowu zaczęło iść życie wesołe. O starych smutkach się zapomniało.

Ale to długo nie było, bo wnet za mną przyjechał ten fałszywy kolega, który do tego okna na mnie wołał, i on dostał robotę, i zaraz napisał po swoją kochankę, i ona znowu nie chciała sama jechać, więc uwiedła tę moją. Ta moja zostawiła 7 miesięcy starego[51] chłopca u ciotki i od którego miała dać 40 reńskich, i to pierwsze swoje dziecko też tam miała, od którego trzeba było znowu dać 30 reńskich, i tak 2 dzieci zostawiła, i przyjechała tam, gdzie ja był.

Nie bardzo mnie to pocieszyło, kiedym ją zobaczył, bo raz, że nie będę miał wolności, bo mnie też już pilnowała, żebym ku drugim nie szedł; po drugie, żeby my znowu co nie wywiedli oba.

No, ale darmo. Kiedy przyszła, musiałem się z tym zgodzić. Została przyjęta i zaczęła robić.

Dosyć długo mijałem ją, ażeby nie spać koło niej, choć to było dla chłopaka ciężkie, bośmy mieszkali w jednym domu, choć każdy we swojej izbie, ale tylko przez drzwi. Ale na Wielkanoc już ja tam był 3 miesiące, ona jeden – i urządziliśmy sobie muzykę, i popili mocno, i wtenczas poszedłem do niej spać, i choć z ostrożnością, raz tylko, bo przecież człowiek młody... I stało się.