Skarb w Srebrnym Jeziorze

Tekst
Autor:Karol May
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

Skarb w Srebrnem Jeziorze

Powieść z Dzikiego Zachodu

Warszawa 2017

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział I

Około południa bardzo gorącego dnia czerwcowego „Dogfish”, jeden z największych parowców osobowo-pocztowych na Arkansasie, rozbijał swymi potężnymi kołami fale rzeki. Wczesnym rankiem opuścił Little Rock, a wkrótce miał dotrzeć do Lewisburga.

Niesamowity upał spędził garstkę zamożniejszych pasażerów do kabin i kajut, większość natomiast podróżnych pokładowych leżała poza beczkami, pakami i innymi pakunkami, które użyczały im skąpego cienia. Dla tych pasażerów kapitan kazał urządzić pod rozpiętym płótnem „bed and board”, na którym stały wszelkiego rodzaju szklanki i flaszki, a ostra ich zawartość przeznaczona była naturalnie nie dla zbyt delikatnych języków i podniebień. Za bufetem siedział kelner z zamkniętymi oczami i, wyczerpany upałem, kiwał głową, a ilekroć podniósł powieki, spoza warg jego wychodziło przekleństwo albo jakieś dosadne słowo. Ta jego niechęć zwracała się ku grupie około dwudziestu mężczyzn którzy siedząc na ziemi przy stole, podawali sobie z rąk do rąk kubek z kośćmi. Grano o tak zwany drink, to znaczy, że przegrywający musiał po skończeniu partii zapłacić każdemu z partnerów szklankę wódki; to ostatnie właśnie było przyczyną niechęci kelnera, budzonego ciągle z drzemki. Ludzie ci nie spotkali się z pewnością dopiero tutaj na pokładzie steamera, gdyż zachowywali się bardzo poufale względem siebie i widać było z ich przypadkowych wynurzeń, że znają się dokładnie. Mimo tej ogólnej poufałości jeden z grona cieszył się pewnego rodzaju szacunkiem. Nazywano go kornelem, co jest zwykłym przekształceniem słowa „colonel”, pułkownik.

Był to człowiek długi i chudy. Jego gładko wygoloną, ostro i kanciasto zarysowaną twarz okalała ruda, szczeciniasta broda; krótko ostrzyżone włosy były także rude, co można było sprawdzić, gdyż stary, zużyty kapelusz filcowy zsunął mu się daleko na kark. Ubranie jego składało się z ciężkich butów skórzanych, podbitych gwoździami, oraz spodni nankinowych i krótkiej bluzy z tejże materii. Kamizelki nie miał, a zamiast niej nosił pomiętą i brudną koszulę, której kołnierz, nie przytrzymywany chustką, był szeroko otwarty i ukazywał nagie, spalone od słońca ciało. Dookoła bioder owinął czerwony szal, spoza którego wyglądała rękojeść noża i głownie dwu pistoletów. Obok leżał prawie nowy karabin i torba skórzana, zaopatrzona w dwa rzemienie, przy których pomocy nosił ją na plecach.

Inni mężczyźni ubrani byli w podobny sposób, niestarannie i równie niechlujnie, ale za to także uzbrojeni po zęby. Nie był wśród nich ani jednego, który by na pierwszy rzut oka wzbudzał zaufanie. Grali namiętnie, a toczyli przy tym rozmowę tak niewybredną, że choć trochę porządniejszy człowiek nie zatrzymałby się przy nich na chwilę. W każdym razie łyknęli już niejeden drink; twarze ich były rozgorączkowane nie tylko od słońca; także wódka roztaczała nad nimi swą władzę.

Kapitan opuścił mostek i udał się na tylny pokład sternika, aby mu udzielić kilku niezbędnych wskazówek.

– Co pan sądzi, kapitanie – spytał sternik – o tych drabach, którzy tam siedzą przy kościach? Zdaje mi się, że należą do tego rodzaju ludzi, których nie widzi się chętnie na pokładzie.

– Tak i ja myślę – odparł zapytany. – Podali się wprawdzie za harvesterów (żniwiarzy), udających się na Zachód, aby się nająć do pracy na farmach, ale nie chciałbym być tym, u którego pytaliby o pracę.

– Well, sir. Ja nawet uważam ich za rzeczywistych trampów. Może przynajmniej na pokładzie zachowają się spokojnie.

– Nie radziłbym im uprzykrzać się nam więcej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni! Mamy na pokładzie dosyć rąk, aby ich wszystkich wrzucić do starego, błogosławionego Arkansasu. Zresztą, przygotujcie się do lądowania, bo w ciągu dziesięciu minut zobaczymy Lewisburg.

Kapitan wrócił na mostek, by wydać zwykłe przy lądowaniu rozkazy. Wkrótce ukazały się domy miasta, które okręt pozdrowił przeciągłym gwizdem syreny. Z przystani dano znak, że steamer ma zabrać ładunek i pasażerów. Podróżni, znajdujący się dotąd pod pokładem, wyszli, aby zażyć choć tej krótkiej przerwy w nudnej podróży.

Jednakże widok, jaki im się ukazał, nie był zbyt zajmujący. Lewisburg nie miał w owym czasie jeszcze tego znaczenia, co dzisiaj. W przystani stało tylko trochę gapiów, do zabrania leżało kilka pak i pakunków, a nowych pasażerów, którzy weszli na pokład, nie było więcej jak trzech.

Jednym z nich był biały o wysokiej i nadzwyczaj silnej postaci. Nosił tak gęstą i ciemną brodę, że widać było spoza niej tylko oczy, nos i górną część policzków. Na głowie miał starą czapkę bobrową, prawie całkowicie wyłysiałą i tak zdeformowaną, że określić jej dawny kształt było niemożliwością. Ubranie tego człowieka składało się ze spodni i bluzy z mocnego, szarego płótna. Za szerokim pasem tkwiły dwa rewolwery, nóż i kilka niezbędnych dla westmana drobiazgów; poza tym miał ciężką dubeltówkę, do której łożyska przywiązany był długi topór.

Kiedy zapłacił należność za przejazd, rozejrzał się badawczo po pokładzie. Porządnie odziani pasażerowie kajutowi zdawali się go nie obchodzić. Wzrok jego badał pozostałych, którzy wstali od gry, aby się przyjrzeć wchodzącym na pokład; lustrując każdego z osobna, ujrzał kornela; wtedy szybko odwrócił oczy, jak gdyby go zupełnie nie zauważył; podciągając jednak na mocne uda cholewy wysokich butów, mruczał cicho do siebie:

– Do diaska! Jeśli to nie jest czerwony Brinkley, to niech mnie uwędzą i pożrą razem z łupiną! Widać nie zna mnie!

Ten, o którym myślał, zdziwił się również jego widokiem i zwrócił się cicho do swoich towarzyszy:

– Spójrzcie tylko na tego czarnego draba! Czy zna go który z was?

Na pytanie odpowiedziano przecząco.

– Hm, musiałem go już kiedyś widzieć, i to wśród okoliczności dla mnie nie bardzo przyjemnych. Plącze mi się jakieś niejasne wspomnienie o tym.

– To i on musiałby cię znać – odparł jeden. – Tymczasem spojrzał na nas, a na ciebie nie zwrócił uwagi.

– Hm! Może jeszcze wpadnę na to. Albo lepiej zapytam go o nazwisko. Wtedy będę wiedział, na jakim jestem świecie. Namówimy go na drink.

– Jeśli tylko zechce!

– Nie? To byłoby haniebną obrazą, jak wiecie. Ten, komu odmówią drinku, ma w tym kraju prawo odpowiedzieć nożem lub rewolwerem, a jeśli zakłuje obrażającego, nie zatroszczy się o to ani pies z kulawą nogą.

– Ale czarny nie wygląda na to, aby go można było zmusić do tego, co mu nie będzie miłe.

– Pshaw! Załóżmy się!

– Dobrze! Zakład, zakład! – rozległo się wokoło. – Przegrywający płaci każdemu trzy szklanki.

– Zgadzam się! – oświadczył kornel.

– Ja też – odpowiedział drugi. – Ale musi być sposobność rewanżu. Trzy zakłady i trzy drinki.

– Z kim?

– Najpierw z czarnym, którego, jak utrzymujesz, znasz, ale nie wiesz, kim jest. Potem z jednym z tych dżentelmenów, którzy gapią się na brzeg. Weźmy tego wielkiego draba, który wygląda przy nich jak olbrzym między karłami. A wreszcie z tym czerwonym Indianinem, który przyszedł na pokład z synkiem. A może się go boisz?

Odpowiedzią był ogólny śmiech, a kornel odparł pogardliwie:

– Ja miałbym się bać tego czerwonego błazna? Pshaw! A może także tego olbrzyma, przeciw któremu mnie podszczuwasz? Do wszystkich diabłów! Ten człowiek musi być silny! Ale właśnie tacy giganci mają zwykle najmniej odwagi, a ten jest tak wyelegantowany, że z pewnością umie się obracać tylko w salonie, a nie wśród ludzi naszego pokroju. A więc przyjmuję zakład. Drink z trzech szklanek z każdym z nich. A teraz do dzieła!

Ostatnie trzy zdania wypowiedział tak głośno, że musieli go słyszeć wszyscy podróżni. Każdy Amerykanin i każdy westman zna znaczenie słowa drink, zwłaszcza gdy zostanie wypowiedziane tak głośno i groźnie, jak to tutaj miało miejsce. Dlatego oczy wszystkich zwróciły się na kornela. Widziano, że jest mocno pijany, tak jak i jego towarzysze, a mimo to nikt nie odchodził, ponieważ każdy oczekiwał ciekawej sceny.

Kornel kazał napełnić szklanki, wziął swoją do ręki, podszedł do czarnego i rzekł:

– Good day, sir! Chciałbym wam ofiarować tę szklankę brandy. Uważam was naturalnie za dżentelmena, bo pijam tylko z ludźmi rzeczywiście szlachetnymi; spodziewam się, że wypróżnicie tę szklankę za moje zdrowie!

Broda zagadniętego zrazu rozszerzyła się, a potem ściągnęła, z czego można było wnosić, że przez twarz jego przebiegł uśmiech zadowolenia.

– Well – odpowiedział. – Nie jestem od tego; mogę uczynić wam tę przyjemność, ale chciałbym wiedzieć, kto mi wyświadcza ten nieoczekiwany zaszczyt.

– Zupełnie słusznie, sir! Powinno się wiedzieć, z kim się pije. Nazywam się Brinkley, kornel Brinkley, do usług. A wy?

– Moje nazwisko jest Grosser, Tomasz Grosser, jeśli nie macie nic przeciw temu. A więc za wasze zdrowie, kornelu!

Wypróżnił szklankę, przy czym wypili i inni, i zwrócił ją „pułkownikowi”. W poczuciu zwycięstwa Brinkley zmierzył swego rozmówcę lekceważącym spojrzeniem od stóp do głów i rzekł grubiańsko:

 

– Zdaje mi się, że to nazwisko niemieckie. Jesteście więc przeklętym dutchmanem, hę?

– Nie, Austriakiem, sir – odpowiedział Europejczyk w sposób bardzo uprzejmy, nie dając się wyprowadzić z równowagi. – Swego przeklętego dutchmana musicie skierować pod innym adresem; do mnie się nie stosuje. A więc dziękuję za drink i żegnam!

Obrócił się energicznie na pięcie i odszedł szybko, mówiąc do siebie po cichu:

– A więc rzeczywiście Brinkley! I nazywa się teraz kornelem! Ten drab knuje coś niedobrego. Muszę mieć oczy otwarte.

Brinkley wygrał wprawdzie pierwszą część zakładu, lecz nie wyglądał przy tym na zwycięzcę; mina mu zrzedła. Spodziewał się, iż Grosser będzie się wzbraniał wypić i trzeba go będzie zmusić do tego groźbą; ten jednak okazał się mądrzejszy: wypił i uchylił się od zwady. Kornel był wściekły. Napełniwszy szklankę, podszedł do drugiej upatrzonej ofiary – Indianina.

Wraz z Grosserem weszło na pokład w Lewisburgu dwóch Indian. Jeden starszy, drugi młodszy, liczący może piętnaście lat. Uderzające podobieństwo ich twarzy kazało się domyślać, że są to ojciec i syn. Byli tak jednakowo ubrani i uzbrojeni, że syn wydawał się odmłodzonym portretem ojca.

Odzież ich składała się ze skórzanych legginów, ozdobionych po bokach frędzlami, i żółtych mokasynów. Koszuli czy bluzy myśliwskiej widać nie było, gdyż ciało od ramion nosili okryte pstrymi i lśniącymi kocami zuni, z tego gatunku, które kosztują często ponad sześćdziesiąt dolarów za sztukę. Czarne włosy, gładko sczesane do tyłu, opadały na barki, nadając im kobiecy wygląd. Pełne, okrągłe twarze miały nadzwyczaj dobroduszny wyraz, a powiększało go jeszcze i to, że policzki ich były pomalowane cynobrem na kolor jasnoczerwony. Flinty, które trzymali w rękach, wydawały się niewarte razem ani dolara; w ogóle wyglądali obaj zupełnie niegroźnie, a przy tym tak osobliwie, że jak wspomnieliśmy, wywołali śmiech wśród pijących. Usunęli się nieśmiało na bok, jakby bali się ludzi, i stali oparci o szeroką i długą skrzynię z masywnego drzewa, wysokości człowieka.

– Ma tylko trzy lata, sir, nie więcej!

– Tylko? I to pan nazywasz „tylko”? To przecież zupełnie dojrzała pantera! Mój Boże! I taka bestia znajduje się na pokładzie! Któż zechce za to odpowiadać?

– Ja, sir, ja – odpowiedział elegancki pan kłaniając się damom i mężczyznom. – Pozwólcie mi, myladies and gentlemen, przedstawić się. Jestem Jonatan Boyler, właściciel słynnej menażerii, a przebywam od pewnego czasu z moją trupą w Van Bueren. Ponieważ ta czarna pantera nadeszła do mnie do Nowego Orleanu, udałem się tam z moim doświadczonym pogromcą zwierząt, aby ją odebrać. Kapitan tego dzielnego statku udzielił mi za wysokim wynagrodzeniem pozwolenia załadowania tego zwierzęcia, stawiając przy tym warunek, aby pasażerowie, o ile możności, nie dowiedzieli się, w jakim znajdują się towarzystwie. Dlatego karmiłem panterę tylko w nocy i dawałem jej zawsze całe cielę, aby się tak nażarła, by się ruszać nie mogła i cały dzień przespała. Ale jeżeli pięściami bić w skrzynię, to panterka musi się obudzić i wtedy daje się słyszeć także jej głos. Mam nadzieję, iż szanowne damy i panowie nie wezmą za złe pobytu na okręcie tej panterki, bo przecież nie czyni najmniejszej subiekcji.

– Co? – zawołał mały pan w okularach. – Nie czyni subiekcji? Nie brać za złe? Do wszystkich diabłów! Muszę przyznać, że z takim żądaniem nie zwracano się do mnie jeszcze nigdy! Ja mam przebywać na tym okręcie z czarną panterą? Niech mnie powieszą, jeśli to uczynię! Albo ona musi iść precz, albo pójdę ja. Wrzućcie tę bestię do wody! Albo wysadźcie klatkę na brzeg!

– Ależ, sir! Nie ma rzeczywiście żadnego niebezpieczeństwa – zapewnił właściciel menażerii. – Przypatrzcie się tej silnej skrzyni i…

– Ach, co tam skrzynia! – przerwał człowieczek. – Tę skrzynię potrafię ja rozbić, a cóż dopiero pantera!

– Proszę, pozwólcie mi wyjaśnić, że w skrzyni znajduje się właściwa klatka żelazna, której nawet dziesięć lwów czy panter nie mogłoby rozbić.

– Czy aby naprawdę? Pokażcie nam tę klatkę. Musimy wiedzieć, jak jest! – zawołało dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści głosów.

Właściciel menażerii był jankesem i pochwycił tę sposobność, aby ogólne żądanie obrócić na swą korzyść.

– Bardzo chętnie, bardzo chętnie… – odpowiedział. – Ale, myladies and gentlemen, łatwo to zrozumieć, że nie można oglądać klatki, nie widząc pantery; na to nie mogę jednak pozwolić bez pewnego wynagrodzenia. Aby przyjemność tego rzadkiego widowiska podnieść, nakażę karmienie zwierzęcia. Urządzimy trzy miejsca: pierwsze za dolara, drugie za pięćdziesiąt, a trzecie za dwadzieścia pięć centów. Lecz ponieważ tu znajdują się jedynie dżentelmeni, więc jestem przekonany, że z góry możemy wykreślić drugie i trzecie miejsca. A może jest ktoś taki, kto chce zapłacić tylko pół, a nawet ćwierć dolara?

Nikt naturalnie nie odpowiedział.

– A więc tylko pierwsze miejsca. Proszę, myladies and mylords, dolara od osoby!

Zdjął kapelusz i zbierał dolary, podczas gdy pogromca, którego przywołał, czynił przygotowania do przedstawienia.

Podróżni byli przeważnie jankesami i jako tacy oświadczyli, że zgadzają się zupełnie z tym obrotem sprawy. Jeśli przedtem większość z nich oburzało, że kapitan zezwolił na transport tak niebezpiecznego zwierzęcia na swym steamerze, to teraz wszystkich pogodziła okoliczność, że to właśnie przyniesie pożądaną rozrywkę w nudnym życiu na statku. Nawet mały uczony przemógł swą obawę i przyglądał się przygotowaniom z wielkim zaciekawieniem.

– Słuchajcie, chłopcy! – rzekł kornel do swych towarzyszy. – Jeden zakład wygrałem, drugi przegrałem, bo czerwony drab nie wypił. To się znosi. Trzeci zakład zrobimy nie o trzy szklanki brandy, lecz o dolara wstępu. Czy zgadzacie się?

Towarzysze przyjęli naturalnie tę propozycję, bo olbrzym nie wyglądał na takiego, który by dał sobie napędzić stracha.

– Dobrze – zawołał kornel, którego nadmiar alkoholu uczynił pewnym zwycięstwa – uważajcie, jak chętnie i prędko ten Goliat będzie pił ze mną!

Kazał napełnić szklankę i zbliżył się do wspomnianego. Kształty tego człowieka musiało się rzeczywiście uważać za olbrzymie. Był jeszcze wyższy i szerszy niż czarnobrody, który nazywał się wielgusem (Gross – wielki), a liczył prawie lat czterdzieści. Jego gładko wygolona twarz była brunatna od słońca; piękne, męskie rysy miały śmiały zakrój, a siwe oczy ów szczególny, nie dający się opisać wyraz, którym odznaczają się ludzie, żyjący na wielkich płaszczyznach, gdzie horyzontu nic nie zacieśni, a więc marynarze, mieszkańcy pustyni i ludzie prerii. Nosił elegancki garnitur podróżny, a broni przy nim nie było widać. Obok stał kapitan, który zszedł z mostka, aby również przyjrzeć się przedstawieniu z panterą.

Teraz przystąpił do nich kornel, stanął szeroko rozkraczony przed swą domniemaną trzecią ofiarą i rzekł:

– Sir, proponuję wam drink. Prawdopodobnie nie będziecie się wzdragać powiedzieć mi, jako prawdziwemu dżentelmenowi, kim jesteście.

Zagadnięty rzucił na niego zdziwione spojrzenie i odwrócił się, aby ciągnąć dalej rozmowę z kapitanem, przerwaną przez zuchwałego pijaka.

– Halo! – zawołał kornel. – Czyście ogłuchli, czy nie chcecie mnie słuchać? Tego drugiego bym nie radził, bo nie znam żartów, gdy mi kto odmówi drinku. Życzliwie radzę wam wziąć sobie przykład z Indianina.

Zaczepiony wzruszył lekko ramionami i zapytał kapitana:

– Czy pan słyszał, co ten chłopaczyna do mnie mówił?

– Yes, sir, każde słowo – przytaknął zapytany.

– Well, a więc jesteście świadkiem, że ja go nie przywołałem.

– Co?! – wrzasnął kornel. – Nazywacie mnie chłopaczyną? I drinku odmawiacie? Czy ma się wam przydarzyć to, co Indianinowi, któremu ja…

Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma tak siarczysty policzek, że padł na ziemię i przekoziołkował daleko. Leżał przez chwilę jak martwy, lecz zerwał się szybko, wyciągnął nóż i podniósłszy go do ciosu, rzucił się na olbrzyma.

Ten wsadził ręce do kieszeni od spodni i stał tak spokojnie, jakby mu nie groziło najmniejsze niebezpieczeństwo i jakby kornela zupełnie nie było.

– Psie! Mnie policzek? – zaryczał kornel. – To się płaci krwią, i to twoją!

Kapitan chciał interweniować, ale olbrzym wstrzymał go energicznym skinieniem głowy, a kiedy kornel zbliżył się do niego na dwa kroki, podniósł prawą nogę i przyjął go takim kopnięciem w brzuch, że uderzony padł po raz drugi i potoczykopn się po ziemi.

– A teraz dość, bo inaczej… – zawołał groźnie Goliat.

Lecz kornel zerwał się znowu, zasadził nóż za pas i rycząc z gniewu, wyciągnął jeden z pistoletów, kierując go ku przeciwnikowi; ten jednak wyjął prawą rękę z kieszeni, uzbrojoną w rewolwer.

– Precz z pistoletem! – zawołał zwracając lufę swej małej broni ku prawej ręce napastnika.

Jeden – dwa – trzy cienkie, ale ostre trzaski… kornel krzyknął i wypuścił pistolet.

– Tak, chłopcze – rzekł olbrzym. – Nieprędko będziesz znowu wymierzał policzki, gdy kto odmówi pić ze szklanki, w której przedtem umaczałeś twój ryj. A jeżeli chcesz jeszcze teraz wiedzieć, kim jestem, to…

– Do diabła z twoim nazwiskiem! – pienił się kornel. – Nie chcę go słyszeć! Ciebie jednak samego chcę i muszę dostać. Hej, na niego, chłopcy, go on!

Teraz dopiero pokazało się, że draby tworzyły prawdziwą zgraną bandę. Wyrwali noże zza pasów i rzucili się na olbrzyma; ten jednak wyciągnął nogę, podniósł ramiona i krzyknął:

– Chodźcie, jeśli macie odwagę zadzierać z Old Firehandem!

Dźwięk tego imienia wywołał natychmiastowy skutek; Brinkley, który chwycił znowu za nóż nie zranioną lewą ręką, zawołał przerażony:

– Old Firehand! Do wszystkich diabłów, kto by to pomyślał! Dlaczego nie powiedzieliście tego przedtem?

– Czy tylko nazwisko chroni dżentelmena przed waszym grubiaństwem? Zabierajcie się stąd, siadajcie spokojnie w kącie i nie pokazujcie mi się więcej na oczy, bo was wszystkich zdmuchnę!

– Well, pomówimy jeszcze potem!

Kornel odwrócił się i poszedł na przód okrętu; towarzysze powlekli się za nim jak obite psy. Usiadłszy na boku, zawiązali swemu przywódcy rękę, rozmawiając przy tym cicho a żywo i rzucając na sławnego myśliwego spojrzenia, które acz nie przyjazne, wskazywały, jak wielką mieli przed nim obawę.

Lecz nie tylko na nich wywarło to znane nazwisko wrażenie. Wśród pasażerów nie było z pewnością ani jednego, który by nie słyszał o tym odważnym człowieku, którego cale życie złożone było z najniebezpieczniejszych czynów i przygód. Kapitan uścisnął mu rękę i rzekł w najuprzejmiejszym tonie:

– Ależ, sir, powinienem był o tym wiedzieć! Byłbym wam odstąpił własną kajutę. Na Boga, toż to zaszczyt dla „Dogfisha”, że wasze stopy dotknęły jego desek. Dlaczego nazwaliście się inaczej?

– Powiedziałem wam moje prawdziwe nazwisko. Old Firehandem nazywają mnie westmani, bo ogień z mej strzelby, kierowany moją ręką, przynosi zawsze zgubę.

– Słyszałem, że nigdy nie chybiacie?

– Pshaw! Każdy dobry westman potrafi to tak samo, jak ja. Ale widzicie, jaką korzyść daje znane nazwisko wojenne. Gdyby nie to, doszłoby z pewnością do walki.

– I wy musielibyście ulec przemocy.

– Tak sądzicie? – po twarzy Old Firehanda przebiegł lekki uśmiech. – Skoro idzie o walkę na noże, nie obawiam się niczego; trzymałbym się z pewnością, aż nadeszliby wasi ludzie.

– Ci w każdym razie nie zawiedliby. Ale co mam teraz robić z tymi łotrami? Jestem panem i sędzią na okręcie. Czy mam ich zakuć w kajdany?

– Nie.

– A może mam ich wysadzić na brzeg?

– I to nie. Chyba nie chcecie po raz ostatni odbywać podróży na waszym steamerze?

– Ani myślę! Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będę pływał w dół i w górę starego Arkansasu.

– Dobrze! A zatem strzeżcie się narazić na zemstę tych ludzi! Są w stanie zamelinować się gdzie bądź na brzegu i wypłatać wam figla, który kosztowałby was nie tylko statek, ale i życie.

Teraz dopiero spostrzegł Old Firehand czarnobrodego, który stał w pobliżu, utkwiwszy w myśliwym proszący wzrok.

Old Firehand przystąpił do niego i zapytał:

– Czy chcecie ze mną mówić, sir? Czy mogę wyświadczyć wam jaką przysługę?

– Bardzo wielką – odrzekł Austriak. – Pozwólcie mi uścisnąć waszą rękę, sir! To wszystko, o co was proszę. Potem zadowolony odejdę i nie będę się wam więcej naprzykrzał, tę zaś godzinę będę wspominał z radością przez całe życie.

Widać było po jego otwartym spojrzeniu i po tonie, że słowa te pochodziły rzeczywiście z serca. Old Firehand wyciągnął do niego rękę i zapytał:

– Czy daleko jedziecie?

 

– Tym okrętem? Tylko do portu Gibson, a potem dalej łódką. Obawiam się, że wy, nieustraszony, weźmiecie mnie za tchórza, ponieważ przedtem przyjąłem drink od tego tak zwanego „kornela”.

– O, nie! Mogę was tylko pochwalić, że byliście tak rozważni. Chociaż, kiedy potem uderzył Indianina, postanowiłem dać mu ostrą nauczkę.

– Prawdopodobnie posłuży mu ona za przestrogę; jeśliście mu dokładnie przestrzelili palce, to skończył już swoją karierę jako westman. Nie wiem jednak, co myśleć o Indianinie, zachował się jak tchórz, a przecież ani drgnął usłyszawszy ryk pantery. Nie wiem, co o tym sądzić.

– Więc ja wam pomogę. Czy znacie Indianina?

– Słyszałem, jak wymówił swe nazwisko, ale jest to słowo, na którym można sobie język połamać.

– Bo posługiwał się językiem ojczystym, zapewne aby kornel nie domyślił się, z kim ma do czynienia. Nazwisko jego brzmi Nintropan-hauey, a syn jego nazywa się Nintropan-homosz, to znaczy Wielki Niedźwiedź i Mały Niedźwiedź.

– Czy to możliwe? O tych dwu słyszałem w istocie już nieraz. Tonkawa się wyrodzili i tylko ci dwaj Nintropanowie odziedziczyli po przodkach zamiłowanie do wojny i snują się po górach i prerii.

– Tak, ci dwaj są dzielnymi ludźmi. Nie widzieliście, jak syn sięgnął pod koc po nóż czy tomahawk? Zobaczył, że twarz ojca pozostała nieporuszona, zaniechał dlatego natychmiastowej zemsty za tę obelgę. Mówię wam, tym Indianom wystarczy mgnienie oka tam, gdzie my, biali, potrzebujemy długiej mowy. Od tej chwili, gdy kornel uderzył starego w twarz, śmierć jego jest rzeczą postanowioną. Obaj Niedźwiedzie nie prędzej zejdą z jego tropu, aż go zdmuchną. Ale wymieniliście mu wasze nazwisko; jak słyszałem, jesteście Austriakiem. Jesteśmy więc krajanami.

– Jak to, sir? Wy jesteście także Austriakiem? – zapytał wielgus zdziwiony.

– Tak. Moje właściwe nazwisko jest Winter. I ja także jadę tym okrętem dość daleko, więc będziemy mieli jeszcze nieraz sposobność porozmawiać. Czy jesteście na Zachodzie dopiero od niedawna?

– Nie – odrzekł brodacz skromnie – jestem tu już nieco dłużej. Nazywam się Tomasz Grosser. Nazwisko rodowe się tu pomija, z Tomasza robi się Toma, a ponieważ noszę tak potężną czarną brodę, nazywają mnie Czarnym Tomem.

– Jak? Co? – zawołał Old Firehand. – Wy jesteście Czarnym Tomem, słynnym rafterem?

– Tom się nazywam, rafterem jestem, a czy słynnym, w to wątpię. Ale, sir, kornel nie powinien słyszeć mojego nazwiska, gdyż mógłby mnie po nim poznać.

– A więc mieliście już z nim do czynienia?

– Trochę. Opowiem wam to przy okazji. Wy go nie znacie?

– Widziałem go dziś po raz pierwszy, jeśli jednak dłużej pozostanie na pokładzie, będę musiał mu się bacznie przyglądać. I was muszę także bliżej poznać. Jesteście człowiekiem, jakiego mi potrzeba. Jeśliście się już nie zaangażowali, mógłbym was wyzyskać.

– Tak – powiedział Tom patrząc w zamyśleniu ku ziemi – ten zaszczyt przebywania z wami wart jest daleko więcej niż wszystko inne. Wprawdzie zawarłem umowę z innymi rafterami, a nawet obrali mnie swoim dowódcą, ale jeśli mi tylko dacie czas zawiadomić ich o tym, to umowę da się łatwo rozwiązać. Patrzcie! Zdaje mi się, że przedstawienie się zaczyna.

Właściciel menażerii przygotował z pak i skrzyń kilka rzędów siedzeń i teraz w pompatycznych słowach zapraszał publiczność do zajęcia miejsc. Tak się też stało, również załoga statku mogła przyglądać się widowisku, o ile nie była zajęta; tylko kornel nie zjawił się ze swymi ludźmi; stracił bowiem całą ochotę.

Obu Indian nie pytano o to, czy zechcą wziąć udział w przedstawieniu. Dwu czerwonoskórych obok pań i dżentelmenów, płacących po dolarze od osoby! Na taki zarzut nie chciał się narazić właściciel zwierzęcia. Stali więc z dala i zdawało się, że nie zwracają uwagi ani na klatkę, ani na widzów, ale ich bystrym ukradkowym spojrzeniom nie uszła nawet najmniejsza drobnostka.

Większość widzów, siedzących przed zamkniętą jeszcze skrzynią, nie miała należytego pojęcia o czarnej panterze. Drapieżniki z rodziny kotów, żyjący w Nowym Świecie, są znacznie mniejsze i mniej groźne niż koty Starego Świata. Gaucho na przykład chwyta jaguara, którego nazywają tygrysem amerykańskim, na lasso i ciągnie za sobą. Na to nie odważyłby się z królewskim tygrysem bengalskim. A lew amerykański, puma, ucieka przed człowiekiem, nawet głodem dręczony. Toteż większość widzów spodziewała się, że zobaczy wcale nie strasznego rabusia, wysokiego co najwyżej na pół metra. Jakże się zdziwili, kiedy usunięto przednią ścianę skrzyni i ujrzeli panterę.

Od Nowego Orleanu leżała ona w ciemności, bo skrzynię otwierano tylko w nocy; teraz więc po raz pierwszy zobaczyła znowu światło dzienne, które ją oślepiło. Zamknęła oczy i leżała dalej wyciągnięta; potem mrugnęła lekko powiekami, przy czym dostrzegła siedzących dokoła ludzi.

W mgnieniu oka zerwała się i wydała ryk, który wywarł takie wrażenie, że większość widzów zerwała się do ucieczki.

Tak, był to wyrośnięty, wspaniały egzemplarz, wysoki z pewnością na metr, a na dwa długi. Pantera szczerząc straszliwe zębiska chwyciła przednimi łapami pręty żelaznej klatki i tak nimi potrząsała, że aż skrzynia się poruszyła.

– Myladies and gentlemen! – powiedział właściciel menażerii tonem objaśnienia. – Czarna odmiana pantery zamieszkuje wyspy Sunda, ale te zwierzęta są małe. Prawdziwa czarna pantera, która jednak jest rzadkością, pochodzi z Afryki Północnej – na granicy Sahary. Jest ona równie silna, a znacznie niebezpieczniejsza od lwa i jest w stanie unieść w swej paszczy dużego wołu. Co potrafią jej zęby, zaraz zobaczycie, bo karmienie się zaczyna.

Pogromca przyniósł pół owcy i położył przed klatką. Pantera, czując mięso, zachowywała się jak wściekła: rzucała się, parskała i ryczała tak, że bojaźliwsi z widzów cofnęli się jeszcze dalej.

Zajęty przy maszynie Murzyn nie mógł oprzeć się ciekawości i wśliznął się między patrzących, ale kapitan, zobaczywszy to, kazał mu natychmiast wracać do pracy. Jednak czarny nie posłuchał zaraz; kapitan pochwycił linę i wymierzył mu kilka uderzeń. Skarcony cofnął się szybko, a stanąwszy w otworze, prowadzącym do maszynowni, zrobił pod adresem kapitana kilka groźnych grymasów i pogroził mu pięścią. Ponieważ jednak widzowie patrzyli tylko na panterę, nie zauważyli tego, ale spostrzegł to kornel i rzekł do towarzyszy:

– Ten smoluch nie wydaje się żywić dla kapitana przyjaznych uczuć! Musimy się nim zająć. Kilka dolarów sprawia u Murzynów cuda.

Tymczasem pogromca wsunął mięso między pręty klatki, spojrzał badawczo na widzów i powiedział kilka słów po cichu do swego pana, który potrząsnął z powątpiewaniem głową. Tamten jednak tłumaczył mu coś dalej i zdawało się, że rozproszył jego obawy, bo właściciel menażerii skinął wreszcie głową i oświadczył głośno:

– Myladies and messurs! Mówię wam, macie ogromne szczęście! Ułaskawionej czarnej pantery nie widziano jeszcze nigdy, przynajmniej tu w Stanach. W czasie trzytygodniowego pobytu w Nowym Orleanie mój pogromca wziął panterę do swej szkoły i teraz oświadcza, że po raz pierwszy wejdzie publicznie do klatki i usiądzie obok zwierzęcia, jeśli mu przyrzekniecie odpowiednie wynagrodzenie.

Pantera rzuciła się na swe żarcie, a jej zęby miażdżyły kości jak papier; zdawało się, że nic poza tym jej nie obchodzi, toteż można było mniemać, że wejście właśnie teraz do klatki nie będzie połączone ze zbytnim niebezpieczeństwem.

Nie kto inny, jak mały uczony, poprzednio tak bojaźliwy, odpowiedział entuzjastycznie:

– To byłoby wspaniałe, sir! Czyn brawurowy, za który warto coś zapłacić. Ile ten człowiek chce?

– Sto dolarów, sir. Niebezpieczeństwo, na jakie się naraża, jest niemałe, bo nie jest jeszcze zupełnie pewny zwierzęcia.

– Dobrze! Nie jestem wprawdzie bogaty, ale pięć dolarów ofiaruję. Messurs, kto jeszcze?

Zgłosiło się tylu chętnych, że potrzebna suma szybko się zebrała. Widowisko należało w pełni wykorzystać. Nawet kapitan dał się opanować gorączce i zaproponował zakład.

– Sir! – ostrzegł go Old Firehand. – Nie popełniajcie głupstwa! Proszę was, nie pozwalajcie na to! Właśnie ponieważ ten człowiek nie jest jeszcze zupełnie pewny swego zwierzęcia, macie obowiązek zabronić przedstawienia.

– Zabronić? – zaśmiał się kapitan. – Pshaw! Czy jestem może niańką pogromcy? Tu w tym błogosławionym kraju każdy ma prawo wystawiać swoją skórę na sprzedaż według własnego upodobania. Jeśli go pantera rozszarpie, no, to rzecz jego i pantery, a nie moja. A więc, dżentelmeni! Twierdzę, że ten człowiek nie wyjdzie bez szwanku, jeśli wejdzie do klatki, i stawiam zakład o sto dolarów. Kto się zakłada? Dziesięć procent wygranej otrzyma pogromca!

Ten przykład zelektryzował ludzi; zawarto zakłady o wcale znaczne sumy i pokazało się, że pogromcy, jeśli szalony zamiar się uda, przyniesie około trzystu dolarów.