Błękitno-purpurowy Matuzalem

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

Błękitno-purpurowy Matuzalem

Powieść chińska

Warszawa 2017

Spis treści

Rozdział 1. Słowo honoru

Rozdział 2. Tszing – tszing – tszing

Rozdział 3. Kłusem w palankinie

Rozdział 4. Willem van Aardappelenborsch

Rozdział 5. Na pokładzie „Królowej Wód”

Rozdział 6. Sprzysiężenie duchów

Rozdział 7. Wśród piratów

Rozdział 8. W niebezpieczeństwie

Rozdział 9. Koniec pirackiej dżonki

Rozdział 10. W Chinach

Rozdział 11. Świętokradztwo

Rozdział 12. W świątyni

Rozdział 13. W świątyni pod kluczem

Rozdział 14. Wodą i lądem do Hu-nan

Rozdział 15. Poszukiwanie Skarbów

Rozdział 16. Pod opieką króla żebraków

Rozdział 17. Uroczysta piosenka

Rozdział 18. I to byłoby na tyle

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Słowo honoru

Był żywą legendą, owego uniwersyteckiego miasteczka i swojej Almae Matris. Od Bóg wie ilu semestrów mieszkał w Pieprzowym Zaułku i studiował – no tak, któż to mógłby powiedzieć, co właściwie błękitno-purpurowy Matuzalem studiował! Gdybyś czytelniku z ciekawości zapytał o przedmiot tych studiów, dostałbyś odpowiedź, ale odpowiedź znaczoną klingą, odpowiedź nie byle jaką. Matuzalem bowiem uchodził słusznie za najlepszego szermierza. O czasie co do minuty oznaczonym Matuzalem wychodził z domu, w którym mieścił się na parterze wspaniale urządzony sklep herbaty Chińczyka Ye-Kin-Li, przechodził przez ulicę w towarzystwie swego służącego, skręcał na prawo w ulicę Humboldta i znikał tam za drzwiami „Pocztyliona z Niniwy”.

Taką to niecodzienną nazwą ochrzcili studenci popularną piwiarnię. O dokładnie określonej chwili opuszczał ten lokal i wracał tą samą drogą do domu. Powtarzała się ta wędrówka regularnie trzy razy dziennie: przed obiadem, po obiedzie i wieczorem. Odbywała się z taką regularnością, że mieszkańcy ulicy Humboldta i Pieprzowego Zaułka nakręcali zegary według odgłosu kroków Matuzalema.

Lecz oto pewnego dnia daremnie wypatrywano błękitno-purpurowego Matuzalema. Dziwiono się i potrząsano głowami. Kiedy nie ukazał się również następnego dnia, zdziwienie ustąpiło miejsca niepokojowi. Na trzeci wreszcie dzień postanowiono zasięgnąć języka u jego gospodyni, pani Stein. Okazało się, że student uiścił komorne za dwa lata z góry i znikł, przepadł. Ale gdzie? Na żaden ślad nie naprowadziły wiadomości, uzyskane od pani Stein. Tajemniczość sprawy potęgowało równoczesne zniknięcie syna gospodyni. Musiała ona zatem znać cel podróży. Uporczywie jednak odmawiała informacji, tak więc według wszelkiego prawdopodobieństwa, mieszkańcy Pieprzowego Zaułka znaleźli się w obliczu zagadki, której rozwikłanie należało zostawić przyszłości.

Lecz owego przedpołudnia, kiedy błękitno-purpurowy Matuzalem po raz ostatni zjawił się w „Pocztylionie z Niniwy”, sam nawet nie przypuszczał, że nie wróci tutaj nie tylko po obiedzie, ale przez długie miesiące.

Jak zazwyczaj, z dostojną, niedźwiedziowatą powolnością kroczył po ulicy Humboldta, z powrotem do domu, ubawiony w głębi duszy zainteresowaniem, jakiego teraz, podobnie jak i zawsze, był sprawcą. O tak, jego widok był nie lada atrakcją. Wysoki i szeroki, doprawdy z rodu olbrzymów, pchał przed sobą swój hektolitrowy brzuch z dostojnością chińskiego mandaryna pierwszej rangi. Broda ciemna, szeroka, starannie pielęgnowana, okalała twarz, odznaczającą się ową osobliwą pełnią i barwą, które stanowią wyłączny przywilej Germanina, który pyszni się, że niemieckie piwo przewyższa wszystkie inne narodowe trunki. Na ukos poprzez całą tę pełną i barwną twarz ciągnęła się szeroka blizna, dzieląc na dwie nierówne części nos – ale co za nos! W pierwszej fazie rozwoju był prawdopodobnie tym, co nazywają orlim nosem, z biegiem czasu ostre kontury nabierały tuszy, z każdym semestrem coraz to znaczniejszej. Na domiar nos oblekał się barwą, która w swoim czasie przechodziła przez wszystkie odcienie, od jaskrawego koloru surowego mięsa do głębokiego błękitno-purpurowego. Właściciel tego nochala twierdził, że ta kolorystyka jest następstwem rany, zadanej szablą, korporanci natomiast byli odmiennego zdania.

Tak czy owak, jedno należy stwierdzić: właśnie kolor nosa oraz niezwykła ilość semestrów nadały naszemu bohaterowi przezwisko błękitno-purpurowego Matuzalema.

Nasz bohater nosił sznurowany surdut z błękitnego aksamitu, czerwoną kamizelkę, białe skórzane spodnie i wysokie lakierowane buty z ogromnymi, stale brzękającymi, meksykańskiego pochodzenia, ostrogami, o kółkach ogromnej średnicy. Na spadających na plecy gęstych lokach siedziała czapeczka cerevis. Ręce spoczywały zazwyczaj w kieszeniach spodni. Między zębami tkwił ustnik perskiego cybucha wodnego, a nad ustnikiem unosiły się gęste kłęby dymu. Przed Matuzalemem stąpał ciężko ogromny nowofunlandczyk, trzymający w pysku dwulitrowy kufel swego pana. Za Matuzalemem kroczył jego czyścibut, trzymając w lewej ręce cybuch wodny, który mieścił co najmniej funt tytoniu! Ponad metrowa rurka gumowa szła do ust pykającego studenta. W prawej zaś ręce sługus trzymał, niczym karabin, długi, cienki przedmiot, w którym przechodnie, ku swemu zdumieniu, poznawali po prostu obój.

Znakomity ten instrument był przeznaczony do dawania sygnałów piwoszom, do uświetnienia niezliczonych hura, stu lat i do akompaniamentu studenckim pieśniom. Nosiciel fajki oraz oboju wydawał się, tak, jak i jego pan, wielkim oryginałem. Z twarzy, upstrzonej niezliczonymi brodawkami i bruzdami, które zatarły tak zwane rysy, nie sposób było określić wieku. Gdy kroczył butnie za swoim panem, na nim tylko skupiając uwagę, można mu było przypisać lat przeszło czterdzieści. W przystępie dobrego humoru, kiedy chytrze błyskał małymi oczkami, kiedy uwijał się zręcznie i okazywał niespożytą żwawość, wówczas niewiele ponad dwadzieścia. Gdy go o wiek pytano, nigdy nie odpowiadał. Taił go podobnie, jak ilość semestrów swego pana i rozkazodawcy.

Długa, szczupła postać była ubrana niemal tak, jak Matuzalem, tylko zamiast cerevis nosił na strzyżonej krótko głowie czapkę z białego płótna bez daszka, przypominającą kołpaki kucharzy i cukierników.

Tak to kroczyli ulicą Humboldta, a następnie Pieprzowym Zaułkiem, na przedzie pies, za nim pan, a na końcu pucybut, każdy zachowywał jednakową niemal godność i majestat. Przechodnie odprowadzali ich uśmiechniętymi spojrzeniami.

Zamierzali wejść do sieni domu, gdy w tej samej chwili otworzyły się drzwi chińskiego sklepu i na progu ukazał się właściciel w szerokim, oryginalnym stroju Niebiańskiego Państwa. Był wielkim przyjacielem studenta, nauczył się od niego niemieckiego języka, w zamian wtajemniczywszy go w trudne arkana chińskiej mowy. Dzięki temu Matuzalem w owym czasie władał już chińskim wcale znośnie.

– Tszing! – powitał go głębokim ukłonem kupiec.

– Tszing, tszing, mój drogi Ye-Kin-Li! – odpowiedział student silnym basem. – Czy zamierza pan wyjść?

– J’s sze tsze. Tszu! Tak, panie. Na policję.

– Na policję? Co pana tam prowadzi? Czy znalazł pan jakiś zgubiony klucz? A może ma pan odsiedzieć karę za podrabianie herbaty?

Chińczyk, przebierając palcami po warkoczu, wysoko wzniósł bezwłose brwi i odrzekł:

– Pan sobie kpi ze mnie! Ye-Kin-Li nigdy nie będzie karany, albowiem towar, który sprzedaje, jest niefałszowany, tani i czysty. Rzecz w tym, że dostałem list z ojczyzny i mam go przekazać pewnemu tutejszemu obywatelowi. Ponieważ nie znalazłem jego nazwiska w księdze adresowej, więc zwrócę się po informację do urzędu.

– Nie trudź się, mój czcigodny. Najpewniejsza księga adresowa spoczywa tutaj – mówiąc to, wskazał na własne czoło – nie darmo nazywają mnie Matuzalemem. Wielu się rodzi i wielu umiera. Tysiące przybywają jako zielone młodziki i odchodzą jako bladzi filistrzy, ja jeden zostaję, jak skała pośród lotnych piasków. Nazwisko ich uwieczniłem w niewydrukowanych jeszcze rocznikach mego geniuszu. Jakże więc brzmi nazwisko poszukiwanego obywatela?

Kupiec wyciągnął z rękawa list i pokazał studentowi. Chińczycy, jak wiadomo traktują rękawy jako kieszenie. List nie miał znaczka, ani stempla. Pewnie przybył wraz z jakąś przesyłką. Adres, kreślony nie piórem, lecz pędzelkiem, brzmiał, jak następuje:

Do nauczyciela Józefa Ferdynanda Steina, dawniej zamieszkałego przy ulicy Górnej 12, parter, lub do jego krewnych.

 

Student z namysłem wpatrywał się w papier.

– Hm! – rzekł. – A więc nie można go znaleźć w książce adresowej?

– Nie.

– Ja też mogę potwierdzić, że nie ma tutaj nauczyciela o podobnym nazwisku. Zapewne adresat już nie żyje. Chyba jest to nieboszczyk, małżonek mojej gospodyni! Powierz mi pan tę epistołę na kilka chwil, drogi przyjacielu! Sprawdzę to.

Rzekłszy to, ruszył na schody. Pies z pucybutem, którzy się zatrzymali za przykładem swego pana, nie spodziewali się takiego nagłego wyskoku. Nowofunlandczyk dał susa w bok, pucybut starał się zachować godność. Trzeba dodać, że Matuzalem podczas rozmowy wyjął z ust ustnik fajki, teraz zaś, wetknął go z powrotem. Gdyby jednak pucybut dotrzymał mu kroku, nie doszłoby do nieszczęścia. Jego powolność sprawiła, że rurka gumowa, wyciągnięta nadmiernie, wyrwała mu z ręki szklaną banię fajki. Pragnąc ją uchwycić, pogorszył jeszcze sytuację, bańka poleciała na psa i rozbiła się w kawałki, jej gorąca zawartość rozlała się po szyi nowofunlandczyka. Ocalałe resztki cybucha powlókł za sobą mknący po schodach student, który dopiero po chwili spostrzegł katastrofę, zatrzymał się i odwrócił.

Przekonał się, że ocalała jedynie rurka i nasada fajki. Pies głośno szczekał, pucybut przewrócił się na psa i leżał plackiem, nie wypuszczając z rąk oboju. Chińczyk stał nad nim, złożywszy dłonie i wołał przestraszony:

– O Nieou-nieou-nieou! Chi-tchin, chi-tchin! Chi-nieou!

Wszystko razem składało się na tak komiczny obraz, że student nie pomyślał nawet o stanie swej cennej fajki, lecz śmiejąc się, zawołał:

– Ależ, Gotfrydzie de Bouillon, cóżeś ty narobił!

Trzeba wiedzieć, że sługa Matuzalema z niepamiętnych już przyczyn otrzymał od studenterii przezwisko Gotfryda de Bouillon. Skoczył na równe nogi i odpowiedział z wściekłością raczej, niż z zakłopotaniem:

– Cóż ja narobiłem? Niby ja to narobiłem? Kto wyrwał mi z ręki wodny globus i kto mnie rozciągnął wraz z obojem na niegościnnym bruku? Wraca ci człek w pełni dostojeństwa od bożka Bachusa do swoich domowych pieleszy i ledwie zdążył stanąć przed bramą, a tu ci na drodze taka pokraka z warkoczem i wyzywa się od nieou! A propos, co to właściwie znaczy?

Ostatnie gniewne pytanie było skierowane do Chińczyka. Lecz odpowiedział student:

– Nieou oznacza wołu. Trzy razy powtórzone oznacza trzykrotne bydlę.

– Pięknie! A chi-tchin?

– Ofiara losu, niezguła, powolny Sancho Pansa.

– Jeszcze piękniej! Panie Ye-Kin-Li, zamierzał pan się sam przespacerować do komisariatu, zbyteczna fatyga, łaskawy panie, gdyż każę tam pana zaprowadzić! Posadzimy pana za kratki. Wprzód jednakże pragnę panu pokazać, jak to za pomocą swego ulubionego instrumentu odpowiada na podobne obelgi każdy muzykalnie wykształcony Europejczyk.

Podniósł obój, ujął go jak maczugę i tak uzbrojony, sunął ku Chińczykowi. Czyż kupiec musi być bohaterem? Ye-Kin-Li uważał, że najlepiej będzie zrejterować. Wpadł do sklepu i zaryglował za sobą drzwi.

– Otóż to, ukrył się za kulisami – roześmiał się Gotfryd de Bouillon. – Zwyciężyłem. Zrzekam się owoców Wiktorii i zajmę się raczej strącaniem w szczęśliwe mroki zapomnienia tych oto szczątków błogiej, pełnej chwały przeszłości.

Zakończywszy orację tym pysznym frazesem, zaczął zbierać kawałki szkła. Matuzalem rzucił ocalałą rurkę gumową i poszedł do gospodyni.

Zajmowała pokoik z małą alkową. Resztę pokoi swego mieszkania wynajmowała studentom, w ten sposób łatając swoje nieszczególne finanse. Była wdową po nauczycielu i otrzymywała nader nędzną rentę. Niejedną noc musiała spędzić na szyciu lub nad krosnami, byleby ustrzec przed nędzą siebie i swoje dzieci.

Dopiero wprowadzenie się Matuzalema polepszyło stan materialny rodziny. Poprzedni sublokatorzy nie płacili dobrze i przysparzali jej kłopotów. Matuzalem natomiast był bogaty i odznaczał się dobrym sercem. Nie tylko regularnie płacił komorne, lecz ponadto zasilał ją prezentami. Szybko też powziął serdeczną sympatię do starannie wychowanych dzieci Steinowej. Sprawiało mu szczerą przyjemność, kiedy nazywały go „wujkiem” i naprawdę dbał o nie niczym bliski krewny.

Ryszard, najstarszy syn wdowy, był nader utalentowanym chłopcem. Nauczyciele lubili go i radzili matce, aby nie przerywała jego nauki. Niestety, cóż mogła począć uboga wdowa. To był powód jej największych zgryzot. Wiedziała wprawdzie, że rzemiosło zapewni Ryszardowi dobrobyt, ale serce odczuwało boleśnie brak środków do zapewnienia synowi, odpowiadającej jego zdolnościom, edukacji.

Pewnego wieczora przyszedł do niej Matuzalem i rozmówił się z nią na ten temat z właściwą sobie bezpośredniością. Aczkolwiek zachwycona, odrzuciła z miejsca jego propozycję. Student, nie strapiony odmową, zakończył rozmowę zdecydowanym oświadczeniem:

– Droga pani Stein, zauważyła pani chyba, że niechętnie mówię o sobie i swoich sprawach osobistych. Dziś zrobię wyjątek. Mój ojciec, bogaty piwowar, był o tyle ambitny, że chciał się poszczycić uczonym i sławnym synem. Ja sprzeciwiałem się, albowiem chciałem zostać tym, czym był mój ojciec, mianowicie piwowarem. Lecz opór na nic się zdał. Musiałem deklinować faba-bób, aczkolwiek przenosiłem chmiel nad wszystkie boby. O dalszych losach wolę milczeć. Ojciec przekształcił przedsiębiorstwo w towarzystwo akcyjne i zostawił po sobie znaczny majątek. Ja dociągnąłem zaledwie do omszałej głowy, to znaczy do wesołego bursza. Zaczynam teraz dopiero boleśnie odczuwać całą pustkę takiego bezcelowego istnienia, nie chcę być dłużej rozleniwionym pasożytem. Pragnę czynów, a mój pierwszy czyn niech polega na tym, że syn pani będzie odkupieniem za stracony czas moich studiów. On będzie się uczył, a ja będę opłacał jego naukę. Nie powinno to przygnębiać pani, gdyż nie będzie pani moim dłużnikiem. Spłacę dług, który ciężko obarcza moje serce. Pozwalając roztoczyć pieczę nad synem, wyświadczy mi pani zarazem wielką przysługę, której nigdy pani nie zapomnę. A zatem niech się pani zgodzi, niech pani da rękę i przestańmy wałkować ten temat!

Odtąd Ryszard zaczął uczęszczać do gimnazjum. Matuzalem czuwał nad nim, jak kwoka nad swym jedynym pisklęciem. Pisklę miało już teraz lat siedemnaście i zadawało sobie wiele trudu, aby nie zawieść nadziei matki i „wuja” Matuzalema.

Wchodząc do pokoju z niezwykłym listem z Chin student miał przed sobą obrazek rodzajowy, który można było zaopatrzyć tytułem „rodzina przy pracy”. Pani Stein prasowała. Uczeń siedział pochylony nad mapą, po której liniach wodził ołówkiem. Jego młodsza siostra siedziała przy maszynie do szycia, podarowanej na gwiazdkę przez Matuzalema, mały zaś sześcioletni Walter przycupnął za piecem, pochłonięty również podarunkiem gwiazdkowym. Pastą nacierał buty swojej lalki. Kosztowało go to wiele potu, a że ocierał ściekające krople nie ręką, lecz szczotką, przeto wkrótce upodobnił się do murzyńskiego dziecka.

Matuzalem z miejsca przystąpił do rzeczy.

– Pani Stein? – zapytał. – Czy mieszkała pani kiedyś przy ulicy Górnej 12, na parterze?

– Tak.

– Czy mężowi pani było na imię Józef Ferdynand?

– Tak.

– Zgadza się. List do pani!

Podał jej kopertę. Przeczytała adres i zapytała zdziwiona:

– Nie z poczty? Skądże pan to przyniósł?

– Z Chin. Wręczył mi Ye-Kin-Li.

– Z Chin! Któż mógł go stamtąd przysłać? Ten list nie jest do mnie.

– Do pani. Adres nie pozostawia wątpliwości.

– Proszę cię, matko, pokaż mi list – odezwał się Ryszard i podszedł do nich.

Obejrzał adres i zdecydował:

– List adresowany do ojca. Ojciec nie żyje, więc mam prawo go otworzyć.

Mówiąc to, rozciął kopertę scyzorykiem. Wyjąwszy gęsto zapisany arkusik papieru, spojrzał przede wszystkim na podpis.

– Od stryja Daniela! – zawołał natychmiast.

– Przecież stryj przebywał w Ameryce i wszelki ślad po nim zaginął – odpowiedziała matka.

– Nie umarł zatem, jak sądziliśmy. Co za szczęście, że żyje! Zobaczymy, co pisze. Przeczytam na głos.

Matuzalem chciał się oddalić, matka i syn poprosili go, aby pozostał, nie mieli bowiem przed nim tajemnic. Treść listu musiała być nader ważna, jeśli student bawił u swej gospodyni przeszło godzinę.

Pucybut, przechodząc koło drzwi, zatrzymał się słysząc głośną rozmowę. Nie mógł podchwycić poszczególnych słów, ale zrozumiał, że toczy się gorąca dyskusja.

– Wygląda mi to na coś w rodzaju narady wojennej – mruknął do siebie. – Wycofam się czym prędzej, aby nie paść zdeptanym obcasem awangardy.

Zmiarkował to wcale sprytnie. Ledwo zdążył się oddalić, wypadł jego pan i rozkazodawca, wbiegł do swego mieszkania, uchwycił pucybuta za ramiona i zawołał radośnie:

– Gotfrydzie, precz z gnuśnym życiem! Udajemy się w podróż!

– Tak? Dokąd? Może znowu do Guterbock, aby skosztować tamtejszego wina?

Przy tej wzmiance zrobił kwaśną minę.

– Nie, nie, dalej, znacznie dalej! Czy jesteś bratku, skłonny do choroby morskiej?

– Niebywale!

– Skąd wiesz?

– Mój iście germański żołądek nie znosi wody, trawi wyłącznie szlachetne trunki.

– W takim razie ty zostaniesz tutaj, a ja pojadę nad morze!

– Ba, można jechać nad morze, nie nabawiając się choroby morskiej. Trzeba tylko pozostać na brzegu.

– Ale ja zamierzam przepłynąć przez morze do Azji!

– Wielkie nieba! – zawołał Gotfryd, składając dłonie, jak do modlitwy. – Dokąd?

– Do Chin!

– Jesteśmy już w Chinach – służący szerokim gestem zakreślił łuk dookoła siebie.

Poniekąd miał słuszność. Matuzalem, zaprzyjaźniwszy się z kupcem chińskim, stał się namiętnym zbieraczem chińszczyzny. Na ścianach wisiały, a na stołach leżały naczynia, oręż, instrumenty muzyczne i całe mnóstwo zabytków, pochodzących z Państwa Środka.

– Zbyt sztuczne Chiny, ja pragnę ujrzeć prawdziwe – odpowiedział student. Z podniecenia twarz jego nabrała rumieńców, nos tonów ultramarynowych. – Skoro się lękasz morza, zostań tutaj i z nudów zajmij się zbijaniem bąków!

Pucybut podniósł ręce do góry, wyprostował się w całej okazałości i rzekł:

– Co? Jak? Ja, znakomity Gotfryd de Bouillon, zacięty wróg wszystkich Saracenów, miałbym lękać się morza? Ho, ho, wiele sobie robię z takiej starej śledziowej kadzi! Zresztą, jakkolwiek bądź, muszę z panem jechać, ponieważ jestem panu niezbędny. Kto panu będzie czyścił buty, kto odkurzy odzież, kto napełni fajkę, kto nakręci zegar i kto wreszcie powie przy jedzeniu „smacznego”? Tylko ja! A zatem dotrzymam panu towarzystwa, o ile ta eskapada chińska nie jest zwykłą drwiną, którą sobie skądinąd zresztą wypraszam!

– To nie kpiny, mój dobry człowieku. Nie mam czasu na dalsze wyjaśnienia, gdyż jutro rano wyjeżdżamy pierwszym pociągiem, najpierw do mojej posiadłości i do poselstwa. Teraz muszę śpieszyć do bankiera, do policji i do sklepów, aby zakupić tysiące niezbędnych rzeczy. Ryszard jedzie z nami i...

– Rysz...! – przerwał czyścibut, ze zdumienia nie mogąc dokończyć słowa.

– Tak! W jego to sprawie ruszamy w podróż. Jeśli nie pośpieszę się tak, abyśmy już jutro byli za górami i rzekami, to cały mój piękny plan może spalić na panewce. Prawdę mówiąc, skołowałem jego matkę. Musimy jechać, zanim się zastanowi i opamięta.

Za chwilę nie było go już w pokoju. Gotfryd potrząsnął głową, podrapał się za uszami, spojrzał na wielkiego chińskiego smoka, który wisiał na suficie i palnął mu przemówienie:

– Słuchasz ty stary bałwanie i patrzysz mi szyderczo w oczy! Nigdy nie ufałem ci zbytnio. Odkąd wziąłeś w pacht nasz pokojowy zenit, zapanowały u nas prawdziwie chińskie porządki. Podejrzewałem cię nawet, że koło północy wałęsasz się po wszystkich kątach w postaci ducha i ukazujesz się Matuzalemowi w snach, toś ty go natchnął myślą porzucenia drogiej ojczyzny, aby nad brzegami Żółtego Morza na antypodach pałaszować pieczone robaki, smażone stonogi, gotowane żaby, marynowane salamandry i peklowane ogony szczurze. Wstydź się! Nie będziesz się jednak pysznił, żeś go powiódł na zatracenie. Niedoczekanie twoje! Będę mu towarzyszył, jako jego jutrzenka i gwiazda wieczorna. Podejmiemy zwycięską walkę z twoimi stryjenkami i stryjami, ze smokami, salamandrami i mandarynami, a skoro wrócimy, powiesimy ich tutaj, jako trofea wojenne, aby ciebie podrażnić tak, jak mnie drażniłeś. Gardzę tobą!

Uczynił teatralny gest i wyszedł, aby się dowiedzieć u gospodyni, co skłoniło jego pana do podróży.

Tymczasem Matuzalem nie odszedł daleko. Mijając sklep Chińczyka, zastanowił się przez chwilę, po czym wszedł.

 

– No i co – zapytał kupiec – nie przynosi pan listu z powrotem?

– Nie. Moja gospodyni jest poszukiwaną adresatką. Może się pan nie trudzić. Ale, proszę powiedzieć, jak się list dostał w pana ręce?

– Przysłał mi go mój dostawca z Kantonu.

– Czy nie wspominał panu, kto list wysłał?

– Nie. Prosił mnie tylko, abym odszukał adresata, lub jego spadkobierców i abym się postarał o rychłą odpowiedź. Adres ma być podany w tekście listu.

– Słusznie. Ale postanowiono nie dawać pisemnej odpowiedzi. My sami pojedziemy, my to znaczy Ryszard Stein, ja i mój Gotfryd de Bouillon.

Teraz zdumiał się Chińczyk, wydawał okrzyki, podnosząc ręce ku niebu i kiwając głową z boku na bok, rzekł:

– Wy sami, sami udajecie się do Państwa Środka? – zawołał – Zobaczycie Tien-Tzao, Państwo Niebios! Jedziecie do Ki Tien-Tih, do Domu Niebiańskich Cnót, do Szan-Hoang Ti, do Góry Wzniosłego Władcy! Jakże to się stało? Co pana do tego skłoniło?

– Zainteresowanie losami mojej gospodyni, a zwłaszcza Ryszarda. Wypowiem się zwięźle, nieboszczyk Stein miał brata, którego w młodości pragnienie przygód wygnało w świat. Przez długi czas mieszkał w Południowej, a następnie w Północnej Ameryce. Kiedy jechał na Jawę, gdzie zamierzał osiąść, okręt rozbił się w pobliżu chińskiego wybrzeża. Ocalało niewielu, a między nimi Stein. Wśród Chińczyków z początku powodziło mu się źle, gdyż, według ich mniemania, był I-gin, obcym barbarzyńcą. Obchodzono się z nim jak z jeńcem. Ale z biegiem czasu coraz bardziej oswajał się z tamtejszymi warunkami. Poznał mowę, nosił chińską odzież, przejął zwyczaje i wreszcie zżył się zupełnie z tubylczą ludnością. Nie wolno mu było jedynie opuszczać kraju. Najmniejsza próba ucieczki groziła śmiercią. Osiedlono go w głębi kraju, gdzie niebawem został zaliczony do klasy uprawnionych obywateli. Wówczas to przypadkowo natknął się w górach na złoża ropy naftowej. Ponieważ zapoznał się w Ameryce z jej eksploatacją, przeto potrafił eksploatować te złoża systemem amerykańskim, oczywiście dostosowanym do chińskich warunków. Wkrótce wzbogacił się i rozszerzył sferę swoich wpływów aż do samego wybrzeża. Dzięki temu właśnie mógł wysłać do ojczyzny list. Nie jest żonaty i nie ma spadkobierców, przy tym zapadł na obłożną chorobę i liczy się z możliwością rychłej śmierci. Nie chce, aby majątek dostał się w obce ręce. Dlatego prosi swego brata, aby bezzwłocznie przybył do Chin. Jeśli brat nie żyje, wzywa przynajmniej najstarszego syna. Jedynie obecność ich na miejscu pozwoli obejść chińskie prawa i plon jego długoletniego trudu przekazać bliskim. Prosi więc o natychmiastową odpowiedź, po czym prześle pieniądze na podróż. Powiedziałem sobie wszelako, że straciłoby się na tym długie miesiące, a starszy pan mógłby tymczasem rozstać się z życiem. Użyłem całego wpływu, aby skłonić panią Stein do pozwolenia Ryszardowi na podróż, oczywiście pod warunkiem, że będę mu towarzyszył. Ja pokrywam koszta podróży. Decyzja zapadła szybko i musimy wyruszyć, pani Stein bowiem może cofnąć pozwolenie, to nie przelewki dla matki wysyłać swoje dziecko tak daleko i do takiego kraju. Jutro jedziemy, pierwszym pociągiem.

Chińczyk stał wciąż z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami. Zamarł, skostniał cały.

– Co z panem? – zapytał zatroskany Matuzalem. – Czy tknął pana paraliż? Czemuż to moje słowa wywarły na panu tak piorunujące wrażenie?

Ujął Syna Niebios za ramiona i potrząsnął nim kilkakrotnie. Chińczyk ocknął się z chwilowego odrętwienia. Podszedł do drzwi, zaryglował je, pochwycił studenta za ramię, zaprowadził go szybkimi krokami do prywatnego pokoju za sklepem i usadził na krześle z bambusa.

– Przyjacielu! – zawołał, przeplatając chińskie wyrażenia niemieckimi. – Jedzie pan naprawdę, naprawdę do Tszino, do mojej ukochanej ojczyzny?

– Tak. Jutro rano.

– O, Panie Niebios, Blasku Słońca, Istoto Czasu i Przestrzeni! Co za szczęście, co za przypadek sprzyjający! Przyjacielu, moje życie należy do pana, mój majątek jest pana majątkiem. Wszystko, wszystko może pan wziąć, nie mogę panu podarować jedynie moich przodków. Pan może mi wyświadczyć taką przysługę, że najhojniejsza zapłata jej nie dorówna.

– Chętnie, chętnie, o ile mogę. Cóż takiego mam zrobić?

– Sprowadź pan moją żonę, sprowadź pan moje dzieci!

– Z największą przyjemnością! – roześmiał się student.

– Niech pan tak nie mówi! To o co pana proszę, jest nader trudne. Władze chińskie będą się sprzeciwiały.

– O, z panami mandarynami dam sobie radę!

– Żaden Chińczyk nie podołałby takiemu zadaniu. Natomiast pan jesteś, nawet w tym kraju, człowiekiem niezwykłym. Nie lękasz się niczego. Dlatego wierzę w pana. Jeśli jakiś człowiek potrafi mi pomóc, to pan nim jesteś i tylko pan, tylko pan może sprowadzić moją żonę, moje dzieci, mój majątek, który zakopałem, ponieważ uciekając, nie mogłem go ze sobą zabrać!

– Co? Zakopał pan swój majątek? Czemu nie zostawiłeś żonie?

– Odebrano by jej. Wie pan jestem... – mimo, że byli sami, nachylił się do ucha studenta i szepnął – ...skazany na śmierć. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zostałem zamieszany w spisek. Wie pan chyba, jak to się w Chinach zdarza! Byłem niewinny, jak mały wróbel w gnieździe. Widziano mnie w gronie buntowników. Ocalić mnie mogła jedynie natychmiastowa ucieczka, ledwo zdążyłem pożegnać się z rodziną i zapakować sztaby srebrne i złote, aby je następnie w odpowiednim miejscu zakopać. Mogłem zabrać ze sobą jedynie cząstkę kruszcu i ta cząstka właśnie pozwoliła mi założyć na obczyźnie ten oto sklep.

– Nader interesujące! – zauważył student. – A więc mam wykopać skarb?

– Tak. Widzi pan zatem, jak wielkim obdarzam pana zaufaniem. Pan mnie nie oszuka. Wiem na pewno.

– Może pan być pewien. Wszystko, co znajdę, jeżeli w ogóle znajdę, oddam panu. Ale gdzie mam szukać? I gdzie znajdę pana rodzinę?

– Co do majątku, zorientuje się pan łatwo, ponieważ mam bardzo dokładny plan. Ale gdzie znaleźć moją żonę i moje dzieci, o tym nie mam żadnego pojęcia.

– Nie spocznę, dopóki ich nie odszukam, oczywiście, o ile jeszcze żyją – zapewnił student, wzruszony wyrazem szczerego bólu na twarzy Chińczyka.

– Może ich nawet zabito – westchnął kupiec – gdyż prawa mojej ojczyzny są srogie. U nas nieraz krewni winnego muszą dzielić jego los.

– Niech mi pan wymieni nazwę miejscowości, gdzieście się rozstali. Udam się tam, a jeśli ich samych nie znajdę, to przynajmniej poszukam ich śladu, jak Indianin, tropu zwierzyny na prerii. Mam nadzieję, że będę mógł w najgorszym razie dostarczyć panu pewnych wiadomości.

– Tak, wiem, że pan uczyni wszystko, co w mocy ludzkiej, byleby zwrócić spokój memu sercu, że nie cofniesz się przed żadną ofiarą, że nie przerazi cię żadne niebezpieczeństwo. Napiszę wszystko, co trzeba i wręczę to panu dzisiaj wieczorem. Dostanie pan także kilka listów polecających do moich dawnych przyjaciół, których może pan obdarzyć zaufaniem. Oni wiedzą, że jestem niewinny i chętnie panu dopomogą. A zatem, zdecydował się pan podjąć tej misji?

– Najzupełniej.

– W takim razie uważam pana odtąd za swego kie-tszei, nadzwyczajnego pełnomocnika i zapytuję pana, czy gotów jesteś dać mi swe kong-kheou, niezłomne słowo honoru?

– Daję panu, oto moja dłoń! – odpowiedział Matuzalem, wyciągając rękę.

– Poczekaj pan! – prosił Ye-Kin-Li – Przyjmę pana słowo według zwyczajów mej ojczyzny.

Po chwili przyniósł paczkę tsan-hiang. Są to wonne kadzidlane pałeczki, których Chińczycy używają do rozmaitych ceremonii religijnych. Student musiał za przykładem kupca wziąć jedną w lewą rękę, po czym Chińczyk zapalił obie pałeczki. Skoro uniósł się kadzidlany dym, uchwycił prawą ręką prawicę bursza i rzekł uroczystym tonem:

– Jesteś moim kie-tszei. Jako taki powinieneś działać tak, jak gdybyś był mną. Nie możesz mieć żadnych ukrytych myśli, serce twoje musi być w stosunku do mnie wyzbyte złości i fałszu. Czy i teraz gotów jesteś mi dać kong-kheou, że wypełnisz moją prośbę wedle możliwości, że będziesz uczciwie postępować ze mną i z moją rodziną?

– Tak – odparł student. – Nie sądzę, abym, biorąc udział w tej ceremonii, dopuścił się bałwochwalczych praktyk. Moglibyśmy się obejść bez niej, gdyż mój parol równa się najświętszej przysiędze. Ale, dla spokoju pana, może się stać zadość jego życzeniu. Przyrzekam postępować nie inaczej, niżby pan osobiście postępował. Jest to rzetelne, burszowskie przyrzeczenie, na którym może pan polegać.

– Cieszę się i ufam panu. To zaufanie dopóty trwać będzie między nami, dopóki oba te tsan-hiang nie spłoną nad moją trumną.

Zgasił pałeczki i położył je, uprzednio troskliwie zawinąwszy w bibułę, do hebanowej szkatułki, gdzie przechowywał tylko szczególnie ważne przedmioty.