Krótki życiorys pewnego żołnierza z wojny europejskiejTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Pamiętnik Karola Omyły, żołnierza Wielkiej Wojny, Andrzej Chwalba

KRÓTKI ŻYCIORYS PEWNEGO ŻOŁNIERZA Z WOJNY EUROPEJSKIEJ. ZAPISKI DOMOWE

Początek i krótka przedmowa

Część I. Życie w rodzinie

Część II. Opuszczenie domu rodzinnego i udanie się w obce strony

Przerwana radość

Część III. Długie rozłączenie i wojna

Część IV. Wymarsz na wojnę

Część V. Chrzest ogniowy

Niespodziewana radość

Niespodziewane spotkanie się z bratem

Nota redakcyjna: Karol Omyła (4 VII 1891 – 31 XII 1960), Klemens Górski

Spis ilustracji

Przypisy

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Opracowanie tekstu i przypisy: KLEMENS GÓRSKI

Zespół redakcyjno-korektorski: PAWEŁ BROL, ANNA DOBOSZ, LUCYNA KOWALIK, MARIA PIKUL, MARIA ROLA, LIDIA TIMOFIEJCZYK

Opracowanie graficzne wersji papierowej: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografia na okładce: Karol Omyła z żoną, fotografia ślubna, 1916.

W tle okładka drugiego zeszytu pamiętnika. Z archiwum rodzinnego

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Mieczysław Omyła

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07118-2

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury


Wydawnictwo Literackie serdecznie dziękuje Panu Klemensowi Górskiemu – niestrudzonemu orędownikowi publikacji pamiętników Karola Omyły. Książka ukazuje się w druku dzięki Jego wieloletniemu zaangażowaniu i pracy nad odczytaniem tekstu i komentarzami.

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Andrzej Chwalba

Pamiętnik

Karola Omyły

żołnierza Wielkiej Wojny

Nazwiska autora niniejszego pamiętnika nie spotkamy w pracach opisujących i ilustrujących dzieje Galicji i monarchii habsburskiej ostatnich lat. Ale to nie może dziwić, gdyż był jednym z setek tysięcy żołnierzy c.k. armii, którzy walczyli na frontach Wielkiej Wojny. Oni tworzyli historię, ale historia się o nich nie upomniała. Jednak autor i bohater pamiętnika upomniał się o swoje w niej miejsce.

Podczas wojny ukończył kursy podoficerskie. Jego uniwersytetem była społeczność wioskowa i wspólnota żołnierska. Jak się okazuje, to zupełnie wystarczyło, by stworzyć dzieło oryginalne, pożyteczne i atrakcyjnie napisane.

Pamiętnik Karola Omyły, szeregowca, a następnie podoficera c.k. armii, ze względu na niebanalną formę i bogactwo treści należy do najcenniejszych spośród wielu innych wydanych po 1989 roku. Na rynku wydawniczym co prawda nie brakuje pamiętników polskich polityków, intelektualistów, twórców, a także oficerów z lat Wielkiej Wojny, ale są do siebie bardzo podobne, gdyż ich autorzy byli uformowani w tej samej kulturze słowa. Natomiast opublikowano niewiele pamiętników szeregowych żołnierzy, zwłaszcza pochodzących z armii zaborczych. Jest to zrozumiałe, gdyż niemała ich część to analfabeci lub półanalfabeci, a pozostali to z reguły żołnierze, którzy ukończyli jedną lub dwie klasy szkoły ludowej, dzięki czemu potrafili liczyć do 100 i składać litery, a czytanie rozkazów czy zarządzeń wojskowych stanowiło dla nich spore wyzwanie. Zapewne niewiele mieli też do powiedzenia, a jeśli mieli, to nie wiedzieli, jak to należy uczynić. Być może nie posiadali odwagi, a także potrzeby.

Jedynie szeregowi żołnierze polskich formacji ochotniczych z czasów Wielkiej Wojny, takich jak Legiony Polskie, jak Armia Hallera czy Korpusy Polskie w Rosji, pozostawili liczniejsze wspomnienia. Lecz po 1918 roku na ich opowieści czekały instytucje odrodzonej Polski. Byli ochotnikami i bohaterami polskiej wojny. Do pisania wspomnień i publikowania dzienników zachęcały ich wydawnictwa i stowarzyszenia kombatanckie oraz instytucje państwowe. Niejednego uczestnika wojny redaktorzy reprezentujący wydawnictwa wyręczali, cierpliwie zapisując ich opowieści, a następnie redagując. Na wspomnienia, dzienniki, wojenne korespondencje czekali czytelnicy, a na bohaterów polskiej wojny czekała dziatwa szkolna.

Natomiast na opowieści żołnierzy armii zaborczych, takich jak Karol Omyła, nie było zapotrzebowania społecznego ani politycznego. Dlatego spisując pamiętnik, zapewne nie myślał, że kiedyś ujrzy on światło dzienne, że stanie się wydarzeniem roku 2019. Tacy jak Karol Omyła mieli pecha, bowiem zostali zmobilizowani i służyli w armii zaborczej i bili się nie za swoją sprawę. Także po 1945 roku, w innej Polsce, nie czekano na pamiętniki i dzienniki wojowników zaborczych armii. Mieli pozostać anonimowi i bezimienni, gdyż nikomu do niczego nie byli potrzebni. Nawet o ich mogiłach nie zawsze chciano pamiętać.

Szczęśliwie w obecnej dobie nie musimy się już kierować racjami politycznymi Polski międzywojennej czy PRL. Możemy sobie pozwolić na luksus obcowania z tekstem wartościowym pod względem poznawczym, ale i takim, który daje czytelnikowi możliwość towarzyszenia żołnierzowi w jego wojennej tułaczce.

Karol Omyła urodził się w jednej z biednych wiosek pod Żywcem. Tamtejsze gospodarstwa rolne, podobnie jak i w innych wsiach zachodniej części Galicji, były rozdrobnione, o niewielkiej dochodowości. Aby związać przysłowiowy koniec z końcem, należało szukać dodatkowych źródeł zarobkowania. Jedni, jak ojciec Karola, pracowali jako drwale w lasach arcyksięcia Karola Stefana z żywieckiej, polskiej linii Habsburgów, inni przy budowie i naprawie dróg kołowych i linii kolei żelaznej. Jednak Galicja dawała niewiele możliwości uzyskania dodatkowego dochodu. Powszechnie decydowano się na sezonowe wyjazdy na zachód. Najczęściej do Niemiec/Prus. Wyjeżdżano wczesną wiosną, nieraz latem, i wracano późną jesienią, przed świętami Bożego Narodzenia. Ci, co pozostali w domach, czekali na nich z nadzieją, zwłaszcza na zarobione przez nich pieniądze, gdyż dzięki temu mogli godnie spędzić świąteczny czas i mieć środki finansowe na trudne tygodnie przełomu zimy i wiosny. Nie inaczej było w wypadku Karola. On również regularnie wyjeżdżał. Jego świat wyobrażeń kształtował się między Prusami a żywiecką wioską. Strony jego pamiętnika świadczą o pozamaterialnych korzyściach z tytułu podróżowania. Poznawał inne kultury, miasta, wsie. Był otwarty. Chłonął nowinki. Chciał wiedzieć więcej niż inni. Był ciekawy świata nie tylko ze względu na pieniądze. Uczył się geografii. Dobrze znał miasta i regiony Dolnego Śląska, przez które przejeżdżał w drodze do Prus. Używał polskiej, a nie niemieckiej nazwy Wrocławia. Na szlakach migracyjnych „za chlebem” spotkał przyszłą małżonkę.

Pierwsza część jego pamiętnika pozwala nam zanurzyć się w problemach wiejskiej społeczności. Obecne jest w nim lokalne środowisko, małe, ale pełne napięć i konfliktów. Wspólnotę wiejską opisuje dosadnie, nieraz w rubaszny sposób, wskazuje na jej przywary, obrazuje świat wyobrażeń mieszkańców oraz obyczaje. Daje czytelnikowi poznać najważniejsze wioskowe adresy: karczmę i kościół. Karczma w jego opowieści jest zdecydowanie na pierwszym miejscu, bo bywało się w niej znacznie częściej niż w kościele, i ona była centrum wioskowej społeczności. Nic ważnego w wiosce, poza karczmą, nie mogło się wydarzyć. I nic bez gorzałki. Każda rozmowa, negocjowany interes czy poważny problem osobisty lub wspólnoty mógł być rozwiązany dzięki niej.

W pamiętniku aż gęsto jest od opisów relacji męsko-damskich, odważnych, utrzymanych w konwencji naturalistycznej. Nie brakuje gorzko-kwaśnych uwag związanych z życiem prywatnym. Jego niełatwe pożycie małżeńskie i towarzyszące temu emocje były, jak możemy domniemywać, jednym z powodów spisania wspomnień. Związek Karola z biedniejszą od siebie i starszą o osiem lat kobietą, posiadającą nieślubne dziecko, nie mógł zyskać akceptacji w jego rodzinie ani wioskowej społeczności, aczkolwiek nie został potępiony czy napiętnowany. Nie traktowano go jak trędowatego. Niemniej ta sytuacja była dla niego trudna, tym bardziej że małżeństwo szczególnie mu się nie układało. Wstąpił w związek małżeński trochę pod presją i ze względu na los dzieci. Nie chciał ich unieszczęśliwić. Uznał, że powinny mieć oficjalnie ojca.

 

W tekście aż roi się od prostych prawd na temat roli kobiet w życiu mężczyzny. „Kobieta – powiada – robi męża szczęśliwym, ale go też potrafi zrobić i nieszczęśliwym, bo nie ma gorszego, jak niezgoda domowa”. „Kobieta – pisał – jest podobna do noża”. Dla niego ojciec nie był wzorem w relacjach z kobietami, aczkolwiek zasadniczo go szanował. „Ojciec – pisał – lubił obce żony, które to są najlepszym środkiem do pozbycia się pieniędzy”. Autor nie stroni także od wyznań na temat miłości i męsko-damskich gier. To rzadkość w tekstach chłopskich pamiętnikarzy. O kobietach swojego życia i sprawach intymnych, a także o wioskowej rozpuście pisze bez zahamowań, otwarcie i swobodnie. Przed 1914 rokiem kobiety wiejskie na równi z mężczyznami bywały w karczmie, razem z nimi się bawiły i piły gorzałkę. Takie sytuacje były zupełnie niewyobrażalne w tzw. dobrych miejskich domach. Przed 1914 rokiem kobiety, nawet mężatki, same nie powinny się pojawiać, przykładowo, w kawiarniach, restauracjach, w teatrze. Wszędzie im towarzyszyli mężczyźni, a pannom towarzyszyły tzw. przyzwoitki. Kobieta bez męskiego towarzystwa, spotkana na ulicy miasta, była albo służącą, robotnicą albo kobietą lekkich obyczajów. Żona bez zgody męża nie mogła nawet korzystać z telefonu. Na wsi to wszystko było prostsze i naturalne, bez krępujących życie zasad dobrego wychowania, kodeksów honorowych itp.

Druga i zasadnicza część pamiętnika dotyczy służby wojskowej w jednym z pułków stacjonujących w Krakowie, w latach poprzedzających wybuch wojny. Ale najciekawsze są wspomnienia wojenne. Dynamiczne, jędrne, niepospolite. W tekście obrazuje swoje losy od wymarszu z Krakowa w sierpniu 1914 roku. Prowadzi nas przez pola, gdzie rozegrały się zwycięskie dla c.k. armii bitwy z wojskami rosyjskimi, jak pod Kraśnikiem, ale i pola przegrane, jak choćby w rejonie Wisły i w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Następnie podążamy wraz z nim pod Kraków i Limanową, a zimę 1915 roku każe nam spędzić w Beskidach. Upaja się sukcesem obu armii, niemieckiej i austriackiej, pod Gorlicami w 1915 roku, a także drobniejszymi zwycięstwami w Galicji Wschodniej w 1916 roku. Swoją opowieść kończy w momencie, gdy zamyka życiową część udziału w Wielkiej Wojnie w końcu października i początku listopada 1918 roku. Jest to relacja z frontu włoskiego, gdzie większość żołnierzy c.k. armii została skierowana po zakończeniu dziejów frontu wschodniego. Italia jest dla niego zupełnie nowym doznaniem. Tam przeżywa upadek swojej armii i państwa, z którym się identyfikował. W sensie mentalnym czuł się Austriakiem, gdyż jego państwem była Austria, podobnie czuli się pozostali różnojęzyczni i różnonarodowi żołnierze naddunajskiej monarchii.

Jak zwykle we wspomnieniach, także w pamiętniku Karola zawarte są nieprecyzyjne i błędne dane. Jednak pamiętnik naszego bohatera jest cenny nie ze względu na podstawowe, nazwijmy to, podręcznikowe informacje, ale z powodu oddania klimatu i atmosfery wojennych pojedynków oraz żołnierskich przeżyć. Jak na pamiętnik, liczba potknięć jest stosunkowo skromna. Wręcz jest zastanawiające, jak doskonałą cieszył się pamięcią i jak silnie musiał to przeżywać, skoro tak szczegółowo to wszystko przedstawił. Być może podczas pisania korzystał z notatek czy dodatkowych źródeł informacji, aczkolwiek o tym nie wspomina.

W tekście stale możemy śledzić wojenne losy wielkich armii, ich ataki i obrony, relacje z cywilami, gwałty, rabunki, rekwizycje. Autor ciągle podkreśla swoją lojalność wobec cesarza i państwa. Dla niego Królestwo Polskie jest „ruską ziemią”, a w Kraśniku, leżącym na południe od Lublina, widział tylko „domy rosyjskie”. Nie istnieje dla niego, żołnierza cesarskiej armii Franciszka Józefa I, a później Karola, sprawa polska. Jest to bardzo charakterystyczne i można przypuszczać, także dla innych żołnierzy pochodzących z wiejskich części Galicji. Sprawa polska to jest ból głowy elit. Natomiast na poziomie ludu roboczego wsi i miast zasadniczo, poza najbardziej świadomymi jednostkami, nie istniała. Oczywiście to nie była jego i ich wina, gdyż ani szkoła, ani lojalny wobec monarchii Kościół z reguły nie poruszały tematu sprawy polskiej.

Pamiętnik Karola Omyły jest przejmującym zapisem doznań i wrażeń prostego żołnierza c.k. armii, będącego myślami przy swojej małej wiejskiej ojczyźnie. Dzięki żołnierskiej perspektywie okopów i marszów, czytelnik otrzymuje zupełnie inny obraz wojny niż z perspektywy generałów, oficerów czy polityków. Nasz bohater jest szczery w opowiadaniu, w tym przykładowo, kiedy powiada, że to, co się dzieje wokół niego, jest trudne do ogarnięcia, niezrozumiałe, nie ma on wiedzy o powodach wojny. Pisał, że „na razie, to, co się toczyło w świecie, to my nic nie wiedzieli”.

Autor dokumentuje świat żołnierza, który dzięki szczęściu, a z czasem i wojennemu doświadczeniu dotrwał do końca, nie zginął, choć niejeden raz żegnał się z najbliższymi. To, że walczył ponad pięć lat i nawet nie został poważnie ranny, wynikało z przysłowiowego szczęścia, ale i z tego, że służył w kompanii karabinów maszynowych. Zatem z karabinem w dłoni nie atakował wrogich szeregów, tylko czekał na nie, jak pisał, z „maszynką” w dłoni. To mu dawało przewagę i zwiększało szansę na przeżycie. Tekst pamiętnika świadczy o zmianie w jego postrzeganiu świata, o postępującej dojrzałości, przyspieszonej i wymuszonej, o trudnych relacjach żołnierzy i cywilów. Ciekawe jest jego widzenie nieprzyjaciół frontowych. Zgodnie ze stereotypem, Rosjan nazywał Rusami, Ruskimi, Moskalami, Mochami. Włosi to Talijany. Węgrzy to Madziary, Czesi – Pepiki, tylko niemieccy sojusznicy w pamiętniku są Niemcami.

Wyraża również niekonwencjonalne opinie na temat własnego wojska oraz niemieckiego. W tekście nie brakuje pełnokrwistego, żołnierskiego języka i trudnych zapożyczeń językowych. Obok języka gwarowego, staropolskiego znajdujemy liczne słowa, nieraz zniekształcone, pochodzenia niemieckiego, co było konsekwencją służby w wojsku. Zgodnie z polityką monarchii, żołnierz podczas służby wojskowej miał się zapoznać z kilkudziesięcioma najważniejszymi terminami z języka niemieckiej komendy, które były wspólne dla armii naddunajskiej monarchii. Dzięki temu mógł rozumieć rozkazy swoich, z reguły niemieckojęzycznych przełożonych, gdyż ponad 2/3 stanu oficerskiego stanowili Niemcy austriaccy, a Polacy jedynie 3 procent.

Karol Omyła dał nam możliwość zapoznania się i obcowania z tekstem prostym, uwodzicielsko pięknym i szczerym, sprawnie napisanym, pełnym emocji oraz autentycznej mądrości ludowej.



POCZĄTEK

I KRÓTKA PRZEDMOWA

POZNAJ CZŁOWIECZE, ILE TROSK I SMUTKU, i różnej niedoli musi jeden człowiek na świecie przeżyć, nim jemu wybije ostatnia godzina, i przez całe życie musi się trudzić, i różne zmartwienia ponosić, i przez całe życie nie znajdzie człowieka, żeby się mu mógł ze swoich starunków poskarżyć, ażeby to zostało u niego w tajemnicy. On ci przysięgnie, że nic o tym nikomu nie powie, ale za jakiś czas to wszystko wyjawi i jeszcze do tego doda, i zamiast tobie dopomóc, rady dodać, to jeszcze ci powiększy twoje starunki.

Nim ta książka przyjdzie do ręki ludzi, to mnie, którym ją pisał, już na tym świecie nie ma – i z tego poznaj, jakie życie człowieka. Tyle wam zostawiam.

Jakie masz smutki i tajemnice, nie zwierzaj się z tym nikomu, zwłaszcza kobiecie. Czytaj dalej a uważaj dobrze, jak ja swojąm kochał, szanował, starał się ją na wojnę zabezpieczyć w razie mojej śmierci, żeby już była pewna swego gniazda, a jaką ja nagrodę później za to otrzymał.

Kiedy to piszę, mam już 36 lat, to to, co opisuję, jest szczerą prawdą, z własnego doświadczenia. I kiedy zauważyłem to wszystko w moim domu, zacząłem obserwować inne familije, chciałem się tego dobrze przekonać, co mnie to bardzo zajmowało, i przekonałem się, że tak jest. Kobieta jest to jeden najlepszy, najmilszy przyjaciel męża, która może go zrobić dobrym, szczęśliwym i potrafi mu całe jego życie osłodzić; bo jeśli żona dobra, życzliwa, sprawiedliwa, kocha należycie swojego męża, nigdy się mu przykra, zła, brudna nie pokaże i stara się do niego zawsze przymilać, to wtenczas mąż jest szczęśliwy, spokojny i wszystkie inne troski życiowe mu są niczym, kiedy ma żonę dobrą.

Ale, niestety, kiedy takich mało, bo choćby się taka znaszła[1], to ją wnet inne nauczą rozumować nad mężem, ażeby to i ona szła razem z nimi przeciw mężowi.

To, jak już wspomniałem, że kobieta robi męża szczęśliwym, ale go też potrafi zrobić i nieszczęśliwym, bo nie ma gorszego, jak niezgoda domowa. Wtenczas to żona nie ustąpi i na każdym kroku staje przeciwko woli męża; wtenczas to się już temu chłopu życie uprzykrzy i nic go nie cieszy. Potem idzie tak: jeden ją obija często, z czego są jeszcze większe kłopoty i miłość jeden do drugiego gubi; drugi szuka sobie innej; trzeci oddaje się pijaństwu. A często popełniają samobójstwa. A to tak każdy szuka jakiejś rozrywki, aby te cierpienia czymś przerwać, bo który rozrywki nie ma, a jeno o tych cierpieniach myśli, to tacy często dostają obłąkania. A takie kobiety bywają; który weźmie za żonę zawitkę[2], czego ja jeszcze dziś, martwy, każdemu zabraniam brać za żonę.

Może by niektóry powiedział, czemu ma mieć jakieś tajemnice przed kobietą, kiedy kobieta to jest pierwszy i najwierniejszy towarzysz życia męskiego. Ale się w tym, bracie, mylisz, bo tak jest, ale po wierchu; ale w środku to tak jak kot największy nieprzyjaciel jest żona, bo fałeszna, lekkomyślna, beznamysłowa i pod każdym względem niewierna ni sobie, ni mężowi. Może mi nie wierzycie tego, ale badaj tak, jak ja badałem, a uwierzysz, jak przeczytasz całą [opowieść], to się najlepiej prawdy dowiesz, bo kobieta jest podobna do noża; nóż kochaj, bo bez niego nie będziesz, ale daj pozór, by cię nie porżnął lub [żebyś] go nie zgubił, boś go kupił i zapłacił.

Gmina Ujsoły na początku XX wieku.

CZĘŚĆ I

ŻYCIE W RODZINIE

WE WSI U.[3] ŻYŁA PEWNA RODZINA, która się składała: ojciec, matka, sześciu braci i dwie siostry. Choć to jest duża familija biednemu ojcu wyżywić, boś prawda, byli biedni, ale i to nic nie robiło, bo ojciec był silny, pracowity, co on zrobił i zarobił, to we wsi równego jemu nie było. Ale cóż z tego jego zarobkowania, kiedy dopiero czwartą część dał do domu, a 3 części poszły na wódkę, i poza to lubił i obce żony, które to są najlepszym środkiem do pozbycia się pieniędzy. On pracował w lasach arcyksięcia Karola Stefana[4] z Żywca, to był pierwszy rano w lesie, a ostatni wieczór przyszedł do domu. Ale kiedy przyszła wypłata, która była co 14 dni, to przyniósł nieraz z całej wypłaty 5 kilo soli, a biedna matka nie śmiała nic powiedzieć; a nie miała tyle ubrania raz na miesiąc iść do kościoła; jeśli chciała iść, to sobie musiała ubrania pożyczać; ani też nigdy najmniejszego centa pieniędzy nie oglądała, chociaż tak było bieda.

My dzieci to do 8 lub 6 lat spodenków ani kierpców, ani kapelusza nie znali, tylko w koszuli z płótna, a jeśli matka chciała latem którego z nas pozwać do kościoła, to w koszuli, boso i chustkę na głowę, bez względu czy to chłopak lub dziewucha. Nie tak jak dziś, jak ma 3 lata to już ma buty i ubranie ładne.

W takiej doli żyliśmy kilka lat, aże ci starsi podrośli, poszli na służbę, to już nam młodszym dali trochę starego ubrania i ojcu parę koron. Potem kiedy otwarli Prusy[5], zaczęli iść do Prus, dopiero się ojciec podźwignął, bo poszło do Prus 2 bratów najstarszych, posłali ojcu z lata po 100 reńskich[6], to wtenczas była pokaźna suma. W zimie jak przyszli, znowu zarabiali i już ojciec się miał bardzo dobrze, bo choć pił dalej tak, że każdy dzień ½ litra wódki musiał mieć, ale to już znać nie było, bo i my w domu, którzy byli więksi, szli do państwa do roboty i też zarobili, i ojciec nawet trochę ziemi kupił, i dom poprawił.

 

Ale to długo nie było, tylko 3 lata, bo się wnet 2 bracia pożenili, a siostra żadna teraz matce pomagać nie chciała, bo każda chciała z oka się zgubić i używać świata, na co ojciec w domu nie pozwalał. I tak się stało: jedna uciekła z domu na służbę, druga do Prus, a ty, matko, na starość popraw sobie ręce do pracy[7].

Ja byłem wtenczas 6 z familiji, miałem lat 14, kiedy siostry opuściły matkę. Ponieważ byłem jeszcze słabym, ale musiałem matce we wszystkim pomagać, jak to: kopać, młócić, doić krowy, prać. Przykrzyło się mi to, ale cóż miałem robić. Moi koledzy szli do zarobku, mieli zawsze parę centów, a ja nic, bom musiał matce pomagać w domu, bo ojciec szedł wciąż do lasu do roboty, a młodsi dwaj bracia – jeden miał 12 lat, drugi 10 – to paśli bydło latem.

I tak mi zeszło 3 lata aż do 17 roku.

Pomimo że ojciec był pijakiem i ostrym dla każdego, ale żaden z nas od ojca rachunku nie żądał, ale każdy, co zarobił, to dał ojcu i z tym się gospodarstwo nasze podniosło. Z wyjątkiem jednej siostry, która jak poszła z domu na służbę, tak do domu nigdy nic nie dała, nawet przy matczynej śmierci, co była parę dni, co będzie dalej opisane, to się zapytała, co jej za to dadzą, i zaraz po pogrzebie dom opuściła.

Dziś może by tak synowie ojcu nie robili jak my.

W polu. Karol Omyła, stoi drugi z lewej.